W ostatnich sekundach…

Nasze życie jest piękne – jest to jeden z tych banałów, które wypowiada co druga osoba, by pocieszyć innych i siebie. Tak naprawdę mało kto w to wierzy. W końcu nie ma człowieka, który nie przeżyłby jakieś osobistej tragedii. Gdyby życie było takie piękne, to takie rzeczy nie zdarzałyby się. Tylko takim tokiem myślenia to nasze istnienie nie ma sensu. Za często zapominamy, że mimo cierpienia, strachu i obojętności nadal mamy to życie i mamy gdzie na tym świecie żyć. Od dawna przepowiadają nam koniec świata, ale on jednak jeszcze nie nadszedł. Lecz co byśmy zrobili, gdyby nagle te wszystkie obawy stały się prawdziwe?

Tytuł: Apokalipsa
Cykl: Eel (tom II)
Autor: Krzysztof Bonk
Wydawnictwo: Self Publishing

Problemem Maxa był fakt, że nie może się odnaleźć w nowej rzeczywistości, która jest całkowicie odmienna od tej jemu znanej. Nie potrafił zrozumieć zasad panujących w XXIII wieku ani odnaleźć sensu życia. Jednak po tych wszystkich wydarzeniach, które musiał przeżyć, jego spojrzenie na świat zmieniło się. Już wie, po co tu jest i jaki ma cel. Może to właśnie to pozwala mu trwać podczas największej apokalipsy jaka dotknęła planetę Ziemię. Ma już powód, by dbać o siebie, ale również nie bać się oddać życia za innych. Czy naprawdę jest gotowy do walki? Czy ktoś w ogóle może przetrwać koniec świata?

Po ostatnim zapoznaniu się z pierwszym tomem byłam bardzo pozytywnie nastawiona do kolejnej części. Mimo że science fiction nadal nie jest do końca dla mnie, to i tak chcę dawać szansę historiom o przyszłości. Myślę, że w pewnym momencie zrozumiem, że przyszłość może być równie ciekawa co przeszłość. Gdy sięgałam po Apokalipsę, miałam tylko jedną jedyną obawę. Powieść jest krótka i miałam wątpliwości, czy zachowa poziom swojej poprzedniczki. To trudna sztuka, by na tak małej liczbie stron zamieścić historię, która wciąga, porusza i daje do myślenia. Krzysztof Bonk poradził sobie fantastycznie, więc nie miałam żadnych powodów, aby czegokolwiek się obawiać.

Naprawdę jestem pod olbrzymim wrażeniem drugiego tomu Eel. Spodziewałam się, że autor pociągnie dalej wątek Maxa i tego złego świata, który sami stworzyliśmy, pozwalając na zbyt gwałtowny przebieg rozwoju technologii. W pewnym sensie właśnie to zrobił, ale nie ograniczył się i w tym miejscu olbrzymie brawa dla niego. To bardzo niesztampowe myślenie. W książce został wykorzystany stary motyw znany nam z Genesis, ale również doszła tytułowa apokalipsa oraz tajemnice kosmosu.

Byłam w wielkim szoku, kiedy zdałam sobie sprawę, że druga część jest tak różna od pierwowzoru. Wtedy pierwszy tom był dla mnie główną historią. Teraz zrozumiałam, że było to fantastyczne wprowadzenie do czegoś większego. Wszystko dzieje się w tym samym świecie, ale cała fabuła skupia się na czymś innym, co jest tak samo pociągające jak technologia. Tym bardziej, że poszliśmy o krok dalej, bo wydarzenia na Ziemi możemy obserwować z kilku perspektyw, co daje o wiele większe możliwości.

O stylu Krzysztofa Bonka nie ma wiele co mówić, gdyż pozostał tak samo dobry. Lubię w nim to, że jest charakterystyczny, więc nie ma skojarzeń z innymi powieściami. I ten wręcz nienaturalny spokój, który z niego bije… To jest naprawdę dziwne i niekonwencjonalne, dlatego pewnie tak bardzo mi się podoba. Akcja jest niesamowicie szybka, a styl paradoksalnie wolny.

Fabuła jest wciągająca, na co po cichu liczyłam. Nie było po co odkładać książki. Tę opowieść trzeba poznać naraz. Wszystko działo się szybko. Nawet na chwilę nie zwalniało. Z jednej strony oglądałam codzienną scenę, a po chwili życie bohaterów i ludzi na całej Ziemi diametralnie się zmieniało. Muszę się do tego przyzwyczaić, bo jest to bardzo mocne. Gdy czytałam, miałam wrażenie, że oglądam film i pojawia się szereg kadrów, które w ciągu chwili wszystko wyjaśniają, ale również poruszają dogłębnie. Cała Apokalipsa jest właśnie taka. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się dalej stanie. Nie ma czasu, żeby nad tym myśleć. Ważniejsze, co się dzieje tu i teraz. Tak samo duże wrażenie robi nawiązanie do Biblii. Jak już wspomniałam w recenzji poprzedniego tomu, pisarz wykorzystuje znany nam dobrze i popularny motyw biblijny, ale robi to w tak niekonwencjonalny sposób i często dość kontrowersyjny. Przeczy naszym zasadom, lecz mimo to zwraca również uwagę, jak ważne jest, by w coś wierzyć i być oddanym temu do końca.

Zaczęłam coraz bardziej lubić Maxa. Wcześniej czułam do niego sympatię, ale była ona bardziej uwarunkowana zrozumieniem i dozą współczucia. Po tej części po prostu go lubię. Widać tę zmianę w nim i mimo wątpliwości bohater wykorzystuje nowo odkryte w sobie cechy oraz pozwala się im ujawniać. Natomiast do Alli też zaczynam się przekonywać. Nadal nie należy do lubianych przeze mnie postaci, ale ma tę iskrę, dzięki której łatwiej mi ją tolerować. I Rode… W Genesis nie zwróciłam na nią zbytniej uwagi, ale tutaj przeszła samą siebie. Narwana, odważna i pełna wiary. Po prostu uwielbiam takie postacie i jestem im wierna do końca. Jeszcze dochodzą do tego utarczki jej i Alli. To jest wspaniałe połączenie, które ubarwia całą powieść. Nie wiem, jak to się stało, ale w tak krótkim czasie przywiązałam się do większości bohaterów. Zapamiętam ich na długo.

W Apokalipsie mamy niesamowite pokłady wiary i nadziei. Pisarz ukazał, jak ważną rolę mają one w życiu, nawet w tych ostatnich sekundach. Człowiek jest istotą, która chce wierzyć i robi to do końca. A jeśli dochodzi do tego jeszcze miłość i oddanie, to jest niepokonany, choćby przegrał z kretesem. Wizja apokalipsy jest przerażająca, ale jest też pewnym ostrzeżeniem pozwalającym zaakceptować naszą rzeczywistość.

Apokalipsa jest bardzo mocnym science fiction, które nie każdemu się spodoba. Jednak jeśli już człowiek się wciągnie, to przepada na zawsze. Świat zmienia się i na pewno będzie się zmieniał do końca swoich dni. Warto o tym pamiętać. Dlatego jestem w siódmym niebie, że zdecydowałam się zapoznać z trylogią Eel. Wam też to radzę, a tymczasem idę czytać ostatni tom.

To twoje życie

Tak szczerze, zdarza się wam zastanawiać nad swoim życiem i tym wszystkim, co was otacza? Odpowiedzcie sobie sami na to pytanie. Nie tak, że już znacie odpowiedź. Po prostu zatrzymajcie się na chwilę i dajcie się ponieść własnym odczuciom. Codziennie gnamy do pracy, szkoły, chcemy spełnić wszystkie swoje obowiązki, znaleźć czas dla rodziny, znajomych, swoich pasji. Tylko gdzie w tym wszystkim jakieś wnioski, refleksje? Nie jesteśmy maszynami. Powinniśmy myśleć, czuć, odpoczywać, marzyć i dążyć do wyznaczonych sobie celów. Ale przede wszystkim nie powinniśmy zapominać o sobie.

Tytuł: Sankofa. Nie zmarnuj życia
Autor: Tomasz Gaj OP, Magdalena Pajkowska
Wydawnictwo: W drodze

Sankofa okazała się dla mnie bardzo pasjonującą książką. Gdy pierwszy raz wzięłam ją do ręki, nie do końca wiedziałam, co myśleć. Ta różowa okładka, nietypowa forma… Z jednej strony może odstraszać, ale z drugiej fascynuje i niesie ze sobą pewnego rodzaju tajemnicę. A kto nie lubi ich rozwiązywać? Jest to rozmowa Magdaleny Pajkowskiej, która jest dziennikarką i nie tylko, z księdzem dominikanem Tomaszem Gajem. Wspólnie poruszają wiele tematów duchowych, codziennych i psychologicznych, gdyż ksiądz Tomasz jest również psychologiem. Tak się złożyło, że ja od października również rozpoczynam studia psychologiczne, więc dla mnie jest to intrygujący i przede wszystkim gorący temat. Dostałam coś innego niż się spodziewałam, mimo to zostałam pozytywnie zaskoczona.

Dla mnie jest to niezobowiązująca rozmowa dwójki dobrych znajomych, którzy poruszają w swobodny sposób bardzo ważne kwestie życiowe. Podoba mi się ten styl, gdyż spokojnie mogę śledzić ich dyskusję i wyrażać własne zdanie. Choć faktem jest, że jest to dość wymagająca książka. Należy się odpowiednio skupić, by zrozumieć ich postrzeganie świata oraz kolejne aspekty spraw duchowych i psychologicznych. Popełniłam błąd, bo na początku chciałam usiąść i przeczytać te wszystkie rozmowy naraz. Jeśli postanowicie zapoznać się z nimi, nie róbcie tak. To bezsensowne. Każdy rozdział jest inny, każda rozmowa ma własne indywidualne podłoże. W ten sposób to wszystko traci swój sens. Sankofa ma sprawić, że zatrzymamy się na chwilę, zdobędziemy nową wiedzę, ale poddamy się też głębokiej refleksji, która będzie nam towarzyszyć przez wiele dni. Jestem pewna, że taki był jej zamiar.

Sam tytuł jest niezwykle intrygujący. Pewnie sobie myślicie, co niby oznacza słowo „sankofa”? Też się zastanawiałam, ale na szczęście autorzy książki doskonale to tłumaczą. Oznacza mitycznego ptaka patrzącego w przeszłość, po to, żeby ją zrozumieć i ruszyć ku przyszłości. Przyznajcie, że to przepięknie brzmi. Pełne zrozumienia, nadziei i pozytywnego spojrzenia na świat. Taka jest właśnie ta rozmowa.

To jest też ten typ dzieła, gdzie można mieć własne zdanie, całkowicie odmienne od zdania pani Magdaleny czy księdza Tomasza. Jednak jest to spory plus, gdyż można spojrzeć na pojęcia z całkowicie innej, dotychczas nieznanej nam perspektywy. Bardzo to cenię. Nie lubię schematyczności i utartych frazesów, a tu właśnie tego nie ma. W dodatku oboje swoje wypowiedzi ubarwiają ciekawymi historyjkami z własnego życia, ale również kinematografii, malarstwa czy literatury. Zrobiło to na mnie olbrzymie wrażenie. Takie nawiązania idealnie odwzorowują wypowiedzi, ale ukazują też wykształcenie i ciekawość świata danej osoby. Przy okazji mogę się zapoznać z niektórymi historiami.

Jak już wcześniej wspomniałam, tematyka jest naprawdę bardzo różnorodna. Zapoznajemy się z każdą częścią naszego życia, zaczynając od nas samych, naszych rodziców, dzieci, duchowości, pracy, znajomych. Oczywiście niektóre aspekty były ciekawsze, a niektóre nudniejsze. Aczkolwiek to jest bardzo subiektywne. W końcu każdy z nas ma inne zainteresowania, poglądy, więc nie wszystko go zaciekawi.

Jedyny chyba mankament Sankofy to brak konkretów, co mnie czasami bardzo irytowało. Jest podane jakieś rozwiązanie, ale w wielu wypadkach są to puste słowa, bo brak odpowiedzi na to, jak to zrobić. Z tego nic nie wynika, więc trudno te rady, spostrzeżenia zastosować w prawdziwym życiu.

Myślę, że jest to idealny zbiór rozmów dla osób, które chcą zmienić coś w swoim życiu, ale odnaleźć też jego sens. No i oczywiście dla tych, którzy są ciekawi świata i ludzi. Jeśli nimi jesteście i jesteście gotowi poświęcić swój czas na refleksje, to całym sercem polecam wam Sankofę. Nie zmarnuj życia.

Okrutna prawda

Życie nastolatków nie jest takie piękne, jak się wydaje. Niektóre młode osoby mają wszystko – kochających rodziców, inteligencję, przyjaciół i pieniądze. Lecz nie wszystkie… Jest wielu uczniów, którzy przeżywają w domu piekło, nie mają co jeść lub są nieakceptowani przesz rówieśników, co prowadzi do psychicznego i fizycznego znęcania się nad nimi. Takie sytuacje mogą mieć wpływ na całe życie. Dlatego trzeba sobie jakoś z tym radzić, tylko często to radzenie prowadzi do jeszcze gorszych wydarzeń.

Tytuł: Galerianki
Reżyser: Katarzyna Rosłaniec

Ala jest uczennicą gimnazjum. Jest nieśmiała i jeszcze dość dziecinna na swój wiek. Z zafascynowaniem obserwuje swoje koleżanki z klasy, które zawsze są wymalowane, ubrane w markowe ciuchy i pewne siebie. Dla nich liczą się tylko wygląd i pieniądze. Pewnego dnia Ala pomaga jednej z dziewczyn. Odtąd zaczyna spędzać z nimi czas. Przywódczyni paczki – Milena – tłumaczy jej, skąd się biorą pieniądze, a raczej drogie rzeczy. Wtedy okazuje się, że nastolatki spędzają czas w galeriach handlowych, gdzie znajdują mężczyzn, z którymi za upominki uprawiają seks. Czy Ala do nich dołączy? Ile można zrobić dla drogich rzeczy i ucieczki od prawdziwej rzeczywistości?

Minęło wiele lat, odkąd ten film wszedł do kin, lecz ja dopiero teraz postanowiłam się z nim zapoznać. Słyszałam najróżniejsze opinie o Galeriankach, więc stwierdziłam, że najwyższa pora wyrobić sobie własną. I należę do tych osób, na których produkcja zrobiła olbrzymie wrażenie. Nie jest to jakoś wyjątkowo dobry film, ani pod względem technicznym, ani fabularnym, ale problematyka jest wręcz przerażająca.

Pierwsze, co mnie od razu na początku uderzyło, to fakt, że przecież takie rzeczy się zdarzają. Na szczęście nigdy nie byłam świadkiem takich sytuacji ani nie znałam osoby, która w taki sposób wykorzystywałaby swoje ciało (przynajmniej o tym nie wiem), więc dla mnie jest to niewyobrażalne. Ale Galerianki nie powstały wyłącznie na bazie czyjejś wyobraźni, tylko opierają się na prawdziwych zdarzeniach. To jest konkretny problem i tak naprawdę o tym przecież raczej się nie mówi. To nie jest temat poruszany na co dzień, mimo że równie istotny jak zażywanie narkotyków czy spożywanie alkoholu. 

Fabuła jest bardzo szkicowa, więc pewnie dlatego wiele osób ocenia ten film negatywnie. W tym przypadku mnie akurat to nie raziło. To nie miała być historia pełna zwrotów akcji, tylko zwrócenie uwagi na pewien problem. I ta produkcja właśnie to robi. Opowieść rozwija się powoli: od nudnych początkowych scen aż do szokującego rozwinięcia akcji. Gdy zaczęłam oglądać, byłam przekonana, że to będzie coś słabego, ale końcówka zrobiła na mnie takie wrażenie, że na długo zapadnie mi w pamięć. 

Bohaterowie okazali się bardzo wyraziści i różnorodni. Jest to duży plus, tym bardziej że często ich osobowości zahaczały o karykaturalność, co spotęgowało moje odczucia. To była smutna prawda o nich. Nie przywiązałam się do nikogo – byli to dla mnie obcy ludzie i właśnie tacy mieli być. Bo to nie jest opowieść o kimś konkretnym. Takie samo rozżalenie wywołała we mnie każda postać. Było mi ich tak bardzo szkoda, ale zarazem zdawałam sobie sprawę, że są sami sobie winni, choć ich sytuacja najczęściej była trudna, czego wynikiem były okrutne zachowania. 

Podziwiam grę aktorską Anny Karczmarczyk, która perfekcyjnie poradziła sobie z tym zadaniem. Potrafiła zagrać niewinną i nieśmiałą dziewczynkę, a zarazem pewną siebie i okrutną kobietę. Nie każdy aktor umiałby odnaleźć się w takiej roli. Byłam pod wrażeniem obsady. Pojawiło się tam wiele znanych nazwisk aktorów, których bardzo cenię, np. Artur Barciś czy Izabela Kuna. 

Galerianki są naprawdę mocnym filmem, o którym pamięta się jeszcze długo po jego obejrzeniu. Nie jest to głupiutka historyjka o bandzie nastolatek, tylko przerażająca opowieść o dojrzewających ludziach, którzy nie mogą sobie poradzić z problemami w domach rodzinnych oraz brakiem akceptacji. Uderzająca produkcja. 

Niebiańska wojna o przetrwanie

Zastanawialiście się nad istnieniem aniołów? Większość z nas to chrześcijanie, którzy powinni z góry zakładać, że aniołowie, archaniołowie istnieją i są boskimi sługami. Jednak dobrze wiemy, że i tak mało kto zastanawia się nad ich istnieniem lub w ogóle odrzuca fakt, że to możliwe. Wbrew pozorom nie poświęca się im dużo uwagi. Pojawiają się tylko od czasu do czasu w ewangeliach, a przecież to one tworzą główny rdzeń tej wiary. Sama muszę się przyznać, że nawet nie wiem, jak często można spotkać ich w pozostałych częściach Pisma Świętego (w szczególności w Starym Testamencie). Znam tylko te podstawowe fakty. Lecz zdarza się, że przychodzi mi do głowy myśl, że może one naprawdę są na tym świecie i tak jak w modlitwach czuwają nad nami. Tylko co się stanie, gdy pewnego dnia ich Pan, nasz Bóg odejdzie i zostawi ich na tysiące lat samych? 

Tytuł: Bramy Światłości. Tom 2
Cykl: Zastępy Anielskie (tom 6)
Autor: Maja Lidia Kossakowska
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Wyprawa Seredy mimo wszystkich napotkanych trudności rusza dalej. Przeklęty wodospad zbiera olbrzymie żniwo wśród tragarzy i zastępów anielskich. Świetliści podczas tej podróży nie stracili jeszcze tak wiele swoich ludzi oraz motywacji. Jak po czymś takim się pozbierać? Tym bardziej że przed nimi olbrzymia dżungla, która jest jeszcze większym wyzwaniem niż wodospad. A nie mogą się zatrzymać. Gdzieś tam może być Jasność, która chce powrócić (tym samym może się zdziwić, jak aniołki zabalowały podczas Jej nieobecności) albo Antykreator, który w każdej chwili może stanąć do walki i niszczyć wszystko, co Świetliści i Głębianie kochają. Trzeba odkryć co naprawdę jest w Strefach poza czasem. W tym samym czasie Razjel nadal siedzi na tronie imperatora Głębi i pragnie, by ten koszmar zakończył się jak najszybciej. Z każdym dniem jest coraz gorzej, a on popełnia coraz większe błędy. Jest kwestią czasu, gdy ktoś wreszcie domyśli się, że Lucyfer odszedł, a to może się okazać katastrofalne w skutkach. Sytuację może uratować tylko Asmodeusz, który ruszył za upadłym aniołem. Lecz Mod lubi spędzać czas bardziej na rozrywkach niż na poszukiwaniach zdradzieckiego przyjaciela. Do czego to wszystko doprowadzi? Czy ktoś ma szansę w tej historii na wygraną? 

Maja Lidia Kossakowska niedawno stała się bardzo popularną pisarką fantasy. Za jej największe dzieło uważa się cykl Zastępy Anielskie, gdzie anioły, posiadające ludzkie cechy, w najlepsze bawią się, piją i kochają się w intrygach. Któż nie chciałby zobaczyć, jak wielki Gabriel czy Michał zachowuje się niezbyt majestatycznie? Bardzo lubię takie motywy, ponieważ ukazują one, że każdemu mogą zdarzyć się błędy – nieważne, jak bardzo dobry jest i jak bardzo nie może sobie na to pozwolić. Nawet najwięksi upadają, a nasz świat nie jest czarno-biały. Właśnie to w swoim cyklu ukazuje autorka. Przenosi nas do świata aniołów, a w wyjątkowo intrygujący sposób opowiada o naszym własnym życiu. 

Przede wszystkim zacznę od jej stylu, który jest niebywały. Przyznam się, że na początku nie mogłam się do niego przekonać. Owszem, podobał mi się, ale i tak uważałam, że czegoś mu brakuje. Teraz nawet nie wiem, skąd wzięło się to przeczucie. Zdarzają się jakieś błędy, nielogiczne zdania, ale całość robi niesamowite wrażenie. Bajeczne opisy sprawiają, że możemy przenieść się do niesamowitych krain Stref Poza Czasem, gdzie panują inne zasady, a świat jest odmienny od tego, który znamy. Poza tym liczne opisy wewnętrzne dają szansę na przywiązanie się do bohaterów i zrozumienie, dlaczego postępują w taki, a nie inny sposób. Razem tworzy to zgrabną całość.

Główne skrzypce w tej części gra Daimon, którego uwielbiam. Nie jest to postać, do której od pierwszych stron pała się sympatią. Jednak z czasem dostajemy szansę, żeby go poznać z najróżniejszych stron – tej próżnej i zadufanej w sobie, odważne i pełnej podziwu, dowcipnej i ckliwej, i wielu innych. Dzięki temu dostajemy spójny obraz tej postaci i jesteśmy w stanie zobaczyć, że jest tak samo ludzki jak my. Popełnia wiele błędów i czasem nie panuje nad sobą, ale jest też wyjątkowo dobrym Świetlistym, który lojalnie służy Światłości, mimo że odeszła wieki temu. Podobne odczucia mam do Lucyfera. Powinna go nienawidzić – w końcu to on wywołał bunt przeciw Bogu i złamał wszelkie prawa. Jednak tutaj wyjawia się nam jako romantyczny poeta pragnący tylko wytłumaczyć, czemu postąpił właśnie w taki sposób. Czuje się niewysłuchany i zraniony. Chce jeszcze jednej szansy. Takich niejednoznacznych postaci jest naprawdę wiele i dzięki temu cała historia wydaje się rzeczywista. Towarzyszymy im całym sercem i chcemy, by osiągnęli swoje cele. Oceniamy ich zachowanie, ale staramy się również zrozumieć. 

Bramy Światłości są powieścią wielowymiarową, która ma jeden cel, ale opowiada wiele różnych historii. Zwraca uwagę na problemy, który każdy z nas może spotkać na co dzień. Wydaje się to komiczne, gdyż to całkiem inny świat, ale powieść jest na tyle uniwersalna, że wystarczy zdjąć jedną wielką metaforę, a zobaczymy samych siebie. Przy tym zapewnia nam wielu emocji, a jej wartka akcja nie pozwala oderwać oczu od książki. 

Włókna dywanu

Idziesz ulicą pełną ludzi. Nie rozglądasz się. Nie patrzysz na nikogo. Idziesz po prostu przed siebie zatopiony we własnych myślach. Nie pozwalasz sobie na żadne uczucia. Już dawno ich nie masz. One przeminęły razem z twoim dzieciństwem. Jesteś obojętny. Zawsze jakoś to będzie. W najgorszym przypadku wszystko stracisz. Jednak coś… Nie, nie ma czegoś. Jesteś tylko ty i twoja przeszłość. Nie! Jest coś. Nie można udawać, że to nie istnieje. To coś jest małe i ledwie się utrzymuje. Mimo to jest. Nie zaprzeczysz. To… Boisz się wymówić tego słowa. To… to nadzieja. Niesiony tą małą iskierką podnosisz głowę i widzisz. Przy tobie są ludzie. Tak samo zapadnięci i smutni jak ty. Widzisz ich historie, które tworzy rozpacz i szczęście przeplatające się na zmianę. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że jesteś częścią czegoś większego. 

Tytuł: Ósme życie (dla Brilki)
Autor: 
Nino Haratischwili
Wydawnictwo: Otwarte

Wszystko zaczyna się od fabrykanta czekolady, który traktował swoją pracę najpoważniej na świecie. Miał marzenia i je spełniał, ale umiał również je poskromić. Zważywszy, że w jego domu pojawiały się coraz to nowsze kobiety. Zaczęło się od żony, a później nie było już odwrotu – cztery córki i druga żona. Żadnego widoku  na spadkobiercę. Nie zostaje nic więcej, jak pogodzić się z dominacją kobiet i pozwolić im żyć własnym życiem, w szczególności nieokrzesanej Stazji. Tak naprawdę to ona rozpoczyna ciąg wydarzeń, które będą się przekładać na następne trzy pokolenia i to nie tylko pokolenia kobiet.

O Ósmym życiu słyszałam wiele pozytywnych opinii. Prawie każdy recenzent zachwycał się nią, choć podkreślał, że jest to bardzo dojrzała i trudna powieść. Dla mnie chyba zbyt dojrzała, gdyż w ogóle mnie nie urzekła i nie rozumiem tych ochów i achów. Pomysł jest bardzo sztampowy, aczkolwiek historie rodzinne dochodzą najczęściej do trzech pokoleń. Tutaj mamy opowieść aż o pięciu (jeśli dobrze policzyłam, ale raczej dobrze). Nie zmienia to faktu, że nadal się nie wyróżnia. Nie wiedziałam, o czym jest ta książka, ale spodziewałam się czegoś całkowicie odmiennego. Nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic przeciwko historiom rodzinnym. Uważam je za bardzo ciekawe i przede wszystkim potrzebne. Każda jest inna, lecz są takie które wyróżniają się jeszcze bardziej na tle pozostałych. Niestety Ósmemu życiu brakowało oryginalności, mimo bardzo rozbudowanego tła historycznego, które bardzo cenię. 

Styl autorki ku mojemu zadowoleniu okazał się bardzo dobry. Przyznaję, że jest ciężki i trudno się do niego przyzwyczaić, ale za to jest dopracowany, a to odgrywa ważną rolę w powieści. Nie można zarzucić pisarce, że potraktowała swoją powieść po macoszemu albo zbytnio skupiła się na samej historii, nie zwracając uwagi na to, jak ją przekazuje. Dzięki temu odbieram Ósme życie bardziej pozytywnie. Jednak muszę zwrócić uwagę, że język jest chaotyczny, co niektórych czytelników – w tym mnie – może irytować. Mimo to podczas czytania miałam wrażenie, że ta opowieść jest opowiadana przez bajarza, który stara się przekazać prawdziwą historię, nie zwracającą na siebie uwagi, w interesujący sposób.

Gdy zaczęłam czytać książkę, byłam oczarowana. To niesamowite spojrzenie na świat, na przeplatające się losy ludzi, na zwykły, słoneczny dzień sprawiły, że czekałam na niezwykłą, bajeczną opowieść opartą na prawdzie oraz radości podczas cierpienia. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zdałam sobie sprawię, że będzie całkowicie inaczej. To było jak oblanie zimnym kubłem wody. Czym dalej czytałam, tym bardziej byłam znużona i pragnęłam odłożyć powieść. Ósme życie jest książką historyczną, a ja takie bardzo lubię, tylko autorka chyba nie wzięła pod uwagę, że nie każdy zna idealnie historię Rosji i Gruzji. Podstawowe informacje posiadam, ale są to bardziej wiadomości wykute na przedmiot w szkole niż oparte na zrozumieniu i zainteresowaniu. Znam kilka nazwisk i dat, poza tym nic więcej. I podejrzewam, że jakoś dużo osób nie posiada większej wiedzy niż ja na ten temat. Pisarka nic nie wyjaśniała, jakby było oczywiste, kto, co i po co. Dlatego właśnie miałam problem ze środkową częścią, gdzie nie rozumiałam w ogóle tła historycznego, przez co też wydarzeń odbywających się w rodzinie Jaszi. Koniec był już dla mnie lepszy, ponieważ były to czasy drugiej wojny światowej i wydarzeń ściśle z nią związanych, a tu moja wiedza jest już znacznie większa. Tak naprawdę to podziwiam autorkę za jej wiedzę i poświęcenie, z jakim musiała ją zdobyć. Jest to godne pochwały. Tylko gdyby pamiętała, że nie każdy ma takie same zainteresowania jak ona…

Ósme życie mogłoby być genialne, gdyby nie same przykre historie. Rozumiem, życie nie jest usłane różami i są osoby, z których los okropnie zakpił. Jednakże nie bądźmy takimi pesymistami – życie potrafi być też piękne i trzeba o tym pamiętać. Autorka przyjęła schemat, że tylko dzieci mają prawo do szczęście (i to nie w każdym przypadku), a kiedy tylko dorastają, to zostaje im ono brutalnie odebrane. Sama jestem w wieku, gdzie moje życie gwałtownie się zmienia, ale czy musi od razu oznaczać, że mam się wyzbyć radosnego spojrzenia na świat? Mamy prawo do szczęścia i nie wierzę, że każda, dosłownie każda historia, źle się kończy. A miłość? Czy ona istnieje? Według powieści stanowczo nie. A jeśli już tak, to ma tylko destrukcyjne działanie. I to dotyczy każdego możliwego rodzaju miłości. Przez całą książkę pojawiają się namiętne romanse, nudne małżeństwa, rodzinna solidarność, ale one nie mają żadnych podstaw zbudowanych z miłości. Jeżeli się już pojawiały, to opierały się jedynie na pragnieniu przetrwania. Może ktoś teraz pomyśli, że jestem naiwną idealistką i pewnie tak jest… Ale czy nie warto wierzyć?

Krótko o bohaterach – żadnego nie polubiłam. Za każdym razem, gdy rodził się ktoś nowy, pojawiały się zalążki sympatii i byłam przekonana, że to ona ostatecznie będzie królować. Jednak zawsze kończyło się tak samo – były zduszone w zarodku. Gdy pierwszy raz usłyszałam o Stazji, w mojej głowie pojawiła się jako ekscentryczna, młoda kobieta, która zachowała swoją żywotność do końca życia. Oczywiście musiało być całkowicie na odwrót. I jeszcze wszystkie te kobiety były do siebie pod względem charakterów tak podobne, że były innymi postaciami chyba tylko dlatego, że jedna osoba nie może tyle przeżyć.

Tak naprawdę powieść ratuje w moich oczach tematyka. Ile bym nie narzekała na Ósme życie, to nie zmieni faktu, że autorka motyw przewodni opracowała perfekcyjnie. Użyła głębokiej symboliki, by ukazać, że każdy z nas ma własną, niepowtarzalną historię i każdy z nas pomaga tworzyć historie innych ludzi. Zawsze twierdziłam, że każda spotkana osoba ma na nas mniejszy czy większy wpływ, który ostatecznie nas kształtuje. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i nawet nie powinniśmy się tego wyzbywać. Czy kiedy jesteście w wielkim mieście, zastanawiacie się, kim jest osoba siedzą przy was w autobusie? Czy kiedykolwiek spotkaliście ją albo dopiero ponownie spotkacie? Jaki ma na was wpływ? Ja zawsze zadaję sobie te pytania. 

Nie sądźcie, że żałuję, że przeczytałam tę książkę. Wręcz przeciwnie. Wiem, że bardzo narzekałam na nią, ale teraz mam własną opinię na jej temat oraz w pewien sposób zmieniła moje spojrzenie na świat. Może nie jakiś przełomowy, ale jednak… Nawet chyba się pokuszę o przeczytanie drugiego tomu. Nie teraz, ale w odległej przyszłości, kiedy będę miała już więcej doświadczenia. 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia