Przykry początek wspaniałej serii

Jestem pewna, że każdy z was, przeglądając YouTube, oglądając telewizję albo po prostu korzystając z social mediów, np. Snapchata bądź Facebooka, choć raz natrafił na jakąś reklamę. Spogląda z niej na nas trójka uroczych dzieci i dziwnie wyglądający mężczyzna mający tylko monobrew. Coś czuję, że już wiecie, o czym mówię. Mocno reklamowany, stworzony przez Netflixa serial, który ostatnio miał swoją premierę. Tak, mówię o Serii niefortunnych zdarzeń. A wiecie, że została ona stworzona na podstawie książek?

Siła miłości w apokaliptycznej sekcie

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było żyć od dziecka w sekcie i nie znać niczego poza nią? Patrząc przez pryzmat doświadczeń, pewnie stwierdzisz, że byłoby strasznie. W szczególności w takiej sekcie, w jakiej był główny bohater książki Calder. Narodziny Odwagi autorstwa Mii Sheridan. Podstawowe braki w żywności, brak dostępu do wody, życie w maleńkich budach, które trudno nazwać domami. Sekta ta narzuca surowe zasady, których każdy musi przestrzegać. W szczególności jeśli nie jest nikim z dowódców sekty.

Tytuł: Calder. Narodziny odwagi.
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem

Wyobrażasz sobie przepowiednię wygłoszoną przez waszego przywódcę, która mówi o tym, że musi on poślubić wybraną, by razem z nią wieść „wierzących” do „Raju”? Nie wiesz, że za murem jest inny świat. Znasz jedynie świat, który pokazało ci życie w ugrupowaniu religijnym. Nie wiesz, czym są telefony, nie masz dostępu do telewizji, żyjesz w warunkach, w których normalnie trzyma się zwierzęta, w ubóstwie, biedzie, pośród chorób i bólu. Jednak ten, kto stoi na czele, wmawia ci, że musisz cierpieć, żeby osiągnąć szczęście po drugiej stronie. A sam żyje w luksusach.

Ja nie wyobrażam sobie takiego życia. To już nawet nie chodzi o internet, prąd, elektronikę. Chodzi o wydarzenia, z którymi Calder musiał się zmagać. Dziś pragnę zaprosić cię do recenzji książki, która poruszyła i poruszy niejedno serce. Książki, która jest idealnym dowodem na to, że miłość może być silniejsza od zła, strachu i potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszy mrok. To właśnie miłość pomaga wybaczyć największe zło i największe dobro czynić.

Calder od dziecka życie na terenie apokaliptycznej sekty i jest z nią bardzo mocno związany, nawet jeśli tego nie chce. Musi ciężko pracować i być całkowicie posłuszny. Gdy ma dziesięć lat, jego wzrok pierwszy raz pada na 8-letnią wtedy Eden. Chłopak jest zauroczony, ale nie zdaje sobie sprawy, że w tamtej chwili, między nimi splotła się niewidzialna sieć, łącząc ich losy już na zawsze i sprawiając, że w przyszłości wiele wycierpią. Nie zdawał sobie sprawy, że społeczność sekty nie zaaprobuje jego uczuć. Zasady mówią jasno, nie powinien nawet marzyć o tej dziewczynie, bo jej przeznaczenie, zostało już zapieczętowane. Nawet jeśli wbrew jej woli. Ma ona zostać żoną przywódcy sekty, Hectora.

Jednak delikatna Eden i pełen odwagi Calder nie potrafią tak łatwo zrezygnować ze swoich marzeń o miłości i wolności. Uczucie, które ich łączy, jest silniejsze od strachu, który rozrywa ich od środka. Postanawiają walczyć o swoją godność, o prawo decydowania o swoim życiu i ostatecznie o coś, co czyni nas najszczęśliwszymi – o miłość. Nie jest to łatwe zadanie, gdy na ich drodze stoi szalony przywódca i przekabaceni przez niego wierni, gotowi zrobić wszystko, by wykonać przepowiednię, która jest tylko wymysłem szalonego Hectora.

Nie wiem, co stanie się potem, Eden, ale cokolwiek by to było, bądź odważna, Blasku Poranka. I wiedz, że gdzieś w Elizjum też bije źródło. Będę tam na ciebie czekał, Eden. Będę leżał na skałach przy jeziorku. Wyobraź sobie mnie tam, w blasku słońca. A gdy przyjdzie czas, odszukaj mnie. Będę czekał. Mam nadzieję, że będę czekał bardzo długo, Eden… ale wiedz, że tam będę. Będę na ciebie czekał, Blasku Poranka.

Czy Calder i Eden uwolnią się z objęć sekty? Kim tak naprawdę są? Czy ich miłość przetrwa?

Ja już znam odpowiedzi na te pytania. Sądzę, że czas, byś i ty je poznał.

Calder. Nowy początek jest pierwszym tomem dwutomowej serii Mii Sheridan. Drugi tom to Eden. Nowy początek. Jest to niezwykła opowieść o sile miłości, odwadze i podróży w nieznane. Opowiada o szukaniu wolności, nowego sensu życia. Tutaj dobro i zło ściera się w bardzo drastyczny sposób, ukazując ponadczasową prawdę, że światło miłości potrafi rozjaśnić każdy mrok.

Czytając tę książkę, nieraz odkładałam ją, żeby przemyśleć wiele spraw. Skłoniła mnie nie tylko do przemyśleń i wyobrażania sobie, jak bym się czuła na miejscu delikatnej, niewinnej Eden, ale także do refleksji nad własnym życiem.

Uwielbiam tą książkę za to, że niczego nie próbuje udawać. Jest prawdziwa aż do bólu i ani na chwilę się nie zatrzymuje. Opowiada historię, która szczerze mówiąc, naprawdę mogła by się wydarzyć. W pewien sposób przybliża nam temat sekt, chociaż jest to tylko fikcja literacka.

Bohaterowie są świetnie wykreowani, litery zamieniają się w skórę i kości, czyniąc ich równie prawdziwymi jak my. Tej książki nie można tak po prostu przeczytać. To nie jest możliwe. Tę książkę się przeżywa. Każde kolejne słowo zapada głęboko w pamięć i na pewno szybko o niej nie zapomnicie. Nie ma momentu, w którym akcja zwalnia i jest nudna. Ja czytałam ją z zapartym tchem od pierwszej do ostatniej strony. I się w niej zakochałam. A w szczególności w Calderze. Bardzo mi zaimponował, chciałabym mieć kiedyś takiego chłopaka jak on. I poznać taką miłość, jaka była pomiędzy Calderem a Eden.

Polecam wam tę książkę z całego serca. Jeśli szukacie powieści, która poruszy was aż do szpiku kości, to Calder. Narodziny odwagi jest idealna! Nie jest to typowa młodzieżówka, tylko dojrzała opowieść o miłości, poświęceniu, sile, która drzemie w człowieku i… odwadze.

eksplozje-390

Co czujemy, co przeżywamy i czego ciągle pragniemy

Jest wiele powieści, które poruszają. Nas, kobiety, bardzo łatwo przekonać, mimo że może się wydawać, że jest inaczej. Większość z nich pisana jest dla kobiet przez kobiety właśnie. Jednak są też opowieści pisane przez mężczyzn, które potrafią trafić do naszego serca bardziej niż niejedna historia miłosna. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki w moje ręce nie trafiła książka zawierająca zbiór niesamowitych opowiadań autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego i osiem odpowiedzi na nie, napisanych przez znających się na swoim fachu pisarzy. Nigdy bym nie powiedziała, że mężczyzna może wczuć się w myśli kobiety i może je tak dogłębnie zrozumieć. Nie przypuszczałam nawet, ile książek wspaniałych polskich autorów umyka mi każdego dnia. Nie wiedziałam, jak bardzo ignorancja przesłoniła moje oczy. 

Tytuł: Eksplozje
Autor: Janusz L. Wiśniewski i inni
Wydawnictwo: Wielka Litera

Tak jak wspomniałam wyżej, Eksplozje to zbiór 16 opowiadań, a wśród ich autorów możemy odnaleźć na przykład znanego wielu Alka Rogozińskiego. Opowieści poruszają wiele tematów, ale ich główną myślą przewodnią jest miłość. Ukazana tutaj w niezwykły, z pozoru niemający powiązania sposób. Każda z nich jest inna: jedne są całkowicie odmienne, inne idealnie się uzupełniają, grają najczystszą melodię, łączą się w perfekcyjnie zgrany chór głosów, mimo że pisały je różne osoby. Każdy autor przekazał od siebie coś wyjątkowego, cząstkę swojego życia i myśli, cząstkę siebie samego. I to jest niesamowite. 

Nie będę opisywać każdej historii, są one zbyt krótkie, bym mogła zdradzić choć odrobinę fabuły. Uważam, że czytelnik sam powinien się z nimi zapoznać i przeżyć je na własny sposób, prawdziwie i odrobinę samolubnie. Tak książka jest jak kwiat mający 16 płatków. Tworzą całość, przepięknie razem wyglądają, ale jeśli wyrwiesz jeden z nich, całość staje się pusta, brzydka. I dlatego nie zdradzę wam, o czym są opowiadania. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że poruszają one bardzo mocno, mimo że są spokojne, ciche, a jednocześnie grzmią jak grzmoty podczas burzy. 

Urzekł mnie styl pisania Janusza Wiśniewskiego. Pisze on w sposób niezwykły, niby nic zwyczajnego, ale nawet kilka zdań potrafi wciągnąć czytelnika i przekonać, by został na dłużej. Nawet najprostsza historia pod piórem autora rozkwita i przyciąga. Prawda jest taka, że rzadko mamy do czynienia z takim stylem. Niezwykle zajmującym, poruszającym, inteligentnym i tak prawdziwie swojskim. Nie wiem dlaczego, może właśnie ze względu na styl, to jego opowiadania czytało mi się najlepiej. Oczywiście nie mogę zapomnieć o reszcie autorów – spisali się po prostu wspaniale. 

Bardzo podobało mi się to, jak niesamowicie potrafili się zgrać z dziełami, które stworzył prekursor. Czasami ledwo zarysowane przez niego historie prowadziły do zazębiających się z nimi kolejnych historii. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i uwierzcie mi, czasami naprawdę miałam wrażenie, jakby pisała to ta sama osoba. To było wspaniałe doświadczenie – obserwowanie, jak opowieści płyną i łączą się w jeden strumyk. I tak samo płynęły kolejne strony. Strona za stroną, kartka za kartką, ciemność powoli zmieniła się w jasność, słońce zaświeciło mi w oczy, światło lampki stojącej na parapecie było praktyczne niewidoczne. I koniec.

Gdy czytałam, czułam się… Naprawdę trudno to opisać. Czułam się zrozumiana, moje serce łopotało, gdy ukochani bohaterowie, których znałam zaledwie od kilku minut, przeżywali swoje rozterki, problemy. Jednak najbardziej poruszyła mnie odpowiedź Alka Rogozińskiego, o tytule Jeden dzień w Sarajewie, na opowiadanie Anorexia Nervosa Janusza L. Wiśniewskiego. Gdy je przeczytałam, moje oczy były szeroko otwarte ze zdumienia, a serce praktycznie złamane na pół. Zaskoczył mnie. I to tak bardzo, że w najbliższym czasie wybiorę się do biblioteki, aby wypożyczyć którąś z jego książek. Muszę się przekonać, czy zdoła mnie zaskoczyć jeszcze raz. Wiele razy słyszałam o tym autorze, ale nie byłam przekonana. To jedno opowiadanie całkowicie mnie przekonało.

Całość przeczytałam bardzo szybko. Nie ociągałam się, tak jak to często w moim przypadku bywa, gdy czytam książki. Oczywiście często nie równa się z bardzo często bądź zawsze. Zdarzają się perełki, które wciągają od pierwszej strony, poruszają najdelikatniejsze struny serca, nie pozwalają zasnąć, mimo że wcześniej ledwo stałam i nie mogłam przestać ziewać. Eksplozje są jedną z takich perełek, diamentów. Błyszczą jak diament i zapewniam was, że są pozycją obowiązkową na waszej półce. To książka pełna emocji, miłości, szaleństwa, a w szczególności prawdy. Jest jak najpiękniejszy koncert grany tylko dla ciebie.

Polecam z całego serca, nie tylko dorosłym paniom i – co najważniejsze – nie tylko paniom! Z tej niecodziennej reakcji łańcuchowej zrodziła się opowieść, która przypomina czytelnikowi, co kiedyś czuł, co nadal przeżywa i czego ciągle pragnie. Jest to opowieść pełna uczuć, cierpienia, bólu, pragnień i miłości. Boleśnie prawdziwa i boleśnie piękna.

Z każdą kolejną historią nasze serce zalicza kolejną eksplozję. 

wielka litera

Moja miłość – Michał Bajor

Michał Bajor – urodzony 13 czerwca 1957 roku, wybitny polski aktor i piosenkarz. Syn aktora-lalkarza, Ryszarda Bajora, i brat aktora Piotra. Jako uczeń występował w roli piosenkarza m.in. na festiwalach w Zielonej Górze, Opolu, Sopocie i Kołobrzegu. W 1979 roku zadebiutował na scenie Teatru Ateneum w sztuce Equus P. Shaffera. Rok później ukończył PWST w Warszawie. W latach 1980-1994 aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Od drugiej połowy lat 80. występuje przede wszystkim z własnymi recitalami, często wzorowanymi na stylu i repertuarze piosenkarzy francuskich. Nagrał kilka płyt, występował w filmach, śpiewał w musicalach. Za wszechstronne osiągnięcia w teatrze, filmie i na estradzie otrzymał nagrodę im. S. Wyspiańskiego (1985). Quo vadis jest powrotem artysty na plan filmowy. Ostatnie filmy, w których wystąpił, powstały przed dziesięciu laty (Niemoralna historia B. Sass, Ucieczka z kina Wolność W. Marczewskiego).
 
Moja miłość do Michała Bajora rozkwitła w drugiej klasie gimnazjum. I to za sprawą nauczycielki od polskiego, a dokładniej dzięki Quo vadis. Mam na myśli oczywiście film. Książka mi się spodobała, jednak nie zdołałam jej skończyć, a ekranizację oglądałam z zapartym tchem, czekając na moment, gdy Neron znów pojawi się na wielkim ekranie.
 
Nastała ta chwila. Rudowłosy Neron gra na lutni. I śpiewa. Gdy wszyscy inni w klasie rozmawiali, słuchali tylko jednym uchem, nawet nie patrząc, ja siedziałam jak zamurowana i… pochłaniałam każdą nutę, jaka wydostała się z ust aktora. Jego głos był tak niesamowicie piękny, że moja dusza zakochała się w nim, stał się jej melodią. To on obnażył we mnie niezwykłą wrażliwość i wzbudził miłość do muzyki innej niż znany mi dotychczas pop. Wpatrywałam się w oblicze nieznanego mi wówczas Michała Bajora, wsłuchiwałam się w niespotykany ton i barwę głosu. Bardzo męskiego, a jednocześnie nieziemsko delikatnego i pięknego.
 
Wzbudził we mnie ogromną moc uczuć i łzy w oczach, które starałam się ukryć przed resztą klasy, gdy słuchałam tej iście boskiej muzyki. Moja dusza śpiewała razem z nim, choć gubiła się w tekście. I nagle koniec.
 
Ogarnął mnie niedosyt, nagle zaczęło mi czegoś tak straszliwie brakować. Ale jak to już koniec? Nie! Nie… Od razu po lekcji podeszłam do pani. Spytałam, kim jest ten aktor i czy to naprawdę jego głos. Usłyszałam z ust nauczycielki dwa słowa. Dwa słowa, które na zawsze zmieniły moje życie.
Michał Bajor. 
 
Michał.
 
Bajor.
 
Czyż nie brzmi to jak poezja? Czyż nie brzmi to jak droga dla zbłąkanej, okrytej ciemnością duszy? Czyż nie są to dwa słowa, które napawają nadzieją i miłością?
 
I tak zaczęła się moja przygoda z tym cudownym artystą. Nim się obejrzałam, śpiewałam razem z nim przepiękne ballady, nie zważając nawet na to, że brzmię, jakby mi ktoś gardło podrzynał albo jakby mi słoń nadepnął na ucho. Śpiewałam Moją miłość największą, Moją drogę, Samotnie, Balladę o brzasku, Błędnego Rycerza, a także najukochańszą Inną bajkę, do której nawet napisałam wiersz i pokazałam pani od polskiego, tłumacząc oczywiście, co (a właściwie kto) było inspiracją. Radość na twarzy nauczycielki była tym, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Michał Bajor to osoba, z której głosem spędzę resztę życia. Bo raczej mało prawdopodobne było to, bym mogła posłuchać go kiedykolwiek na żywo. A pragnęłam tego niesamowicie mocno. Byłam zakochana po uszy, czego wyraz dawałam na każdym kroku, maniakalnie słuchając ulubionych 18 utworów.
 
Minęły cztery lata, a moja miłość ani odrobinę nie zmalała. Co prawda nie słucham ulubionych dzieł już tak często, ale nadal wprawiają mnie w iście anielski nastrój. Przychodzimy, odchodzimy – stópkami, nóżeczkami.
 
Nadal trwam w tej miłości. I ostatnio dostałam szansę. Mówiąc „ostatnio”, mam na myśli zaledwie 48 godzin temu. Dostąpiłam zaszczytu tak ogromnego dla mojej umęczonej miłością duszy, który wcale ciężaru nie ściągnął, a jeszcze bardziej obciążył.
 
A moją szansą był koncert Bajora, który odbył się w mieście obok mojej wsi. Jak tylko się dowiedziałam, że przyjedzie do nas, prawie oszalałam ze szczęścia. Chodziłam wokół plakatu, obserwując niezwykłe oblicze ukochanego artysty, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się stanie! Wiedziałam, że dostałam możliwość poznania go na żywo, posłuchania głosu, który tak mnie fascynował przez cztery lata, w sali teatralnej. Michała Bajora prawdziwego, z krwi i kości.
 
Jednak także wpadłam w przerażenie. Bilet w cenie 60 lub 70 złotych, w zależności od wybranego miejsca. Wątpiłam w to, że rodzice dadzą mi taką kwotę. Może wydawać się, że to niewiele, jednak nie dla mnie. Bałam się spytać, wiem, że są nauczeni ogromnego oszczędzania. Nasze życie kilka lat temu nie było łatwe, przez co pojawiła się w ich umysłach pewna ostrożność.
 
Jednak, pomijając mnóstwo wylanych łez, gdy serce prawie mi pękało na myśl, że mogę pominąć tak wspaniałą okazję, by poznać Michała Bajora, w końcu się udało. Zamówiłam bilet online, wydrukowałam i położyłam w bezpiecznym miejscu, na półce, by czekał na tę wiekopomną chwilę.
 
Najgorsze było czekanie.
 
I w końcu nastał ten dzień. Gdy, cała drżąc, usiadłam na balkonie w sali, wokół mnie mnóstwo ludzi, a minuty dłużyły się jak godziny.
 
I nagle zgasło światło. A zza sceny wyszedł ON. Choć wydawał się niezwykle niepozorny, wiedziałam, że tak nie jest. Serce trzepotało mi w piersi, policzki miałam mokre od łez, które starałam się ukradkiem ocierać, by sąsiedzi po obu stronach niczego nie zauważyli. Nie mogłam przestać płakać przez 10 minut, denerwowało mnie to, ale po prostu nie mogłam. Wzruszenie tak mocno przejęło mą duszę, przelewało się z prawa na lewo, ujście znajdowało właśnie przez zasłonięte okularami oczy.
 
Gdy Bajor zaczął śpiewać, potok łez tylko się wzmógł. Czułam się jak idiotka, ale emocje zawładnęły mną bez reszty. To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I dotąd bym w to nie uwierzyła, gdyby nie pamięć i stojąca przede mną ramka, co prawda nie ze zdjęciem, ale czymś równie cudownym. Gdy przechyliłam głowę w lewo, on, patrząc na mnie, także przechylił. Gdy przechyliłam w prawo, stało się to samo. I tak jeszcze kilka razy. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech przepełniony szczęściem, jakiego nigdy nie czułam. Może mi się wydawało, może tak naprawdę wcale się na mnie nie patrzył i był to jedynie przypadek lub wymysł mojego umysłu. Nawet jeśli, to domniemane urojenie dało mi ogromne szczęście. Dziwne? Tak, wiem o tym.
 
Michał Bajor opowiadał anegdotki, wspaniałe historie z życia swojej przyjaciółki Alicji Majewskiej, wspominał o kompozytorach piosenek, które śpiewał. Niestety, miejsce, na którym siedziałam, nie pozwalało mi widzieć go dokładnie; gdy kupowałam bilet, został tylko balkon… Ale głos brzmiał pięknie i głośno. Niesamowicie zazdroszczę tym, którzy byli w pierwszym rzędzie. Przez cały koncert mieli jego niezwykłe oblicze zaledwie metr od siebie. A skoro jego aura docierała na o wiele oddalony balkon, to jak ogromna musiała być tak blisko niego?
 
Czas minął błyskawicznie. Nim się obejrzałam, zapaliło się światło.
 
Błagałam, by nie była to prawda. I nagle usłyszałam te słowa: Oczywiście, będzie możliwość dostania autografu, jak tylko się przebiorę, to przyjdę do was.
 
Gdy stałam w kolejce, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, rozglądałam się dookoła, starając uspokoić tym swoje zszargane nerwy. Byłam coraz bliżej osoby, która przez cztery lata była moją ostoją, autorytetem. Ujrzałam swoją obecną wychowawczynię i w nerwach powiedziałam z ogromnym uśmiechem „dzień dobry”, nieważne, że była już 20.30. Spłonęłam rumieńcem, zdając sobie sprawę z własnej głupoty. Boże, dziewczyno, uspokój się!
 
Oczywiście, nie zdziwiłam się, gdy mój wzrok padł na uśmiechniętą od ucha do ucha nauczycielkę z gimnazjum, dzięki której zakochałam się w Bajorze. Stałam wtedy z głupim uśmiechem na twarzy, odprowadzając ją wzrokiem. Wiedziałam, że się pojawi, nie przepuściłaby takiej okazji.
 
I nagle nastała moja kolej. Rozprostowałam bilet i powiedziałam swoje imię. Chciałam powiedzieć więcej, uśmiechnąć się, szepnąć, jak bardzo go szanuję, jak bardzo go kocham, jak wielce jest ważny w moim życiu, ale nie potrafiłam. Patrzyłam tylko bezradna, jak jego pomarszczona dłoń niezwykle pięknym pismem kreśli moje imię. Marlena…
 
Pragnęłam go przytulić, objąć i nie wypuścić z ramion już nigdy. Ale nie byłam w stanie… Strach i przerażenie do granic możliwości przejęły moją duszę. Nie wolno mi prosić o coś takiego. Może i zgodziłby się, żebym go przytuliła, ale co, jeśliby się nie zgodził? Głupie rozterki nieśmiałej dziewczyny sprawiły, że straciłam tę szansę. Gdybym tylko wzięła aparat, to miałabym z nim zdjęcie. Gdybym się odważyła, to może powiedziałabym, kim dla mnie jest i jak wiele dla mnie zrobił, nie robiąc nic.
 
Ale nie potrafiłam…
 
Podziękowałam więc z nieśmiałym uśmiechem, naprędce chowając zdobyty autograf do torebki, dbając o to, żeby się nie pogniótł. A w domu z największym pietyzmem włożyłam go do ramki, czyniąc rzecz, z której mój tata dosłownie kilka minut temu się śmiał.
 
Nikt nie zrozumie tej miłości, jeśli sam jej nie pozna. I choć dla niektórych z was to, co teraz mówię, może być dziwne, a nawet szalone, to dla mnie jest czymś całkowicie normalnym. Coś, z czym żyję każdego dnia i tylko czasami na chwilę zamykam w sobie, by nie dręczyć swojej duszy za bardzo. Ale zaraz wracam i na nowo słucham ukochanych piosenek i głosu, który ogrzewa moje serce, sprawiając, że na powrót staję się prawdziwa. Tylko wtedy mogę się uzewnętrznić, śpiewając razem z ukochanym artystą.
 
Michała Bajora kochałam, kocham i kochać będę aż po kres jego i moich dni. Bo taki głos, taki artysta jak on nie trafi się więcej. Dla mnie jest to osoba niesamowicie ważna.
 
Obiecuję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. I wtedy się odważę. Może tych wszystkich słów nie wypowiem, ale spytam o to, co tym razem mi się nie udało. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy?
 
Nie wiem.

Na koniec pragnę zaprosić was do mojego świata! Jeśli nie znacie jeszcze Michała Bajora, to zapraszam was na muzyczną ucztę, a dokładniej: do mojej ukochanej Innej bajki.

 

 

Dobrawa pisze CV

Bardzo cenię sobie dobrą literaturę, która nie męczy za bardzo umysłu. Dlatego często sięgam po książki na poważne tematy, ale pisane prostym stylem. I jedną z takich książek jest trzecia już powieść Janiny Lesiak pt. Dobrawa pisze CV. Tytuł brzmi co najmniej dziwnie, ale nie zniechęca – w moim przypadku było wręcz odwrotnie.

Tytuł: Dobrawa pisze CV
Autor: Janina Lesiak
Wydawnictwo: MG

Tym razem mamy do czynienia z opowieścią o kolejnej królowej. Mowa jest o Dobrawie Przemyślidce, córce Bolka Srogiego, władcy Czech. Nie ma ona łatwego życia, choć jest na tak wysokiej pozycji. Wszędzie czają się podstępne układy, nikt nie patrzy, kim jest. Przeżywa trudne chwile i owocem jednej z nich jest jej synek, Hekosz. Jednak kocha go z całego serca, mimo że poczęła go w straszny sposób. Wkrótce Dobrawa musi oddać syna, a sama zostaje zmuszona do poślubienia przyszłego króla Polan, Mieszka. Nie uśmiecha się jej to, ale nie ma wyboru. W czasach, w których żyje, polityka wkraczała nawet na te tereny.

Nie mija dużo czasu, a wychodzi za Mieszka. Ale tutaj zaczynają się pierwsze spory i trudności. Ona, chrześcijanka, nie może znieść obyczajów swojego pogańskiego męża. Więc powoli, powoli, za pomocą swojej niezwykłej inteligencji, uroku i przepięknych oczu, naprowadza go na dobrą stronę.

Dobrawa jest utkana niczym patchwork. Połączona z kawałków najrozmaitszych tkanin. Są tu tkaniny miękkie, delikatne, bogate i zwyczajne, proste, szorstkie. Nie jest ona zwykłą kobietą. Ma ogromną intuicję i przeczuwa, że nawet jeśli ona nie zmieni dużo w nowym kraju, to jej synowie, a w szczególności Bolko, zmienią o wiele więcej. Jest spokojna do końca swoich dni. To kobieta niezwykła, ponadprzeciętna, inteligentna i w żadnym razie próżna, czy pusta. Mało tego, szczerze wierzy, że szerzenie wiary chrześcijańskiej jest jej misją.

Czytałam każdą z powieści Janiny Lesiak. Wspomnienie o Cecylii bardzo mnie poruszyło, ale ze względu na temat i to, co się w niej działo, troszkę mnie obrzydziła i jestem pewna, że każdego z was, kto czytał tę książkę, w żadnym stopniu to nie zdziwi. Pokochałam ją, ale po jej zakończeniu poczułam pewien niesmak. I podziw dla autorki. Karoca Anny J. była lekturą równie pasjonującą, wyjątkową i wyróżniającą się na tle innych książek. Polubiłam ją i zajęła honorowe miejsce na mojej półce. Jednak w każdej z nich czegoś mi brakowało. I w tej chwili w mojej ręce wpadła Dobrawa pisze CV.

I choć miałam mieszane uczucia – nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autorka nie napisze nic lepszego od wcześniejszych książek, zaczęłam czytać. I myliłam się. Bardzo się myliłam i przepraszam, że tak oceniłam pisarkę. Okazało się, że w swojej trzeciej już powieści, Janina Lesiak postarała się jeszcze bardziej i stworzyła arcydzieło. Ten tom, moim zdaniem pobił wcześniejsze. Chociaż niczym się nie wyróżnia – styl jest ten sam, bohaterka poruszającą, jednak jest coś takiego, co w rankingu książek pani Lesiak, Dobrawę stawia u mnie na pierwszym miejscu. Wspaniale się przy niej bawiłam, czytałam z ciekawością, nie mogąc doczekać się, co będzie dalej.

Mimo że opowiada o historii i postaciach historycznych, Dobrawę czyta się szybko i lekko. Jak już nieraz pisałam w recenzjach wcześniejszych książek, bardzo często są one pisanie ciężkim językiem, przesycone są faktami i nie zachęcają w żaden sposób do zapoznania z nimi. Tutaj jest inaczej.

Bardzo szanuję panią Janinę, że podjęła się tak trudnego zadania i że mu podołała. Sam pomysł był genialny. Cieszy mnie to, że ktoś podjął się takiego zadania. I z niecierpliwością czekam na kolejne wspaniałe powieści opisujące kolejne zapomniane królowe. Gdybym teraz cofnęła się w czasie o półtora roku i powiedziała sobie, że kiedyś polubię takie książki, to tamta Marlena parsknęłaby śmiechem. Bo jak pisałam wcześniej, nie lubię historii.

A to oznacza, że pani Lesiak ma w sobie to coś.

Ze wszystkich bohaterek najbardziej lubię Dobrawę. Podczas lektury podziwiałam ją za to, jaka jest. Była niezwykle silną kobietą. Wytrwała niesamowicie ciężkie chwile i rozstania. Jestem pewna, że kto inny, będąc na jej miejscu, nie zniósłby takiego bólu. Jej odwaga, wytrwałość, wiara, a  także spokój serca i duszy sprawiły, że była wyjątkową kobietą, z której, jak sądzę, każda z nas powinna brać przykład.

logo-MG-2

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia