Walka o wolność i sprawiedliwość

Wydaje się wam, że wiecie wszystko o sobie. Znacie swoich rodziców, większość rodziny, swoje zalety i wady oraz położenie, w którym się znajdujecie. Nie macie przed sobą tajemnic. Możecie coś wypierać ze swojego umysłu, udawać, że tego nie ma, ale tak naprawdę zdajecie sobie z tego sprawę. Tylko prawda jest inna. Wy jesteście inni, a wasze DNA niesie ze sobą nieodkryte sekrety zmieniające przyszłość. Jesteście żywą maszyną, która może dać nieograniczoną władzę. Walka się rozpoczyna.

Tytuł: Assassin’s Creed: Ostatni potomkowie. Grobowiec chana
Cykl: Assassin’s Creed: Ostatni potomkowie (tom 2)
Autor: Matthew J. Kirby
Wydawnictwo: Insignis

Natalia, David, Grace i Sean przebywają w pracowniach należących do templariuszy. Warunki, które zapewnia im Zakon, są idealne. Mogą czuć się bezpieczni oraz mają nieograniczone możliwości, by poznawać wydarzenia z życia swoich przodków. Nie jest to przyjemne, jednakże wiedza zdobywana przez nich jest warta tego poświęcenia. W zamian mają bacznie obserwować świat w symulacji i szukać fragmentu Trójzębu Edenu. W tym samym czasie Owen i Javier są szkoleni przez assassina, który o nich dba, lecz nie jest w stanie zapewnić im odpowiednich warunków. Ma podobne pragnienia jak templariusze. Pytanie, kogo wybiorą nastolatkowie.

Nie znam się zbyt dobrze na serii Assassin’s Creed, lecz wystarczająco, by zrozumieć powiązania między assassinami i templariuszami oraz ich dążenia. Mam za sobą pierwszą część napisaną przez Olivera Bowdena. Nie podobała mi się, lecz zachęciła do zgłębiania uniwersum swoim mrocznym klimatem. Dlatego obecnie gram w grę Assassin’s Creed: Revelations. Robią na mnie duże wrażenie te wszystkie tajemnice, mroczne poczynania i skrytobójstwa. To spowodowało, że oczekiwałam bardzo wiele po najnowszej serii o assassinach, choć nie zdawałam sobie sprawy, że Grobowiec chana to druga część Ostatnich potomków. Niestety, bardzo się zawiodłam na tej powieści.

Od początku byłam zaskoczona pomysłem na przeprowadzenie tej historii. Zdaję sobie sprawę, że jest to literatura młodzieżowa, ale raczej nie spodziewałam się, że ktoś wykorzysta typowe postacie nastolatków jako głównych bohaterów. Z jednej strony bardzo mnie to zaciekawiło. W końcu najsławniejszego chyba assassina – Ezja – poznajemy jako rozbrykanego młodzieńca. Zastanawiałam się, czy ktoś jest w stanie powtórzyć to w satysfakcjonujący mnie sposób. Ale z drugiej strony… Sami wiecie… Tacy nastolatkowie potrafią irytować (tak naprawdę jeszcze przez kilka miesięcy sama nim jestem). I właśnie tego w tym pomyśle najbardziej się obawiałam. I miałam rację.

Chyba z całej książki największy problem miałam ze stylem autora. W ogóle niczym niezwykłym się nie wyróżniał, a dla mnie to podstawa. Poza tym był zbyt lekki. Nie oczekiwałam nie wiadomo jak rozbudowanego języka i kilometrowych opisów, ale czasami po prostu podchodził pod infantylizm. Książka ma naprawdę potencjał. To czemu go nie wykorzystać?

Fabuła niestety jest mało wciągająca, choć do przebrnięcia. Może dlatego że nie jest zbyt rozbudowana, ale myślę, że tego przesadnie nie można wymagać od książki dla młodzieży. Na szczęście pojawia się bardzo interesujący motyw. Dzieciaki wchodzą do symulacji, gdzie przebywają w różnych czasach oraz miejscach. Wszystkie fakty historyczne wydają mi się niezmiernie ciekawe, co bardzo ubarwiło historię. Poza tym niektórzy bohaterowie byli nieświadomi tego, z kim konkretnie rozmawiali, co dodało pewnego rodzaju pikanterii. W Ostatnich potomkach jest coś intrygującego, ale zarazem brakuje czegoś, czego nie jestem w stanie określić.

Do samych bohaterów mam również mieszane odczucia, ponieważ każdy z nich ma własną, całkowicie oddzielną historię, która na swój własny sposób oddziałuje na nich i sprawia, że przyszłość się zmienia. Taki efekt motyla od dawna mnie fascynował i tutaj pomiędzy stronami można go zauważyć. Poza tym bardzo polubiłam Owena, który przez swoje pragnienia oraz samą przeszłość jest postacią rzeczywistą, która potrafi zaskoczyć i przede wszystkim jego poczynania są dla mnie zrozumiałe. Niestety nikt inny nie zyskał mojej sympatii. Spodziewałam się, że ktoś jeszcze się wyróżni, ale nic takiego się nie stało.

Niektórych na pewno zaintryguje wątek samych assassinów i templariuszy. Jest odmienny od pozostałych historii, ponieważ nasza banda nastolatków nie opowiedziała się po żadnej stronie. Patrzymy na opowieść oczami osób bezstronnych, które dopiero się zastanawiają, co jest słuszne, a co nie. Ja już dawno opowiedziałam się po jednej stronie i jestem pewna, że to oczywiste której, więc mnie lekko to irytowało. Aczkolwiek rozumiem wszystkie opory bohaterów i w wielu sprawach zgadzam się z nimi.

Tematyka jest różnorodna, ponieważ możemy zaobserwować, jak dwie strony walczą o sprawiedliwość, dokonując przy tym przerażających czynów. Nie cofną się przed niczym. Ważny jest cel, a nie sami ludzie. A tak naprawdę wszystko sprowadza się do władzy, która zabiera resztki rozumu i przede wszystkim moralności. 

Jest mi przykro, że ta książka nie zrobiła na mnie odpowiedniego wrażenia, lecz mimo to wiem, że jest wiele młodych osób, którym na pewno by się spodobało. Jednak decyzję musicie podjąć sami. Myślę, że zapoznam się z pierwszą częścią, ale raczej w odległej przyszłości. 

insignis

W więzieniu z diamentów

Ludzie od wieków toczyli ze sobą wojny. To jest taki nasz własny schemat. Najczęściej szło o ziemię, pieniądze, władzę czy wolność. Wiele z tych rzeczy ma bardzo dużą wagę, np. wolność. Każdy jej pragnie i każdy jest gotowy o nią walczyć. Tylko ile musi przy tym poświęcić? Nie tylko własne życie, ale również życie innych ludzi. Wtedy zaczyna się przeliczanie, dyskutowanie, poszukiwanie najróżniejszych rozwiązań i ostateczne pytanie – czy warto?

Zapach, który zawładnął wszystkimi…

Prawie każdy z nas codziennie używa perfum. Pozwalają one zmienić nasz własny zapach na coś innego, wyjątkowego. Idziemy do sklepu i wybieramy godzinami najbardziej odpowiadające nam zapachy. Jeśli tylko nas stać, stoimy przed półką z najdroższymi pachnidłami, jakie są w sklepie, dumnie unosząc głowę. Jednak jeżeli nie możemy pozwolić sobie na tak drogi wydatek, spoglądamy tęsknie na tę najwyższą półkę i szukamy czegoś nietypowego wśród tych tańszych. Przyznajcie – czy tak właśnie nie jest? Sama uwielbiam różnego typu zapachy i zwracam wyjątkową uwagę na swoje odczucia. Kilka wieków temu też tak było… Tylko na świecie chodził wybitny perfumiarz – Jan Baptysta. Miał niesamowity talent i postanowił go wykorzystać. Chciał stworzyć najpiękniejsze perfumy, jakie mogą być na świecie. Czy udało mu się to? Jaką drogę wybrał? Co z tym wszystkim ma wspólnego seria morderstw na młodych kobietach?
 

Tytuł: Pachnidło: Historia mordercy
Reżyser: Tom Tykwer
 
O Pachnidle usłyszałam po raz pierwszy od swojej polonistki z gimnazjum. Opowiadała o tym filmie z pasją, co przyciągnęło moją uwagę. Postanowiłam, że obejrzę kiedyś tę ekranizację. Jednak, jak to u mnie bywa, szybko zapomniałam o tej produkcji. Lecz w liceum znowu obiła mi się o uszy. Pachnidło zbierało i wciąż zbiera naprawdę pozytywne opinie, co ostatecznie zachęciło mnie do obejrzenia go. Wiele słyszałam też o książce, którą również planuję przeczytać. Tymczasem, jakie mam odczucia po ekranizacji?
 
Motyw jest niezwykle rzadko spotykany. Nikt raczej nie porusza tematu perfum, a jeśli nawet, to w kwestii ich zapachu, a nie procesu powstawania. W tym filmie jest zwrócona uwaga przede wszystkim na ten aspekt, co bardzo miło mnie zaskoczyło. W dodatku akcja rozgrywa się w czasach, które od lat mnie intrygują. Jest to bardzo ciekawe połączenie – XVIII wiek, niesamowite zapachy i pewien morderca, który chce spełnić swoje jedno marzenie… Nie brzmi to intrygująco?
 
Fabuła jest naprawdę wciągająca. Mimo faktu, że nie miałam możliwości obejrzenia całej produkcji jednego dnia, nie mogłam się doczekać, kiedy poznam zakończenie. Cały czas zadawałam sobie pytanie, jak ta historia się skończy. A muszę przyznać, że wydawała się bardzo nieprzewidywalna. Miałam pewność, że udało mi się przewidzieć kolejny ruch Jana, gdy tymczasem byłam zaskakiwana przez kolejne nieprawdopodobne wydarzenia. Nie mogłam znaleźć schematu, co irytowało mnie, ale w ten pozytywny sposób, który wydobywa pokłady niekończącej się ciekawości.  
 
Jest to dość znany film i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czyżby miały się pojawić tajemnicze demony, które będą wysysać ludzką krew? Nie, to zdecydowanie nie ten typ! Nie ma tu żadnego dreszczyku strachu czy zniecierpliwienia. Na pewno nic dziwnego nie wyskoczy zza muru. Jednakże nie zmienia to faktu, że ekranizacja jest przerażająca na swój sposób. Opowiada historię, która przynajmniej częściowo mogłaby się wydarzyć. A może już się wydarzyła? Właśnie to sprawiło, że rozumiałam, dlaczego właśnie tak się dzieje. Jak już wspomniałam, nie byłam w stanie przewidzieć kolejnych wydarzeń, ale potrafiłam je zaakceptować, mimo że wydawały się wstrząsające. Zdałam sobie sprawę, że nic już nie mogło zatrzymać mordercy, a co najgorsze, wiedziałam, dlaczego właśnie tak postępuje.
 
Główny bohater – Jan – od razu przykuł moją uwagę. Jest to wyjątkowo rozbudowana postać, która posiada w sobie dużo pozytywnych cech. Zaskakujące, jak umiał je wykorzystać do czynienia zła. One potrafiły wytłumaczyć każde jego zachowanie, budząc przy tym podziw, ale również obrzydzenie. Wydawał się niesamowitą postacią, która wprowadza wiele do życia spotkanych ludzi, a tak naprawdę niósł za sobą śmierć. Jest to bardzo głęboko poruszona symbolika, dająca wiele kwestii do rozważań.
 
Jednakże aktor odtwarzający rolę głównego bohatera niezbyt mnie przekonał. Na pewno nie grał źle, ale nie wyróżniał się też niczym szczególnym. Jestem pewna, że pod pewnym względem zawiódł. Bez wątpienia była to wyjątkowo trudna rola, dająca pole do popisu, ale niestety niewykorzystana przez Bena Whishawa. Pojawiło się też wiele epizodycznych postaci, lecz na żadną nie zwróciłam większej uwagi. 
 
Spodziewałam się czegoś innego po Pachnidle, jednak ostatecznie mam bardzo dobre odczucia. Film pozytywnie mnie zaskoczył swoją oryginalnością i rozbudowaną fabułą. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że wiele ludzi może mieć odmienne zdanie. To nie jest film dla każdego.  

W sennych myślach

W ostatnich czasach zauważyłam pewną tendencję. Rodzice chcą, by ich dzieci były wykształcone, inteligentne i osiągały same sukcesy. Pewnie dziwicie się teraz, co w tym nietypowego. W końcu każdy rodzic chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Rodzicem nie jestem, ale nie wątpię, że tak właśnie jest. Tylko często to naturalne pragnienie staje się obsesją, a co gorsza obsesją dziecka na punkcie bycia idealnym. Kto nie chciałby być doskonałym? Zresztą takie osoby się chwali. Chcą się doszkalać, dążą do perfekcji, osiągają więcej i więcej wymagają od siebie, niszczą sobie psychikę i zapominają, co naprawdę ważne jest w życiu. Lecz zawsze można pominąć te dwa ostatnie aspekty. W końcu nie mają większego znaczenia i są pozorne. Ale czy na pewno? 

Tytuł: Wyśnione miejsca
Autor: Brenna Yovanoff
Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte

Waverly jest ideałem pod każdym względem. Piękna, inteligentna, sumienna, dobra… Czego można więcej oczekiwać? Mimo to jest uważana za zimną i bezuczuciową. Jej przyjaciółka lubi mówić o niej jako o robocie, któremu trzeba przypominać o cechach ludzkich. Jednak Waverly ma też swoją tajemnicę, o której prawie nikomu nie mówi. Wyobraźcie sobie, jakie musi być jej zdziwienie, gdy nie wiadomo jak trafia na imprezę i przyznaje się pijanemu i naćpanemu chłopakowi, że ma poważny problem. Dlaczego to zrobiła i przede wszystkim jak znalazła się na tej imprezie?

Stosunkowo niedawno ta okładka była wszędzie. Gdzie bym nie spojrzała, widziałam ją i ulegałam jej magnetycznemu przyciąganiu. Jest piękna, a przy tym tajemnicza i pobudzająca wodze wyobraźni. Już jakiś czas temu stwierdziłam, że muszę zapoznać się również z jej wnętrzem. Tym bardziej że jej recenzje były raczej pozytywne. Nie do końca wiedziałam, o czym ona jest, ale postanowiłam nie poszerzać tej wiedzy. Sama chciałam to odkryć. Teraz po przeczytaniu kompletnie nie rozumiem, dlaczego wszyscy tak się nią zachwycali. Jest moją prywatną porażką, którą będę pamiętać jeszcze długo. Wyśnione miejsca okazały się dla mnie mierne i infantylne.

Jak już pewnie nieraz wspominałam, gatunek New Adult jest przeze mnie nielubiany. Zapewne teraz zapytacie, dlaczego więc cały czas do niego wracam. Tak naprawdę sama nie wiem. Chyba mam nadzieję, że kolejna książka okaże się lepsza od poprzedniczek, pokaże mi, że literatura młodzieżowa może nieść ze sobą jakąś refleksję i wzruszającą fabułą. Dlatego cały czas próbuję. Poza tym w ostatnich czasach jest to jeden z najbardziej popularnych gatunków, więc takiego typu powieści są najczęściej reklamowane. Naprawdę wierzyłam, że Wyśnione miejsca przyniosą ze sobą coś nowego i pozytywnego.

Pomysł sam w sobie jest niekonwencjonalny. Motyw oniryzmu jest często spotykany w literaturze, lecz dotychczas nie czytałam książki, gdzie tak został wykorzystany. Wielu bohaterów przenosi się gdzieś w śnie, lecz nie przypominam sobie, by któryś robił to w takim celu jak Waverly. Sam ten fakt spodobał mi się, ale w ostatecznym rachunku nie rozumiałam, dlaczego akurat tak się dzieje. Wydawało mi się to zbyt proste i przede wszystkim bezmyślne. Nie wnosiło nic dodatkowego do powieści. Autorka miała koncepcję, lecz nie potrafiła wykorzystać jej potencjału.

A co do stylu pisarki… Jestem po prostu zażenowana. Dlaczego taki prosty? To mogłaby być naprawdę bardzo inteligentna książka, ale została całkowicie spłycona. Język cały czas mnie irytował i był przy tym taki nienaturalny. Ani młodzieżowy, ani poważny… Wydawał mi się przeznaczony dla naiwnych osób, których nie obchodzi, jak coś jest przekazywane. Dla mnie jest to pewnego rodzaju obraza. Chyba nikt nie lubi być nazywany naiwnym.

Fabuła jest kolejną porażką. Jest o niczym. Niby ma jakiś zalążek historii, ale nie jest ona w ogóle rozbudowana, a tym bardziej jakkolwiek poprowadzona. Jest to zlepek kilku szkolnych wydarzeń, które łącznie nie prowadzą do żadnego konkretnego rozwiązania. Nudziłam się niemiłosiernie.

W Wyśnionych miejscach tylko jedna bohaterka przykuła moją uwagę i nie była to Waverly tylko Autumn. Jako jedyna okazała się barwna i tajemnicza, co jest chyba jedyną zaletą całej książki. A co do głównych postaci nie jest w stanie powiedzieć nic. Po prostu byli papierowi i tyle na ten temat.

Jak pewnie się już sami domyśliliście, pojawił się wątek romantyczny, który… był bardzo mało romantyczny. Czasami taki paradoks jest potrzebny, bo ukazuje problematykę związków, ale w tym przypadku jest to po prostu kolejny minus opowieści. Bohaterowie kompletnie do siebie nie pasowali i wszystkie ich postępowania były nielogiczne. Nie wierzę, że cokolwiek z tego mogłoby stać się w prawdziwym życiu.

Bardzo się zawiodłam na Wyśnionych miejscach. Dziwię się, dlaczego tak bardzo mi się nie spodobała. Tak wielu recenzentów ją chwali… Chyba po prostu nadszedł czas, kiedy wyrosłam z czytania książek o szkolnych romansach i często błahych problemach. Jeśli jesteście już dojrzałymi osobami, jest stanowczo nie dla was. Ale podejrzewam, że młodsze osoby mogą spędzić z nią miły czas, więc tylko i wyłącznie im ją polecam.

alchemik z gwiazdy

W mroku tajemnic alchemii

Gdy byłam dzieckiem, chciałam zostać lekarzem. To było moje olbrzymie marzenie. Nie do końca wiedziałam, na czym polega ten zawód, ale mimo to wydawał mi się niesamowity i wspaniały. Od tego czasu minęło wiele lat, a ja uczyłam się, zmieniałam zdanie i poznawałam nowe nauki. Jednak moje marzenie nadal pozostało, a chemia stała się pasją. Jestem przekonana, że duża część z was może opowiedzieć podobną historię. Niektórym pewnie nawet udało się spełnić to marzenie. Jest to opowieść o pragnieniach, ich spełnieniu, pasji i olbrzymim zaangażowaniu, prawda?

Tytuł: Alchemik z gwiazdy
Autor: Sonia Wiśniewska
Wydawnictwo: Novae Res

Karol jest alchemikiem na dworze króla południa. Jest najlepszy i wszyscy doceniają jego umiejętności, a w szczególności sam król. Od mistrza oczekuje się pomocy i zaangażowania o każdej porze dnia, lecz on nie narzeka. Wie, jakie są jego obowiązki, a sama praca okazała się dla niego pasją i sensem życia. Jednak zima jest dla Karola czasem wakacji, ponieważ jego władca zapada w zimowy sen. W tym roku wszystko się zmienia – król budzi się wcześniej, niż powinien, i wysyła swojego alchemika na misję, która wydaje się niemożliwa do spełnienia. Czy uczony sobie poradzi? Kim tak naprawdę jest?

Polska literatura jest mało popularna w Polsce. Brzmi to paradoksalnie i niedorzecznie. Jednakże gdy rozmawiałam z moimi rówieśnikami, okazało się, że są oni zniechęceni do naszych ojczystych dzieł i wolą wybierać zagraniczne. Ja nigdy nie miałam takiej niechęci, choć przyznaję, że po polskie książki sięgam bardzo rzadko, z czego nie jestem dumna. Nie zmienia to faktu, że nie rozumiem, co w naszych powieściach jest nie tak, że ludzie nie chcą ich czytać. Jak w każdym kraju mamy lepsze i gorsze pozycje. Wystarczy tylko poszukać tych lepszych i polska literatura jest tak samo wartościowa jak na przykład brytyjska. Dlatego nawet się nie wahałam przed przeczytaniem Alchemika z gwiazdy. I uważam, że było warto.

Sami wiecie, że fantastyka jest przeze mnie ubóstwiana. Przez lata nie sięgałam po inny gatunek. Stosunkowo niedawno otworzyłam się na inne typy książki. Ale sentyment pozostał, choć właśnie od powieści fantasy wymagam najwięcej. Czytałam wystarczająco dużo, by zdawać sobie sprawę, czym jest naprawdę dobra fantastyka. Alchemik z gwiazdy ma wiele zalet, które zwróciły moją uwagę.

Alchemia w literaturze i kinetografii jest częstym motywem, który był poruszany już na tysiące sposobów. Tutaj autorka wykorzystała ten topos w jeszcze inny sposób. Bardzo mi się to podobało. W obecnych czasach trudno jest wymyślić coś nowego, więc powtarzanie jest konieczne, tylko trzeba zrobić to w odpowiedni sposób, by nie wyszedł z tego plagiat. Sonia Wiśniewska poradziła sobie z tym idealnie. Pomysł okazał się oryginalny, dzięki czemu książkę czytało się bardzo przyjemnie.

Styl pisarki jest prosty, przez co w niektórych momentach irytujący. Nie jest on infantylny, jednak po mojej ukochanej fantastyce oczekiwałabym innego języka, który pozwoli mi bardziej zrozumieć wykreowany świat. Przy tym jest on mało charakterystyczny, co dla mnie jest minusem. Na szczęście sytuację ratują liczne cytaty. Alchemik z gwiazdy jest skarbnicą pięknych sentencji, które bez wątpienia w najbliższym czasie przepiszę i zachowam w swojej pamięci.

Radosne chwile przemijają jak sekunda na zegarze, której nie da się cofnąć. Te chwile zmieniają się we wspomnienia, do których na szczęście zawsze możemy wrócić i tak… do nich z szerokim uśmiechem i tęsknotą powracamy. Bo tym chcemy żyć, bo chcemy mieć pewność, że nasze życie nie zostało zmarnowane.

Fabuła okazała się niesamowicie wciągająca. Książkę przeczytałam w kilka godzin. Jest krótka, lecz mimo to sama byłam zdziwiona, że tak szybko przez nią przebrnęłam. Pojawiają się w niej ciekawe nawiązania, chociażby do danse macabre, który jest moim ulubionym motywem średniowiecznym. Mało kto obecnie wykorzystuje ten topos, więc pisarka pozytywnie mnie tym zaskoczyła.

Nic nie wskazuje na to, by miała pojawić się kolejna część, jednak uważam, że Alchemik z gwiazdy byłby idealnym rozpoczęciem czegoś większego, co w przyszłości mogłoby stworzyć niesamowite uniwersum oraz szokującą historię. Sama opowieść jest bardziej skierowana do młodszych czytelników. Nie mówię tu o małych dzieciach, ale raczej o młodych nastolatkach, których zapewne urzekłaby ta książka.

Olbrzymi plusem powieści są liczne opisy. Coraz częściej autorzy zapominają, jak istotną pełnią one funkcję. Na szczęście Wiśniewska o tym nie zapomniała. Były one w sam raz – nie za długie i nie za krótkie. Dodawały opowieści barwy oraz pozwalały na wyobrażenie sobie świata przedstawionego oraz uczuć głównego bohatera.

Co do samego uniwersum mam bardzo mieszane odczucia. Zaciekawiło mnie, ale odczuwałam też pewnego rodzaju braki, które czasami zniechęcały mnie do czytania. Ten świat ma olbrzymi potencjał i można by stworzyć z niego epicką rzeczywistość, lecz nie został on wykorzystany, czego bardzo żałuję.

Bohaterów w powieści było stanowczo za mało. Czułam niedosyt charakterów, tym bardziej że główny bohater okazała się mało wyrazisty i papierowy, czego po prostu nienawidzę. Jedynie jego przyjaciel – Incognito – sprawił, że chciałam dalej poznawać ich przygody.

Podobała mi się problematyka Alchemika z gwiazdy. Nie była ona jakoś bardzo rozbudowana, ale wystarczająco, by przekazać główne założenia. Powieść ukazuje, co to znaczy pasja i zaangażowanie, ale ujawnia też jej częste niepożądane konsekwencje, o których ludzie zwykle zapominają, oddając się swoim marzeniom i hobby. Możemy zaobserwować, co znaczą uczucia, i dowiedzieć się, jak nimi kierować (w granicach rozsądku).

Cieszę się, że zapoznałam się z tą opowieścią. Nie jest bardzo dobra, ale jak na debiut warta przeczytania. Spędziłam z nią wiele miłych godzin, które z pewnością zapamiętam na długo.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia