Do zobaczenia nigdy

Nie wyobrażam sobie bycia niewidomą. Sama myśl o tym mnie przeraża. Kocham patrzeć na świat, czytać, oglądać seriale i filmy. Dla mnie życie w ciemności aż do końca życia byłoby czymś strasznym. Ledwo o tym pomyślę i już czuję dziwny skurcz w żołądku, a gardło mi się zaciska tak, że ciężko mi oddychać. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak muszą się czuć osoby, która straciły wzrok. Zawsze wydawało mi się, że nie radzą sobie one w życiu, że cały czas potrzebują pomocy osób „zdrowych”. Jednak książka, której recenzję mam dziś zaszczyt wam przedstawić, pokazała mi, że się myliłam, a życie w ciemności wcale nie musi być przepełnione bólem, cierpieniem i smutkiem, a w szczególności strachem. 

Tytuł: Do zobaczenia nigdy
Autor: Eric Lindstrom
Wydawnictwo: YA!

Już od pierwszych stron byłam niesamowicie zdumiona. Nie potrafiłam w to uwierzyć. Co prawda książka ta jest fikcją literacką, ale jest w niej wiele z prawdy. To, że ktoś jest ślepy, nie znaczy że jest też głuchy i głupi. I nie znaczy to, że trzeba mu we wszystkim pomagać. Bo my, ludzie lubimy być samodzielni. Bardzo często nienawidzimy osób, które chcą nam na siłę pomóc, nie wierzą, że damy sobie radę sami. Co oczywiście nie oznacza, że mamy nie pomagać osobom ślepym, głuchym, niemowom i innym. Wręcz przeciwnie! Chodzi mi raczej o to, by nie pomagać na siłę, jeśli osoba ta jasno przekazuje nam, że nie potrzebuje naszej pomocy.

Jak zwykle moje wstępy są zbyt długie, ale co ja na to poradzę? Po prostu jestem szczera i lubię wyrażać swoje zdanie i przemyślenia po przeczytaniu książki. Mam nadzieję, że nie macie mi tego za złe. Zresztą, zauważyłam że lubicie, gdy moje opinie są długie, więc nie chcę się powstrzymywać tylko po to, by szybciej się czytało. Bo to nie o to chodzi. 

Parker Grant ma 16 lat. Jest niewidoma. W wypadku samochodowym straciła nie tylko wzrok, ale też i mamę. Jej ojciec popełnił samobójstwo, a jej były chłopak Scott bardzo zawiódł jej zaufanie. Podpadł pod regułę Nieskończoność, nie ma dla niego już szansy na wybaczenie. Dziewczyna bardzo dużo przeżyła, całkiem sporo jak na nastolatkę. 

Jednak dziewczyna nie poddaje się, stara się być twarda i nie płakać. Uwielbia bieganie i każdego ranka biega swoją ulubioną trasą. Przed lekcjami zajmuje się też udzielaniem porad znajomym ze szkoły. Robi wszystko, by nie płakać i stara się udawać, że nic złego się nie stało. Ale ile tak można? Jest tylko człowiekiem i jest to dla niej z każdym dniem coraz trudniejsze. Zrozumienie samego siebie jest trudne. Prawda w końcu musi wyjść na jaw, a serce przestać być ślepe. A odkrycie i zrozumienie, co tak naprawdę przydarzyło się jej ojcu i dlaczego Scott tak dziwnie się wobec niej zachowuje, uświadomi jej, jak bardzo ślepa w swojej ślepocie była. Nie wszystkie rzeczy są takie, jakie się nam wydają. 

Na samym początku, a raczej początku właściwej recenzji, chcę wam powiedzieć jedną rzecz. Jestem pod wrażeniem sposobu, w jaki została napisana ta książka. Lekko, niezwykle subtelnie i dojrzale. Nie powiedziałabym, że bohaterka ma tylko 16 lat. Jej sposób wyrażania się, jej myśli, jej zachowanie w jakiś dziwny sposób zadziwiało mnie i sprawiało, że w ogóle nie miałam ochoty jej opuszczać. Uwielbiałam Parker za jej charakter. Nie owijała w bawełnę, była szczera aż do bólu, a co najważniejsze, mimo że tyle przeżyła, nie dała sobie wejść na głowę.

Pierwszy raz natrafiłam na książkę, w której główny bohater jest niewidomy, więc niestety nie mogę jednoznacznie stwierdzić, że w tej tematyce jest świetna, na pierwszy miejscu. Zanim zaczęłam czytać, zastanawiałam się, jak autor to ugryzie, bo co jak co, ale wydaje mi się, że opisanie uczuć osoby, która widzi jedynie ciemność, będzie trudne. Czy się myliłam? Z jednej strony tak, z drugiej nie. Uważam, że Lindstrom bardzo dobrze sobie z tym poradził. Sprawił, że Parker nie była płaska, nie była jedynie cienką kartką papieru, a była jak z krwi i kości. Bardzo łatwo wczułam się w jej sytuację i wprost nie mogłam się oderwać. Z drugiej strony, mimo tego, że widać, że książka jest dogłębnie przemyślana, czyta się ją błyskawicznie, a sama historia nie jest błaha i pusta, to czegoś mi brakowało. Jak tak się teraz zastanawiam, a piszę tę recenzję kilka dni po przeczytaniu, to sama nie wiem dokładnie czego.

Nie potrafię tej książce niczego zarzucić. I nawet nie chcę, ale jest jedna rzecz, a raczej jeden człowiek, bohater, który strasznie mnie irytował. Mam oczywiście na myśli Scotta. Miałam ochotę trzasnąć go, by w końcu się obudził. Z jednej strony latał za Parker, chronił ją, a z drugiej strony, gdy chciała naprawić ich relacje, to się odsuwał. Co prawda rozumiem, czuł się zraniony, ale to nie tłumaczy jego zachowania, gdy dziewczyna nie była go świadoma. Nie potrafiłam go polubić, chociaż uwierzcie mi, starałam się. Także niestety dla Scotta jedno wielkie nie.

Za to przyjaciółki Parker, oddałam im moje serce i cały czas tylko czekałam, aż znów się pojawią, a na szczęście pojawiały się bardzo często. Zostały genialnie wykreowane, nie były postaciami pełnymi przesady. W każdym calu idealnie stworzone. Nie irytowały, miały fajny humor i co najważniejsze, nie były jedynie dodatkiem do powieści. One razem z Parker tworzą tą książkę. Po prostu nie da się ich nie polubić.

Gdy skończyłam czytać Do zobaczenia nigdy, zrozumiałam, dlaczego blogerzy ją tak wychwalali. To prosta historia, ale napisana w niezwykle poruszający sposób. Soczyści (wiem, to dziwne określenie, ale pasuje idealnie) bohaterowie, niebanalny humor, przyjaźń, problemy, cierpienie, siła. To wszystko sprawia, że wprost nie sposób się oderwać. Napisana przystępnym, prostym językiem, nie jest płytka i nadaje się dla osoby w każdym wieku. I każdy znajdzie w niej coś dla siebie, odkryje przesłanie, które może zmienić myślenie.

Uwielbiam ją za to, w jaki sposób został ugryziony temat ślepoty. Główna bohaterka radzi sobie z nią doskonale, co muszę przyznać, lekko mnie wytrącało z równowagi, sama nie wiem dlaczego. Po prostu zawsze żyłam w przekonaniu, że osoby niewidome nie radzą sobie tak dobrze w życiu, są raczej zamknięte w sobie i nie udzielają się towarzysko. Co prawda książka jest fikcją, ale i tak zmieniła moje myślenie. Aż głupio mi się zrobiło, że mogłam tak myśleć. Parker była samodzielna, gdy żył jej ojciec, wiele rzeczy robiła sama i uwielbiała to. Jednak po jego śmierci została ograniczona, ciotka nie potrafiła jej zaufać, co niesamowicie dziewczynę bolało. I zaskoczyło mnie to, że sama myślałam w podobny sposób jak jej ciotka, cały czas bałam się, że dziewczyna sobie nie poradzi i za każdym razem, gdy to się sprawdzało (a było kilka takich momentów), moje serce dosłownie wyskakiwało z piersi. Bardzo spodobało mi się to, z jakim dystansem dziewczyna podchodziła do siebie i innych. Ale jednocześnie na początku czułam, że popełnia ona ogromny błąd. I miałam rację.

W tej książce spotkałam się z dwoma rodzajami ślepoty, jak pisałam wam wyżej. Możemy mieć ślepe oczy, ale także i ślepe serce. I właśnie to sprawia, że książka ta jest tak uniwersalna, bo mimo że narratorem jest młoda dziewczyna, to nie jest ona powierzchowna, a jeśli tylko zechcemy, to możemy znaleźć w niej bardzo wiele wartości, o których odrobinę wspomniałam wyżej. Jako że nie chcę się aż tak rozpisywać, bo jeszcze przez przypadek zdradzę zbyt dużo, to powiem wam tylko, że Do zobaczenia nigdy jest powieścią, która na długo zostaje w sercu.

Napisałam już tyle, a wciąż czuję, że coś pominęłam. Staram się w pełni oddać moje uczucia, ale to naprawdę nie jest łatwe. Ta książka zostawiła w mojej głowie pewien mętlik i ciężko zebrać mi myśli. I tutaj was zadziwię, to jest jedna z tych książek, które najchętniej zostawiłabym tylko dla siebie. Mam na myśli to, że zazwyczaj z ogromną radością dzielę się z wami moimi przemyśleniami i opiniami na temat przeczytanych książek, a w przypadku tej chciałabym, by została moją słodką tajemnicą. Poruszyła mnie, wstrząsnęła moim sercem i nie ma co ukrywać, pokazała mi, że mam ślepe serce.

Czytałam ją z tak ogromną przyjemnością, że na siłę ją odkładałam, byle nie skończyć w ciągu jednego wieczoru. Jednak niestety ma ona tylko nieco ponad 300 stron i w końcu musiała nadejść ta chwila gdy odłożę ją z powrotem na półkę. Jestem zachwycona stylem autora i koniecznie muszę przeczytać inne jego książki. Co prawda spodziewałam się, że książka będzie dobra; zanim się z nią zapoznałam, to przeczytałam i usłyszałam wiele niezwykle pozytywnych opinii i aż mnie korciło, by w końcu się przekonać, jak mi się spodoba. I nie zawiodłam się. Nie przeczytałam w tym roku wiele książek, ale jeśli o mnie chodzi, Do zobaczenia nigdy jest na podium najlepszy książek. I z wielką chęcią jeszcze nie raz do niej wrócę. Może odkryję coś, czego nie zauważyłam za pierwszym razem?

Tak że bez zbędnego przedłużania, jeśli jeszcze nie czytaliście Do zobaczenia nigdy Erica Lindstroma, to koniecznie musicie naprawić ten błąd, a uwierzcie mi, będziecie zadowoleni. A jeśli czytaliście, to napiszcie mi, jak wam się podobała, czekam na wasze opinie!

„Konkurs na żonę”

Często omijam książki polskich autorów. Dlaczego? Tego nawet ja sama nie wiem, choć nieraz się nad tym zastanawiałam. Co mnie tak w nich odrzuca, dlaczego tak ciężko jest mi dać im szansę? Może gdzieś głęboko w mojej podświadomości kryje się chochlik, który co rusz podrzuca mi do umysłu te myśli. Twierdzi, że ma rację, że on się nigdy nie myli. Szepcze do ucha, że nie warto. 

„Kiedy cię poznałam”

Bardzo często zdarza się, że człowiek w pogoni za pracą zapomina o samym sobie, gubi gdzieś swoje wewnętrzne dziecko i zamyka się na otaczający go świat. Nie widzi jego piękna, nie dostrzega nadziei, która rodzi się każdego dnia, nie pozwala sobie na odrobinę wolności. Kocha, ale tylko najbliższych i nikogo innego do siebie nie dopuszcza. Aż do momentu, gdy nadejdzie zmiana. Poznanie siebie może być trudniejsze niż się wydaje. Do tej pory taka osoba cały czas była zajęta pracą, na nic innego nie było ani czasu, ani możliwości, ani nawet chęci. I gdy nagle brak pracy wylewa na niego kubeł wody, człowiek budzi się i widzi, w jakim bagnie utknął. Orientuje się, że wciąż stał w miejscu, zamiast ruszyć przed siebie i rozwinąć skrzydła. 

„Zakazane życzenie”

Jestem pewna, że każdy z was zna Baśnie tysiąca i jednej nocy. Na pewno kojarzycie Ali Babę, Sindbada czy Aladyna. Dla wielu z nas te opowieści są cudownym wspomnieniem dzieciństwa, które sprawia, że na naszych twarzach wykwita najpiękniejszy z uśmiechów. Ten, który jest odzwierciedleniem uśmiechu małego dziecka. Pełnego prawdziwej radości i szczęścia. Praktycznie niemożliwe jest, aby go zapomnieć, już nawet nie mówiąc o tym, że nikt by tego nie chciał. Dobre wspomnienia są najważniejsze w życiu, bo napędzają nas, byśmy zdobywali kolejne. Znamy je po części z filmów czy z bajek. A także z książek.

Bilet do szczęścia

Po fenomenalnym Konkursie na żonę nadeszła pora na Bilet do szczęścia. Gdy tylko przeczytałam pierwszy tom, po prostu nie mogłam się doczekać, by poznać ciąg dalszy, i cały czas rzucałam okiem na parapet. Na nim stoi góra książek i wśród nich ta, której tak pragnęłam. Nie zaczęłam jej czytać zaraz po zakończeniu pierwszej części, choć bardzo tego chciałam. Pierwszy tom był genialny, jednak główna bohaterka Łucja lekko mnie irytowała. A to dlatego, że nie mogłam się nadziwić, jak ślepo jest wpatrzona w Hugona. Miałam ochotę uderzyć ją w twarz i pokazać prawdę. Nie wyczuwałam w tej książce miłości, a jeśli już, to jedynie ze strony Łucji. 

Tytuł: Bilet do szczęścia
Cykl: Konkurs na żonę (tom 2)
Autor: Beata Majewska
Wydawnictwo: Grupa Wydawnicza Publicat

Pierwszy tom zakończył się w bardzo bolesnym momencie. Gdy skończyłam go czytać, to po prostu zabrakło mi oddechu i siłą powstrzymywałam się od sięgnięcia od razu po kolejną część, by dowiedzieć się czy wszystko będzie dobrze. 

Łucja – młodziutka dziewczyna, pochłonięta przez uczucia do młodego prawnika z Krakowa i zakochana w nim bez pamięci – przeżywa szok. Dowiaduje się czegoś, co mrozi jej krew w żyłach. Okazuje się, że mężczyzna, który ją uwiódł, który przejął władzę nad jej sercem, zrobił to tylko i wyłącznie dlatego, aby odziedziczyć spadek po wuju. Dziewczyna myśli jedynie o tym, by od razu zerwać związek z Hajdukiewiczem i wrócić w rodzinne strony. Jednak los nie pozwala na to. Jej babka – jedyna opiekunka zastępująca jej matkę i ojca – trafia do szpitala. Łucja, z braku innej możliwości, decyduje się pozostać w mieszkaniu Hugona na czas rekonwalescencji jej opiekunki. 

Hugo znów ma nadzieję na odzyskanie ukochanej. Odkrywa, że naprawdę kocha Łucję i nie może bez niej żyć. Wie, że nie dałby sobie rady bez tej kruszyny. To, co się dzieje, jest ostatnią szansą od losu, by mężczyzna odzyskał dziewczynę. Ale serce kobiety jest złamane. Czy Łucja zdoła uwierzyć w szczerość jego uczuć? 

Jak pisałam w recenzji pierwszego tomu, od wieków żywię dziwną, niewytłumaczalną niechęć do polskich autorów. I uwierzcie mi, że jeśli już po jakąś sięgam, to nazwanie tego zaszczytem wcale nie jest przesadą. Bardzo wiele oczekiwałam od autorki. Poznałam wiele opinii na ten temat i nie mogłam się doczekać. Czytelnicy wychwalali drugą część, nie raz spotkałam się ze stwierdzeniem, że jest ona jeszcze lepsza od Konkursu. Podeszłam trochę sceptycznie do tych opinii. Przecież każdy z nas ma inny gust i może zdarzyć się tak, że dla mnie będzie wręcz przeciwnie. Pod koniec musiałam przyznać rację zasłyszanym wcześniej słowom. 

Pierwszy tom był świetny, ale drugi był już poziom wyżej. Czytałam go z niezwykłą przyjemnością, odrywając się jedynie, by pójść coś zjeść lub wyjść z psem na spacer. Co prawda, książkę czytałam dwa dni, ale tylko i wyłącznie dlatego, że musiałam pomagać mamie w kuchni przy przygotowaniu obiadu. Jednak jak już przysiadłam do niej, to nic nie potrafiło mnie od niej oderwać. Nawet krzyki mamy, co przyznaję z lekkim wstydem. 

Nigdy nie lubiłam książek typowo o miłości, może głównie dlatego, że ja mam w niej pecha. A mówiąc to, mam na myśli jej całkowity brak. No cóż, albo miłość, albo książki. Naprawdę przez całą książkę zazdrościłam Łucji, że będąc w moim wieku, znalazła tak wspaniałego mężczyznę. Bo to, jaki był Hugo, sprawiało że często uśmiechałam się głupio do kartek i wyobrażałam sobie tego boskiego prawnika. 

Ale wracając do książki. Jak tylko zaczęłam ją czytać, zdałam sobie sprawę, że autorka naprawdę poczyniła duży postęp. Niesamowicie podobało mi się to, w jaki sposób opisała uczucia Łucji. Wprawiło mnie to nawet w lekkie osłupienie. Miałam wrażenie, jakby pani Beata sama to przeżyła i dzięki temu dała radę tak dobrze to ująć. Strony aż kipiały bólem, smutkiem, bił od nich chłód. Ale jednocześnie wyczuwałam miłość, radość, nadzieję. To było coś pięknego. Bez problemu wtopiłam się w wykreowaną przez autorkę historię i z przyjemnością śledziłam dalsze losy bohaterów (które nawiasem mówiąc nie raz przyprawiały mnie o zawał serca). Byłam jak szpieg, siedziałam obok Łucji na tapczaniku, stałam obok niej, gdy trzymała w rękach maleństwo. Patrzyłam się na cierpiącą przyjaciółkę Hugona – Olgę. I to wszystko z bez żadnego skrępowania. 

A skoro poruszyłam już kwestię dziecka, to chcę dodać tylko jedno. Łucja jest wspaniałą matką i aż serce mi rosło, gdy obserwowałam, jak cudownie opiekuje się dzieckiem. Mało brakowało, a piałabym z zachwytu. 

W książce bardzo podoba mi się postać pani Hani Hajdukiewicz. I jej historia, która w końcu zyskała rozwinięcie i to napisane w cudowny sposób. Nie wiecie nawet, jak się ciszyłam, gdy w końcu doszło do tego, do czego doszło. Jeśli chcecie wiedzieć o co chodzi, to nie liczcie na mnie. Nie pisnę ani słówkiem. Nie chcę odbierać wam przyjemności z czytania i poznawania historii samemu, a właśnie to w książkach jest najlepsze.

Książkę czyta się wspaniale. Nie ma momentu, w którym by się dłużyła. Cała opowieść płynie gładko i wartko, a ilość stron do przeczytania znika w zatrważającym tempie. Wszystko pasuje do siebie idealnie. Każdy element jest dokładnie przemyślany i całość tworzy jedną wielką układankę uczuć. A uwierzcie mi, że jest ich tutaj naprawdę wiele. Tak jak wspominałam wcześniej, pierwszy tom był genialny, ale drugi jest jeszcze lepszy. Istna karuzela uczuć. Po prostu niemożliwe jest nie dać się porwać tej historii i bohaterom. Są intrygujący i żywi. Jakby żyli naprawdę. 

Już nie mogę doczekać się kolejnego tomu, a premiera już wkrótce! Oderwanie się od świata Łucji i Hugona przyszło mi z trudnością, w szczególności po tym cudownym zakończeniu. Ostatnia strona prawie przyprawiła mnie o łzy. Łzy szczęścia. 

Tak że, nie pozostaje mi nic innego, jak z całego serca polecić wam tę książkę. Mogłabym napisać więcej, ale po co? Nie chcę streścić wam całej książki, więc po prostu nie pozostaje wam nic innego, jak ją przeczytać. Z całego serca do tego zachęcam. Nie zawiedziecie się. Pani Beata Majewska doskonale wiedziała, jak napisać tę historię.

 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia