eksplozje-390

Co czujemy, co przeżywamy i czego ciągle pragniemy

Jest wiele powieści, które poruszają. Nas, kobiety, bardzo łatwo przekonać, mimo że może się wydawać, że jest inaczej. Większość z nich pisana jest dla kobiet przez kobiety właśnie. Jednak są też opowieści pisane przez mężczyzn, które potrafią trafić do naszego serca bardziej niż niejedna historia miłosna. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopóki w moje ręce nie trafiła książka zawierająca zbiór niesamowitych opowiadań autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego i osiem odpowiedzi na nie, napisanych przez znających się na swoim fachu pisarzy. Nigdy bym nie powiedziała, że mężczyzna może wczuć się w myśli kobiety i może je tak dogłębnie zrozumieć. Nie przypuszczałam nawet, ile książek wspaniałych polskich autorów umyka mi każdego dnia. Nie wiedziałam, jak bardzo ignorancja przesłoniła moje oczy. 

Tytuł: Eksplozje
Autor: Janusz L. Wiśniewski i inni
Wydawnictwo: Wielka Litera

Tak jak wspomniałam wyżej, Eksplozje to zbiór 16 opowiadań, a wśród ich autorów możemy odnaleźć na przykład znanego wielu Alka Rogozińskiego. Opowieści poruszają wiele tematów, ale ich główną myślą przewodnią jest miłość. Ukazana tutaj w niezwykły, z pozoru niemający powiązania sposób. Każda z nich jest inna: jedne są całkowicie odmienne, inne idealnie się uzupełniają, grają najczystszą melodię, łączą się w perfekcyjnie zgrany chór głosów, mimo że pisały je różne osoby. Każdy autor przekazał od siebie coś wyjątkowego, cząstkę swojego życia i myśli, cząstkę siebie samego. I to jest niesamowite. 

Nie będę opisywać każdej historii, są one zbyt krótkie, bym mogła zdradzić choć odrobinę fabuły. Uważam, że czytelnik sam powinien się z nimi zapoznać i przeżyć je na własny sposób, prawdziwie i odrobinę samolubnie. Tak książka jest jak kwiat mający 16 płatków. Tworzą całość, przepięknie razem wyglądają, ale jeśli wyrwiesz jeden z nich, całość staje się pusta, brzydka. I dlatego nie zdradzę wam, o czym są opowiadania. Mogę powiedzieć jedynie tyle, że poruszają one bardzo mocno, mimo że są spokojne, ciche, a jednocześnie grzmią jak grzmoty podczas burzy. 

Urzekł mnie styl pisania Janusza Wiśniewskiego. Pisze on w sposób niezwykły, niby nic zwyczajnego, ale nawet kilka zdań potrafi wciągnąć czytelnika i przekonać, by został na dłużej. Nawet najprostsza historia pod piórem autora rozkwita i przyciąga. Prawda jest taka, że rzadko mamy do czynienia z takim stylem. Niezwykle zajmującym, poruszającym, inteligentnym i tak prawdziwie swojskim. Nie wiem dlaczego, może właśnie ze względu na styl, to jego opowiadania czytało mi się najlepiej. Oczywiście nie mogę zapomnieć o reszcie autorów – spisali się po prostu wspaniale. 

Bardzo podobało mi się to, jak niesamowicie potrafili się zgrać z dziełami, które stworzył prekursor. Czasami ledwo zarysowane przez niego historie prowadziły do zazębiających się z nimi kolejnych historii. Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałam i uwierzcie mi, czasami naprawdę miałam wrażenie, jakby pisała to ta sama osoba. To było wspaniałe doświadczenie – obserwowanie, jak opowieści płyną i łączą się w jeden strumyk. I tak samo płynęły kolejne strony. Strona za stroną, kartka za kartką, ciemność powoli zmieniła się w jasność, słońce zaświeciło mi w oczy, światło lampki stojącej na parapecie było praktyczne niewidoczne. I koniec.

Gdy czytałam, czułam się… Naprawdę trudno to opisać. Czułam się zrozumiana, moje serce łopotało, gdy ukochani bohaterowie, których znałam zaledwie od kilku minut, przeżywali swoje rozterki, problemy. Jednak najbardziej poruszyła mnie odpowiedź Alka Rogozińskiego, o tytule Jeden dzień w Sarajewie, na opowiadanie Anorexia Nervosa Janusza L. Wiśniewskiego. Gdy je przeczytałam, moje oczy były szeroko otwarte ze zdumienia, a serce praktycznie złamane na pół. Zaskoczył mnie. I to tak bardzo, że w najbliższym czasie wybiorę się do biblioteki, aby wypożyczyć którąś z jego książek. Muszę się przekonać, czy zdoła mnie zaskoczyć jeszcze raz. Wiele razy słyszałam o tym autorze, ale nie byłam przekonana. To jedno opowiadanie całkowicie mnie przekonało.

Całość przeczytałam bardzo szybko. Nie ociągałam się, tak jak to często w moim przypadku bywa, gdy czytam książki. Oczywiście często nie równa się z bardzo często bądź zawsze. Zdarzają się perełki, które wciągają od pierwszej strony, poruszają najdelikatniejsze struny serca, nie pozwalają zasnąć, mimo że wcześniej ledwo stałam i nie mogłam przestać ziewać. Eksplozje są jedną z takich perełek, diamentów. Błyszczą jak diament i zapewniam was, że są pozycją obowiązkową na waszej półce. To książka pełna emocji, miłości, szaleństwa, a w szczególności prawdy. Jest jak najpiękniejszy koncert grany tylko dla ciebie.

Polecam z całego serca, nie tylko dorosłym paniom i – co najważniejsze – nie tylko paniom! Z tej niecodziennej reakcji łańcuchowej zrodziła się opowieść, która przypomina czytelnikowi, co kiedyś czuł, co nadal przeżywa i czego ciągle pragnie. Jest to opowieść pełna uczuć, cierpienia, bólu, pragnień i miłości. Boleśnie prawdziwa i boleśnie piękna.

Z każdą kolejną historią nasze serce zalicza kolejną eksplozję. 

wielka litera

Moja miłość – Michał Bajor

Michał Bajor – urodzony 13 czerwca 1957 roku, wybitny polski aktor i piosenkarz. Syn aktora-lalkarza, Ryszarda Bajora, i brat aktora Piotra. Jako uczeń występował w roli piosenkarza m.in. na festiwalach w Zielonej Górze, Opolu, Sopocie i Kołobrzegu. W 1979 roku zadebiutował na scenie Teatru Ateneum w sztuce Equus P. Shaffera. Rok później ukończył PWST w Warszawie. W latach 1980-1994 aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Od drugiej połowy lat 80. występuje przede wszystkim z własnymi recitalami, często wzorowanymi na stylu i repertuarze piosenkarzy francuskich. Nagrał kilka płyt, występował w filmach, śpiewał w musicalach. Za wszechstronne osiągnięcia w teatrze, filmie i na estradzie otrzymał nagrodę im. S. Wyspiańskiego (1985). Quo vadis jest powrotem artysty na plan filmowy. Ostatnie filmy, w których wystąpił, powstały przed dziesięciu laty (Niemoralna historia B. Sass, Ucieczka z kina Wolność W. Marczewskiego).
 
Moja miłość do Michała Bajora rozkwitła w drugiej klasie gimnazjum. I to za sprawą nauczycielki od polskiego, a dokładniej dzięki Quo vadis. Mam na myśli oczywiście film. Książka mi się spodobała, jednak nie zdołałam jej skończyć, a ekranizację oglądałam z zapartym tchem, czekając na moment, gdy Neron znów pojawi się na wielkim ekranie.
 
Nastała ta chwila. Rudowłosy Neron gra na lutni. I śpiewa. Gdy wszyscy inni w klasie rozmawiali, słuchali tylko jednym uchem, nawet nie patrząc, ja siedziałam jak zamurowana i… pochłaniałam każdą nutę, jaka wydostała się z ust aktora. Jego głos był tak niesamowicie piękny, że moja dusza zakochała się w nim, stał się jej melodią. To on obnażył we mnie niezwykłą wrażliwość i wzbudził miłość do muzyki innej niż znany mi dotychczas pop. Wpatrywałam się w oblicze nieznanego mi wówczas Michała Bajora, wsłuchiwałam się w niespotykany ton i barwę głosu. Bardzo męskiego, a jednocześnie nieziemsko delikatnego i pięknego.
 
Wzbudził we mnie ogromną moc uczuć i łzy w oczach, które starałam się ukryć przed resztą klasy, gdy słuchałam tej iście boskiej muzyki. Moja dusza śpiewała razem z nim, choć gubiła się w tekście. I nagle koniec.
 
Ogarnął mnie niedosyt, nagle zaczęło mi czegoś tak straszliwie brakować. Ale jak to już koniec? Nie! Nie… Od razu po lekcji podeszłam do pani. Spytałam, kim jest ten aktor i czy to naprawdę jego głos. Usłyszałam z ust nauczycielki dwa słowa. Dwa słowa, które na zawsze zmieniły moje życie.
Michał Bajor. 
 
Michał.
 
Bajor.
 
Czyż nie brzmi to jak poezja? Czyż nie brzmi to jak droga dla zbłąkanej, okrytej ciemnością duszy? Czyż nie są to dwa słowa, które napawają nadzieją i miłością?
 
I tak zaczęła się moja przygoda z tym cudownym artystą. Nim się obejrzałam, śpiewałam razem z nim przepiękne ballady, nie zważając nawet na to, że brzmię, jakby mi ktoś gardło podrzynał albo jakby mi słoń nadepnął na ucho. Śpiewałam Moją miłość największą, Moją drogę, Samotnie, Balladę o brzasku, Błędnego Rycerza, a także najukochańszą Inną bajkę, do której nawet napisałam wiersz i pokazałam pani od polskiego, tłumacząc oczywiście, co (a właściwie kto) było inspiracją. Radość na twarzy nauczycielki była tym, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Michał Bajor to osoba, z której głosem spędzę resztę życia. Bo raczej mało prawdopodobne było to, bym mogła posłuchać go kiedykolwiek na żywo. A pragnęłam tego niesamowicie mocno. Byłam zakochana po uszy, czego wyraz dawałam na każdym kroku, maniakalnie słuchając ulubionych 18 utworów.
 
Minęły cztery lata, a moja miłość ani odrobinę nie zmalała. Co prawda nie słucham ulubionych dzieł już tak często, ale nadal wprawiają mnie w iście anielski nastrój. Przychodzimy, odchodzimy – stópkami, nóżeczkami.
 
Nadal trwam w tej miłości. I ostatnio dostałam szansę. Mówiąc „ostatnio”, mam na myśli zaledwie 48 godzin temu. Dostąpiłam zaszczytu tak ogromnego dla mojej umęczonej miłością duszy, który wcale ciężaru nie ściągnął, a jeszcze bardziej obciążył.
 
A moją szansą był koncert Bajora, który odbył się w mieście obok mojej wsi. Jak tylko się dowiedziałam, że przyjedzie do nas, prawie oszalałam ze szczęścia. Chodziłam wokół plakatu, obserwując niezwykłe oblicze ukochanego artysty, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się stanie! Wiedziałam, że dostałam możliwość poznania go na żywo, posłuchania głosu, który tak mnie fascynował przez cztery lata, w sali teatralnej. Michała Bajora prawdziwego, z krwi i kości.
 
Jednak także wpadłam w przerażenie. Bilet w cenie 60 lub 70 złotych, w zależności od wybranego miejsca. Wątpiłam w to, że rodzice dadzą mi taką kwotę. Może wydawać się, że to niewiele, jednak nie dla mnie. Bałam się spytać, wiem, że są nauczeni ogromnego oszczędzania. Nasze życie kilka lat temu nie było łatwe, przez co pojawiła się w ich umysłach pewna ostrożność.
 
Jednak, pomijając mnóstwo wylanych łez, gdy serce prawie mi pękało na myśl, że mogę pominąć tak wspaniałą okazję, by poznać Michała Bajora, w końcu się udało. Zamówiłam bilet online, wydrukowałam i położyłam w bezpiecznym miejscu, na półce, by czekał na tę wiekopomną chwilę.
 
Najgorsze było czekanie.
 
I w końcu nastał ten dzień. Gdy, cała drżąc, usiadłam na balkonie w sali, wokół mnie mnóstwo ludzi, a minuty dłużyły się jak godziny.
 
I nagle zgasło światło. A zza sceny wyszedł ON. Choć wydawał się niezwykle niepozorny, wiedziałam, że tak nie jest. Serce trzepotało mi w piersi, policzki miałam mokre od łez, które starałam się ukradkiem ocierać, by sąsiedzi po obu stronach niczego nie zauważyli. Nie mogłam przestać płakać przez 10 minut, denerwowało mnie to, ale po prostu nie mogłam. Wzruszenie tak mocno przejęło mą duszę, przelewało się z prawa na lewo, ujście znajdowało właśnie przez zasłonięte okularami oczy.
 
Gdy Bajor zaczął śpiewać, potok łez tylko się wzmógł. Czułam się jak idiotka, ale emocje zawładnęły mną bez reszty. To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I dotąd bym w to nie uwierzyła, gdyby nie pamięć i stojąca przede mną ramka, co prawda nie ze zdjęciem, ale czymś równie cudownym. Gdy przechyliłam głowę w lewo, on, patrząc na mnie, także przechylił. Gdy przechyliłam w prawo, stało się to samo. I tak jeszcze kilka razy. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech przepełniony szczęściem, jakiego nigdy nie czułam. Może mi się wydawało, może tak naprawdę wcale się na mnie nie patrzył i był to jedynie przypadek lub wymysł mojego umysłu. Nawet jeśli, to domniemane urojenie dało mi ogromne szczęście. Dziwne? Tak, wiem o tym.
 
Michał Bajor opowiadał anegdotki, wspaniałe historie z życia swojej przyjaciółki Alicji Majewskiej, wspominał o kompozytorach piosenek, które śpiewał. Niestety, miejsce, na którym siedziałam, nie pozwalało mi widzieć go dokładnie; gdy kupowałam bilet, został tylko balkon… Ale głos brzmiał pięknie i głośno. Niesamowicie zazdroszczę tym, którzy byli w pierwszym rzędzie. Przez cały koncert mieli jego niezwykłe oblicze zaledwie metr od siebie. A skoro jego aura docierała na o wiele oddalony balkon, to jak ogromna musiała być tak blisko niego?
 
Czas minął błyskawicznie. Nim się obejrzałam, zapaliło się światło.
 
Błagałam, by nie była to prawda. I nagle usłyszałam te słowa: Oczywiście, będzie możliwość dostania autografu, jak tylko się przebiorę, to przyjdę do was.
 
Gdy stałam w kolejce, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, rozglądałam się dookoła, starając uspokoić tym swoje zszargane nerwy. Byłam coraz bliżej osoby, która przez cztery lata była moją ostoją, autorytetem. Ujrzałam swoją obecną wychowawczynię i w nerwach powiedziałam z ogromnym uśmiechem „dzień dobry”, nieważne, że była już 20.30. Spłonęłam rumieńcem, zdając sobie sprawę z własnej głupoty. Boże, dziewczyno, uspokój się!
 
Oczywiście, nie zdziwiłam się, gdy mój wzrok padł na uśmiechniętą od ucha do ucha nauczycielkę z gimnazjum, dzięki której zakochałam się w Bajorze. Stałam wtedy z głupim uśmiechem na twarzy, odprowadzając ją wzrokiem. Wiedziałam, że się pojawi, nie przepuściłaby takiej okazji.
 
I nagle nastała moja kolej. Rozprostowałam bilet i powiedziałam swoje imię. Chciałam powiedzieć więcej, uśmiechnąć się, szepnąć, jak bardzo go szanuję, jak bardzo go kocham, jak wielce jest ważny w moim życiu, ale nie potrafiłam. Patrzyłam tylko bezradna, jak jego pomarszczona dłoń niezwykle pięknym pismem kreśli moje imię. Marlena…
 
Pragnęłam go przytulić, objąć i nie wypuścić z ramion już nigdy. Ale nie byłam w stanie… Strach i przerażenie do granic możliwości przejęły moją duszę. Nie wolno mi prosić o coś takiego. Może i zgodziłby się, żebym go przytuliła, ale co, jeśliby się nie zgodził? Głupie rozterki nieśmiałej dziewczyny sprawiły, że straciłam tę szansę. Gdybym tylko wzięła aparat, to miałabym z nim zdjęcie. Gdybym się odważyła, to może powiedziałabym, kim dla mnie jest i jak wiele dla mnie zrobił, nie robiąc nic.
 
Ale nie potrafiłam…
 
Podziękowałam więc z nieśmiałym uśmiechem, naprędce chowając zdobyty autograf do torebki, dbając o to, żeby się nie pogniótł. A w domu z największym pietyzmem włożyłam go do ramki, czyniąc rzecz, z której mój tata dosłownie kilka minut temu się śmiał.
 
Nikt nie zrozumie tej miłości, jeśli sam jej nie pozna. I choć dla niektórych z was to, co teraz mówię, może być dziwne, a nawet szalone, to dla mnie jest czymś całkowicie normalnym. Coś, z czym żyję każdego dnia i tylko czasami na chwilę zamykam w sobie, by nie dręczyć swojej duszy za bardzo. Ale zaraz wracam i na nowo słucham ukochanych piosenek i głosu, który ogrzewa moje serce, sprawiając, że na powrót staję się prawdziwa. Tylko wtedy mogę się uzewnętrznić, śpiewając razem z ukochanym artystą.
 
Michała Bajora kochałam, kocham i kochać będę aż po kres jego i moich dni. Bo taki głos, taki artysta jak on nie trafi się więcej. Dla mnie jest to osoba niesamowicie ważna.
 
Obiecuję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. I wtedy się odważę. Może tych wszystkich słów nie wypowiem, ale spytam o to, co tym razem mi się nie udało. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy?
 
Nie wiem.

Na koniec pragnę zaprosić was do mojego świata! Jeśli nie znacie jeszcze Michała Bajora, to zapraszam was na muzyczną ucztę, a dokładniej: do mojej ukochanej Innej bajki.

 

 

Dobrawa pisze CV

Bardzo cenię sobie dobrą literaturę, która nie męczy za bardzo umysłu. Dlatego często sięgam po książki na poważne tematy, ale pisane prostym stylem. I jedną z takich książek jest trzecia już powieść Janiny Lesiak pt. Dobrawa pisze CV. Tytuł brzmi co najmniej dziwnie, ale nie zniechęca – w moim przypadku było wręcz odwrotnie.

Tytuł: Dobrawa pisze CV
Autor: Janina Lesiak
Wydawnictwo: MG

Tym razem mamy do czynienia z opowieścią o kolejnej królowej. Mowa jest o Dobrawie Przemyślidce, córce Bolka Srogiego, władcy Czech. Nie ma ona łatwego życia, choć jest na tak wysokiej pozycji. Wszędzie czają się podstępne układy, nikt nie patrzy, kim jest. Przeżywa trudne chwile i owocem jednej z nich jest jej synek, Hekosz. Jednak kocha go z całego serca, mimo że poczęła go w straszny sposób. Wkrótce Dobrawa musi oddać syna, a sama zostaje zmuszona do poślubienia przyszłego króla Polan, Mieszka. Nie uśmiecha się jej to, ale nie ma wyboru. W czasach, w których żyje, polityka wkraczała nawet na te tereny.

Nie mija dużo czasu, a wychodzi za Mieszka. Ale tutaj zaczynają się pierwsze spory i trudności. Ona, chrześcijanka, nie może znieść obyczajów swojego pogańskiego męża. Więc powoli, powoli, za pomocą swojej niezwykłej inteligencji, uroku i przepięknych oczu, naprowadza go na dobrą stronę.

Dobrawa jest utkana niczym patchwork. Połączona z kawałków najrozmaitszych tkanin. Są tu tkaniny miękkie, delikatne, bogate i zwyczajne, proste, szorstkie. Nie jest ona zwykłą kobietą. Ma ogromną intuicję i przeczuwa, że nawet jeśli ona nie zmieni dużo w nowym kraju, to jej synowie, a w szczególności Bolko, zmienią o wiele więcej. Jest spokojna do końca swoich dni. To kobieta niezwykła, ponadprzeciętna, inteligentna i w żadnym razie próżna, czy pusta. Mało tego, szczerze wierzy, że szerzenie wiary chrześcijańskiej jest jej misją.

Czytałam każdą z powieści Janiny Lesiak. Wspomnienie o Cecylii bardzo mnie poruszyło, ale ze względu na temat i to, co się w niej działo, troszkę mnie obrzydziła i jestem pewna, że każdego z was, kto czytał tę książkę, w żadnym stopniu to nie zdziwi. Pokochałam ją, ale po jej zakończeniu poczułam pewien niesmak. I podziw dla autorki. Karoca Anny J. była lekturą równie pasjonującą, wyjątkową i wyróżniającą się na tle innych książek. Polubiłam ją i zajęła honorowe miejsce na mojej półce. Jednak w każdej z nich czegoś mi brakowało. I w tej chwili w mojej ręce wpadła Dobrawa pisze CV.

I choć miałam mieszane uczucia – nie mogłam pozbyć się wrażenia, że autorka nie napisze nic lepszego od wcześniejszych książek, zaczęłam czytać. I myliłam się. Bardzo się myliłam i przepraszam, że tak oceniłam pisarkę. Okazało się, że w swojej trzeciej już powieści, Janina Lesiak postarała się jeszcze bardziej i stworzyła arcydzieło. Ten tom, moim zdaniem pobił wcześniejsze. Chociaż niczym się nie wyróżnia – styl jest ten sam, bohaterka poruszającą, jednak jest coś takiego, co w rankingu książek pani Lesiak, Dobrawę stawia u mnie na pierwszym miejscu. Wspaniale się przy niej bawiłam, czytałam z ciekawością, nie mogąc doczekać się, co będzie dalej.

Mimo że opowiada o historii i postaciach historycznych, Dobrawę czyta się szybko i lekko. Jak już nieraz pisałam w recenzjach wcześniejszych książek, bardzo często są one pisanie ciężkim językiem, przesycone są faktami i nie zachęcają w żaden sposób do zapoznania z nimi. Tutaj jest inaczej.

Bardzo szanuję panią Janinę, że podjęła się tak trudnego zadania i że mu podołała. Sam pomysł był genialny. Cieszy mnie to, że ktoś podjął się takiego zadania. I z niecierpliwością czekam na kolejne wspaniałe powieści opisujące kolejne zapomniane królowe. Gdybym teraz cofnęła się w czasie o półtora roku i powiedziała sobie, że kiedyś polubię takie książki, to tamta Marlena parsknęłaby śmiechem. Bo jak pisałam wcześniej, nie lubię historii.

A to oznacza, że pani Lesiak ma w sobie to coś.

Ze wszystkich bohaterek najbardziej lubię Dobrawę. Podczas lektury podziwiałam ją za to, jaka jest. Była niezwykle silną kobietą. Wytrwała niesamowicie ciężkie chwile i rozstania. Jestem pewna, że kto inny, będąc na jej miejscu, nie zniósłby takiego bólu. Jej odwaga, wytrwałość, wiara, a  także spokój serca i duszy sprawiły, że była wyjątkową kobietą, z której, jak sądzę, każda z nas powinna brać przykład.

logo-MG-2

Pax, czyli siła przyjaźni

Zawsze fascynowały mnie powieści o zwierzętach. Uwielbiałam czytać dzieła Jacka Londona czy Jamesa Olivera Curwooda. Niektórzy mogą uznać to za dziwne, ale sposób, w jaki tworzyli powieści, był dla mnie czymś niezwykłym. Opisywali oni uczucia zwierząt tak, jakby sami nimi byli. Uwielbiałam to i szalałam na punkcie tych książek.

Tytuł: Pax
Autor: Sara Pennypacker, Jon Klassen (ilustracje)
Wydawnictwo: IUVI
Egzemplarz recenzencki otrzymany od: czytam.pl
 

 

Potrafiłam je czytać po 10 razy i wcale nie przesadzam, pisząc to.

A gdy zwierzę przyjaźniło się z człowiekiem, to popadałam całkowicie w ten inny, zwierzęcy świat.

W głównej mierze to właśnie to moje zamiłowanie sprawiło, że od razu, gdy tylko zobaczyłam Paxa, wiedziałam, że jest to książka idealna dla mnie, która poruszy moje serce do granic możliwości i zostanie w nim na długo. Tak jak zostały w nim Biały KiełZew Krwi, Szara Wilczyca czy Bari, syn Szarej Wilczycy. Te lektury, czytane przeze mnie w wieku 10 lat, na zawsze zostaną w moim sercu. A ostatnio dołączył do nich również pewien lisek imieniem Pax i chłopiec Peter.

Peter miał 8 lat, gdy w lesie znalazł małego liska, zaledwie 2-tygodniowego. Zwierzątko było osierocone, nie miało matki ani rodzeństwa. Samo nie dałoby rady przetrwać. Chłopiec zabrał je do domu, by się nim zająć. Nazwał je Pax. I tak narodziło się coś pięknego, coś, co nazywane jest przyjaźnią…

Lisek stał się kimś więcej niż tylko liskiem. A chłopiec kimś więcej niż tylko chłopcem. Stali się nierozłączni, nikt nie mógł ich rozdzielić. A przynajmniej tak myśleli. Ojciec chłopca idzie do wojska, a syna wysyła do dziadka mieszkającego setki kilometrów od domu Petera. Jednak Pax nie może jechać z nim. Ojciec każe go wypuścić do lasu. I tak też się dzieje.

Jednak Pax nigdy nie był na wolności. Nie potrafi polował, nauczony był życia z ludźmi. Mała szansa, że sam sobie poradzi, i Peter bardzo dobrze o tym wie. Jednak ojciec jest nieubłagany, odjeżdża z piskiem opon, zostawiając zdezorientowane zwierzę same w obcym dla niego miejscu.

Ich przyjaźń jest zbyt silna. Peter mimo swojej bezsilności nie potrafi zostawić Paxa samego. Już pierwszego dnia pobytu u dziadka wymyka się z domu i rusza do oddalonego o setki kilometrów liska. A w tym czasie lisek musi nauczyć się żyć w swoim naturalnym środowisku i przetrwać w nadziei, że ukochany chłopiec powróci po niego.

Jednak nie jest to takie proste. W szczególności gdy jest się 12-letnim dzieckiem, a dookoła zaczyna panoszyć się wojna. Czy dwoje przyjaciół w końcu się odnajdzie?

Nie sądziłam, że ta opowieść mnie aż tak poruszy. Nadal jest mi trudno uwierzyć w to, co się ze mną stało. Nie wierzę, że gdy dotarłam do ostatnich stron, w moim oczach pojawiły się łzy. Nie mogłam uwierzyć, że to już koniec mojej przygody z Peterem i Paxem. To skończyło się zbyt szybko. 

Nie dość że pokochałam niesamowitą okładkę, to jeszcze stała się ona częścią mojej zbłąkanej duszy. Już sama okładka uświadczyła mnie w przekonaniu, że trafiłam na wartościową, przepełnioną pięknem pozycję. I nie zawiodłam się, 

Opowieść ta budzi w człowieku pewnego rodzaju tęsknotę, której sami do końca nie rozumiemy. Skąd się bierze? Dlaczego się pojawia? Wydaje mi się, że to tęsknota za prawdziwą wolnością. Tą, którą utraciliśmy razem z postępem cywilizacji. Dlatego właśnie kocham takie powieści, bo pokazują one, jak wiele już nie mamy. Nie potrafimy być prawdziwie wolni, nie potrafimy prawdziwie kochać. Torturujemy się, by się ukarać za coś, na co nie mieliśmy wpływu. Nie pozwalamy sobie być wolni. 

Pax wzbudził we mnie mnóstwo emocji. Porusza on uniwersalne tematy, ma w sobie to coś, co sprawia, że czytelnik zaczyna rozmyślać nad samym sobą. Pokazuje obowiązek wobec przyjaciela, ból duszy, miłość i przyjaźń. A także poświęcenie się dla ważnych wartości i siebie, aby ktoś inny zyskał dzięki temu prawdziwą wolność. Czasami wydaje się nam, że dobrze robimy, jednak nigdy nie mamy pewności, że na pewno tak jest.

Pax to opowieść, która wzrusza i porusza najdelikatniejsze struny serca. Opowiada o prawdziwej przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem.

Słyszałam porównania tej powieści do Małego Księcia. Nie wierzyłam. Aż do chwili, gdy dotarłam do ostatniej strony Paxa. Łzy zebrały się w moich oczach i ujrzałam prawdę. Ujrzałam to, co chciała przekazać autorka.

Książka ta stała się dla mnie częścią mojego serca. Zakochałam się w niej już od pierwszej litery, choć nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Tak samo jak powieści Jacka Londona czy Jamesa Olivera Curwooda, ta także zakorzeniła się w moim sercu.

Jest niesamowita. Tak bardzo niesamowita, że trudno jest to opisać. Musicie sami to zrozumieć. Ta książka sama wam to pokaże, tylko musicie jej dać szansę. Żadna sekunda przy niej spędzona nie jest stracona. Możecie tylko zyskać. Sami się przekonajcie, co mam na myśli.

Napisany z niezwykłą lekkością, a mimo to pełny akcji i emocji. Obdarzony przez Jona Klassena przepięknymi rysunkami, delikatny niczym piórko, ale prawdziwy i szczery. Taki właśnie jest Pax.

Pozwólcie sobie poznać siłę przyjaźni. Siłę wolności i wiatru we włosach. Tupot łap pośród listowia, szelest myszy. Siłę nadziei i wytrwałość. Tęsknotę i miłość pośród niebezpieczeństwa. Poznajcie Petera i Paxa.

Pamiętnik lesbijki

Niepokojąca, mroczna, magiczna i szokująca. A także niezwykle inteligentna, sprawiająca wrażenie dzieła, które jest powyżej każdego z nas. Napisana językiem, jaki nie każdy zdoła zrozumieć, choćby starał się ze wszystkich sił. Ten ogromny intelekt wzbudza nieufność i przerażenie, a z drugiej strony mamy ochotę wgłębić się w myśli bohaterki jeszcze bardziej. Budzi uczucia, które długo spały gdzieś w głębi nas. Szarpie umysł, zmusza do głębszego rozumowania i przeżycia całym sobą przedstawionej historii. Nieważne, że możemy nie dać rady.

TytułPamiętnik lesbijki
Autor: Eryk Edwardsson
Wydawnictwo: Wieża Czarnoksiężnika

 

Główna bohaterka wydaje się niezwykła, świadoma i jednocześnie nieświadoma, kim tak naprawdę jest. I to wzbudza w nas poczucie, że trafiliśmy na powieść, która wyszła nie spod pióra pisarza, człowieka, ale kogoś, kto stoi wyżej. Ciężko jest uwierzyć, że istota ludzka potrafi rozumować w tak złożony i jednocześnie wspaniały sposób. Taki właśnie wydaje się Pamiętnik lesbijki, stworzony z miłością, oddaniem oraz pasją, byśmy mogli poznać myśli, jakich normalnie doświadczają tylko niektórzy z nas. 

W książce tej wpadamy ze skrajności w skrajność; jest prowokująca, pełna filozofii, socjologii, samotności pośród ludzi, a także po brzegi przepełniona inteligencją. Raz nas bawi, raz smuci, innym razem przeraża i wzrusza. Możemy ją albo z całego serca pokochać, albo znienawidzić.
 
Nati, studentka socjologii, jest niezwykle inteligentna, wydaje się jej, że nikt, kto nie dorównuje jej mądrością, nie ma prawa z nią rozmawiać. Nikogo do siebie nie dopuszcza, gdyż nie jest jej wart. Tylko jej ukochana przyjaciółka Pati jest osobą, która zna ją doskonale i wspiera w ciężkim, przesiąkniętym beznadzieją życiu. Typowi faceci, czyli ci, którzy myślą tylko o tym, by zaliczyć kolejną dziewczynę, wzbudzają w Natalii obrzydzenie; potrafi bezbłędnie rozpoznać takiego osobnika, nawet za bardzo się nie wysilając. Wystarczy jedno spojrzenie na minę, ruchy, oczy i dokładnie wie, czego on tak naprawdę od niej chce. 
 
Dlaczego nie mogę być taka jak wszyscy? Nieskomplikowana, z niewielkimi wymaganiami, gruboskórna, niezdolna do wzruszeń. Taka jak ci faceci. Te wredne skurwiele. Chcą tylko jednego od życia – cielesnych doznań, hedonistycznego upojenia w seksualnej orgii, którą mają czelność nazywać miłością?
 
Gdy podczas zajęć zagaduje do niej Manat, Nati jest wobec niej bardzo podejrzliwa. Jednak jej rozmówczyni okazuje się kimś całkowicie innym niż na początku sądziła. Zadziwia ją bystrością umysłu, spostrzegawczością i niezwykłą zdolnością do kojarzenia faktów. Rozpala w niej iskrę, jakiej nikt nie potrafił wzniecić. Intryguje ją ta dziewczyna, która mimo jasnych sygnałów, że powinna dać jej spokój, nie poddaje się, dając popis umiejętności swojego umysłu. Czyżby Natalia po raz pierwszy się pomyliła?
 
Wkrótce, zniesmaczona swoimi znajomymi dresiarzami, pozwala Manat na wciągnięcie do swojego świata. Natalia trafia do miejsca przepełnionego gothami, fanatykami wampiryzmu oraz innymi dziwadłami, i powoli zaczyna popadać w ogromny konflikt pomiędzy przyjaźnią a odkrytą miłością. Spór ten zaczyna niszczyć jej życie, przyjaciółka staje się ukochaną, jej chłopak obiektem nienawiści, nowa znajoma wzbudza podejrzenia. Nic już nie jest takie jak wcześniej. 
 
Czy Natalii uda się wyplątać z sideł, które coraz mocniej zacieśniają na niej swoje macki? A może zostanie przez nie pochłonięta i pożarta, bez krzty zawahania? 
 
Bo w życiu chodzi o coś więcej niż tylko przeżycie do śmierci.
 
Spodziewałam się czegoś całkowicie innego. Jednak dostałam coś, co praktycznie rozwaliło mój mózg na kawałki. Myślałam, że ta książka będzie płytka, przepełniona seksem, może odrobiną miłości i fantazji. Jednak już od pierwszej strony, pierwszej linijki, zrozumiałam, jak bardzo się pomyliłam. Jest mi wstyd, że w ogóle pomyślałam w taki sposób. Kap, kap, kap… Zaparowane szyby ociekającego deszczem tramwaju. Zapocone szkło, przez które sączą się do środka fragmenty rzeczywistości. Już pierwsze zdanie wzbudziło we mnie iskrę, która wkrótce zmieniła się w płomień, paląc mnie od środka i spływając palcami na strony. Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że książka ta będzie całkowicie inna niż każda, jaką do tej pory przeczytałam. 
 
Ruszyłam więc w podróż, w głąb myśli głównej bohaterki. Zachwyciła mnie swoją niezwykłą, co prawda aż przerośniętą, lekko pokrętną inteligencją i miłością, która z prostej, usłanej płatkami róż ścieżki, zwiodła ją na drogę poznaczoną krwią, łzami oraz smutkiem. Choć z całego serca się starałam, nie potrafiłam zrozumieć jej toku myślenia, każdy swój błąd, każdą złą chwilę, każdą decyzję, rozważała ona w tak filozoficzny sposób, rozpatrując każdy aspekt, każde zagadnienie, dokładnie tłumacząc sobie, dlaczego tak się stało, co było przyczyną, co przeszkodziło. Zafascynowała mnie tak bardzo, że z całego serca chciałam ją poznać, z nią porozmawiać, nawet jeśli mogłabym zostać przez nią odrzucona. W końcu Natalia nie dopuszczała do siebie nikogo, nikt nie był wart jej uwagi, jeśli nie wydawał się tak inteligentny jak ona. 
 
W końcu mogę się nieco zabawić, bez zbędnego zaangażowania się w interakcję z jakimiś niedorobionymi ludkami. Tylko ja i muzyka przemieszana z kaskadą kolorowych świateł i oszałamiającymi rozbłyskami stroboskopów. Mogę zanurzyć się w tych chromatycznej gamy toniach i zapomnieć na chwilę o wszystkim, co mnie kiedykolwiek trapiło, skupiając się jedynie na tym ekscytującym fakcie, że żyję, że jestem…
 
Pragnęłam, nawet za cenę poniżenia, odrzucenia, zobaczyć tę kobietę przed sobą. Nigdy nie miałam do czynienia z osobą tak wybitnie inteligentną i nadwrażliwą na otaczający ją świat. Była samotna, bo tak chciała, nie dlatego, że na taki los skazali ją inni. W jakiś sposób wydaje mi się podobna do mnie. Podziwiam ją za to, kim była. 
 
Choć już skończyłam czytać tę książkę, wciąż nie mogę uwierzyć, że napisał ją człowiek. Jak genialny umysł musi mieć autor, skoro wymyślił powieść o prostej fabule, a jednocześnie pełną intelektu, mądrości i głębi, która przenika od pierwszych słów. 
 
Jednak pan Eryk zaskoczył mnie nie tylko umiejętnością pisania w niezwykle inteligentny sposób, ale także zwrotami akcji, jakich nawet się nie spodziewałam, gdy zdecydowałam się zrecenzować tę książkę. Zawarł w niej tyle wartości, że nawet brak mi słów, by je opisać. Sami musicie się przekonać, jak niezwykła jest ta książka, jak wspaniały jest autor, że zdołał stworzyć coś takiego. 
 
To nie powieść dla każdego. Nie każdy ją zrozumie, ja nie do końca zrozumiałam, jeszcze do niej nie dojrzałam, ale pokochałam całym sercem. I na pewno jeszcze nieraz do niej wrócę.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia