Królowa Lodów z Orchard Street

źródło
Jest rok 1913. Pewna żydowska rodzina ucieka z ogarniętej porewolucyjnym szałem Rosji. Wśród nich jest mała Malka Treynovsky, której życie później potoczy się w najmniej spodziewany sposób, jakiego nikt się nawet nie spodziewał. Jest dziewczynką pełną radości, o niewyparzonym języku, która praktycznie nie cichnie. To ona namawia ojca, by zamiast do Afryki, popłynęli całą rodziną do Ameryki, w której życie będzie łatwe i przyjemne. Przecież to właśnie tam ulice są wysadzane złotem, z fontann płynie miód i mleko, a wszyscy mają pracę i żyją w przybytku.
Tytuł: Królowa Lodów z Orchard Street 
Autor: Susan Jane Gilman 
Wydawnictwo: Czarna Owca

Mama Malki nic o tym nie wie. Zanim wyjechali, prosiła córkę tylko o jedno: Nikomu nie pozwalaj tknąć swojego płaszczyka; gdy ktoś będzie chciał ci go zabrać, to zrób mu takie curie, jakiego jeszcze nie słyszał. W kurteczce, w ukrytej pod pachą kieszonce, były bowiem bilety do Afryki i wszelkie pieniądze, jakie im zostały…
Tuż po przybyciu do Ameryki okazuje się, że wcale nie jest tam tak cudownie, jak opowiadała maleńka Malka. Cała rodzina: ojciec, matka, Malka i jej dwie siostry Flora i Róża, mieszkają w małej klitce, w jednym pokoju, który udostępnił im krawiec. W zamian za to matka i ojciec mają dla niego pracować. Jednak jest to za mało, by mogli przetrwać. Dziewczynki są więc wysyłane do pracy w okolicy, a jeśli nie chcą tam pójść, grozi im, że nie dostaną nic do jedzenia następnego dnia. 
Rodzinie się nie przelewa, nie mają zbyt dużo pieniędzy, ledwo starcza im na wyżywienie. Dzieci nie mają wyboru: albo będą pracować, albo będą zwijać się z głodu. 
Pewnego dnia, kilka miesięcy po przybyciu do Nowego Jorku, Malka ulega groźnemu wypadkowi. Zostaje stratowana przez konia ciągnącego wózek z lodami pana Dinello. Jest ciężko okaleczona, niezdolna do dalszej pracy, dlatego zostaje porzucona. Wydaje się, że zostanie już sierotą. 
Jednak opanowany wyrzutami sumienia pan Dinello przygarnia ją mimo sprzeciwów swojej rodziny i postanawia się nią opiekować. Dostaje ona ultimatum – jeśli chce żyć z nimi, nie może być bezczynna. Musi na to zapracować. Tak też, zmuszana do pracy, mimo poważnego okaleczenia i surowego wychowania, uczy się zaradności i sprytu. A także fachu, który praktykuje cała rodzina Dinello. Tworzenia lodów. A w nich zakochała się już wtedy, gdy pierwszy raz spróbowała ich pośród brudu ulicy i wszechogarniającego bólu, głodu i smrodu, z maleńkiej, białej filiżaneczki. 
Malka nie jest piękna, tak jak inne dziewczyny. W domu jej przybrany brat strasznie jej dokucza, do tego żaden chłopak nie patrzy na nią przychylnie. Dlatego też państwo Dinello wysyłają ją na studia. Wątpią, że ktoś ją zechce. Jest ona wyjątkowo inteligentna i szybko się przystosowuje do nowych warunków. Tam poznaje wyjątkowo przystojnego mężczyznę, Alberta, i zakochuje się w nim bez pamięci. I to z wzajemnością, czego się nie spodziewała i o czym długo marzyła.
Wkrótce oboje wyruszają w podróż po Ameryce. Nie jest im łatwo, bieda doskwiera im każdego dnia, a trawiący kraj kryzys wcale nie pomaga. Jednak nie poddają się. Uczą się jak przetrwać w czasach porachunków gangów, prohibicji i wojny między państwami. To wszystko czyni z Malki silną, młodą, niezależną kobietę, która dobrze wie, jak sobie poradzić w życiu oraz czego pragnie. 
Nie daje ona sobie w kaszę dmuchać, walczy o to, czego chce. Nic jej od tego nie odwiedzie. To ona już niedługo przemieni się w Lillian Dunkle, nieugiętą bizneswoman, stojącą na czele ogromnego, lodowego imperium, które sama wraz z ukochanym zbudowała. I nikomu nie pozwoli go tknąć, nieważne kim ta osoba dla niej jest. 
Charakter Lilian (Malki) wydaje się tak mocny, że nikt nie potrafi go przebić. Mimo że została okaleczona, a wszyscy uznawali ją za kalekę, bardzo często nic niewartą, nigdy się nie poddała. Walczyła o swoje, nikt nie mógł jej przeszkodzić w osiągnięciu celu, o którym marzyła. Jej niewiarygodna siła, wiara i moc nieraz sprawiały, że wpatrywałam się w jej słowa ze zdumieniem i ogromnym podziwem. Mało kto potrafi odnaleźć w sobie ten potencjał i władczość, której nauczyło ją życie. Każdy, kto zadarł z Malką, wkrótce przekonywał się, jak duży błąd popełnił. Nic i nikt nie mogło jej pokonać. Nigdy by na to nie pozwoliła.
Dlatego też połączenie jej ze spokojnym, jąkającym się Albertem było dla mnie momentami po prostu absurdalne! Kobieta o tak ostrym temperamencie, która dobrze wie, czego chce, osoba o pancerzu tak twardym, że przebić go nie było łatwo i nigdy nie udało się to do końca, i mężczyzna ciągle żyjący w strachu, skryty w sobie, do głębi serca bardzo zraniony, który nie potrafi się nawet dobrze wysłowić, gdyż jąka się strasznie, bez większych ambicji i pragnień. To się tak bardzo kłóci, że aż prosi się o to, by nie było prawdą. Jednak tak właśnie działa miłość. Miłość, która w ich przypadku była wyjątkowo mocna i przepełniała ich na wskroś, niszcząc tak ogromną przepaść między ich charakterami. 
Albert dla Lilliany stał się tak samo ważny, jak rozwijająca się firma lodziarska. 
Ale czy ważniejszy? 
Może.
Cała historia, opowiedziana z pierwszej osoby przez samą Lillian, okraszona humorem, werwą, śmiałością, wciąga niesamowicie! Pomysłowość głównej bohaterki, kreatywność, niezwykły, choć z lekka zadziwiający humor, połączenie lodów i życia w Ameryce jest czymś cudownym. Nawet wtedy, gdy historia toczy się całkowicie inaczej, niż się spodziewaliśmy. Sprawia ona, że nie tylko chcielibyśmy poznać tę niezwykłą kobietę i zobaczyć, czy naprawdę taka jest, ale także spróbować tych pyszności, które wychodziły spod jej ręki i umysłu. 
Czytając tę naprawdę wyjątkową książkę, od samego początku do końca ma się wrażenie, że jest ona autobiografią. Dlaczego? Bo główna bohaterka i inne postaci zostały wykreowane tak dobrze, że trudno jest uwierzyć, że one tak naprawdę nie istniały. Gdybym nie wiedziała, że to wszystko powstało w głowie Susan Jane Gilman, to nigdy bym nie uwierzyła, że Lillian nie istniała. Do tego jeszcze ogromna ilość informacji na temat przemysłu lodowego, opisane w szczegółach, jakie mało kto zna, jest na to dowodem! Naprawdę, Susan włożyła w tę książkę tyle pracy, czasu i pasji, że ominięcie jej byłoby największą krzywdą, jaką człowiek może sobie wyrządzić. 
Jest to powieść, którą każdy powinien przeczytać. Bo pokazuje ona nie tylko początki przemysłu lodowego, pierwsze sposoby tworzenia lodów, ale także to, jaki był Nowy Jork w czasach tak dla nas odległych. Wydaje się nam, że w Ameryce zawsze było tak dobrze, wspaniale, że każdy żył w przepychu, szczęściu i nie umierał z głodu, tak jak w innych krajach. Nawet nie spodziewalibyśmy się, że w tamtych czasach życie potrafiło być tak okrutne i bolesne, o czym świadczy historia Malki.
To właśnie życie uczyniło z niej co prawda zaradną i sprytną kobietę, ale także bezwzględną, o sercu twardym jak skała, która nikogo do siebie nie dopuszczała. Nawet własnego syna nie potrafiła tak naprawdę pokochać. Życie sprawiło, że postanowiła walczyć o swoje, po części gubiąc siebie. 
Książka ta daje do myślenia. Mimo że pisana jest z humorem, werwą, pasją, śmiałością, a także pewną dozą wyzwania, można odczytać w niej pewną gorycz, smutek, ból, jaki skrywa w sobie Malka. 
Jestem pewna, że wiele z was zakocha się w tej książce tak samo jak ja. I jestem pewna, że Malka, mimo iż tak niedostępna, stanie się waszą przyjaciółką, tak jak stała się moją. Jej historia zawładnie waszym sercem i na długo pozostanie w waszej pamięci. 
Niech żyją lody!

W ramionach gwiazd

źródło
Lilac LaRoux jest najbogatszą dziewczyną w całej galaktyce, zna ją każdy, pojawia się na okładkach wszelkiej powstałej prasy, jednak nie może się do niej zbliżyć żaden mężczyzna. Jest uwielbiana, obdarzana szacunkiem z każdej strony. Nie jest olśniewająco piękna, ma kilka mankamentów, ale ma w sobie urok, a jej uroda wprawia w zachwyt. Jest księżniczką otoczoną grupką dziewczyn, które pod pięknymi sukniami kryją ostre sztylety, by w razie zagrożenia ochronić dziedziczkę rodu LaRoux. Lilac jest oczkiem w głowie swojego ojca, znanego w całym wszechświecie, właściciela firmy LaRoux Industries, który przed wszystkim stara się ją ochronić.

Tytuł: W ramionach gwiazd
Autor: Amie Kaufman, Meagan Spooner
Wydawnictwo: Otwarte

Tarver Merendsen, jest zwykłym żołnierzykiem, nikim wyjątkowym. Ledwie 18-letni chłopak, w ciągu 2 lat służby wojskowej, dzięki pewnej misji, zdobył tytuł majora i zyskał ogromną sławę, stając się rozchwytywanym. Skromny chłopak nie potrafi jednak znieść błysków fleszy, ma już ich serdecznie dosyć. 
On i Lilac poznają się na podczas rejsu największym powstałym do tej pory statkiem kosmicznym Ikarem, mieszczącym 50 tys. ludzi, zbudowanym przez firmę ojca dziewczyny. Tarver od razu wie, że musi z nią porozmawiać, jej piękno hipnotyzuje go i przyciąga. Nawet nie ma on pojęcia, kim jest ta wyjątkowa dziewczyna, nigdy nie śledził telewizji i prasy.
Wydaje się, że wszystko będzie dobrze. Lot zostanie ukończony pomyślnie, a nasza wybuchowa dwójka bohaterów zapozna się bliżej. 
Ikar rozbija się na tajemniczej planecie. Tylko Lilac i Tarver zdołali przetrwać katastrofę. Razem, choć z niechęcią, podejmują walkę o przetrwanie i ratunek. Ale nie jest to ich największy problem. Znajdują się na planecie, która była kolonią, ale różni się ona diametralnie od pozostałych terraformowanych planet. Są tutaj stworzenia, które mogą ich zabić, rośliny także się wyróżniają. Odkąd zaczęli swoją podróż w poszukiwaniu ratunku, zaczęły ich nawiedzać tajemnicze wizje doprowadzające do szaleństwa. Czym lub kim są wytwory zwane przez nich „Szeptami”?
Akcja dzieje się w bliżej nieokreślonym czasie i miejscu. Jedyne, co wiemy, to z jakich planet pochodzą bohaterowie. Nie jest to świat znany nam, nie ma na to żadnych dowodów. Został on stworzony od podstaw przez autorki. 
Książkę czyta się niesamowicie łatwo, choć stwierdzenie „czyta” nie do końca tutaj pasuje. Pochłania się ją! I nim się obejrzymy, jesteśmy na ostatniej stronie. Jest napisana prostym, a jednocześnie wyjątkowo pięknym językiem. Cały czas mamy wrażenie, że akcja rozgrywa się wokół nas, nie na kartach dzieła. 
Mogłoby się wydawać, że takich książek było już wiele. Nie dajcie się zwieść takim myślom. Jest ona istną perełką, która nie tylko zapada głęboko w pamięć, ale także w serce. Nie jest to zwykła powieść o miłości dwojga ludzi. Nawet nie spodziewałam się, co może się wydarzyć podczas ostatnich 150 stron. Krzyczałam i praktycznie płakałam, błagając, by nie była to prawda. Jak autorki mogły coś takiego zrobić? Muszę jednak przyznać, że bez tego zabiegu książka nie byłaby tak niezwykła. To właśnie sprawiło, że wybija się ponad wszystkie inne, których akcja dzieje się w kosmosie.
Nie chciałam jej kończyć, specjalnie odkładałam ją na dłużej, byle tylko zostać jeszcze na chwilę w tym wspaniałym uniwersum. A do tego skryta w niej tajemnica tylko potęgowała mój zachwyt, a gdy ją odkryłam, moje serce ścisnęło się ze wzruszenia i przestało na chwilę bić. Nawet nie wyobrażałam sobie, jak przerażająca, a jednocześnie piękna ona będzie.
Główni bohaterowie są stworzeni z ogromną pieszczotliwością i dokładnością. Lilac i Tarver pasują do siebie, mimo ogromnych różnic charakterów, a także pochodzenia. Od samego początku łączą się ze sobą wprost idealnie! Ogromną zaletą jest to, że są bardzo naturalni, nie sztuczni, a także bardzo dojrzali, mimo tak młodego wieku. Wydaje się, że niemożliwe jest, aby między zimną i twardą dziewczyną a zawodowym, wyzbytym z uczuć żołnierzem pojawiło się coś więcej niż ostre docinki. Tak rozpoczyna się moim zdaniem najpiękniejsza historia o miłości, z jaką ostatnio miałam do czynienia.
Na początku mamy wrażenie, że Lilac nie przetrwa w dziczy, nigdy wcześniej tam nie była. Jednak później okazuje się, że bardzo się mylimy. Zaledwie 16-letnia rudowłosa piękność jest wyedukowana, sprytna i odznacza się iście ognistym, zadziornym charakterem, co sprawia, że od razu ją polubicie. A o Tarverze nawet nie będę mówić. Sami się przekonajcie, jaki on jest. Dziewczyny się w nim zakochają, to jest pewne.
Zakochałam się w tej książce i z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy, nie wiem, co mnie tam czeka, ale na pewno będzie równie wciągający i wspaniały! Jeśli nie jeszcze lepszy. Autorki piszą wspaniale i z ogromną pasją, co widać już od pierwszej strony.
W ramionach gwiazd jest książką, którą każdy z nas powinien przeczytać. Olśniewa swoim kunsztem, dbałością o każdy szczegół, a także przepiękną, poruszającą fabułą, która od pierwszych chwil włada naszym sercem. Czyta się ją z czystą przyjemnością i łatwością. Poznawanie bohaterów i stworzonego świata mogłoby się nigdy nie skończyć. Mamy szczęście, że to nie koniec i pojawią się jeszcze dwa tomy. Jest to książka, która sprawi, że umrzecie, a potem podaruje wam nowe życie, jeszcze piękniejsze niż wcześniej. Obdarzy niesamowitymi wrażeniami, ukoi zbłąkaną duszę i da energię prosto z gwiazd. Choć początek wydaje się prosty, później twoje serce będzie szybko i mocno bić w piersi i nie pozwoli ci nawet na chwilę oderwać się od lektury.

Recenzja pudełka subskrypcyjnego EpikBox

EpikBox to subskrypcyjna paczka stworzona przez książkomaniaków (BookGeek) dla książkomaniaków, pierwsza o tej tematyce w Polsce. Pojawia się ona co trzy miesiące; jeśli chcecie zobaczyć, co było we wcześniejszych pudełkach, to zajrzyjcie na stronę internetową epikbox.pl. W EpikBoksie znajdziecie książkę, która swoją premierę miała do 36 dni przed wysłaniem pudełka do klienta, a także od trzech do pięciu książkowych gadżetów. Pierwszy pojawił się w lipcu, drugi w październiku, a opisywany dziś – w lutym. W grudniu mieliśmy także możliwość kupna specjalnego wydania świątecznego, ale bez książki, w niższej niż normalnie cenie. Jego zawartość nie jest nam zdradzana, jest tajemnicą aż do dnia, gdy do nas dotrze i sami się o tym przekonamy.

Box kosztuje 47 zł, dodatkowo koszt wysyłki w zależności od wybranej opcji dostawy. Od razu pokochały go mole książkowe. Pojawiło się mnóstwo cudownych zdjęć, recenzji, postów wychwalających pudełko, a każda nowa edycja jest wyprzedana już na drugi dzień.

Długo zastanawiałam się nad jego kupnem, bardzo podobał mi się lipcowy i październikowy, więc stwierdziłam, że warto spróbować. Może zakocham się w nim równie mocno jak inni. Tak więc 18 lutego paczka dotarła do mnie, gotowa na rozpakowanie.

Tematem lutowego boxa było In the sky. Wiele osób odgadło, jaka książka się w nim pojawi. Jednak ja do samego końca żyłam w nieświadomości, nawet się nie domyślając, jak cudowny tytuł już niedługo do mnie przybędzie.


W tym miesiącu EpikBox przygotował dla nas przepiękne, wyjątkowe rzeczy owinięte w niebieski papier:
– zakładka na gumce z przepiękną filcową sową z napisem Good Book?
– cudowna zakładka papierowa z motywem Nocnych Łowców (inspiracja serią Dary Anioła)
– zakładki indeksujące do zaznaczania ulubionych cytatów, które idealnie przydadzą się tym, którzy piszą recenzje książek i chcą wiedzieć, gdzie w książce są cytaty, które im się najbardziej spodobały
– płócienna, duża torba z przepięknym nadrukowanym motywem Magonii, uszyta solidnie i dokładnie
– fragment powieści Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender Lesleye Walton
– krótki test Jak nazywasz się w świecie Magonii razem z oceną wysłanej książki
– przepiękny naszyjnik z napisem Let’s live in fictional worlds, który idealnie pasuje do książkoholików
i… – co najważniejsze – sama Magonia Marii Dahvana Headley. Jest to wyjątkowo pięknie wydana, magiczna opowieść, która stała się ulubioną książką wielu polskich blogerów i booktuberów.

Minusem jest jednak to, że zdarza się, że mamy już znajdującą się w nim książkę, dlatego trzeba uważnie obserwować tematy kolejnych boxów, by coś takiego się nie stało. Ale nie jest to aż tak duży problem, możemy przecież powieść sprzedać. Kolejnym minusem jest to, że w dniach wysyłki trzeba uważać, by nie natknąć się na spoiler na Facebooku lub Instagramie wstawiony przez inne osoby, które swój egzemplarz dostały wcześniej przez różnicę w wybranej opcji dostawy, ale jest to mało prawdopodobne, jeśli uważamy.
Mimo iż to pudełko trochę mnie zawiodło (minimalnie), na pewno kupię kolejne. Otwieranie go było niezwykłą frajdą, a nastrój oczekiwania, aż dostaniemy je w swoje ręce, jest naprawdę przyjemnym uczuciem! Najlepsze jednak w nim jest to, że gadżety, które otrzymujemy, możemy kupić tylko na stronie Epikboxa, nie są to pierwsze lepsze badziewia, które znajdziemy w każdym sklepie. Niewiele z oferowanych tu rzeczy nabędziemy w innych sklepach. To czyni go wyjątkowym i wartym zakupienia.

Minimalizm dla zaawansowanych

źródło
W dzisiejszym świecie najważniejsze
jest to, żeby mieć jak najwięcej – najwięcej ubrań, ozdób, gadżetów, znajomych.
Nawet nie wyobrażamy sobie życia bez naszej ukochanej pary butów, która co
prawda nie jest wygodna, a także nie wygląda cudownie, ale na samą myśl, że
mamy ją oddać czy wyrzucić aż nas skręca w środku. Wątpię, byście tak po prostu
mogli pozbyć się niepotrzebnych rzeczy i zostawić tylko te, które są wam do
życia niezbędne.
Tytuł: Minimalizm dla zaawansowanych
Autor: Anna Mularczyk-Meyer
Wydawnictwo: Black Publishing

Wszystko kupujemy po to, aby się
dowartościować, sprawić, by inni nam zazdrościli i nas podziwiali. Chcemy poczuć się
piękniejsi dzięki kosmetykom i ubraniom, mądrzejsi dzięki niezliczonej liczbie
książek, których nigdy nie przeczytamy, a także podziwiani przez każdego, bo
mamy najnowszy telefon czy najlepszą i najdroższą markę samochodu.  Nieraz potrafimy wydać całe swoje pieniądze,
byle tylko innym zaimponować. Ach, zobaczcie, jaka jestem bogata! Ach, jaka
jestem piękna!
Ale czy kiedykolwiek
zastanowiliście się, czy te wszystkie bibeloty są wam tak naprawdę potrzebne?
Czy nie żyłoby się nam o wiele łatwiej, gdybyście mieli ich mniej? Przecież życie
wtedy byłoby o wiele prostsze. Idealnym narzędziem do posprzątania nie tylko w swoim otoczeniu, ale także i umyśle, jest minimalizm.
Anna Mularczyk-Meyer w swojej
drugiej książce pokazuje nam skrawek swojego istnienia od momentu, w którym sama zaczęła stosować
to narzędzie. Przeprowadza nas przez swoje życie przed tą wielką zmianą, w jej trakcie i po niej. Nie poucza nas, nie rozkazuje, po prostu snuje cudowną
opowieść o tym, jak minimalizm zmienił jej egzystencję na tym świecie.
Opisuje swoje trudne początki na nowo podjętej drodze. Niska samoocena, problemy z nadwagą, pracoholizm, brak
czasu dla siebie i rodziny, przemęczenie. To tylko niektóre dylematy, z jakimi
musiała zmagać się autorka. Nie miała obranej drogi w życiu, pędziła przed
siebie, pragnąc zebrać jak najwięcej i jak najwięcej przeżyć, byle tylko zdążyć przed śmiercią. Bała się
jej, więc biegła przez życie, nie zważając na nic. Chciała jak najwięcej
zarobić, starała się wypełnić każdą wolną chwilę, byleby tylko czuć się
potrzebna.
Pokazuje nam swoje kompleksy, problemy
i drogę do tego, jak je pokonać. Opowiada o sobie bez cienia wstydu, że kiedyś była kimś
takim. Daje siebie jako przykład, by nauczyć nas, jak wiele możemy zmienić w
swoim życiu, jeśli tylko tego chcemy. Jej droga nie była łatwa, ale dzięki wytrwałości i wierze w siebie
wytrwała w niej, by w końcu osiągnąć pełnię szczęścia i zadowolenia. Walczyła, by być wolna od wszelkich kompleksów i nałogów. Brnęła przed siebie z mocą – i
choć śmieci, które miała, trzymały się jej z całej siły, to nie poddała się i
szła dalej, rozwijając się i pozbywając zbędnego balastu. Nie było to łatwe, ale dzięki
pomocy minimalizmu udało się jej. Gdyby nie to, pewnie utonęłaby w morzu
problemów i rzeczy, które nałogowo kupowała.
Mularczyk-Meyer w swojej książce zawarła wiele
porad, pokazała ścieżkę, którą możemy pójść, by odnaleźć sens życia. To już
tylko nasz wybór, czy wybierzemy ilość czy jakość. Ona daje ci
narzędzie, teraz nadeszła twoja kolej.
Książka była dla mnie ciężkim
orzechem do zgryzienia. Nie mogła uwierzyć, że pozbywając się rzeczy, mogę
uporządkować swoje życie. Czy oby na pewno, stosowanie minimalizmu w codziennym
życiu może mi pomóc?
Dopóki nie przeczytałam tej książki, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że coś w moim życiu nie gra. Żyłam z
dnia na dzień, wciąż kupując nowe rzeczy, chomikując inne, niepotrzebne mi, bo
jak to się mówi: „Kiedyś się przydadzą” albo: „Przecież to pamiątka, nie mogę
jej wyrzucić”. Ależ jaką pamiątką są zeszyty z czasów szkoły podstawowej?
Zaczęłam także zadawać sobie pytania, między innymi: czy osoby, z którymi się przyjaźnię, na pewno są tymi, z którymi CHCĘ się przyjaźnić? Czy potrafiłabym bez nich żyć? A co z tymi wszystkimi bibelotami,
ubraniami, plakatami? Przecież nie wnoszą do mojego życia nic nowego, są tylko
zabawką, która pewnego dnia mi się znudzi. Nie są niezbędne do życia. Te i wiele innych pytań nęka mnie, odkąd przeczytałam tę książkę. Obudziła ona we mnie chęć zmiany.
Jedno jest dla mnie pewne – Minimalizm otwiera oczy na świat, sprawia, że zaczynamy patrzeć na swoje życie z zupełnie innej perspektywy. Wywiady, które autorka przeprowadziła z kilkoma osobami, dają głęboko do myślenia. Jest to
swego rodzaju kopniak do działania. Może czas w końcu zmienić coś w swoim
życiu? Zrzucić balast i być wolnym?
Jeśli czujecie, że w waszym życiu
jest coś nie tak, że czegoś brakuje, choć macie wiele; jeśli nękają was
kompleksy, macie niską samoocenę i ciężko wam na sercu – wydaje mi się, że ta
książka może wam pomóc. Może nie sprawi, że od razu wszystko będzie cudowne, że
od razu uporządkujecie swoje życie, ale na pewno historia w niej zawarta
zainspiruje was do tego, by walczyć o zmianę nie tylko stylu życia, ale także swojego
myślenia. Pozwólcie wspaniałemu narzędziu, zwanemu minimalizmem, uczynić wasze życie prostszym, lżejszym i piękniejszym!

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia