Był sobie pies, był sobie chłopiec

Odkąd pamiętam, kochałam zwierzęta i zawsze pałałam gorącą miłością do książek, w których są one głównymi bohaterami. Już raz o tym pisałam, w przypadku recenzji Paxa autorstwa Sary Pennypacker. Pamiętam, że byłam tą książką zachwycona, jednak pół roku później trafiłam na pozycję, którą pokochałam jeszcze mocniej, goręcej. Książkę, którą przeczytałam w jeden dzień, nie potrafiąc się powstrzymać. To było dla mnie niespotykane, dawno mi się to nie zdarzyło. Słowa były jak ziarenka piasku w klepsydrze. Ale w przeciwieństwie do klepsydry, przepływały szybko przed moimi oczami, mimo że nie chciałam tak szybko jej kończyć. Płynęły jak woda w rzece – nieustannie i nieubłaganie. Nic nie mogłam na to poradzić. 

Tytuł: Był sobie pies
Autor: Bruce W. Cameron
Wydawnictwo: Kobiece
 

Już samo spojrzenie na okładkę przyprawiło mnie prawie o palpitacje serca, jakby chciało mi powiedzieć, że wielkim krokami zbliża się do mnie miłość. Będąca jedynie na wyciągnięcie ręki. Serce mówiło mi, że pochlebne recenzje tej książki, które co chwila widywałam na blogach, nie są kłamstwem, a najszczerszą prawdą. Uwierzcie mi, uwielbiam słodzić książkom, uwielbiam wyrażać swoje zadowolenie i spełnienie po zakończeniu lektury danej książki. Jednak w tym przypadku słowa nie są w stanie opisać tego, jak się czułam, gdy ją skończyłam. Albo po prostu starzeję się i zapominam słów, co jest bardzo możliwe. Gdy zobaczyłam to cudeńko na półce w szkolnej bibliotece, to praktycznie się na nią rzuciłam, jakbym zobaczyła tam bon na 5 tysięcy złotych do empiku. Złapałam ją w dłonie i prawie się popłakałam. I mówię tutaj całkowicie poważnie. 

Wiem, że za bardzo się uzewnętrzniam, ale chcę po prostu być szczera. Przytuliłam książkę do siebie i z głupim uśmieszkiem wypożyczyłam. Pani bibliotekarka, widząc moje zadowolenie, sama aż się uśmiechnęła i stwierdziła, że to najpiękniejsza książka w bibliotece, na co ochoczo skinęłam głową. Bo to prawda. Książka jest przepiękna. Ledwo powstrzymywałam się przed rozpoczęciem czytania w tej sekundzie. Jak tylko dotarłam na przystanek autobusowy, to zagłębiłam się w lekturze. Miałam ogromne oczekiwania. I wiecie co? Ta książka je przewyższyła. 

Zaczytałam się tak bardzo, że prawie przegapiłam autobus. Nie zwracałam kompletnie uwagi na krzywe spojrzenia ludzi, gdy przez prawie godzinę czytałam w miejscu publicznym książkę. I tutaj pragnę dodać, że nie potrafię zrozumieć krzywych spojrzeń ludzi, gdy widzą kogoś z książką, która jest czymś innym niż podręcznikiem szkolnym. Nie raz się z tym spotkałam i po prostu byłam zdumiona. Dlaczego społeczeństwo reaguje w ten sposób? Chyba napiszę o tym osobny post, co wy na to? Ale wracając do powieści i czytania w miejscu publicznym, to chciałam dodać, że nie przejmowałam się spojrzeniami. Po prostu zagłębiłam się w lekturę. Byłam pod tak wielkim wrażeniem, że świat zewnętrzny kompletnie mnie nie interesował. Uwielbiam to uczucie, gdy książka wciąga mnie tak mocno, że nie zauważyłabym, gdyby nagle porwało mnie tornado. Uwierzcie mi, od tej książki naprawdę ciężko jest się oderwać. Jeżeli już chcecie po nią sięgnąć, to przygotujcie sobie wolny wieczór i upewnijcie się, że nic wam nie będzie przeszkadzać.

Był sobie pies to urocza opowieść o pewnym cudownym psiaku, który z całego serca kocha swojego chłopca Ethana. Nie odstępuje go nawet na krok, a każda rozłąka, nawet ta najkrótsza, jest dla niego bólem nie do wytrzymania. Jednak każde życie kiedyś się kończy. Bailey także umiera. Czuje się spełniony i szczęśliwy, jednak okazuje się, że jego przeznaczenie nie wypełniło się. Pies odradza się za każdym razem, gdy umrze. Najpierw jest Tobym, potem Bailey’em i Emily. Psiak, mimo że stara się to zrozumieć, to nie potrafi. Cierpi, tęskniąc za swoim panem i za swoim dawnym życiem. Pamięta każdy szczegół z dawnych żyć, jednak po jakimś czasie wspomnienia się zacierają. Tęskni za chłopcem, ale jest bystrym psiakiem i rozumie, że tamten czas minął bezpowrotnie, dlatego stara się żyć mimo bólu rozrywającego jego serce. Jaki jest sens życia Bailey’a? Dlaczego nie może on po prostu odejść? Jakie jest jego przeznaczenie? 

Był sobie pies jest książką jedyną w swoim rodzaju. Jest urocza, podnosząca na duchu, cudownie swojska. Czytanie jej jest czystą przyjemnością, mimo iż w niektórych momentach serce aż kraja się z bólu i ledwo wytrzymuje to, co dzieje się w książce. Uwierzcie mi, opis z tyłu książki – nawet w jednej setnej procenta  nie oddaje jej zawartości. Zanim zapoznałam się z tą powieścią, wiedziałam, że jest poruszająca i niesamowicie piękna w swojej prostocie. Wiele osób przy niej płakało, jednak nie sądziłam, że i ja uronię łzę. Nigdy nie płaczę przy książkach. I to nie tak, że jestem nieczuła czy brak mi wrażliwości. Jest wręcz przeciwnie. Czasami płaczę z błahych powodów. Ale przy książce? Nigdy. 

Mogę na palcach jednej ręki policzyć książki, przy których płakałam. I wśród nich jest właśnie ta piękność, którą wam dziś recenzuję. Płakałam z żalu, z bólu, ze współczucia, ze szczęścia. Co prawda spodziewałam się, że ta powieść mnie poruszy. Jednak łez się nie spodziewałam. I dlatego byłam naprawdę zdumiona, gdy pierwsza łza spłynęła po mojej twarzy. 

Uwielbiam powieści pisane z perspektywy zwierzęcia. Jest w nich coś magicznego, coś co przyciąga i nie pozwala się oderwać. Gdy je czytam, zawsze w sercu czuję pewien rodzaj tęsknoty, którą naprawdę ciężko mi zrozumieć. Zawierają one w sobie pewien rodzaj wolności, powiew wiatru w futrze, tupanie łap na leśnej ścieżce. I bezgraniczną miłość, mocną i twardą jak stal, której nic nie może przełamać. I dokładnie to podarował mi autor Był sobie pies. Nie mogłam się nadziwić lekkości, z jaką przyszło mu pisanie. Jego styl ma w sobie pewnego rodzaju urok, który zachwyca. A historia, którą opowiedział  niby zwyczajna, niby nie będąca wielkim odkryciem i czymś co zmieniło cały świat  ma w sobie coś takiego, co sprawia, że pokochałam ją z całego serca. 

Naprawdę ciężko jest mi ubrać w słowa moje odczucia wobec tej książki, więc stwierdziłam, że nie będę się bezsensownie rozpisywać. 

Chcę wam powiedzieć, że naprawdę warto. Jest to jedna z tych książek, które na dłużej zostaną w sercu czytelnika. Poruszająca, niepokojąca, prawdziwa. Opowieść o miłości, która przekracza nawet granice śmierci. Psy to nasi przyjaciele. Zawsze o tym wiedziałam. Jednak, gdy przeczytałam tę powieść, spojrzałam na własnego psa całkowicie inaczej. Zrozumiałam, że nawet jeśli czasami mnie irytuje, gdy skacze po mnie i drapie mi całe nogi, albo gryzie w radosnym szale, to jest to oznaka jego miłości. Zrozumiałam, że ja i moja rodzina jesteśmy wszystkim co ma i że jesteśmy w jego maleńkim, przepełnionym dziką radością i ekscytacją, serduszku, które każdego dnia bije dla nas. 

Polecam wam tę książkę z całego serca. Ona nie tylko porusza, ale zmienia myślenie na pewne tematy. Jest przepiękna i warta każdej spędzonej przy niej chwili.

Ponad wszystko

Siedzisz całe życie w domu. Wokół ciebie są białe ściany. Jesteś ubrana na biało. Oddychasz nieskazitelnym, filtrowanym powietrzem. Czujesz się biała, twoja dusza taka się wydaje. Nie wiesz, jak to jest naprawdę żyć. Cieszysz się tym, co masz, ale nie zdajesz sobie sprawy, czym może być prawdziwe życie. Niby żyjesz, ale tak naprawdę to nie można nazwać tego życiem. Wyobraź to sobie. Straszne, prawda? Nigdy nie poznać ciepła słońca, nie poczuć wiatru we włosach, nie ujrzeć piękna przyrody, nie czuć zapachu kwiatów, nie słyszeć śpiewu ptaków. Nigdy nie dotknąć trawy, nie zobaczyć sarny biegnącej po łące, ledwie kilkanaście metrów od ciebie. Nie czuć kropel deszczu na twarzy, śniegu, który opada na brwi. 

 To nie byłoby życie.

Światło w mroku

W nawet największej ciemności można odnaleźć światło. Może się nam wydawać, że to nieprawda, ale tak właśnie jest. Wystarczy uwierzyć i dać szansę. Żyjemy w przeświadczeniu, że to, co jest światłem, jest dobre, najczystsze. Ale czasami „najczystsze” światło może tak naprawdę być mrokiem, który nas pochłonie i zniszczy. Doskonałym tego przykładem jest powieść Światło w mroku autorstwa I.M Darkss. Może i jest to książka fantastyczna i nie opisuje prawdziwych zdarzeń, jednak zawarte w niej przesłanie czyni ją jak najbardziej prawdziwą.

Tytuł: Światło w mroku
Autor: I. M. Darkss
Wydawnictwo: Novae Res

Nawet najciemniejsze zło, ciemność może się rozjaśnić, jeśli wniesiemy w nie trochę światła miłości. Jednak czasami tam, gdzie jest najjaśniej, możemy bardziej cierpieć, bo nasze światło blednie przy tamtym ciemnym świetle. Co mam przez to na myśli? Spójrzmy na to w ten sposób. Jest pewna osoba, chodzi do kościoła, modli się, bardzo mocno wierzy. Ale względem innych ludzi jest potworem, niszczy im życie, upokarza, sprawia, że źle się czują. Najgorsze jest to, że wszyscy sądzą, że jest inaczej, że to, iż jest tak bardzo wierząca, czyni z niej najjaśniejszą osobę, której światło bije na wszelkie strony. Jestem pewna, że znacie taką osobę, że każdy z was chociaż raz się na kogoś takiego natknął. Ja niestety tak i to ze strony najbliższej rodziny. A znam też osoby, które kiedyś były straszne, niszczyły każdego, ale miały powody. Uważa się je za najgorsze, ale nikt nie spojrzy na to, co przeżyły w młodości. Tak naprawdę ich serce jest o wiele czystsze od tych, których społeczeństwo uważa za przykład, bo wierzą.

Wydaje się nam, że światło jest pełne jasności, a mrok – ciemności. Ale czy na pewno tak jest? Nie widzimy nic pośrodku i to jest nasz błąd.

Jako że przybliżyłam wam już ten problem, sądzę, że możemy przejść do recenzji tej niesamowitej powieści. Jestem pewna, że każdy z was chociaż raz usłyszał o tej książce. Swego czasu było o niej dosyć głośno. Do mnie trafiła dzięki BookTourowi prowadzonemu przez dziewczyny z blogu Stan: Zaczytany, za co bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki tej książce zrozumiałam to, co przekazałam wam wyżej. Ale przejdźmy do sedna, znam siebie i jak tak dalej pójdzie, to rozpiszę się na 2 tysiące wyrazów.

Ella jest zwykłą 17-letnią dziewczyną, która ma kochającą rodzinę. Nie ma wielu problemów, a jeśli już, to takie jak każda nastolatka. Żyje w spokoju, od czasu do czasu wychodzi na imprezę, ale to tylko za namową swojej przyjaciółki. Jednak do czasu, gdy ktoś próbuje ją zabić. Jej wybawcą jest niesamowicie seksowny Jack. Dziewczyna jest przerażona, nie chce go słuchać, ale wkrótce ten wprowadza ją w świat magii, w którym dobro i zło toczy ze sobą nieprzerwaną wojnę. Okazuje się, że dziewczyna przynależy do tego świata, tylko o tym nie wiedziała, i jest tą, która może ten świat ocalić. Istnieją tam dwa rody. Temeni, czyli ludzie mroku, i Lamandi – ludzie światła. Lamandi proponują dziewczynie ochronę, jednak ona odrzuca ich propozycję ze względu na Jacka, który nienawidzi istot światła. On sam nie należy do żadnego z tych rodów, jest wyrzutkiem, który skrywa więcej tajemnic, niż może się wydawać. Przeżył wiele cierpienia i sam go wiele zadał. Jednak te tajemnice nie przeszkadzają mu się powoli wkradać do serca dziewczyny. Choć sam tego nie chce, przy niej jest inaczej. Czy mają szansę na miłość? Co ukrywa Jack i kim tak naprawdę jest? Czy będzie w stanie odwzajemnić uczucia mimo misji, której się podjął, i uczuć, które żywi?

Prawdą jest, że podeszłam do tej książki bardzo sceptycznie, jak do każdej książki o miłości i magii. Tytuł brzmi jednak naprawdę niesamowicie i intrygująco, dlatego nie zwlekałam z rozpoczęciem lektury. I choć moje nastawienie było raczej negatywne, to zmieniło się diametralnie po przeczytaniu kilku stron. Spodziewałam się mdłej opowieści o miłości, a dostałam coś całkowicie innego, z czego bardzo się cieszę. Bohaterowie są genialnie wykreowani, w szczególności Jack. Jest tak skrajny, że nie wiedziałam, czy mam mu współczuć, czy go nienawidzić. Raz był wspaniały, innym razem robił rzeczy, za które w myślach go karciłam. Potrafił być czuły, troskliwy, ale nadchodziły też chwile, w których stawał się bezwzględnym *** (tu wstaw przekleństwo), którego miałam ochotę zamordować gołymi rękami. Przeżył tak wiele, że naprawdę mu się nie dziwię, ale to i tak bolało jak diabli, a nawet go nie znam!

Ella zaś… Hmm, to trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony lubiłam ją, ale z drugiej… nie spodobało mi się jej zachowanie i to, jak bardzo jest łatwowierna i jak szybko się zakochuje. Ale okej, rozumiem. Gdybym miała przed sobą takiego seksownego mężczyznę, to sądzę, że sama zakochałabym się równie szybko. Autorka przy tworzeniu Jacka postarała się bardzo, ale mam wrażenie, że Elli poświęciła znacznie mniej uwagi. Ale mniejsza z tym.

Ogólny pomysł na powieść jest jak najbardziej na plus. Głównym wątkiem była relacja Elli i Jacka, ale pojawił się też wątek z kamieniem, który miał uratować magiczny świat. I ten wątek był naprawdę słabo rozwinięty, jakby wciśnięty na siłę. Żałowałam, że nie został bardziej rozbudowany, ale rozumiem. I.M. Darkss chciała się bardziej skupić na relacji głównych bohaterów. To może i lepiej?

Magia, która biła z każdej strony, rodząca się miłość, cierpienie, ból, mrok, światło, sprawiły że tę książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Nawet jeśli nieświadomie, to poruszyła ona pewien problem – ten który opisałam wam wyżej. Czasem miłość może rozjaśnić nawet największy mrok! A nie każde światło naprawdę nim jest.

Książkę polecam wam z całego serca. Jest napisana z pasją, co widać już na pierwszych stronach. Bardzo ciekawym aspektem jest też to, że autorka zawarła w niej punkt widzenia nie tylko Elli, ale także Jacka, co naprawdę bardzo mnie ucieszyło i uczyniło tę opowieść bardziej przemawiającą do czytelnika. Jeśli jeszcze nie mieliście styczności z tą książką, to serdecznie zapraszam do zapoznania się z nią. Jestem pewna, że nie pożałujecie. Szykują się też kolejne części i nie mogę się ich już doczekać. Jeśli szukacie powieści, która was poruszy, ale nie będzie męcząca, to Światło w mroku jest idealne. Tutaj nic nie jest takie, jak powinno. Światło jest mrokiem, a mrok światłem…

Przykry początek wspaniałej serii

Jestem pewna, że każdy z was, przeglądając YouTube, oglądając telewizję albo po prostu korzystając z social mediów, np. Snapchata bądź Facebooka, choć raz natrafił na jakąś reklamę. Spogląda z niej na nas trójka uroczych dzieci i dziwnie wyglądający mężczyzna mający tylko monobrew. Coś czuję, że już wiecie, o czym mówię. Mocno reklamowany, stworzony przez Netflixa serial, który ostatnio miał swoją premierę. Tak, mówię o Serii niefortunnych zdarzeń. A wiecie, że została ona stworzona na podstawie książek?

Siła miłości w apokaliptycznej sekcie

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było żyć od dziecka w sekcie i nie znać niczego poza nią? Patrząc przez pryzmat doświadczeń, pewnie stwierdzisz, że byłoby strasznie. W szczególności w takiej sekcie, w jakiej był główny bohater książki Calder. Narodziny Odwagi autorstwa Mii Sheridan. Podstawowe braki w żywności, brak dostępu do wody, życie w maleńkich budach, które trudno nazwać domami. Sekta ta narzuca surowe zasady, których każdy musi przestrzegać. W szczególności jeśli nie jest nikim z dowódców sekty.

Tytuł: Calder. Narodziny odwagi.
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem

Wyobrażasz sobie przepowiednię wygłoszoną przez waszego przywódcę, która mówi o tym, że musi on poślubić wybraną, by razem z nią wieść „wierzących” do „Raju”? Nie wiesz, że za murem jest inny świat. Znasz jedynie świat, który pokazało ci życie w ugrupowaniu religijnym. Nie wiesz, czym są telefony, nie masz dostępu do telewizji, żyjesz w warunkach, w których normalnie trzyma się zwierzęta, w ubóstwie, biedzie, pośród chorób i bólu. Jednak ten, kto stoi na czele, wmawia ci, że musisz cierpieć, żeby osiągnąć szczęście po drugiej stronie. A sam żyje w luksusach.

Ja nie wyobrażam sobie takiego życia. To już nawet nie chodzi o internet, prąd, elektronikę. Chodzi o wydarzenia, z którymi Calder musiał się zmagać. Dziś pragnę zaprosić cię do recenzji książki, która poruszyła i poruszy niejedno serce. Książki, która jest idealnym dowodem na to, że miłość może być silniejsza od zła, strachu i potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszy mrok. To właśnie miłość pomaga wybaczyć największe zło i największe dobro czynić.

Calder od dziecka życie na terenie apokaliptycznej sekty i jest z nią bardzo mocno związany, nawet jeśli tego nie chce. Musi ciężko pracować i być całkowicie posłuszny. Gdy ma dziesięć lat, jego wzrok pierwszy raz pada na 8-letnią wtedy Eden. Chłopak jest zauroczony, ale nie zdaje sobie sprawy, że w tamtej chwili, między nimi splotła się niewidzialna sieć, łącząc ich losy już na zawsze i sprawiając, że w przyszłości wiele wycierpią. Nie zdawał sobie sprawy, że społeczność sekty nie zaaprobuje jego uczuć. Zasady mówią jasno, nie powinien nawet marzyć o tej dziewczynie, bo jej przeznaczenie, zostało już zapieczętowane. Nawet jeśli wbrew jej woli. Ma ona zostać żoną przywódcy sekty, Hectora.

Jednak delikatna Eden i pełen odwagi Calder nie potrafią tak łatwo zrezygnować ze swoich marzeń o miłości i wolności. Uczucie, które ich łączy, jest silniejsze od strachu, który rozrywa ich od środka. Postanawiają walczyć o swoją godność, o prawo decydowania o swoim życiu i ostatecznie o coś, co czyni nas najszczęśliwszymi – o miłość. Nie jest to łatwe zadanie, gdy na ich drodze stoi szalony przywódca i przekabaceni przez niego wierni, gotowi zrobić wszystko, by wykonać przepowiednię, która jest tylko wymysłem szalonego Hectora.

Nie wiem, co stanie się potem, Eden, ale cokolwiek by to było, bądź odważna, Blasku Poranka. I wiedz, że gdzieś w Elizjum też bije źródło. Będę tam na ciebie czekał, Eden. Będę leżał na skałach przy jeziorku. Wyobraź sobie mnie tam, w blasku słońca. A gdy przyjdzie czas, odszukaj mnie. Będę czekał. Mam nadzieję, że będę czekał bardzo długo, Eden… ale wiedz, że tam będę. Będę na ciebie czekał, Blasku Poranka.

Czy Calder i Eden uwolnią się z objęć sekty? Kim tak naprawdę są? Czy ich miłość przetrwa?

Ja już znam odpowiedzi na te pytania. Sądzę, że czas, byś i ty je poznał.

Calder. Nowy początek jest pierwszym tomem dwutomowej serii Mii Sheridan. Drugi tom to Eden. Nowy początek. Jest to niezwykła opowieść o sile miłości, odwadze i podróży w nieznane. Opowiada o szukaniu wolności, nowego sensu życia. Tutaj dobro i zło ściera się w bardzo drastyczny sposób, ukazując ponadczasową prawdę, że światło miłości potrafi rozjaśnić każdy mrok.

Czytając tę książkę, nieraz odkładałam ją, żeby przemyśleć wiele spraw. Skłoniła mnie nie tylko do przemyśleń i wyobrażania sobie, jak bym się czuła na miejscu delikatnej, niewinnej Eden, ale także do refleksji nad własnym życiem.

Uwielbiam tą książkę za to, że niczego nie próbuje udawać. Jest prawdziwa aż do bólu i ani na chwilę się nie zatrzymuje. Opowiada historię, która szczerze mówiąc, naprawdę mogła by się wydarzyć. W pewien sposób przybliża nam temat sekt, chociaż jest to tylko fikcja literacka.

Bohaterowie są świetnie wykreowani, litery zamieniają się w skórę i kości, czyniąc ich równie prawdziwymi jak my. Tej książki nie można tak po prostu przeczytać. To nie jest możliwe. Tę książkę się przeżywa. Każde kolejne słowo zapada głęboko w pamięć i na pewno szybko o niej nie zapomnicie. Nie ma momentu, w którym akcja zwalnia i jest nudna. Ja czytałam ją z zapartym tchem od pierwszej do ostatniej strony. I się w niej zakochałam. A w szczególności w Calderze. Bardzo mi zaimponował, chciałabym mieć kiedyś takiego chłopaka jak on. I poznać taką miłość, jaka była pomiędzy Calderem a Eden.

Polecam wam tę książkę z całego serca. Jeśli szukacie powieści, która poruszy was aż do szpiku kości, to Calder. Narodziny odwagi jest idealna! Nie jest to typowa młodzieżówka, tylko dojrzała opowieść o miłości, poświęceniu, sile, która drzemie w człowieku i… odwadze.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia