Ponad wszystko

Siedzisz całe życie w domu. Wokół ciebie są białe ściany. Jesteś ubrana na biało. Oddychasz nieskazitelnym, filtrowanym powietrzem. Czujesz się biała, twoja dusza taka się wydaje. Nie wiesz, jak to jest naprawdę żyć. Cieszysz się tym, co masz, ale nie zdajesz sobie sprawy, czym może być prawdziwe życie. Niby żyjesz, ale tak naprawdę to nie można nazwać tego życiem. Wyobraź to sobie. Straszne, prawda? Nigdy nie poznać ciepła słońca, nie poczuć wiatru we włosach, nie ujrzeć piękna przyrody, nie czuć zapachu kwiatów, nie słyszeć śpiewu ptaków. Nigdy nie dotknąć trawy, nie zobaczyć sarny biegnącej po łące, ledwie kilkanaście metrów od ciebie. Nie czuć kropel deszczu na twarzy, śniegu, który opada na brwi. 

 To nie byłoby życie.

Światło w mroku

W nawet największej ciemności można odnaleźć światło. Może się nam wydawać, że to nieprawda, ale tak właśnie jest. Wystarczy uwierzyć i dać szansę. Żyjemy w przeświadczeniu, że to, co jest światłem, jest dobre, najczystsze. Ale czasami „najczystsze” światło może tak naprawdę być mrokiem, który nas pochłonie i zniszczy. Doskonałym tego przykładem jest powieść Światło w mroku autorstwa I.M Darkss. Może i jest to książka fantastyczna i nie opisuje prawdziwych zdarzeń, jednak zawarte w niej przesłanie czyni ją jak najbardziej prawdziwą.

Tytuł: Światło w mroku
Autor: I. M. Darkss
Wydawnictwo: Novae Res

Nawet najciemniejsze zło, ciemność może się rozjaśnić, jeśli wniesiemy w nie trochę światła miłości. Jednak czasami tam, gdzie jest najjaśniej, możemy bardziej cierpieć, bo nasze światło blednie przy tamtym ciemnym świetle. Co mam przez to na myśli? Spójrzmy na to w ten sposób. Jest pewna osoba, chodzi do kościoła, modli się, bardzo mocno wierzy. Ale względem innych ludzi jest potworem, niszczy im życie, upokarza, sprawia, że źle się czują. Najgorsze jest to, że wszyscy sądzą, że jest inaczej, że to, iż jest tak bardzo wierząca, czyni z niej najjaśniejszą osobę, której światło bije na wszelkie strony. Jestem pewna, że znacie taką osobę, że każdy z was chociaż raz się na kogoś takiego natknął. Ja niestety tak i to ze strony najbliższej rodziny. A znam też osoby, które kiedyś były straszne, niszczyły każdego, ale miały powody. Uważa się je za najgorsze, ale nikt nie spojrzy na to, co przeżyły w młodości. Tak naprawdę ich serce jest o wiele czystsze od tych, których społeczeństwo uważa za przykład, bo wierzą.

Wydaje się nam, że światło jest pełne jasności, a mrok – ciemności. Ale czy na pewno tak jest? Nie widzimy nic pośrodku i to jest nasz błąd.

Jako że przybliżyłam wam już ten problem, sądzę, że możemy przejść do recenzji tej niesamowitej powieści. Jestem pewna, że każdy z was chociaż raz usłyszał o tej książce. Swego czasu było o niej dosyć głośno. Do mnie trafiła dzięki BookTourowi prowadzonemu przez dziewczyny z blogu Stan: Zaczytany, za co bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki tej książce zrozumiałam to, co przekazałam wam wyżej. Ale przejdźmy do sedna, znam siebie i jak tak dalej pójdzie, to rozpiszę się na 2 tysiące wyrazów.

Ella jest zwykłą 17-letnią dziewczyną, która ma kochającą rodzinę. Nie ma wielu problemów, a jeśli już, to takie jak każda nastolatka. Żyje w spokoju, od czasu do czasu wychodzi na imprezę, ale to tylko za namową swojej przyjaciółki. Jednak do czasu, gdy ktoś próbuje ją zabić. Jej wybawcą jest niesamowicie seksowny Jack. Dziewczyna jest przerażona, nie chce go słuchać, ale wkrótce ten wprowadza ją w świat magii, w którym dobro i zło toczy ze sobą nieprzerwaną wojnę. Okazuje się, że dziewczyna przynależy do tego świata, tylko o tym nie wiedziała, i jest tą, która może ten świat ocalić. Istnieją tam dwa rody. Temeni, czyli ludzie mroku, i Lamandi – ludzie światła. Lamandi proponują dziewczynie ochronę, jednak ona odrzuca ich propozycję ze względu na Jacka, który nienawidzi istot światła. On sam nie należy do żadnego z tych rodów, jest wyrzutkiem, który skrywa więcej tajemnic, niż może się wydawać. Przeżył wiele cierpienia i sam go wiele zadał. Jednak te tajemnice nie przeszkadzają mu się powoli wkradać do serca dziewczyny. Choć sam tego nie chce, przy niej jest inaczej. Czy mają szansę na miłość? Co ukrywa Jack i kim tak naprawdę jest? Czy będzie w stanie odwzajemnić uczucia mimo misji, której się podjął, i uczuć, które żywi?

Prawdą jest, że podeszłam do tej książki bardzo sceptycznie, jak do każdej książki o miłości i magii. Tytuł brzmi jednak naprawdę niesamowicie i intrygująco, dlatego nie zwlekałam z rozpoczęciem lektury. I choć moje nastawienie było raczej negatywne, to zmieniło się diametralnie po przeczytaniu kilku stron. Spodziewałam się mdłej opowieści o miłości, a dostałam coś całkowicie innego, z czego bardzo się cieszę. Bohaterowie są genialnie wykreowani, w szczególności Jack. Jest tak skrajny, że nie wiedziałam, czy mam mu współczuć, czy go nienawidzić. Raz był wspaniały, innym razem robił rzeczy, za które w myślach go karciłam. Potrafił być czuły, troskliwy, ale nadchodziły też chwile, w których stawał się bezwzględnym *** (tu wstaw przekleństwo), którego miałam ochotę zamordować gołymi rękami. Przeżył tak wiele, że naprawdę mu się nie dziwię, ale to i tak bolało jak diabli, a nawet go nie znam!

Ella zaś… Hmm, to trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony lubiłam ją, ale z drugiej… nie spodobało mi się jej zachowanie i to, jak bardzo jest łatwowierna i jak szybko się zakochuje. Ale okej, rozumiem. Gdybym miała przed sobą takiego seksownego mężczyznę, to sądzę, że sama zakochałabym się równie szybko. Autorka przy tworzeniu Jacka postarała się bardzo, ale mam wrażenie, że Elli poświęciła znacznie mniej uwagi. Ale mniejsza z tym.

Ogólny pomysł na powieść jest jak najbardziej na plus. Głównym wątkiem była relacja Elli i Jacka, ale pojawił się też wątek z kamieniem, który miał uratować magiczny świat. I ten wątek był naprawdę słabo rozwinięty, jakby wciśnięty na siłę. Żałowałam, że nie został bardziej rozbudowany, ale rozumiem. I.M. Darkss chciała się bardziej skupić na relacji głównych bohaterów. To może i lepiej?

Magia, która biła z każdej strony, rodząca się miłość, cierpienie, ból, mrok, światło, sprawiły że tę książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Nawet jeśli nieświadomie, to poruszyła ona pewien problem – ten który opisałam wam wyżej. Czasem miłość może rozjaśnić nawet największy mrok! A nie każde światło naprawdę nim jest.

Książkę polecam wam z całego serca. Jest napisana z pasją, co widać już na pierwszych stronach. Bardzo ciekawym aspektem jest też to, że autorka zawarła w niej punkt widzenia nie tylko Elli, ale także Jacka, co naprawdę bardzo mnie ucieszyło i uczyniło tę opowieść bardziej przemawiającą do czytelnika. Jeśli jeszcze nie mieliście styczności z tą książką, to serdecznie zapraszam do zapoznania się z nią. Jestem pewna, że nie pożałujecie. Szykują się też kolejne części i nie mogę się ich już doczekać. Jeśli szukacie powieści, która was poruszy, ale nie będzie męcząca, to Światło w mroku jest idealne. Tutaj nic nie jest takie, jak powinno. Światło jest mrokiem, a mrok światłem…

Przykry początek wspaniałej serii

Jestem pewna, że każdy z was, przeglądając YouTube, oglądając telewizję albo po prostu korzystając z social mediów, np. Snapchata bądź Facebooka, choć raz natrafił na jakąś reklamę. Spogląda z niej na nas trójka uroczych dzieci i dziwnie wyglądający mężczyzna mający tylko monobrew. Coś czuję, że już wiecie, o czym mówię. Mocno reklamowany, stworzony przez Netflixa serial, który ostatnio miał swoją premierę. Tak, mówię o Serii niefortunnych zdarzeń. A wiecie, że została ona stworzona na podstawie książek?

Siła miłości w apokaliptycznej sekcie

Zastanawiałeś się kiedyś, jak by to było żyć od dziecka w sekcie i nie znać niczego poza nią? Patrząc przez pryzmat doświadczeń, pewnie stwierdzisz, że byłoby strasznie. W szczególności w takiej sekcie, w jakiej był główny bohater książki Calder. Narodziny Odwagi autorstwa Mii Sheridan. Podstawowe braki w żywności, brak dostępu do wody, życie w maleńkich budach, które trudno nazwać domami. Sekta ta narzuca surowe zasady, których każdy musi przestrzegać. W szczególności jeśli nie jest nikim z dowódców sekty.

Tytuł: Calder. Narodziny odwagi.
Autor: Mia Sheridan
Wydawnictwo: Septem

Wyobrażasz sobie przepowiednię wygłoszoną przez waszego przywódcę, która mówi o tym, że musi on poślubić wybraną, by razem z nią wieść „wierzących” do „Raju”? Nie wiesz, że za murem jest inny świat. Znasz jedynie świat, który pokazało ci życie w ugrupowaniu religijnym. Nie wiesz, czym są telefony, nie masz dostępu do telewizji, żyjesz w warunkach, w których normalnie trzyma się zwierzęta, w ubóstwie, biedzie, pośród chorób i bólu. Jednak ten, kto stoi na czele, wmawia ci, że musisz cierpieć, żeby osiągnąć szczęście po drugiej stronie. A sam żyje w luksusach.

Ja nie wyobrażam sobie takiego życia. To już nawet nie chodzi o internet, prąd, elektronikę. Chodzi o wydarzenia, z którymi Calder musiał się zmagać. Dziś pragnę zaprosić cię do recenzji książki, która poruszyła i poruszy niejedno serce. Książki, która jest idealnym dowodem na to, że miłość może być silniejsza od zła, strachu i potrafi rozjaśnić nawet najciemniejszy mrok. To właśnie miłość pomaga wybaczyć największe zło i największe dobro czynić.

Calder od dziecka życie na terenie apokaliptycznej sekty i jest z nią bardzo mocno związany, nawet jeśli tego nie chce. Musi ciężko pracować i być całkowicie posłuszny. Gdy ma dziesięć lat, jego wzrok pierwszy raz pada na 8-letnią wtedy Eden. Chłopak jest zauroczony, ale nie zdaje sobie sprawy, że w tamtej chwili, między nimi splotła się niewidzialna sieć, łącząc ich losy już na zawsze i sprawiając, że w przyszłości wiele wycierpią. Nie zdawał sobie sprawy, że społeczność sekty nie zaaprobuje jego uczuć. Zasady mówią jasno, nie powinien nawet marzyć o tej dziewczynie, bo jej przeznaczenie, zostało już zapieczętowane. Nawet jeśli wbrew jej woli. Ma ona zostać żoną przywódcy sekty, Hectora.

Jednak delikatna Eden i pełen odwagi Calder nie potrafią tak łatwo zrezygnować ze swoich marzeń o miłości i wolności. Uczucie, które ich łączy, jest silniejsze od strachu, który rozrywa ich od środka. Postanawiają walczyć o swoją godność, o prawo decydowania o swoim życiu i ostatecznie o coś, co czyni nas najszczęśliwszymi – o miłość. Nie jest to łatwe zadanie, gdy na ich drodze stoi szalony przywódca i przekabaceni przez niego wierni, gotowi zrobić wszystko, by wykonać przepowiednię, która jest tylko wymysłem szalonego Hectora.

Nie wiem, co stanie się potem, Eden, ale cokolwiek by to było, bądź odważna, Blasku Poranka. I wiedz, że gdzieś w Elizjum też bije źródło. Będę tam na ciebie czekał, Eden. Będę leżał na skałach przy jeziorku. Wyobraź sobie mnie tam, w blasku słońca. A gdy przyjdzie czas, odszukaj mnie. Będę czekał. Mam nadzieję, że będę czekał bardzo długo, Eden… ale wiedz, że tam będę. Będę na ciebie czekał, Blasku Poranka.

Czy Calder i Eden uwolnią się z objęć sekty? Kim tak naprawdę są? Czy ich miłość przetrwa?

Ja już znam odpowiedzi na te pytania. Sądzę, że czas, byś i ty je poznał.

Calder. Nowy początek jest pierwszym tomem dwutomowej serii Mii Sheridan. Drugi tom to Eden. Nowy początek. Jest to niezwykła opowieść o sile miłości, odwadze i podróży w nieznane. Opowiada o szukaniu wolności, nowego sensu życia. Tutaj dobro i zło ściera się w bardzo drastyczny sposób, ukazując ponadczasową prawdę, że światło miłości potrafi rozjaśnić każdy mrok.

Czytając tę książkę, nieraz odkładałam ją, żeby przemyśleć wiele spraw. Skłoniła mnie nie tylko do przemyśleń i wyobrażania sobie, jak bym się czuła na miejscu delikatnej, niewinnej Eden, ale także do refleksji nad własnym życiem.

Uwielbiam tą książkę za to, że niczego nie próbuje udawać. Jest prawdziwa aż do bólu i ani na chwilę się nie zatrzymuje. Opowiada historię, która szczerze mówiąc, naprawdę mogła by się wydarzyć. W pewien sposób przybliża nam temat sekt, chociaż jest to tylko fikcja literacka.

Bohaterowie są świetnie wykreowani, litery zamieniają się w skórę i kości, czyniąc ich równie prawdziwymi jak my. Tej książki nie można tak po prostu przeczytać. To nie jest możliwe. Tę książkę się przeżywa. Każde kolejne słowo zapada głęboko w pamięć i na pewno szybko o niej nie zapomnicie. Nie ma momentu, w którym akcja zwalnia i jest nudna. Ja czytałam ją z zapartym tchem od pierwszej do ostatniej strony. I się w niej zakochałam. A w szczególności w Calderze. Bardzo mi zaimponował, chciałabym mieć kiedyś takiego chłopaka jak on. I poznać taką miłość, jaka była pomiędzy Calderem a Eden.

Polecam wam tę książkę z całego serca. Jeśli szukacie powieści, która poruszy was aż do szpiku kości, to Calder. Narodziny odwagi jest idealna! Nie jest to typowa młodzieżówka, tylko dojrzała opowieść o miłości, poświęceniu, sile, która drzemie w człowieku i… odwadze.

eksplozje-390

Co czujemy, co przeżywamy i czego ciągle pragniemy

Jest wiele powieści, które poruszają. Nas, kobiety, bardzo łatwo przekonać, mimo że może się wydawać, że jest inaczej. Większość z nich pisana jest dla kobiet przez kobiety właśnie. Jednak są też opowieści pisane przez mężczyzn, które potrafią trafić do naszego serca bardziej niż niejedna historia miłosna. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki w moje ręce nie trafiła książka zawierająca zbiór niesamowitych opowiadań autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego i osiem odpowiedzi na nie, napisanych przez znających się na swoim fachu pisarzy. Nigdy bym nie powiedziała, że mężczyzna może wczuć się w myśli kobiety i może je tak dogłębnie zrozumieć. Nie przypuszczałam nawet, ile książek wspaniałych polskich autorów umyka mi każdego dnia. Nie wiedziałam, jak bardzo ignorancja przesłoniła moje oczy. 

Tytuł: Eksplozje
Autor: Janusz L. Wiśniewski i inni
Wydawnictwo: Wielka Litera

Tak jak wspomniałam wyżej, Eksplozje to zbiór 16 opowiadań, a wśród ich autorów możemy odnaleźć na przykład znanego wielu Alka Rogozińskiego. Opowieści poruszają wiele tematów, ale ich główną myślą przewodnią jest miłość. Ukazana tutaj w niezwykły, z pozoru niemający powiązania sposób. Każda z nich jest inna: jedne są całkowicie odmienne, inne idealnie się uzupełniają, grają najczystszą melodię, łączą się w perfekcyjnie zgrany chór głosów, mimo że pisały je różne osoby. Każdy autor przekazał od siebie coś wyjątkowego, cząstkę swojego życia i myśli, cząstkę siebie samego. I to jest niesamowite. 

Nie będę opisywać każdej historii, są one zbyt krótkie, bym mogła zdradzić choć odrobinę fabuły. Uważam, że czytelnik sam powinien się z nimi zapoznać i przeżyć je na własny sposób, prawdziwie i odrobinę samolubnie. Tak książka jest jak kwiat mający 16 płatków. Tworzą całość, przepięknie razem wyglądają, ale jeśli wyrwiesz jeden z nich, całość staje się pusta, brzydka. I dlatego nie zdradzę wam, o czym są opowiadania. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że poruszają one bardzo mocno, mimo że są spokojne, ciche, a jednocześnie grzmią jak grzmoty podczas burzy. 

Urzekł mnie styl pisania Janusza Wiśniewskiego. Pisze on w sposób niezwykły, niby nic zwyczajnego, ale nawet kilka zdań potrafi wciągnąć czytelnika i przekonać, by został na dłużej. Nawet najprostsza historia pod piórem autora rozkwita i przyciąga. Prawda jest taka, że rzadko mamy do czynienia z takim stylem. Niezwykle zajmującym, poruszającym, inteligentnym i tak prawdziwie swojskim. Nie wiem dlaczego, może właśnie ze względu na styl, to jego opowiadania czytało mi się najlepiej. Oczywiście nie mogę zapomnieć o reszcie autorów – spisali się po prostu wspaniale. 

Bardzo podobało mi się to, jak niesamowicie potrafili się zgrać z dziełami, które stworzył prekursor. Czasami ledwo zarysowane przez niego historie prowadziły do zazębiających się z nimi kolejnych historii. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i uwierzcie mi, czasami naprawdę miałam wrażenie, jakby pisała to ta sama osoba. To było wspaniałe doświadczenie – obserwowanie, jak opowieści płyną i łączą się w jeden strumyk. I tak samo płynęły kolejne strony. Strona za stroną, kartka za kartką, ciemność powoli zmieniła się w jasność, słońce zaświeciło mi w oczy, światło lampki stojącej na parapecie było praktyczne niewidoczne. I koniec.

Gdy czytałam, czułam się… Naprawdę trudno to opisać. Czułam się zrozumiana, moje serce łopotało, gdy ukochani bohaterowie, których znałam zaledwie od kilku minut, przeżywali swoje rozterki, problemy. Jednak najbardziej poruszyła mnie odpowiedź Alka Rogozińskiego, o tytule Jeden dzień w Sarajewie, na opowiadanie Anorexia Nervosa Janusza L. Wiśniewskiego. Gdy je przeczytałam, moje oczy były szeroko otwarte ze zdumienia, a serce praktycznie złamane na pół. Zaskoczył mnie. I to tak bardzo, że w najbliższym czasie wybiorę się do biblioteki, aby wypożyczyć którąś z jego książek. Muszę się przekonać, czy zdoła mnie zaskoczyć jeszcze raz. Wiele razy słyszałam o tym autorze, ale nie byłam przekonana. To jedno opowiadanie całkowicie mnie przekonało.

Całość przeczytałam bardzo szybko. Nie ociągałam się, tak jak to często w moim przypadku bywa, gdy czytam książki. Oczywiście często nie równa się z bardzo często bądź zawsze. Zdarzają się perełki, które wciągają od pierwszej strony, poruszają najdelikatniejsze struny serca, nie pozwalają zasnąć, mimo że wcześniej ledwo stałam i nie mogłam przestać ziewać. Eksplozje są jedną z takich perełek, diamentów. Błyszczą jak diament i zapewniam was, że są pozycją obowiązkową na waszej półce. To książka pełna emocji, miłości, szaleństwa, a w szczególności prawdy. Jest jak najpiękniejszy koncert grany tylko dla ciebie.

Polecam z całego serca, nie tylko dorosłym paniom i – co najważniejsze – nie tylko paniom! Z tej niecodziennej reakcji łańcuchowej zrodziła się opowieść, która przypomina czytelnikowi, co kiedyś czuł, co nadal przeżywa i czego ciągle pragnie. Jest to opowieść pełna uczuć, cierpienia, bólu, pragnień i miłości. Boleśnie prawdziwa i boleśnie piękna.

Z każdą kolejną historią nasze serce zalicza kolejną eksplozję. 

wielka litera

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia