Serce nie kość… Wakacyjna przygoda vs. miłość

Serce nie kość… Wakacyjna przygoda vs. miłość

Wakacje… Dla jednych błogi odpoczynek od codzienności i podróżowanie u boku drugiej połówki, dla drugich – czas na szaleństwo, przelotne romanse i niesamowite, niepowtarzalne przygody. I jednych, i drugich łączy czas – to właśnie latem „niemożliwe” staje się „możliwe”. I te nagie serca…?

Tytuł: Nagie serca
Autor: Colleen Hoover
Wydawnictwo: Otwarte

Książki dla kobiet

Będę się powtarzać do końca swoich dni: uwielbiam prozę Colleen Hoover. O tym, co mnie w niej fascynuje i co porusza najtkliwsze struny mojej duszy podczas czytania jej powieści, mówiłam już milion razy, ale pozwólcie, że i tutaj się powtórzę: ta autorka jest mistrzynią emocji. Ona naprawdę wie, jak kreować proces lektury, i robi to z pełną świadomością konsekwencji.

Czytanie książek Hoover jest jedną wielką niewiadomą – od początku do końca wiemy, że brniemy w nieznane, ale nikomu z nas nie przyjdzie do głowy, aby przerwać czytanie. Brniemy dalej… i dalej… aż w końcu – jak za każdym razem – żałujemy. Ale nie tego, że podjęliśmy wyzwanie; żałujemy tego, że ono się właśnie zakończyło.

Nagie serca to z pozoru powieść, jakich wiele. Dość schematyczna, jeśli wziąć pod uwagę gatunek New Adult. Jest ona i jest on, coś sprawia, że ich ścieżki się krzyżują, powoli się w sobie zakochują i… no właśnie. Tutaj ten schematyzm się kończy i zaczyna się historia, którą chce się śledzić. Z bohaterami, których automatycznie się polubia. I akcją, która gna do przodu niczym rozpędzone pendolino.

Nie lubię podczas lektury się nudzić. Ale nie lubię też, gdy dzieje się za dużo – to mnie rozprasza. Na szczęście w Nagich sercach – przynajmniej moim zdaniem – dynamiczność była na poziomie 5/10, czyli ani za mało, ani za dużo. Dziękuję za to autorce – doskonale celuje w połowę skali, zachowując złoty środek pomiędzy przeciążeniem umysłu czytelnika a zbytnią „swawolką” podczas czytania.

Oczywiście jak za każdym razem muszę wspomnieć o samej historii. Jak napisałam wyżej, jest ona, jest on… Wy to wszystko wiecie. Czego nie ma? Boję się odpowiadać na to pytanie. Nie jestem upoważniona. Mogę jedynie dodać „według mnie”. Nie ma perspektywy drugiej strony. Wydaje mi się, że New Adult przyzwyczaiło mnie poniekąd do podwójnej perspektywy. Tutaj mamy punkt widzenia Beyah, a gdzieś zagubił się w tym wszystkim Samson. (Swoją drogą bawi mnie, że to właśnie bohater o takim imieniu wypowiada słowa: „Serce nie kość. Nie da się go tak naprawdę złamać; czy was też?). Akurat w Nagich sercach tak bardzo przydałby się głos Samsona…

Poza tym, że mamy jedną perspektywę, nie dopatruję się innych wad. Hoover to marka sama w sobie. Co tu dużo mówić – kto raz sięgnął po jej prozę, wyciągał rękę po kolejne, gdy tylko się ukazywały. To niesamowite, jak jedna autorka może namieszać czytelnikom w głowach. W pozytywnym znaczeniu.

Czekam na kolejną podróż z Colleen i wykreowanymi przez nią bohaterami (ale przede wszystkim – ludźmi, takimi jak my!). Może w takim razie – jak dobrze pamiętamy Hopeless i Losing hope – kontynuacja z Samsonem w roli głównej? Czy ktoś się pod tą petycją podpisuje? 🙂

 

Leave a comment



Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Join 13 other subscribers

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia