Tydzień zakochanych


źródło

Można mówić wiele o cudownym wymiarze Święta Zakochanych, jednoczenia się ludzi i celebrowania wspólnych chwil z najbliższymi. Prawda jest jednak zdecydowanie brutalniejsza – to przede wszystkim komercyjne święto mające nam wcisnąć kolejne czerwone świecidełko, na które w normalnej sytuacji nie zwrócilibyśmy uwagi. W tym roku dystrybutorzy sumiennie odrobili zadanie domowe i przygotowali widzów na różnorodne oblicza miłości – dla dorosłych (Zimowa opowieść), nastolatków (Miłość bez końca), fanów: polskich (Facet (nie)potrzebny od zaraz) i niemieckich (Jezus mnie kocha) komedii, oryginalnych historii (Ona) oraz Indii (Smak curry). Pomyślano także o singlach, którzy mogą zobaczyć argentyński dramat Anioł śmierci.

Ona
źródło
Samotny pisarz – Theodore kupuje
nowy system operacyjny, który jest tak zaprojektowany, aby spełnić wszystkie
potrzeby użytkownika. Między nim a jego systemem operacyjnym rozwija się
romans…
Spike Jonze nie często zasiada na
stołku reżyserskim, parając się przede wszystkim produkcją teledysków, ale
kiedy to robi, możecie być pewni, że zaserwuje wam produkt najwyższej jakości.
To twórca niebanalny, który zawsze tworzy ciekawą historię okraszoną
nietypowymi rozwiązaniami fabularnymi i co najmniej bardzo dobrym scenariuszem
(tym razem oscarowym), za którym podąża takież samo aktorstwo.
Dziejąca się w niedalekiej
przyszłości historia okraszona jest niezobowiązującą ramką science-fiction,
w gruncie rzeczy jest to bowiem uniwersalna opowieść o ludzkich lękach, emocjach i,
oczywiście, miłości. Jak zawsze u Jonzego – daleko jest od truizmów i banalnych
stwierdzeń. W spojrzeniu Jonzego na nas samych czuć świeżość tak bardzo
potrzebną dzisiejszemu Hollywoodowi. Naprawdę warto.
Zimowa opowieść
źródło
Film opowiada historię, która
dzieje się w mitycznym Nowym Jorku na przestrzeni ponad stu lat. To opowieść o
cudach, przeplatających się losach i odwiecznej walce dobra ze złem.
Akiva Goldsman to scenarzysta,
którego teksty od zawsze z lepszym (Piękny
umysł
) czy też gorszym (Batman i
Robin
) skutkiem przeplatały ze sobą banał i wciągającą historię. Bycie
stałym skrybą Rona Howarda mu nie wystarczyło i postanowił zająć się tym razem
reżyserią. Lepiej jednak, żeby poprzestał na pisaniu scenariuszy. Jego debiut
jest bowiem filmem wyjątkowo niespójnym, bez pomysłu łączącym kolejne wątki. Goldsman
wyszedł z założenia, że wszyscy widzowie zapoznali się wcześniej z książką,
która stanowi podstawę tej ekranizacji, i ani myśli tłumaczyć reguł, jakimi
rządzi się świat przedstawiony.
Największą wadą filmu jest jednak
przede wszystkim nuda, sprawiająca, że poczynania bohaterów będziemy śledzić z
coraz mniejszym zaangażowaniem. Pozostaną nam zupełnie obojętni, a po co nam obraz
z wyblakłymi postaciami, o których zapominamy tuż po seansie?
Miłość bez końca
źródło
Historia Jade i Davida, których
romans staje się tym bardziej intensywny, im bardziej rodzice dziewczyny
próbują ich rozdzielić.  Po ukończeniu szkoły średniej żyjąca pod kloszem
Jade zaczyna odczuwać fascynację Davidem. Młodzi zakochują się w sobie.
Spędzając ze sobą niezapomniane lato, młodzi kochankowie wbrew wszelkiej logice
pozwalają, aby wszechogarniająca namiętność stała się fundamentem ich wspólnej
przyszłości.
Miłość bez końca to melodramat stworzony z myślą o nastolatkach, co
pociąga za sobą określone konsekwencje. Podziały klasowe są maksymalnie
widoczne, na ekranie ujrzymy więc krystalicznie czystych biednych i
snobistycznych bogatych. Młodzi symbolizują nieskrępowaną wolność i namiętność,
dorośli natomiast nieustannie krygują ich staroświeckimi zakazami i poglądami. Młodym
widzom może się spodobać, starszym zdecydowanie odradzam seans, gdyż dostrzegą
oni tylko jego cukierkowość i schematyczność.
Facet (nie)potrzebny
od zaraz
źródło
Zosia rozstaje się z chłopakiem
po tym, jak nakrywa go w swoim mieszkaniu z inną dziewczyną. Zdradzona staje
przed koniecznością ułożenia sobie życia na nowo. Dodatkowo sytuację świeżo
upieczonej singielki komplikuje stary zakład, zgodnie z którym Zosia nie może
przyjść samotnie na ślub Anny – koleżanki z lat szkolnych. Za namową
przyjaciółki  Patrycji postanawia odszukać facetów,
którzy byli kiedyś ważni w jej życiu, i sprawdzić, czy gdzieś po drodze nie
przegapiła wielkiej miłości i czy któryś z byłych
nie jest tym jedynym.
Polskie
wytwory filmopodobne przeżyły wyraźny spadek zainteresowania po sromotnej
klęsce obśmianej przez wszystkich Kac
Wawy
, marnej kopii Kac Vegas.
Minęło jednak trochę czasu, rany się zabliźniły i producenci, licząc na
krótkotrwałą pamięć polskich widzów, wypuścili do kin kolejne komedie z „gwiazdorską” obsadą. Wkręceni ze stycznia tego roku bardzo dobrze poradzili sobie w box
office, a taki sam los spotkał Faceta
(nie)potrzebnego od zaraz
. I chociaż nie jest to film bardzo zły, to nie
warto oczekiwać od niego niczego nowego – ot, kolejna komedyjka na poprawę
humoru na weekend. Czyli całkiem dużo jak na rodzimy debiut.

Smak curry
źródło
Ila, wciąż młoda i piękna,
postanawia dodać trochę koloru swemu bezbarwnemu małżeństwu. Kobieta ma wielką
nadzieję, że nowa potrawa, której smak doprowadziła do doskonałości,
przyspieszy bicie serca jej wiecznie nieobecnego męża.
Specjalna przesyłka z jedzeniem, wysłana do niego do biura, przez pomyłkę
trafia w ręce innego mężczyzny. Podejrzewając, że ktoś obcy zjada przygotowane
przez nią posiłki, następnego dnia Ila wkłada do przesyłki nie tylko obiad, ale
też liścik. Wieczorem dostaje od nieznajomego odpowiedź…
Uwaga,
uwaga, film z Indii! Importując niemal wyłącznie kino amerykańskie i
brytyjskie, polscy dystrybutorzy raz na jakiś czas postarają się o film spoza
głównego nurtu kinowego. Smak curry
to nie Bollywood pełną gębą (czyli w skrócie połączenie kiczowatej historyjki i
piosenek w każdym, nawet najbardziej dramatycznym momencie), ale obraz
przesycony egzotyką, pomimo to pozostający uniwersalną opowieścią. Reżyser
Ritesh Batra z wyczuciem prezentuje kiełkującą miłość, a jego słodko-gorzki
styl opowiadania może spodobać się wszystkim bez względu na szerokość
geograficzną.
Anioł śmierci
źródło
W 1960 roku na patagońskiej
pustyni niemiecki lekarz spotyka argentyńską rodzinę i dołącza do jej obozu.
Córka Argentyńczyków, Lilith, zakochuje się w dużo starszym od siebie,
tajemniczym przybyszu. Po pewnym czasie rodzina odkrywa przerażającą tożsamość
mężczyzny.
Kiedy jest tuż po II wojnie
światowej, a ty spotykasz bogatego, inteligentnego Niemca zainteresowanego
badaniami nad bliźniakami, to wiedz, że coś się dzieje. Niestety, nie
przychodzi to do głowy bohaterom filmu. A szkoda, zaoszczędziliby sobie i
widzom cennego czasu. Anioł śmierci
stara się być zagadkowym thrillerem, ale zupełnie mu to nie wychodzi. Sama
historia ma w sobie dość spory potencjał na intrygujący dramat, lecz zupełnie
niewykorzystany. Postacie są tu zbyt czarno-białe, a  twórcom brakuje odwagi i talentu potrzebnego
do wciągnięcia widza w opowiadaną historię.
Jezus mnie kocha
źródło
Trzydziestoletnia Marie porzuca przed
ołtarzem swojego drobnomieszczańskiego narzeczonego. Nie chce skończyć jak jej
matka i pielęgnować życia w słodkiej iluzji. Postanawia szukać miłości… Ale
Marie nie idzie na łatwiznę i kandydatom na jej chłopaka stawia wysokie wymagania. Poznaje Jeshuę, który wydaje się miły i
wrażliwy. Czy to partner idealny? Marie chciałaby tak myśleć, ale niepokoi ją fakt,
że Jeshua podobno nigdy nie jadł pizzy i twierdzi, że to ona pokazała mu, jak
wyglądają pomidory…
Pomysł, by Boga i wszelkich
biblijnych zbawicieli przedstawić w tonie komediowym, nie jest może nowy, ale
nadal ciekawy i wciąż niewyeksploatowany. Biorąc pod uwagę dość luźny stosunek
Niemców do religijnych nakazów, można snuć podejrzenia, że Jezus mnie kocha to niepoprawna politycznie komedia naigrywająca
się z prawd wiary i mesjanistycznych wyobrażeń. Nic bardziej mylnego. Okazuje
się, że nasi zachodni sąsiedzi poszli po linii najmniejszego oporu i stworzyli
typowe dziełko romantyczne – nieodstające od standardowych przedstawicieli swego
gatunku.

Polski Bond wkracza do akcji

W tym tygodniu najgorętszą propozycją dla kinomanów będzie z pewnością Jack Strong – fabularyzowana historia najsłynniejszego polskiego szpiega w reżyserii Władysława Pasikowskiego i z główną rolą Marcina Dorocińskiego jest po prostu skazana na sukces (czego dowodzi rewelacyjny wynik frekwencyjny). Dla fanów amerykańskiego kina pozostał najnowszy RoboCop i komediowy Wykapany ojciec; na miłośników artystycznych wrażeń czekają Wielkie piękno, Matterhorn oraz Goltzius and the Pelican Company. Wszyscy natomiast mogą wybrać się na animację dziejącą się w świecie klocków Lego LEGO® PRZYGODA.

Jack Strong
źródło
Film sensacyjny opowiadający prawdziwą historię pułkownika Ryszarda Kuklińskiego – człowieka, który – tkwiąc w środku systemu – podejmuje współpracę z CIA i staje się kluczowym (choć niewidocznym) aktorem czasu zimnej wojny.

Władysław Pasikowski powrócił z impetem do polskiego kina. W zeszłorocznym Pokłosiu podjął temat masakry Żydów dokonanej przez Polaków w Jedwabnem, czym wywołał sporą burzę w polskim światku show-biznesowym. Pasikowski nie przestraszył się szalonej krytyki – i w swoim następnym filmie wziął na warsztat kolejną kontrowersyjną historię, tym razem życie słynnego polskiego szpiega Ryszarda Kuklińskiego.

Pasikowskiego można krytykować za wiele czynności, ale nie można odmówić mu rzemieślniczej sprawności. Od strony wizualnej jego dzieło spełnia się bardzo dobrze, zdjęcia i montaż stoją na wysokim poziomie. Film trzyma tempo, starając się być polską odpowiedzią na słynne amerykańskie produkcje szpiegowskie. Nie jest to oczywiście żadna nowość u Pasikowskiego – w końcu większość jego obrazów czerpie pełnymi garściami z kanonów i fabularnej estetyki kina hollywoodzkiego. Tym razem również udało mu się zaciekawić widza.

RoboCop 

źródło
Rok 2028. Alex Murphy, kochający mąż, wzorowy ojciec i doskonały policjant, daje z siebie wszystko, aby powstrzymać falę przestępstw w Detroit. Gdy zostaje ciężko ranny na służbie, międzynarodowa korporacja OmniCorp dostrzega szansę, by urzeczywistnić plany stworzenia hybrydy maszyny i człowieka – policyjnego cyborga. Potentaci nie wiedzą jednak, że w maszynie bezgranicznie oddanej służbie sprawiedliwości może wciąż kryć się prawdziwy człowiek.

RoboCop z 1987 roku to filmowa klasyka posiadająca wielu zagorzałych fanów. Produkcja remake’u budziła więc sporo mających podstawy niepokojów. Przede wszystkim narzekano na PG-13, czyli maksymalne wygładzenie filmu, tak aby mógł być oglądalny dla nastoletnich widzów. To spory zarzut, gdyż o sile oryginału stanowiła bezkompromisowość podsycana surowością zastosowanych środków i niskim budżetem. Miłośnicy filmu Verhovena na pewno wyjdą z kina zawiedzeni, narzekając później na współczesną hollywoodzką maszynkę przerabiającą kultowe obrazy na niestrawne gnioty. Inni, mający nieco bardziej obiektywny osąd, zauważą, że film brazylijskiego twórcy Joségo Padilhy nie jest wcale produkcją złą. Wręcz przeciwnie, to całkiem ciekawe, trzymające w napięciu kino. Wprawdzie nie tak świeże jak pierwowzór (który nie był także bez wad, o czym niektórzy zwykli zapominać), ale wciąż interesujące i zapewniające przyzwoitą dawkę akcji.

Wielkie piękno  

źródło
Jep Gamberdella – przystojny, czarujący mężczyzna – pomimo pierwszych oznak starzenia się w pełni korzysta z miejskiego życia. Chodzi na szykowne kolacje i przyjęcia, na których jego bystry dowcip i przyjemne towarzystwo są zawsze mile widziane. Na tarasie jego rzymskiego apartamentu z widokiem na Koloseum wydaje przyjęcia, na których ludzka aparatura rozbierana jest do naga i gdzie rozgrywana jest komedia nicości.

Po krótkim romansie z kinem amerykańskim, którego owocem był przyjęty z mieszanymi uczuciami przez widzów i znacznie korzystniej przez krytyków film Wszystkie odloty Cheyenne’a, Paolo Sorrentino powrócił do rodzinnej Italii. Tym razem niemal wszyscy są zgodni – Wielkie piękno jest jednym z najlepszym obrazów minionego roku. Włoski twórca dzięki zastosowaniu karykaturalnych środków stylistycznych idealnie przedstawił kryzys świata głównego bohatera, sztuczność i pychę elity, do której przynależy. Niezwykle ciekawy obraz Rzymu, miasta przeżartego zakłamaniem, które wydaje się jeszcze bardziej upadłe niż za czasów ostatnich cesarzy. Klasę filmu doceniono, przyznając mu nagrodę za najlepszy europejski film, a przede wszystkim, Oscara dla produkcji obcojęzycznej.

LEGO® PRZYGODA  

źródło
Historia Emmeta, zwyczajnej, nie wychylającej się i zupełnie przeciętnej minifigurki LEGO, którą przypadkowo wzięto za bardzo niezwykłą postać stanowiącą klucz do ocalenia całego świata. W ten sposób Emmet dołącza do niesamowitej drużyny, która ma do wykonania pełną przygód i niebezpieczeństw misję powstrzymania złowrogiego tyrana – misję, do której Emmet jest kompletnie nieprzygotowany.

Któż z nas nie bawił się w dzieciństwie klockami słynnej duńskiej firmy? Ci, którzy nadal czynią to ochoczo, seans z Lego® Przygoda mają na liście najpilniejszych spraw już od dawna. Film twórców Klopsików i innych zjawisk pogodowych to znakomita animacja, która zadowoli dosłownie wszystkich, małych i dużych, fanów Lego oraz tych, którzy woleli bawić się lalkami Barbie albo żołnierzykami. Ci pierwsi odnajdą w nich całą galerię barwnych postaci, które zjadają na śniadanie bohaterów innych animacji. Dla drugich będzie to nostalgiczna podróż do czasów wczesnej młodości i doskonała zabawa w odnajdywanie wśród gąszczu postaci ulubionych zabawek. Film pełen jest popkulturowych smaczków i pomysłowych zabiegów (odgłosy dzieci naśladujące ruch motoryzacyjny jako tło!), które będziecie odkrywać z prawdziwą frajdą.

Film stał się ogromnym sukcesem finansowym zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Pewne jest już, że będzie to pierwszy film tego roku, który zarobi 100 milionów dolarów. Szefowie Warner Bros podjęli już decyzję o kontynuacji, którą ujrzymy za dwa lata.

Wykapany ojciec  

źródło
Dave Wozniak 20 lat temu zarabiał jako dawca banku nasienia. Nie rozważał konsekwencji, liczyła się forsa. Dziś Dave niewiele się zmienił – jest beztroskim facetem, zupełnie nieprzygotowanym na wiadomość, że jest ojcem 533 dorosłych już dzieci, z których 142 złożyło pozew o ujawnienie tożsamości ojca… czyli Dave’a. W jednej chwili jego życie staje na głowie, a jedno okazuje się pewne – nigdy nie będzie mógł już narzekać na samotność…

Amerykańska komedia z Vincem Vaughnem – to mówi samo przez siebie. Ostatnie dokonania tego niegdyś popularnego aktora budziły raczej zażenowanie niż salwy śmiechu. Ten remake kanadyjskiej produkcji wypadł jednak nieco lepiej od ostatnich dokonań Vaughna. Całość jest oczywiście standardową (choć z absurdalnym pomysłem wyjściowym) produkcją, która ma nas przekonać o cudowności posiadania potomka. Lekko, dość ciekawie, bez załamywania rąk i uciekania z kinowej sali.

Matterhorn  
źródło
Spokojny świat domu samotnego wdowca i kalwina Freda znika, gdy trafia do niego biedny wędrowiec Theo. Fred niczym dobry Samarytanin daje mu pracę w ogrodzie i przyjmuje go pod swój dach. Niesubordynowany, lekko opóźniony Theo bez skrupułów zaburza spokój domu.

Matterhorn to kolejny już reprezentant europejskiego kina niezależnego (niedawny Molier na rowerze), który za swoją siłę obiera starcie dwóch całkowicie przeciwstawnych charakterów. I tak jak w tamtej francuskiej produkcji, spotkanie to wypada całkiem udanie. Głównie za sprawą bardzo dobrej gry aktorskiej mężczyzn, której udało się nie popaść w karykaturę i zbanalizowanie, jakiego można się obawiać po takim temacie.

Goltzius and the Pelican Company  
źródło

Druga część trylogii Holenderscy mistrzowie, rozpoczętej portretem Rembrandta, którą ma zakończyć biografia Hieronima Boscha. XVI-wieczny malarz, rysownik i ilustrator, Hendrik Goltzius, usiłuje przekonać margrabię Alzacji do sfinansowania drukarni, dzięki której mógłby wydać erotyczną, obrazkową wersję Starego Testamentu. Wraz z kolejnymi występami otwarty i szczycący się wolnością słowa dwór margrabiego staje się coraz mniej tolerancyjny, szczególnie gdy okazuje się, że władcę olśniła uroda jednej z zamężnych aktorek.

Goltzius…
przemknął przez polskie kina zupełnie niezauważony. To z jednej strony całkiem naturalne – w końcu to film bardzo offowy, pokazany na niewielkiej liczbie kopii, z drugiej strony, aż dziw, że któryś z polskich kleryków nie odsądził twórców od czci i wiary. Spojrzenie Petera Greenawaya na Biblię jest całkowicie bezkompromisowe. Pismo Święte to dla amerykańskiego twórcy nie księga pokory i oświecenia, ale spis bezeceństw, okrucieństwa i aktów odważnej erotyki. Oburzyć może przede wszystkim chrześcijan, dla reszty seans może nie wydawać się równie ciekawym doświadczeniem, tym bardziej że za kolejnymi ekscesami reżysera nie kryje się żadna głębsza treść.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia