Dobro albo zło

źródło
Wojna się zakończyła, zło zostało pokonane. Teraz powinno być wszystko dobrze. W końcu ludzie, którzy się kochają, mogą być razem. Podziemni zawarli rozejm z Nocnymi Łowcami, a Valentine nie zrobi już nikomu krzywdy. Piękne zakończenie, ale… Zawsze musi być ale. Czy tak łatwo da się zapomnieć o przeszłości? Czy jedna noc jest w stanie zmienić wszystko? Nawet gdy ujawniła prawdy, o których nikt wcześniej nie wiedział. Jace nie umie tak łatwo się pogodzić z tym, co się stało. Tym bardziej że demony przeszłości nadal nad nim wiszą. Każdy czyn ma swoją cenę.





Tytuł: Miasto upadłych aniołów
Autor: Cassandra Clare
Wydawnictwo: Mag
Długi czas byłam przekonana, że Dary Anioła są trylogią. Gdy usłyszałam, że są trzy następne części byłam zdziwiona, jednak stwierdziłam, że warto spróbować. Świat przedstawiony przez Clare bardzo mi się spodobał, bohaterów polubiłam, więc z chęcią wróciłam do życia Nocnych Łowców. Miałam nadzieję, że jeszcze raz przeżyję niezwykłą przygodę i poczuję ten klimat Nowego Jorku, gdzie można spotkać wilkołaki, wampiry i inne magiczne stworzenia. Czy jestem zadowolona, że przeczytałam kolejną część? Niestety nie. Książka nie była zła, ale czegoś mi zabrakło i to rzutuje na ogólną ocenę. 
Zacznę od fabuły powieści. Byłam bardzo ciekawa, co autorka wymyśliła. Miasto szkła zakończyło wszystkie wątki, więc Clare miała duże pole do popisu. Mogła kontynuować niektóre wątki i wymyślić nowe. Tak też zrobiła. Muszę przyznać, że miała naprawdę dobry pomysł na fabułę. Wiele akcji, dużo intryg, tajemnic, problemy miłosne. Idealny materiał na świetną kontynuację. Niestety jednak źle wykorzystany. Popełniła tylko jeden błąd – chaos. W całej książce panował przeolbrzymi chaos. Kompletnie nie mogłam się skupić na wydarzeniach, ponieważ cały czas coś mnie rozpraszało z otoczenia bohaterów. Jakiś szczegół, który miał wprowadzić lub rozwinąć nowy wątek przy tym nas dekoncentrując od teraźniejszych wydarzeń. Bardzo mnie to irytowało. Chciałabym wiedzieć dlaczego, ponieważ jest to dość często używany manewr i zawsze się sprawdzał, a tu tylko wprowadzał chaos.
Kolejną rzeczą, na którą jeszcze ponarzekam, jest częsta zmiana otoczenia. Wydarzenia są nam pokazywane z różnych perspektyw. Raz widzimy wszystko oczami Simona, innym razem Clary, a jeszcze innych Aleca. W poprzednich częściach bardzo to doceniałam. Pozwalało nam to być na bieżąco z wydarzeniami, a nie słuchać długich opowieści innych bohaterów. Tu było to rzeczą, która psuła całą radość z jakiegokolwiek domyślania się. Co dwie strony byliśmy z innym bohaterem i zawsze akcja była przerwana w najlepszym momencie. Podejrzewam, że miało to nas zaciekawić i zwykle tak jest, ale nie co pięć stron! Tekst był posiekany, co mnie osobiście bardzo przeszkadzało w czytaniu.
Ale żeby nie było, że książka ma same wady, to pora podać zalety, które mimo wszystko występują. Powiem tak – wielki powrót Clary. W trzecim tomie bohaterka denerwowała mnie i była wyjątkowo sztuczna. Tu na początku też tak było, ale z czasem odnalazłam tę dziewczynę, którą tak bardzo lubiłam i szanowałam. Prawdą jest, że często zachowywała się jak małe rozpieszczone dziecko, ale przynajmniej zaczęła to zauważać i się zmieniać. Mimo wszystkich jej nielogicznych i szaleńczych zachowań, stała się naturalna, czyli mogłam ją po prostu zaakceptować, bo taki jest jej charakter. Bardzo za tym tęskniłam w poprzedniej części.
Po czterech tomach wyczuwam już ten typowy dla mnie stan przywiązania. Nie ze wszystkim się zgadzam, książka ma wiele wad, ale na tyle pokochałam bohaterów, by szczerze się do nich przywiązać i im kibicować na każdym kroku. Nie raz się zdarzyło, że zapragnęłam się znaleźć w ich świecie i pomóc im w problemach. Przeżywałam wszystko razem z nimi – czy to były chwile szczęśliwe, czy złe. 
Książka trochę mnie zawiodła, ale nie na tyle by odradzać kontynuowanie czytania tomów. Uważam, że jak ktoś już przeczytał te trzy pierwsze części, powinien przeczytać kolejne. Ja na pewno zakończę serię, pomimo pewnego niesmaku po Mieście Upadłych Aniołów. W końcu zbyt lubię tę serię, by tak po prostu z powodu jednej książki zakończyć ją.

Poszukiwany wzór!

źródło
John Tallow i Jim Rosato, dwaj detektywi, zostają wezwani do kamienicy, gdzie mężczyzna, który dowiedział się o nakazie opuszczenia mieszkania, biega nago z bronią i grozi mieszkańcom. Na pozór zwykła sprawa. Zrozpaczony człowiek oszalał i stał się niebezpieczny dla otoczenia. Stały schemat, który często powtarza się w policji. Gdy jednak Jim ginie z jego rąk, wszystko się zmienia. John i Jim pracowali razem przez cztery lata, a teraz John musi sobie poradzić z utratą partnera i przyjaciela. Nie pomaga mu w tym znalezienie pokoju z dwustoma sztukami broni. Tym bardziej, że okazuje się, że z każdej z nich został zabity dokładnie jeden człowiek. Wtedy sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Detektyw Tallow, jako dobry policjant, dostaje tę sprawę. Czy rozwiąże ją? Czy w ogóle znajdzie w sobie jeszcze tyle energii, by podołać swojej pracy?





Tytuł: Wzorzec zbrodni
Autor: Warren Ellis
Wydawnictwo: Sine Qua Non 

Kryminał to gatunek, z którym miałam bardzo małą styczność. Dopiero od niedawna zaczęłam poznawać książki z tej kategorii. O Wzorcu zbrodni słyszałam wiele pozytywnych opinii, dlatego właśnie postanowiłam go przeczytać. Stwierdziłam, że warto otworzyć się na nowe gatunki i poszerzyć swoją wiedzę. 
W całej książce bardzo mnie zaskoczyła wiedza autora o broni. Jestem dziewczyną i muszę przyznać, że nie posiadam najmniejszej wiedzy na temat karabinów, pistoletów i innych rodzajów broni. Sam fakt, że ktoś ma tak bardzo rozległą wiedzę na ten temat i z taką pasją przekazuje nam ją, sprawił, że poczułam duży szacunek do Ellisa. Nie ma wątpliwości, że jest to temat, który bardzo go interesuje i dlatego poświęca mu wiele czasu, a przy tym umie nam przekazać informacje w pasjonujący i interesujący sposób. Na początku myślałam, że tak częste opisy broni będą mnie nudzić, a okazało się,  że ubarwiały fabułę i nadawały niezwykłego klimatu. 
Książka posiada też wątek psychologiczny. Nie jest jakoś wyjątkowo rozległy i widoczny, ale przeplata się między wydarzeniami. Nadaje to powieści realizmu. W końcu każdy z nas ma jakieś uczucia i kłopoty, które wykraczają poza zasięg naszej wyobraźni. John Tallow mimo swojej normalności różnił się od wielu ludzi. Mogliśmy zaobserwować zmiany jego nastroju w zależności od sytuacji. Czasami miał gorsze chwile, gdzie nic nie łączyło się w całość, a czasami dostawał olśnienia i ponad przeciętność łączył wątki. Tutaj nie było detektywa, który wszystko wie i widzi. Jak normalny człowiek potrzebował czasu i przede wszystkim chęci.
W całej jednak powieści pojawiła się dość duża wada. Książka cały czas szła w tym samym tempie. Nawet na chwilę nie poczułam większych uczuć typu przerażenie, podniecenie, czy chorobliwa ciekawość. Była tylko zwykła ciekawość, ale nie taka, żebym nie mogła oderwać się od książki. Z chęcią do niej wracałam, ale tylko tyle i nic więcej. 
Wzorzec zbrodni nie posiadał też punktu zaskoczenia. Wszystko było albo przekazane z punktu widzenia detektywa lub mordercy. Pojawiały się rozdziały z perspektywy zbrodniarza, które ukazywały nam jego cel, do którego z taką brutalnością dążył. Były wątki, których musieliśmy sami się domyślić, jednakże było to bardzo łatwe. Nie jestem domyślnym człowiekiem i z kryminałami dotychczas miałam małą styczność, więc powinnam mieć duży problem z domyśleniem się kolejnych wydarzeń. A tymczasem byłam w stanie dużo rzeczy przewidzieć. Pod tym względem bardzo się zawiodłam.
Wzorzec zbrodni jest przyjemnym kryminałem. Polecam go osobom, które lubią kryminały, choć ostrzegam, że nie jest on mistrzostwem. Czytelnikom, którzy dopiero zaczynają przygodę z kryminałami, raczej odradzam, ponieważ może on zniechęcić do tego gatunku. Jednakże ja będę miała po nim miłe wspomnienia.

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

źródło
Bilbo i drużyna Thorina dotarli do celu podróży – do tytułowego Pustkowia Smauga. Teraz smok obudził się i nie chce oddać złota, znajdującego się w Samotnej Górze. Rusza na miasto położone koło tej sławnej góry. Jednakże nie tylko krasnoludy chciały zdobyć złoto, które kiedyś należało do rodu Thorina. Elfy mają zamiar odzyskać klejnoty, które należą do nich. Orkowie również mają chrapkę na bogactwo góry. Lecz to nie jest ich jedyny cel. Mają większe ambicje – ambicje mrożące krew w żyłach. W tym samym czasie Gandalf musi się zmagać z siłami zła, by chociażby dać szansę krasnoludom. Jak się zakończy Bitwa Pięciu Armii? Czy siły zła pokonają dobro?






Tytuł: Hobbit: Bitwa Pięciu Armii
Reżyser: Peter Jackson
Z hobbitem pierwszy raz spotkałam się w książce Tolkiena. Bardzo mi się ona podobała, lecz nie potwierdziła fenomenu związanego z tym – podobno wybitnym – twórcą. Dopiero po przeczytaniu pierwszego tomu Władcy Pierścieni zrozumiałam, dlaczego Tolkien jest mistrzem fantastyki.

Zwykle nie oglądam ekranizacji, jednak szkoła mnie do tego zmusiła. Musiałam obejrzeć pierwszą część ekranizacji Hobbita na olimpiadę z polskiego. Niestety, nie zachwycił mnie. Drugą część obejrzałam z czystej ciekawości. Pustkowie Smauga bardzo mi się podobało i zmieniło moje poglądy na trylogię. Właśnie dlatego tak bardzo chciałam obejrzeć Bitwę Pięciu Armii. Teraz, gdy zakończyłam swoją przygodę z tymi filmami, czy żałuję, że obejrzałam zakończenie? Odpowiedź na to pytanie jest paradoksalna – tak i nie. Nie, ponieważ ta część zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie i rzutuje pozytywnie na całość. Tak, ponieważ uświadomiłam sobie, że to ostatni raz, gdy na dłużej spotkałam się z Bilbem Bagginsem i niezwykłą kompanią krasnoludów.

W tej części było widać, kim dla siebie jest drużyna. Już nie przypadkową zbieraniną krasnoludów, hobbita i czarodzieja, ale kompanią, która zawsze jest gotowa oddać życie za każdego jej członka. Widzieliśmy w filmie, jak zmieniają się postacie, jak łączą i przełamują się między nimi więzi. Mogliśmy obserwować, jak pod każdym aspektem kończy się ta niesamowita, ale wyjątkowo niebezpieczna podróż. Dla mnie to było niezwykłe i wzruszające zjawisko. Zazwyczaj nie umiem określić gry aktorskiej w filmie, ale fakt, że cały film wywołał we mnie tyle emocji, świadczy o tym, że aktorzy wyśmienicie zagrali swoje role. Ani przez chwilę nie miałam wrażenia, że Bilbo czy Thorin są kimś innym niż Bilbem albo Thorinem. Tak naprawdę nie było żadnych aktorów. Byli tylko bohaterowie i to oni się dla mnie liczyli.
Kolejną zaletą filmu są efekty specjalne. Nie ma wątpliwości, że występowały prawie w każdej scenie. Nie znam się na tym, ale jako zwykły, przeciętny widz mogę powiedzieć, że robiły wrażenie. Nadawały całemu filmowi niezwykłą atmosferę, która tak bardzo oddaje dzieło Tolkiena. Również w tej części jest o wiele więcej nawiązań do książki. W poprzednich częściach występowały nowe wątki, które – jak podejrzewam – miały nawiązywać do wydarzeń w przyszłości, które będą się odbywać we Władcy Pierścieni. Tutaj było ich mniej, jednakże występowały. Lecz ostateczne zakończenie było podobne do tego w książce. Zwykle jestem przeciwna, żeby tak bardzo w filmie zmieniać fabułę, lecz tutaj wyszło to na korzyść.
Tylko na jednym polu mogę się przyczepić – brutalność scen. Nie jestem człowiekiem wrażliwym, więc zwykle takie sceny nie wzruszają mnie. Niemniej uważam, że było ich za dużo albo raczej trwały za długo. Rozumiem, że to była bitwa, jednak niektóre sceny były kompletnie niepotrzebne. Niczemu nie służyły. Nie będę tego zaliczać jako wady, ponieważ dla niektórych pewnie jest to zaleta. To moje subiektywne zdanie, więc w tej kwestii wiele osób nie zgodzi się ze mną.
Film zyskał wielką sławę. Może nawet większą niż sama powieść. Jak mówili w telewizji, dla niektórych to koniec epoki. Zakończył się Władca Pierścieni, a teraz i Hobbit. Zgadzam się z tym. Jednak ja mam przed sobą jeszcze dwie części powieści Tolkiena oraz trylogię filmową, więc nie mam się czym martwić. Lecz wiem, że w przyszłości ciężko będzie mi się rozstać z tym światem. Natomiast Bitwę Pięciu Armii polecam oczywiście tym, którzy oglądali poprzednie części i osobom cierpliwym.

Uczciwość drogę wskazuje

źródło
Zoey nie może się pogodzić z utratą najlepszej przyjaciółki, a tym bardziej z faktem, kim ona teraz jest. Stevie Rae nie jest teraz młodą adeptką, która umarła podczas Przemiany. Jest teraz kimś innym i o wiele bardziej przerażającym. Zoey nie umie się poddać i chce przywrócić przyjaciółce dawny wygląda i charakter. Jednak nie jest to takie łatwe, jakby się mogło wydawać. Tymczasem w Domu Nocy zaczynają dziać się dziwne i przerażające wydarzenia. Ta sławna szkoła wampirów nie jest już bezpiecznym miejscem tym bardziej, że Neferet nadal jest główna kapłanką. Poza tym Zoey, jak każda nastolatka, ma problemy sercowe. Bo w końcu kogo ma ostatecznie wybrać? A wybór jest duży.




Tytuł: Wybrana
Autor: P.C. Cast & Kristin Cast
Wydawnictwo: Książnica 

Serię Dom Nocy zaczęłam czytać jakiś czas temu. Namówiła mnie do tego moja przyjaciółka. Całe dnie opowiadała, jaka ta seria jest fantastyczna. Mówiła, że przeczytała całą w bardzo krótki okres czasu. Zachęcona jej opowieścią kupiłam sobie pierwszą część. Nie zyskała mojej sympatii, ale miło spędziłam czas. Druga część była sporo gorsza. Jednak mimo to postanowiłam przeczytać kolejny tom, czyli Wybraną. Czy mi się spodobała? Nie, nie i jeszcze raz nie. Żałuję, że przeczytałam książkę. Nie mogę znaleźć ani jednej pozytywnej cechy.

Może zacznijmy od tego, że fabuła według mnie jest po prostu nudna, żeby nie wyrazić się beznadziejna. Nie chodzi nawet o pomysł. Bo sam w sobie nie jest wcale zły. Gdyby go odpowiednio podszlifować, nadać trochę barw, mogłaby wyjść naprawdę fajna książka. Autorki jednak tego nie zrobiły, co bardzo pogorszyło sprawę. Te pomysły nie łączyły się ze sobą. To była tylko cienka linka, która na siłę próbowała połączyć różne wątki, co wypadło źle. Pozwoliło to szybciej czytać książkę, lecz pozbawiło przyjemności jej czytania.
Kolejną rzeczą była całkowita przewidywalność. Nie ma rzeczy, której bym się nie domyśliła. Na początku powieści wiedziałam już, kto będzie tym złym, a kto dobrym, kogo wybierze Zoey i jakie konsekwencje będzie miał ten wybór. Przewidziałam całe zakończenie i nie pomyliłam się w żadnym szczególe. Można powiedzieć, że mam wyjątkowe umiejętności, ale dobrze wiem, że tak nie jest. Nie mam wyjątkowo rozbudowanej intuicji. Na tym polu zawiodłam się bardzo, ale niestety nie najbardziej.
Dwa słowa starczą, by wyrazić najgorszą wadę tej części – główna bohaterka. Nigdy jakoś bardzo jej nie lubiłam, jednakże akceptowałam. Lecz w tej części przekroczyła wszystkie moje granice wytrzymałości. Może zacznę od wątku miłosnego. Wplątała się w niezły trójkąt miłosny, a raczej kwadrat, co kompletnie nie pasowało do jej wcześniej przedstawionego charakteru. Przy tym stała się taką stereotypową nastolatką, która jak jest zakochana, to jest głupiutka i całkowicie bezmyślna. Kolejną sprawą jest piramida jej wartości. Sprawy życia codziennego były jej pierwszorzędnym problemem, kiedy tak naprawdę reszta jej świata była w ruinach. Nie mogłam tego zrozumieć i nawet nie wiem, czy chcę. Byłam przekonana, że w tej części Zoey stanie się barwną i ciekawą postacią, a stała się bardzo irytująca. 
Po głębszym zastanowieniu znalazłam zaletę. Styl autorek jest nawet dobry. Jak na książkę młodzieżową jest wiele opisów i zabawnych dialogów. Pomijając wszystkie wady, mogę powiedzieć, że dobrze się ją czytało. Język nie jest wcale aż tak banalny, choć uważam, że większość przekleństw jest na siłę wciśniętych w tekst, by rzekomo go ubarwić. To nie było naturalne. Bardziej jakby autorki przypomniały sobie, że w książce dla młodzieży można już przeklinać.
Moja opinia bardzo krytykuje książkę. Może jednak ma wpływ na to czas, w jakim czytałam tę powieść. Ostatnimi czasy odpoczywałam przy młodzieżówkach i trochę mi się przejadły. To też może mieć wpływ na całą ocenę. No i bohaterka… Lecz jeśli lubicie książki o wampirach, możecie spróbować. Myślę, że mimo mojego zdania seria spodoba się niejednej nastolatce. Ja osobiście wiem już, że nie będę kontynuować serii, bo kompletnie do mnie nie przemawia. Polecam osobom, które uwielbiają wampiry. Im bez wątpienia się spodoba. Jednakże jeśli tylko lubicie czasami sobie poczytać o tych istotach, to raczej nie polecam bliższych znajomości z tymi książkami.

Odpowiadając życiu

źródło
Geralt jest wiedźminem. Zajmuje się zabijaniem potworów za pieniądze. Nie jest to zwykły człowiek. Nawet nie jest zwykłym wiedźminem. Ma swój kodeks, swoje prawa, których przestrzega. Nigdy nie zabija, jeśli nie musi. Gdy tylko to możliwe, odczynia urok. Wędruje po dolinach i górach w poszukiwaniu pracy. W swojej profesji trafia na różnych ludzi. Niektórzy pragną uczciwie mu zapłacić i dać pracę godną wiedźmina, inni pragną go wykorzystać do swoich niecnych czynów. Aż w pewnym momencie przyszedł czas, gdy Geralt wybrał się do świątyni Maltate. Tam znajduje swoje wspomnienia i być może przyszłość.

Tytuł: Ostatnie życzenie

Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: Supernowa
Saga o wiedźminie była dla mnie jedną z największych zagadek literackich, z jaką się spotkałam. Nie miałam żadnej wiedzy o tej sławnej serii Sapkowskiego, poza świadomością, że jest to fantastyka. Dużo osób polecało mi ją. Wiele też twierdziło, że to seria nie dla dziewczyny. Nie ma prawa spodobać się niewinnej istotce o różowych skarpetkach. Jednak ja nigdy nie byłam zbyt dziewczęca (w stereotypowym mniemaniu), dlatego właśnie postanowiłam sięgnąć po początek historii. Uważałam, że to wstyd nie przeczytać, a co dopiero w ogóle nie wiedzieć, o czym jest Wiedźmin. W końcu to klasyka naszej polskiej fantastyki. Czy żałuję, że przeczytałam ten 0.1 (?) tom? Odpowiedź jest prosta i brzmi: nie. Każdy aspekt książki bardzo mi się spodobał i uważam, że to również książka dla dziewczyn. 
Pierwsze co od razu na wstępie zwróciło moją uwagę to język autora. Jest bardzo dobry. Nie jest to język prosty i banalny. Zawiera dużo słów trudnych i rzadko używanych, niektóre to archaizmy. Jednak jest on typowo literacki – płynny i barwny. Każde słowo idealnie pasuje do siebie, nie tworząc przy tym doskonałego tekstu, który odstrasza. Mimo wielu nowych słów i dość dużej potrzeby skupienia nie mogłam się oderwać od książki. Wszystko, co czytałam, sprawiało, że przenosiłam się do tego świata i przeżywałam wszystkie te przygody razem z bohaterami.
Książka ma nietypowy podział rozdziałów. Między rozdziałami znajdują się podrozdziały nazywane Głos rozsądku. To właśnie te podrozdziały ukazują nam czas teraźniejszy, a te tradycyjne rozdziały to takie retrospekcje, gdzie Geralt opowiada nam o sobie i przede wszystkim swoich przygodach, choć lepiej zabrzmiałoby pracy. Mnie osobiście taka mieszanka bardzo się podobała i nie ukrywam, że z chęcią dalej czytałabym wspomnienia tego niezwykłego wiedźmina. Choć już posiadam wiedzę, że kolejne tomy są napisane już w tradycyjny sposób.  
W powieści było bardzo dużo odwołań do naszej dawnej kultury. Wszystkie te dziwne stworzenia, potwory miały swoje pochodzenia z różnych kultur, lecz przede wszystkim z naszej słowiańskiej. Nie raz słyszałam o strzygach, czy innych dziwnych chochlikach. Autor bardzo rozbudował tę wiedzę i jak mniemam dodał własne pomysły, co razem stworzyło wielki bestiariusz. Cieszę się, że ktoś zwrócił uwagę na nasze dawne wierzenia i w tak naturalny sposób wplótł je do opowieści o wiedźminie. Samo stworzenia wiedźmina jest dla mnie wyjątkowo oryginalnym pomysłem, nie wiem, czy jest on wymyślony od podstaw, czy ma swoje korzenie w jakiś wierzeniach. Jednak nie ma wątpliwości, że jestem zafascynowana pomysłowością Sapkowskiego.
Największym plusem tej opowieści bez wątpienia jest główny bohater – białowłosy wiedźmin. Geralt jest postacią nie do rozszyfrowania. Zachowuje się inaczej niż zwykli ludzie, ale też inaczej niż czarodzieje, czy inne stworzenia magiczne. Jednak nie zmienia to faktu, że ma typowo ludzkie odczucia. Jak każdy popełnia błędy i cierpi. Jak każdy kocha i darzy ludzi przyjaźnią. A przy tym pozostaje wiedźminem, walczącym na śmierć i życie z potworami, by dawać bezpieczeństwo. Gdy czytałam o jego losach, byłam zafascynowana. Obserwowanie tych wszystkich wydarzeń było trochę jak zakazany owoc. Wchodziliśmy w tajemne kręgi wcześniej znane tylko Geraltowi. To jakby pozwolił nam zobaczyć swoją duszę. Bardzo się do niego przywiązałam. Między nami potoczyła się cienka nić porozumienia. Jestem pewna, że po którymś tomie Geralt zajmie wysokie miejsce wśród moich ulubionych bohaterów. 
Nie wiedziałam, czego spodziewać się po lekturze tej książki. Naprawdę miałam wiele obaw co do tej opowieści. Boimy się nieznanego i tak właśnie było w moim przypadku. Moja wiedza po jednym tomie nadal jest znikoma, co pewnie znawcy i fani od razu zauważą w mojej recenzji, która zapewne ma wiele błędów (wybaczcie, poprawię się). Jednak swoją wiedzę na pewno w najbliższym czasie pogłębię i postaram się lepiej poznać świat wykreowany przez Sapkowskiego. Dla mnie to nowe doświadczenie, dające dużo wiedzy. Nie ma wątpliwości, że w najbliższym czasie sięgnę po kolejne tomy. A książkę polecam każdemu miłośnikowi fantastyki. Dla osób ubóstwiających ten gatunek to pozycja obowiązkowa.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia