Co mi w duszy gra – Tokarczuk i Moyes razem wzięte

Co mi w duszy gra – Tokarczuk i Moyes razem wzięte

COVID-owy czas sprzyjał lekturom. Podczas gdy jedni morsowali w okolicznych jeziorach, inni nadrabiali serialowe seanse na Netflixie, jeszcze inni oddawali się relaksowi z książką w dłoni. Do tych ostatnich należę i ja, która po wykańczającym dniu w pracy sięgałam po książkę jak po zbawienie. Wśród staro-noworocznych nowości nie zabrakło perełek, którymi zamierzam się z wami podzielić w tym wpisie. Dziś o Tokarczuk i Moyes!

Są to dwie pozycje cieszące się niebywałą popularnością w znamienitym gronie czytelników „dorosłych”. Pierwsza stanowi niejako podsumowanie dotychczasowej twórczości będącej głosem w sprawach tak dla nas, ludzi, istotnych. Druga z kolei doskonale sprawdza się jako powiastka na wiosenne dni, zwłaszcza dla tych, którzy z „literaturą kobiecą” (tak, wiem, wkraczam na złą drogę, stąd ten cudzysłów!) miewają do czynienia i się w niej lubują.

Dlaczego postanowiłam zrecenzować obie – tak różne od siebie książki – w jednym wpisie? Otóż dlatego, że czytałam je symultanicznie, zatem, według mnie, mogą zostać ze sobą zestawione na zasadzie kontrastu – być może jest więcej osób, które przeplatają ze sobą książki „relaksacyjne” (niektórzy dodają: „lekkie” albo nawet: „głupiutkie” – w sensie pozytywnym, oczywiście) z tymi bardziej intelektualnymi, stanowiącymi swego rodzaju pokarm dla duszy.

Czułość w literaturze – Tokarczuk i jej Czuły narrator

Mowa oczywiście o najnowszej książce Olgi Tokarczuk – pierwszej po otrzymaniu Literackiej Nagrody Nobla. Bestseller Czuły narrator to zbiór dwunastu najwykwintniejszych, a zarazem najważniejszych i najczęściej poddawanych krytyce literackiej esejów i wykładów pisarki. Tytułowy „czuły narrator” nawiązuje do przemowy noblowskiej, którą Tokarczuk wygłosiła 7 grudnia w budynku Akademii Szwedzkiej na Starym Mieście w Sztokholmie.

Choć nie jestem zapaloną czytelniczką powieści Olgi Tokarczuk, po Czułego narratora sięgnęłam z własnej woli – nie dlatego, że książki noblistów „wypada” przeczytać, i nie dlatego, że jako polonistka tę pisarkę powinnam znać. Owszem, polska literatura najnowsza siedzi mi w głowie do dziś, choć studia skończyłam już jakiś czas temu, wiem zatem, jak tę literaturę „trawić” i jak do niej podchodzić. Niemniej wychodzę z założenia, że książki – nawet te, które wypadałoby znać – przychodzą do nas w odpowiednich momentach dla nas, nie dla nich.

Przyszła zatem do mnie Tokarczuk i zakorzeniła się w moim umyśle do tego stopnia, że każdego dnia oczekiwałam kolejnego spotkania. Przyjęłam bowiem zasadę, że czytam jeden esej dziennie przez dwanaście dni. Dzięki temu zyskałam przestrzeń do rozmyślań na dany temat – a uwierzcie mi, naprawdę jest co przemyślać!

Szczególną miłością darzę dwa eseje – Czułego narratora oraz Palec w soli, czyli Krótką historię mojego [Tokarczuk] czytania. Oczywiście nie zmienia to faktu, że lektura każdego tekstu okazała się dla mnie niesamowitą wędrówką przez góry i doliny czytelnictwa, pisarstwa i „bycia” w świecie. Wspomniane dwa sprawiły jednak, że poczułam się nieco inaczej – zarówno jako czytelniczka, jak i jako człowiek. Poza niepodważalną oryginalnością i perfekcyjną dbałością o słowo jest w nich to „coś”, czego każdy z nas w literaturze szuka – „ja”. Owo „ja” pozwala oddać się czytaniu z jeszcze większą przyjemnością poznawania CZYJEGOŚ doświadczenia, a jednocześnie kreowania WŁASNEGO. Tak to się pięknie składa w całość: czyjaś historia przenika do naszych myśli i zadaje naszemu mózgowi pytania, na które odpowiedziami jest właśnie nasza, niczyja inna, historia. Własną historię stworzyłam na nowo podczas lektury obu esejów.

Są jednak jeszcze inne dwa teksty, które darzę swego rodzaju sympatią: Prace Hermesa, czyli jak tłumacze codziennie ratują świat oraz O daimonionie i innych motywacjach pisarskich. Oba okazały się dla mnie doskonałą odskocznią od codzienności, stanowiąc niejako podstawę moich dalszych rozważań nad tzw. językowymi zawodami. Zarówno zawód pisarza, jak i zawód tłumacza wnoszą do naszego świata niewątpliwie cenne wartości. Ten pierwszy kreuje, pokazuje nam świat; ten drugi – ów świat „przekłada”, dostosowując przekaz do naszego sposobu bycia, myślenia i życia w ogóle.

Przyjaźnią polonistyczną połączyłam się z kolei z wykładami łódzkimi, poświęconymi psychologii narratora, literackiemu stwarzaniu świata, postaciom i czasoprzestrzeni. To w nich odnalazłam treści, które tak bardzo ceniłam sobie podczas swoich studiów – literatura bowiem nie służy tylko do czytania, ale przede wszystkim do poznawania świata i odkrywania swojego „tu i teraz”, swojego „kiedyś” i „gdzieś” (wraz ze „skądś” i „dokądś”). Dzięki Tokarczuk przeżyłam niesamowite chwile z teorią literatury na nowo, wspominając wspaniałe czasy literaturoznawczej wędrówki po tytuł… językoznawcy.

Podróż nie palcem i nie po mapie – Moyes i jej Dwa dni w Paryżu

Drugą książką, którą chciałabym wam przedstawić, jest polecana powieść Jojo Moyes Dwa dni w Paryżu. Kto czyta mnie już jakiś czas, wie, że zachwycam się Moyes od początku, odkąd poznałam jej twórczość. Wszystko zaczęło się od filmu (tak, filmu) Zanim się pojawiłeś – potem poszło już jak z płatka.

Tym, co najbardziej urzekło mnie w pisarskim stylu Moyes, jest jej umiejętność „płynięcia” przez opowieść. Niewielu autorów potrafi pisać tak, żeby dać historii prowadzić się samej. Jak zawsze powtarzam – zdaję sobie sprawę, że styl to zasługa tłumacza, jednak tłumacz jest strażnikiem oryginału – jeśli powieść „czyta się” dobrze, i tłumaczenie będzie dobre. Ta zasada sprawdza się w większości przypadków, o czym wspominają sami tłumacze literatury pięknej.

Moyes tworzy znakomite historie, które wymagają znacznej kreatywności. Powiem to po raz setny, ale rzadko kiedy dostrzega się dziś w powieściopisarstwie przewagę „samodzielności” autora. Zwykle tematyka jest z góry określona przez gatunek (np. powieść młodzieżowa) czy ruch (np. New Adult) i powielana, co prowadzi do tego, że choć na rynku mamy obecnie zalew nowych pozycji, są one zasadniczo oparte na tym samym wątku bądź poruszają podobne kwestie (podobnie prowadzone narracyjnie). Skłamałabym, gdybym uznała, że u Moyes w ogóle tego powielania i sztampowości nie ma. Niemniej znacznie dominują tematy, których w literaturze albo brak, albo są zaledwie muśnięte.

Niewątpliwie dużą zaletą Dwóch dni w Paryżu jest nieprzewidywalność fabuły. Jest to podyktowane tematem przewodnim – spontaniczną podróżą, która ma się okazać niesamowitą przygodą. Czytelnik nastawia się zatem na obfitość różnorodnych wątków, zwroty akcji i odsunięcie w czasie punktu kulminacyjnego (większe napięcie). I w tym przypadku się nie rozczarowujemy. Choć historia wydaje się dość prosta – zresztą sama powieść jest krótka jak na Moyes – w gruncie rzeczy obfituje w wydarzenia, które pociągają fabułę do przodu i nie pozwalają czytającemu ani przez chwilę się nudzić.

Moyes to jedna z tych autorek, którą można czytać cały czas i cały czas na nowo odkrywać. Za każdym razem przekaz może okazać się inny. Niezmienne pozostaje to, że jej książki naprawdę pozwalają się zrelaksować i – niejednokrotnie dosłownie – odpłynąć.

Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca tego wpisu. Bardzo się cieszę, że mogłam podzielić się z wami garścią przemyśleń dotyczących tak różnych książek. Nieczęsto zdarzają się recenzje poruszające kilka wątków naraz. To dla mnie doskonałe doświadczenie, gdyż po symultanicznym przeczytaniu obu książek mogłam przekazać swoje spostrzeżenia za jednym razem. To ułatwiło mi zebranie myśli. Liczę na to, że taka forma recenzji wam się spodobała i dla was również okazała się ciekawą odmianą.

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Join 13 other subscribers

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia