W pogoni za intrygującą fabułą

źródło
Podobno lato to nie jest dobry
czas dla literatury sensacyjnej. A przynajmniej dla tej prawdziwej – krwistej i mrocznej. Kryminały czyta się wybornie
podczas chmurnej pogody, w nocnej porze, z niewielką lampką oświetlającą
kolejne stronice. Ja postanowiłam jednak wziąć lejący się z nieba żar na
własną stronę i spędzić przyjemny czas przy prostym, słonecznym sensacyjniaku.

Lukas Scarlett ma za sobą
burzliwą przeszłość, teraz jednak jako uczciwy obywatel prowadzi dobrze
prosperującą agencję detektywistyczną Falcon. W trakcje wykonywania jednego zlecenia jego
najlepszy przyjaciel zostaje postrzelony. Cudem unika śmierci dzięki szybkiej
pomocy przypadkowo napotkanej Chelsea. Poznając ją, Scarlett wplątuje się w
niebywałą aferę, w której sekretny pokój w domu kobiety to tylko niewinny początek.

Nie spodziewałam się po tej
książce zbyt wiele, niestety otrzymałam jeszcze mniej. Intryga jest tu prosta i
łatwa do przewidzenia, jednak nie stanowi to większego problemu. Akcja powieści
toczy się dość szybko, w krótkim czasie przeskakuje z małego amerykańskiego miasteczka
do egzotycznego Puerto Vallarta, jednak nic szczególnego z tego nie wynika. Odniosłam
wrażenie, jakby autorka nie przygotowała w głowie żadnego planu – rzuca
postaciami z kąta w kąt jak marionetkami, bez większego sensu. Bohaterowie
podróżują a to ze szpitala, a to do kryjówki głównego czarnego charakteru itd.
Punktem kulminacyjnym tej beztroski jest wątek pobytu na bezludnej wyspie. Nie
wnosi nic do fabuły i stanowi tylko zapełniacz pustych kartek.

Puerto Vallarta
Nie ma jednak niczego gorszego od
zakończenia. Stężenie cukru przekracza w nim wartości przyswajalne dla
organizmu, a happy end staje się happy happy endem.

Największą bolączką książki Marty
Bilewicz pozostaje konstrukcja postaci. Główna para jest do bólu nudna i
schematyczna; autorka zupełnie nie zachęca do śledzenia ich losów. On – młody,
przystojny, o tragicznej przeszłości. Ona – młoda, seksowna, o tragicznej
przeszłości. Ten Zły – pozbawiony skrupułów, sumienia i jakichkolwiek zalet.
Drugoplanowi Przyjaciele – mający mało ważne, niewielkie problemy, ale lojalni
i oddani. Skonstruowani na najprostszych schematach, regularnie i niebezpiecznie
przypominających te z harlequinów. Bohaterowie Bilewicz to papierowe postacie
bez krwi i kości.
Język autorki jest prosty i
przyjemny w odbiorze, jednak czasami boli łopatologiczność pisarki. Bilewicz
niekiedy traktuje czytelników jak dzieci, jak na początku książki, gdy wyjaśnia
po kolei, od akapitów, sylwetki już i tak nieskomplikowanych postaci.
Co mi się podoba? Stylowa okładka
powieści (choć niemająca zbyt wiele wspólnego z jej treścią) i (tylko) jedna scena – odbywająca się na
cmentarzu. Jest mocna, nieco wzruszająca i ciekawie sprowadza motyw zemsty na
właściwe tory.
Mimo wszystko czasu spędzonego z
Goniąc cienie nie wspominam źle.
Niewyszukany, ale przejrzysty styl autorki oraz nieskomplikowana fabuła
wystarczą do dość miłego przebrnięcia przez te nieco ponad 300 stron,
szczególnie jeśli czyni się to, sącząc owocowy soczek pod letnim parasolem.

Muzyczne inspiracje

źródło

Ryszard Riedel urodził się 7 września 1956 roku w Chorzowie. Rodzice Krystyna i Jan oraz siostra Małgorzata mieszkali przy ulicy Truchana, w późniejszych czasach przenieśli się do mieszkania w  Tychach, to tam Riedel spędził całe swoje życie.

W roku 1971 poznaje swoją przyszłą żonę Małgorzatę Pol. W międzyczasie odkrywa swoje pasje. Z początku jego głównym zainteresowaniem jest rysowanie, do którego miał talent, niestety nie posiadając odpowiedniej motywacji oraz kogoś, kto mógłby nim pokierować, przestaje rozwijać swoje umiejętności. Na obozie harcerskim ma miejsce pierwszy występ publiczny Ryśka,  później już daje koncerty w zespole o nieformalnych nazwach Festus i Horn, które się wymieniały. W listopadzie 1977 roku bierze ślub z Małgorzatą, zaś na przełomie lat 1977 1978 ma miejsce pierwsze zderzenie Riedla z narkotykami, które będą miały znaczący wpływ nie tylko na jego karierę, ale i życie.

Oficjalną datą rozpoczęcia działalności zespołu Dżem jest rok 1979. Grupa szybko zyskuje wielką sławę oraz rzeszę fanów, niestety u wokalisty coraz bardziej uwidocznia się problem narkotykowy, który wiele razy będzie utrudniał wspólną pracę w ekipie. Mimo tych wszystkich kłopotów zespół pnie się na wyżyny, dając koncerty poza granicami kraju. Riedel zaczyna mieć problemy również z prawem kiedy zostaje wmieszany w sprawę produkcji narkotyków. Kiedy w roku 1994 sytuacja w zespole staje się coraz trudniejsza, członkowie postanawiają rozstać się z Ryśkiem, który jeszcze tego samego roku trafia do ośrodka rehabilitacyjnego. W początkiem lipca ma miejsce ostatni koncert Ryszarda Riedla, który umiera 30 lipca 1994.

Zapal świeczkę
zespół Dżem
Na kiepskich zdjęciach okruchy dawnych dni
Czyjaś twarz zapomniana twarz
W pamięci zakamarkach wciąż rozbrzmiewa śmiech
Czyjaś twarz zapamiętana
Mijają dni ludzie natury
Wciąż nowych masz przyjaciół starych przykrył kurz
Dziewczyny ciągle piękne lecz w pamięci tkwi
Ten pierwszy dzień najgorętszych z dni


Pierwsza zwrotka utworu wskazuje na to, że czas przemija, pozostawiając po sobie okruchy dawnych dni. Przemijają również ludzie, który niegdyś byli obok nas, a nagle zniknęli, przykrył ich kurz… Większość zapomina o nich i żyje wśród nowych, jednak czyjaś twarz zostaje zapamiętana i doceniona.

Zapal świeczkę za tych, których zabrał los
Zapal światło w oknie
Zapal świeczkę za tych, których zabrał los
Światło w oknie


Sam refren skłania nas do refleksji nad tym, co było, a czego już nie ma. Wszystko, co jeszcze niedawno było prawdziwe i na wyciągnięcie, dziś znalazło miejsce w przeszłości… Los zabrał tych, których kochaliśmy… Nie możemy zapomnieć przede wszystkim o ludziach, którzy stanowili dla nas autorytet, gdyż nauczyli nas życia i wnieśli do niego coś cenniejszego niż złoto – wspomnienia, których nikt nie może nam odebrać.  

 Ludzi dobrych i złych wciąż przynosi wiatr
Ludzi dobrych i złych wciąż zabiera mgła
I tylko ty masz tą niezwykłą moc
By zatrzymać ich by dać wieczność im
Pomyśl choć przez chwilę podaruj uśmiech swój
Tym których napotkałeś na jawie i wśród snów
A może ktoś skazany na samotność
Ogrzeje się twym ciepłem zapomni o kłopotach

Fragment ukazuje nam jak w naszym życiu pojawiają się różni ludzie, ci dobrzy, ale również ci źli. Ot tak, po prostu (może przygnał ich wiatr…?), po czym odchodzą… Jednak każdy z nas ma niezwykłą moc i może zatrzymać ich wspomnieniami. Może stać się przyjacielem, który zrozumie i ogrzeje swoim ciepłem tych zbłąkanych… Może któregoś dnia i my będziemy potrzebowali wsparcia. 
Utwór Dżemu udowadnia nam, że sami kreujemy własne życie i choć nie mamy wpływu na to, jakich ludzi postawi na naszej drodze los, jesteśmy w stanie uczynić je pięknym. 
Nasze życie to pasmo sukcesów, porażek, prawd i nieporozumień, a jacy jesteśmy my? Zastanówmy się, poświęćmy chwilę temu, by zrozumieć własne życie, bo później może być już niestety za późno…

Podążaj za marzeniami

 

Karolinę Frankowską powinien znać, albo przynajmniej kojarzyć, każdy. To pomysłodawczyni i scenarzystka powszechnie znanego serialu Prawo Agaty, który zgromadził przed telewizorami miliony widzów. Frankowska pracowała również nad produkcjami Tylko mnie kochaj czy Dlaczego nie!, które spotkały się z równie pozytywnym rozgłosem wśród odbiorców. W końcu postanowiła przedstawić miłość i przyjaźń nie tylko na ekranie, ale również na papierze, i tak powstało Zaczaruj mnie.

Niezwykle przejrzysta fabuła, dobrze wykreowani bohaterowie i… wzloty i upadki w prostej historii o trójce przyjaciół i ich dążeniu do wyznaczonego przez siebie celu. Mało tego: wspólnego celu, gdyż każdy z nich ma na uwadze nie tylko dobro własne, ale przede wszystkim pozostałej dwójki.
Zosia to młodziutka magister psychologii mieszkająca w Warszawie wraz z Kaśką – charakteryzatorką na planie serialu – oraz Bartkiem – niespełnionym i poszukującym opoki byłym studentem marketingu, utrzymującym się z dorywczych prac i pieniędzy rodziców. Cała trójka wiedzie momentami mniej lub bardziej udane życie. Pewnego dnia postanawiają zakopać w parku tzw. sekrety i w ten sposób sprowokować los do spełnienia ich marzeń. Czy im się to udaje? Przekonajcie się sami. 
Powieść Zaczaruj mnie zdecydowanie zasługuje na miano lekkiej, przyjemnej i podnoszącej na duchu najbardziej zbłąkanych. Fabuła jest uporządkowana, nie panuje w niej nieład, gdyż wszystkie kwestie są kolejno wyjaśniane do momentu, aż cała sytuacja staje się jasna i logiczna. Czytając tę powieść, odczuwamy, że stworzyła ją scenarzystka. Nie da się ukryć, że jej konstrukcja przypomina serial, dlatego można ją
czytać swobodnie, bez konieczności wnikania w poszczególne wątki.
Bohaterowie, jak już wspomniałam, są dobrze wykreowani. Niezwykła mieszanka skrajnie różnych charakterów sprawia, że kłótnie, nieporozumienia i zgrzyty zdarzają się nader często, choć nie brakuje momentów poważniejszych rozmów i radości. Każdy z tego tercetu zdaje sobie sprawę, że ma na kogo liczyć, co mimo porażek napawa optymizmem na lepsze jutro. Muszę jednak przyznać, że zdziwiła mnie postawa Zosi, której marzeniem było odbycie kursu na psychoterapeutę, podczas gdy – moim zdaniem – nie nadawała się do tego zawodu. Zwyczajnie sobie nie radziła. Porażki nie budowały jej, wręcz przeciwnie – burzyły. W relacjach międzyludzkich również się nie sprawdzała; jedynym, co potrafiła, było trzaśnięcie drzwiami i spędzanie czasu w samotności. Ale jedno należy jej przyznać – miała ucho do ludzi, potrafiła wysłuchać, ale… niestety to wszystko, co mogła podarować osobom potrzebującym dobrej rady. Autorka zadbała również o kreację postaci drugoplanowych i przedstawiła je równie dogłębnie, dzięki temu, czytając, nie wyczuwamy narzuconej hierarchii: Zosia, Kaśka, Bartek – reszta. Możemy poznać i ocenić każdego z osobna.
Niekonwencjonalnym bohaterem okazuje się yorkuś, który całkowicie przypadkowo pojawia się na drodze Zosi i… staje się lekiem na samotność i równie dobrym przyjacielem jak człowiek, mimo że nie jest w stanie wypowiedzieć ani słowa. Za to może je… wyszczekać!
Możecie się domyślać, że w książce nie brakuje historii miłosnych, jakkolwiek się kończących. Wzloty i upadki, zdrady i wierność – te antonimy znajdziecie na kartach Zaczaruj mnie, przeplecione problemami życiowymi, pracą oraz humorem. Dawka humoru jest niezwykle duża, co sprawia, że czytelnik może przeżyć z ta książką chwile radości poza monotonią rzeczywistości, w której tkwi każdy z nas.
Przyjaciel to ktoś, kto pomoże ci wstać, jeśli się potkniesz o życie.
Karolina Frankowska nie stworzyła powieści odrębnej, wnoszącej coś nowego do naszego życia, ale za to prawdziwą, ukazującą życie takim, jakim jest. Swoją opowieść wzbogaciła wieloma krótkimi historyjkami, które niekiedy budują w nas napięcie, innym razem powodują zupełnie niekontrolowane napady śmiechu. Zaczaruj mnie zachwyca więc swoją niebywałą lekkością i przesłaniem, które płynie niemal z każdej strony. Autorka, przedstawiając losy bohaterów, posłużyła się podstawową definicją literatury, tak więc jej powieść uczy, bawi i wzrusza.  
Uczy, że należy za wszelką cenę dążyć do spełniania własnych marzeń, bo warto; że przyjaźni nie dzielimy na fałszywą i prawdziwą, gdyż z definicji jest prawdziwa, i że miłość często znajduje się bliżej, niż nam się wydaje, często tuż obok i podczas gdy my ulegamy chwilowym zauroczeniom, ta przygląda się nam z bliska, aż w końcu łapie nas za rękę… 
Przypadki są tylko w gramatyce, a w życiu wszystko dzieje się po coś.
Przyznaję, że poprzednich części Serii z fasonem nie miałam okazji czytać, co nie oznacza, że po nie nie sięgnę. Tymczasem szczerze polecam wam tę powieść. Jeśli szukacie czegoś przyjemnego, nadającego się na nudne niedzielne popołudnia – to publikacja wręcz idealna. Powieść nieco przewidywalna, z happy endem, momentami zaskakująca, skrywająca pewne sekrety, które odkrywamy z każdą kolejną stroną. Jednocześnie ciepła i przyjazna.

Niezbadane są ścieżki kawy

fot. Klaudia Raflik
Diego Galdino nie był mi znany do momentu,
w którym sięgnęłam po Pierwszą kawę o poranku. Autor jest rzymianinem i
podobnie jak bohater powieści – baristą,
zaskakującym swoich klientów coraz wymyślniejszymi rodzajami kawy. Czy pisanie
przychodzi mu równie łatwo i czy jest w tym równie dobry jak w serwowaniu owego
napoju?

Rzym. Piazza di
Santa Maria in Trastevere. Massimo Tiberi jako barista codziennie wstaje o 5
nad ranem, by otworzyć swój bar i wykonać tradycyjny rytuał parzenia i
wylewania kawy. Umiera pani Maria, którą Tiberi traktował jak swoją dobrą
duszę. Po jej śmierci dom dziedziczy pewna zielonooka dziewczyna zwana
Geneviève, która pojawia się w Rzymie ni stąd, ni zowąd, czarując wszystkich
swoją nieśmiałością. Pewnego razu przychodzi do baru, prosząc o… czarną
herbatę z różą. Wkrótce nasz barista ulega jej wdziękom i poświęca każdą wolną
chwilę na to, by móc ją lepiej poznać…

Jak potoczą się losy tych dwoje? 

Jakie
sekrety pozna Massimo? 
Kim
okaże się Mel, nieustannie dręczący Massima?  
W końcu: czy odrębność jest
przeszkodą dla miłości?
Pierwsza kawa o poranku to subtelna opowieść o miłości rozwijającej się krok po kroku. W żadnym wypadku nie można uznać tej książeczki za romansidło. To prosta historia, niekiedy wzruszająca, lekka o niezwykle swobodnej, a jednocześnie bogatej treści i przesłaniu. O delikatności Pierwszej kawy o poranku  nie świadczy jedynie kunszt pisarski autora, który niezwykle umiejętnie przeplata wątki, tworząc włoskie dzieło, ale przede wszystkim sama okładka. Jest wręcz urocza, za co ogromne brawa należą się samemu wydawcy. 

Czytelnik, stopniowo zagłębiając
się w historię, poznaje niekonwencjonalny styl samego autora. Trudno określić
go jednoznacznie. Przede wszystkim należy wspomnieć, że potrafi oczarować
przeciętną osobę, która zasiada w fotelu z tą książką w ręku. Sama historia
jest niezwykle urzekająca. Muszę przyznać, że czytając Romantyczna historia
pachnąca najlepszym włoskim espresso
, spodziewałam się nieco innego
rozwinięcia, co nie oznacza, że się rozczarowałam. Wręcz przeciwnie – gdy tylko dotarłam do ostatniego słowa, poczułam
lekki niedosyt, zaczęłam łaknąć tej historii coraz bardziej. 
źródło

Ogólnie rzecz
biorąc, głównych bohaterów jest trzech – Massimo, Geneviève oraz… Wieczne
Miasto, które z każdą kolejną stroną sukcesywnie poznajemy. Czytelnik staje się
nieodłącznym towarzyszem Massima – wraz z nim spaceruje uliczkami Rzymu,
zachwyca się jego bogactwem, przysłuchuje się rozmowom prowadzonym w barze,
kosztuje najlepiej przyrządzonej włoskiej kawy… I wraz z bohaterem poznaje
sekret Geneviève, dla której najlepszym przyjacielem jest pamiętnik, który
starannie prowadzi, uznając go za skarbnicę jej najskrytszych myśli. 
Bohaterowie
(mam na myśli dwóch pierwszych) są wykreowani à la perfection.
Każdy z nich stanowi swego rodzaju indywiduum, choć i w duecie sprawdzają
się nienagannie. Powiecie: nie byli w stanie prowadzić rozmów, gdyż on nie znał ani
słowa po francusku, z kolei jej znajomość włoskiego nie pozwalała na dogłębne
dyskusje… Otóż nie! Tych dwoje nawiązało własną nić porozumienia – uczucia odczytywali z mimiki twarzy i obyli się bez wielkich słów. Massimo opowiada dziewczynie historię własnego
życia, dzieli się z nią przemyśleniami, ta – choć momentami nieumiejętnie –
wspiera go i szczerze mu współczuje. Wrażliwość Geneviève dogłębnie go porusza,
co sprawia, że oboje stają się przyjaciółmi całkowicie przypadkowo. Początkowo
irytowała mnie niedostępność Francuzki, jednak z czasem przestała. Moim
skromnym zdaniem autor finezyjnie wyidealizował Geneviève, by wzbudzić zainteresowanie
czytelnika jej osobą; ten zabieg sprawił, że zaczęłam traktować ją z lekkim
dystansem, a bardziej skupiłam się na historii Massima. Gdy nastąpił punkt
kulminacyjny, miałam ochotę płakać nad smutnym losem dziewczyny i zaczęłam
rozumieć jej nieco odmienne, ostrożne zachowanie.

źródło

Pierwsza
kawa o poranku
jest stworzona dla
osób, które uwielbiają przenieść się choć na chwilę w inne miejsce i odpocząć
od szarej, melancholijnej rzeczywistości. To niezwykle klimatyczna opowieść
otulona zapachem wyśmienitej kawy. Rzym jest tutaj perłą, na której nie ma
żadnej rysy. Massimo uważa go za najcudowniejsze miejsce, zagłębia się w jego piękno
i urokliwość każdego zakątka; pozbywa się złych emocji, powierzając mu swoje
sekrety niczym najlepszemu przyjacielowi, towarzyszowi życia. 
Powieść została
wzbogacona o krótki przewodnik po świecie kawy – Powiedz mi, jaką kawę
pijesz, a powiem ci, kim jesteś
– w którym autor prezentuje podstawowe
rodzaje kawy, tłumacząc jednocześnie znaczenie każdego z nich, i łączy je z
charakterem człowieka. Dzięki temu dodatkowi mamy okazję poczuć magię Wiecznego
Miasta, w którym wszystko jest niezwykle harmonijne, nieskazitelne i urzekające.
Podsumowując, Pierwszą kawę o poranku zdecydowanie
polecam wszystkim, którzy uwielbiają unoszącą się nad nimi atmosferę czułości,
delikatności i łagodności. Tym, którzy poszukują bezkompromisowego romansu czy
dawki akcji, zdecydowanie ją odradzam – po co się rozczarowywać i żałować
sięgnięcia po nią. 

Co nieco o edytorstwie

źródło

Korekta wszystkim wydaje się niezwykle prosta. Tu przecinek, tam przecinek, tu kropka… Większość nie zdaje sobie jednak sprawy, że wcale tak nie jest. Praca w roli korektora to przede wszystkim pasja. Znajomość zasad to jedno, aspiracje – drugie.

Aby
zostać dobrym korektorem, musisz posiadać następujące CECHY:

– wrażliwość (rażące błędy może dostrzec tylko osoba, która posiada łatwość ich
odnalezienia w tekście)
– cierpliwość (wykonana przez ciebie korekta może zyskać dezaprobatę)
– dużo wolnego czasu (żeby korekta została wykonana jak najbardziej poprawnie)
– umiejętności humanistyczne (w ich skład wchodzi przede wszystkim wiedza z
języka polskiego, ale także informatyki, historii; dobry korektor musi znaleźć
powiązanie języka polskiego z historią, zdarzają się teksty oparte na ważnych
wydarzeniach historycznych, które wymagają od korektora wiedzy spoza Internetu)
– obiektywizm (nie możesz oceniać tekstu według własnych upodobań)
– racjonalizm (do każdego tekstu korektor musi podejść z odpowiednią dawką
wiedzy, ale i rozwagi; korektor nieposiadający wiedzy i niemyślący racjonalnie
o artykule to nie korektor!)
– dystans (dobry korektor musi znaleźć granicę między własną opinią a opinią
autora, nie może kierować się swoimi poglądami)
– odpowiedzialność (korektor jest odpowiedzialny za tekst, który ma poprawić;
najlepiej jest utworzyć na pulpicie folder KOREKTA, podzielić go na korektę
wykonaną i niewykonaną – wtedy prościej będzie i odnaleźć teksty, i zapamiętać,
które już poprawiłeś, a które nadal oczekują na korektę)
– samokrytyka (kiedy inny korektor dostrzega błędy w poprawionym przez ciebie
tekście, musisz zaakceptować poprawki – jeśli są słuszne – i podejść do tego
spontanicznie; nie przeliczaj każdej porażki, one zdarzają się nawet tym
najbardziej doświadczonym i nie wynikają z niewiedzy – no, przynajmniej rzadko;
gdy korektor nie zna podstaw, nie utrzyma tej pracy)
– uporządkowanie i zorganizowanie (dobry korektor to ten, na którego biurku panuje
ład, a organizacja pracy nie pozostawia sobie wiele do życzenia, ale nie
przesadzajmy – korektor też człowiek, nie mówimy o idealnym porządku, taki nie
panuje nigdzie)
– posiadanie zainteresowań (każdy ma inne zainteresowania, jedni lubią czytać, inni
kolekcjonować znaczki, jeszcze inni dla przyjemności malują, piszą itp.; to
nieprawda, że na pierwszym miejscu na liście zainteresowań korektora musi stać
korekta! Owszem, zainteresowanie korektą to priorytet, każdy chciałby spełniać się
w życiu, również w zawodzie; praca w zawodzie, który nas nie satysfakcjonuje,
to żadna praca. Korektor nie pracuje dla pieniędzy, tylko dla praktyki. Jest to
zawód, który pozwala ci spoglądać realnie na to, co cię otacza – wysoko
postawieni urzędnicy, media popełniają znacznie więcej błędów niż prości
ludzie! Wracając jednak do tematu – posiadanie zainteresowań – aby stać się
dobrym korektorem, powinieneś lubić czytanie książek, oglądanie filmów,
powinien cię również pasjonować język polski – sama wiedza nie jest kluczem do
sukcesu)
– zapał do pracy (każdy, kto marzy o zawodzie korektora, musi tę cechę posiadać;
korektor, który nie zapala się do poprawiania tekstów, najprawdopodobniej
niedokładnie przemyślał pracę w tym zawodzie; może też zdarzyć się, że praca
jako korektor okaże się inna, niż ją sobie wyobrażałeś, wówczas odradzam
kontynuację – lepiej jest zawczasu podjąć inny kierunek niż męczyć się).
_______
Myślę,
że tyle cech w zupełności wystarczy, istnieje jeszcze wiele, wiele innych, ale
wszystkie stawiają sobie za cel – zostać dobrym korektorem. Żeby jednak zostać dobrym korektorem, trzeba najpierw w
ogóle nim zostać – i tu liczy się właśnie wiedza i pasja – związana przede wszystkim z językiem polskim. Na początku każdy chętny do pracy jako korektor otrzymuje
próbny tekst – lub teksty – zostaje mu narzucony, musi go sprawdzić jak
najlepiej, by mieć szansę na zdobycie pracy. Teksty te najczęściej nie są zbyt
długie, później ich liczba oraz objętość zależy od rodzaju korekt – czy są to
korekty wydawnicze, czy prasowe. W przypadku korekt wydawniczych korektorowi
najczęściej przysługuje jeden arkusz wydawniczy na dzień, tj. ok. 40 000
znaków ze spacjami; w przypadku korekt prasowych – nie więcej niż 2-3 strony
A4; to jednak zależy z kolei od standardów narzuconych przez konkretną firmę. 
PRZEPIS NA SMACZNĄ KOREKTĘ
A
teraz o życzeniach szanownej korekty. Każdy tekst ma jednakowe wymagania,
należy do nich podejść obiektywnie. Posłużę się w tym miejscu osobistym
przepisem na dobrą korektę.
Składniki: wzrok, myśl,
słowo, znak, czerwony długopis.
Sposób
przygotowania:
ü    wzrok –
przeczytaj tekst
ü    myśl – w trakcie
czytania staraj się dostrzegać usterki, które podrzuca ci każde zdanie
ü   słowo – tekst
ubierz w słowa tak, by stał się spójny i logiczny (nie zmieniaj za dużo,
pamiętaj – nie możesz zepsuć wizji autora ani sensu jego słów, możesz jedynie
wzbogacić tekst o to, co sprawi, że czytelnik spojrzy na niego jak na dobry
film)
ü    znak – w
korekcie największą zmorą są znaki interpunkcyjne, przede wszystkim przecinki;
nie są one jednak najważniejsze – priorytetem jest to, by czytelnik rozumiał
tekst, a autor poznał go po korekcie. Znaki są dodatkiem do smaku. Jednak
jako korektor nie możesz pozostawić błędów interpunkcyjnych w tekście. O
zasadach interpunkcji przeczytasz w słowniku – chociażby z PWN
ü   czerwony
długopis – tzw. dopieszczenie tekstu – zaznacz poprawki kolorem, by osoba, która
po tobie  będzie sprawdzać tekst, wiedziała, na co zwrócić szczególną uwagę. 
RÓŻNICE
Oczywiście
korekta to proces – przechodzi przez wielu korektorów – zasada: ilu
korektorów, tyle korekt
jest jak najbardziej słuszna. Nie oznacza to, że jeśli
jedna korekta różni się od drugiej, któraś z nich jest zła.
Dla
przykładu:
jeden
korektor może uznać coś za dopowiedzenie – wtedy wstawi przecinki z obu stron;
drugi może to uznać za spójnik zdania – i nie wstawi przecinków wcale. Gdzie
tutaj złoty środek?
WSTAWKI,
DOPOWIEDZENIA
Dopowiedzenie
istnieje wtedy, gdy jedna część zdania łączy się z drugim mimo wstawki, dla
przykładu:
Usnął,
zmęczony kilkugodzinnym bieganiem, i śnił o wakacjach.
W
tym zdaniu dopowiedzeniem jest zmęczony kilkugodzinnym bieganiem. Jak
widzimy, zdanie to mogłoby istnieć i bez wstawki, wtedy wyglądałoby tak: Usnął
i śnił o wakacjach
. Słowem: aby przyjąć, że coś jest dopowiedzeniem, należy wyobrazić
sobie zdanie bez niego; jeżeli jest sensowne – dwa przecinki, jeżeli nie –
wcale. Nie należy przedobrzyć. Znaki interpunkcyjne (głównie przecinki) dodaje
się na wyczucie. Stawianie ich po ponadto, w związku z tym, poza tym i
wielu, wielu innych członach inicjalnych to anglicyzm. W języku angielskim
stawia się przecinek np. po moreover, what is more – są to wyrażenia, które w
nim wymagają przecinka, gdyż są wstawką, natomiast po co w języku polskim stawiać
przecinek po ponadto? Przecież nie ma tu czego oddzielać.
O ŚREDNIKU
SŁOWEM
Średnik
wstawiamy, gdy spotykamy się z nagromadzeniem przecinków w zdaniu, np. w zdaniu
obfitującym w wyliczenia z dopowiedzeniami – wówczas, aby czytelnik nie
pomyślał, że po przecinku następuje dalsza część jednej kwestii, stawiamy
średnik, oddzielając w ten sposób dane kwestie.
Średnik
jest znakiem mocniejszym od przecinka, lecz słabszym od kropki, występuje
najczęściej jako część wypowiedzenia, nie jako oddzielna kwestia.
Dla
przykładu:
Najszlachetniejszy kamień jest ten,
który kraje wszystkie inne, a siebie zarysować nie daje; najszlachetniejsze
serce jest to, które właśnie raczej da się skaleczyć, niż samo zadraśnie.[1]
BŁĘDY
Wyróżniamy
różne rodzaje błędów: stylistyczne, składniowe, językowe, fleksyjne,
ortograficzne, interpunkcyjne, frazeologiczne, logiczne, słownikowe,
słowotwórcze, rzeczowe itp.
Polecam
lekturę tablic języka polskiego, znajduje się tam wyjaśnienie wszystkich rodzajów
błędów wraz z przykładami ułatwiającymi zrozumienie każdej definicji.
POLSZCZYZNA
W
polszczyźnie istnieje szereg połączeń, które niekiedy wydają się dziwne, a
jednak poprawne. Gdy mamy problem z odmienieniem danego wyrazu czy sprawdzeniem
kolokacji – należy zajrzeć do słownika poprawnej polszczyzny – najlepiej PWN –
gdyż znajduje się tam multum wyrażeń i zwrotów, które gubią nas, Polaków,
jednak, by móc zabłysnąć wiedzą, należałoby znać chociaż małą ich część (nawet
polonista korzysta ze słowników, niemożliwe jest zapamiętanie wszystkiego, nikt
nie jest w stanie posiąść w całości słownikowej wiedzy – na dłuższą metę staje
się to również niekorzystne). Jeśli chodzi o jedną książkę, która zawiera
wszystko, co z polszczyzną związane, polecam Polszczyznę na co dzień pod
redakcją prof. Mirosława Bańko – jak ja to mówię – tysiąc w jednym.
OBOWIĄZEK
KOREKTORA
– przeczytać dokładnie tekst, pozaznaczać w nim rażące błędy, które
uniemożliwiają jego zrozumienie
– poprawić błędy (rodzaje błędów powyżej), by sprowadzić tekst na właściwą
drogę
; słowem: zadbać o poprawność językową tekstu
– operować kwiatkami, by urozmaicić tekst i uniknąć powtórzeń (pamiętaj:
czasami powtórzenia są niezbędne, gdyż nie da się zastąpić danego słowa innym,
wyrażającym identyczny przekaz); operacja ta nie może jednak być rozumiana jako zmiana tekstu – pamiętaj – i powtarzam to po raz n-ty – będąc korektorem, możesz zmienić to, co
niepoprawne, rażące, niejednoznaczne, niekompletne, niewłaściwe, nie możesz
jednak dopasować tekstu pod siebie – nie możesz zepsuć wizji autora; skoro
autor używa takich słów, jakich używa, masz obowiązek pozostawić je w takiej
formie, w jakiej występują w tekście (pod warunkiem, że nie zaburzają logiki i
poprawności językowej tekstu)
– poprawić błędy stylistyczne, nie styl, w jakim utrzymany został tekst.
PRAWO KOREKTORA
– poinformować autora o tym, że jego tekst jest słaby albo że korektor nie jest w stanie
poprawić tekstu, nie ingerując jednocześnie w niego zbyt mocno
– nakierować autora, udzielić mu rad, podać niezbędne wskazówki – to sprawi, że
tekst stanie się przyjemniejszy i tym samym poprawny
– skierować tekst do dodatkowej korekty (jeśli czujesz, że mogłeś przeoczyć coś
albo nie radzisz sobie z danym tekstem). 
PODSUMOWANIE
(czyli w skrócie o pięciu poprzednich stronach)
PAMIĘTAJ: jako korektor
jesteś ograniczony – twoim zadaniem jest udoskonalić pracę autora – nie możesz
ingerować zbytnio w tekst, krytykować (chyba że w duchu lub podczas rozmowy z
autorem). Styl tekstu jest własnością autora, dlatego NIE PODWAŻAJ GO.


[1] Wypowiedzenie zaczerpnięte
ze słownika ortograficznego PWN.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia