Bez kłamstw

źródło
Zwykły dzień, taki jak każdy. Ludzie pracują, chodzą do szkoły lub nic nie robią. Niczym się nie różni od innych, bo niby dlaczego miałby się różnić? Jednak coś spada na ulicę Radomia. Prawdopodobnie jest to meteoryt, jednak jest on inny. Posiada zerową temperaturę, a z powodu zimna nie da się go dotknąć. Nie niszczy go nawet laser. Co to jest? Gdy naukowcy z całego świata próbują się tego dowiedzieć, Józef wraca ze szpitala, spotykając przy tym swoich kolegów od wódki i trafia na coś wyjątkowo dziwnego – węża, który zamienia się w byka, a następnie w dziwne zwierzę, które jednym tchnieniem morduje wszystkich oprócz Józefa. Wniosek z tego taki, że nie powinno łączyć się leków z alkoholem. Ale czy na pewno są to tylko halucynacje? Czemu prezydent Polski spotyka się z głowami tak potężnych państw jak Stany Zjednoczone i Rosja?

Tytuł: 666 do mroku
Autor: Robert Gong
Wydawnictwo: ALFA-ZET 7
Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce. Jednak opis zamieszczony z tyłu bardzo mnie do niej zachęcił. Nie zdradził nic z fabuły, jak to często się zdarza w tego typu opisach. Ta krótka notka jednak pokazała wszystko, co najlepsze w książce. Czy się myliła? Nie, raczej nie, choć to nie było do końca to, czego oczekiwałam. Powieść jest dla mnie dwupoziomowa. Jeśli czytelnikowi nie przeszkadza pierwszy poziom, drugi otwiera przed nim całą swoją duszę…
Pierwszym poziomem są sytuacja, zdarzenia, oględnie mówiąc – fabuła powieści. Jest ona bardzo nietypowa, czasami wręcz groteskowa. Wydarzenia w książce nie mają odwzorowania w rzeczywistości, pomijając fantastykę, występującą w 666 do mroku. Ludzie w takich sytuacjach nie odnoszą się do siebie w taki sposób. Sam wątek fantastyczny jest też bardzo przekoloryzowany. To trochę jak stara baśń, w którą wierzyli starzy, zastraszeni ludzie. Przybiera dokładnie taką postać, która – niestety – często zniechęcała mnie do książki. Po co czytać coś, co można opowiedzieć w pięciu zdaniach?
Nauka jest czymś wspaniałym. I nawet nie kłóci się z religią.
Powinna pomagać wszystkim ludziom, a nie tylko wybranym.

I w tym momencie pojawia się drugi poziom, który bardzo mnie zaskakuje. Mimo że powieść jest groteskowa, nierealna i często przesadnie wulgarna, ukazuje nam sprawy ważne, z którymi spotykamy się na co dzień. Ostrzega nas przed złem i zagładą, które sami sobie niesiemy. Pod zasłoną alkoholizmu i pieniędzy jest głęboka refleksja na temat ludzkości i jej poczynań. Najlepszym przykładem jest główny bohater – Józek. Profesor, który wykładał na Harvardzie, jeden z wyższych pracowników w Watykanie, jednym słowem – człowiek, który osiągnął wszystko. Czym jesteś wyżej, tym upadek bardziej boli. Alkohol go zniszczył. Zniszczył wszystko, co osiągnął, i z wykształconego człowieka stworzył cień dawnej potęgi. Powieść tym przykładem pokazuje nam wiele – jak łatwo upaść i dać się skusić się złu. Jednakże pokazuje również, że jeśli raz w życiu coś się osiągnęło, nie da się spaść na samo dno.
Muszę również przyznać, że – mimo oczywistych wad – książkę czytało się bardzo dobrze. Jest ona krótka i napisana lekkim piórem, co pozwala na przeczytanie jej w jeden wieczór. Nie posiada całej gamy cytatów, które można później wykorzystać w różnego typu pracach czy po prostu w życiu. Jednak ma w sobie to coś. Często irytował mnie ten wcześniej wymieniony poziom pierwszy, ponieważ lubię książki barwne, pełne cytatów, metaforycznych opowieści, a ta powieść była jedną kiepską, ale prawdziwa metaforą.

Jeśli lubicie lekkie książki na wieczór, ale wnoszące coś do waszego życia, 666 do mroku nadaje się idealnie. Jak wcześniej wspomniałam, czyta się ją szybko. Uważam, że warto poświęcić jej te kilka godzin.

Zapach pragnienia

źródło
Laurel od wielu lat zajmuje się pomocą. Razem z bratem stworzyła szpital oraz dom Zion, który udziela schronienia kobietom i dzieciom uciekającym przed brutalnym mężem lub ojcem. Czuje satysfakcję z wykonywanej pracy. Ludzie kochają ją i szanują. Jest dla nich promykiem słońca, który oświetla im drogę do nowego życia. Jest jedną z nich. Lecz nikt nie pomyślałby, kim jest naprawdę – hrabiną, która od dziesięciu lat jest mężatką. Czy gdyby znali prawdę, nadal Laurel byłaby dla nich aniołem? Czy Kirklandowi uda się odzyskać żonę mimo demonów przeszłości? Jaka niespodzianka czeka to małżeństwo?


Tytuł: Lawendowa Dama
Autor: Mary Jo Putney
Wydawnictwo: Amber

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce ani autorce. Zachęcił mnie dopisek: romans historyczny. Pewnie was zdziwi, dlaczego akurat zainteresował mnie romans, który należy do gatunku niezbyt lubianego przeze mnie. Dzielnie trzymam się swojego postanowienia, by otworzyć się na nowe, a że romansu historycznego nigdy nie czytałam, postanowiłam spróbować. I, niestety, moje wcześniejsze przypuszczenia do tego typu powieści spełniły się. Książka nie przypadła mi do gustu i raczej nie zachęciła do lepszego poznania gatunku.
Jedyną zaletą, którą znalazłam w Lawendowej Damie (oprócz intrygującego tytułu), jest historia w niej opisana. Podejrzewam, że każda kobieta chciałaby choć na chwilę znaleźć się w ciele Laurel i przeżyć wszystkie przygody, uniesienia. Opowieść  Laurel nie jest jakoś bardzo emocjonująca, ale po ciężkim dniu pełnym problemów i żmudnej pracy taka odskocznia jest idealna, by odpocząć i znaleźć się w innym świecie. Obserwowanie zmagań innych ludzi czasami pozwala się zrelaksować.  
Niestety, nie umiałam polubić głównej bohaterki. Była aniołem, który dawał ciepło i miłość każdej istocie na tym świecie. Nie można było znaleźć u niej ani jednej wady, co bardzo mnie irytowało. Nie ma takich ludzi na świecie. Laurel była zbyt wyidealizowana. Zamiast w naturalny sposób motywować do działania (jak zwykle wpływają na mnie tego typu postacie) zniechęcała mnie do siebie i często wręcz przerażała tą doskonałością. W dodatku nie mogłam zrozumieć jej zachowania wobec Kirklanda. Od początku powieści zastanawiamy się, dlaczego opuściła go. Myślałam, że będą to przyczyny mające swoje uzasadnienie. Zawiodłam się na tym. Były straszne, ale według mnie niesłuszne. To jest jeden przykład postępowania głównej bohaterki, a można by dać ich o wiele więcej.
Nie mogę również zaakceptować fabuły. Ona też odchodziła od realności, choć ukazywała świat, który jest nam znany, mimo że wydarzenia działy się kilka wieków temu. Relacje między bohaterami były zbyt proste przy wielkich problemach, które rozwiązywały się w niezrozumiały sposób. Zabrakło mi również tego klimatu. Anglia za czasów Napoleona to bardzo ciekawy temat, który interesował mnie. A powieść mogłaby odbywać się w każdym czasie, gdyby nie krótka wzmianka na ten temat.
Nie zniechęcam was do tej powieści, gdyż można spędzić przy niej miłe chwile. Tylko ostrzegam, żebyście wybrali dobry okres, by ją przeczytać. Obecnie jestem pełna energii. Podejrzewam, że gdybym czytała Lawendową Damę na przykład na koniec roku szkolnego, przemówiłaby do mnie. Można całkowicie oderwać się od trudnej rzeczywistości i przenieść w świat często naiwny, ale pozwalający na wytchnienie.

Wybory

źródło
Geralt nadal przebywa u driad. Jednak wie, że nie może tak po prostu zapomnieć o Ciri, która jest dla niego całym światem. Razem z Jaskrem i łuczniczką Milvą wyruszają do Nilfgaardu. Jednak plan tylko brzmi ładnie. Nic więcej. Jest niewykonalny i przyjaciele wiedźmina wiedzą o tym, ale on się nie poddaje. Nie zostawia się osób bliskich na pastwę okrutnego losu. Nikt nadal nie wie, gdzie jest Yennefer i czy była czynnie zaangażowana w walki czarodziejów. Czy Geralt odnajdzie Ciri? Kim naprawdę jest Milva? I gdzie podziała się Yennefer?

Tytuł: Chrzest ognia

 Autor: Andrzej Sapkowski 

Wydawnictwo: SuperNOWA


Wielokrotnie opowiadałam wam już o mojej przygodzie z Sagą o wiedźminie. Czasami mam wrażenie, że to nie przypadek, że dałam namówić się na przeczytanie tej serii. Teraz koniec coraz bliżej, a ja pokochałam opowieść o wiedźminie całym sercem. Gdy zaczynałam czytać Chrzest ognia, czułam euforię, która kazała mi przeczytać książkę tu i teraz. Tak też zrobiłam. Chrzest ognia dotychczas okazał się dla mnie najlepszą częścią z wybitnej serii.
Mam za sobą już pięć tomów, a nadal nie mogę się nadziwić stylowi Sapkowskiego. Jest on mistrzowski i to chyba musi przyznać każdy czytelnik, bez względu na swoją opinię na temat całości. Gdy czytałam, miałam przed oczami całą opowieść. Taki pełnowymiarowy film ze wszystkimi możliwymi efektami, w którym brałam czynny udział. Bez problemu wyobrażałam sobie zdarzenia, rozmowy czy bohaterów, których w każdej chwili jest więcej, ale poznałam ich na tyle dobrze, że nigdy nie pomyliło mi się kto jest kim.
Jak w każdej mojej recenzji Sagi o wiedźminie muszę zwrócić uwagę na głównego bohatera – Geralta. Cały czas jest dla mnie tajemniczą i wyjątkową postacią, która do końca będzie odgrywać najważniejszą rolę. Jest mutantem, który nie powinien mieć emocji, a tym bardziej uczuć. Jednak tak nie jest. Geralt jest bardzo ludzki. Jak każdy człowiek czuje miłość, nienawiść, ból, radość… Jest najbardziej rzeczywistą postacią, jaką kiedykolwiek spotkałam w literaturze. I chyba moją ulubioną. Zawsze rozumiem, czym się kieruje i dlaczego postępuje tak, a nie inaczej. Jego zachowanie i decyzje nie zawsze są właściwe, ale w większości takich sytuacji też postąpiłabym tak pod wpływem emocji albo ich braku. Bardzo utożsamiam się z wiedźminem, choć nigdy nie miałam okazji brać udziału w takich zdarzeniach i raczej nigdy nie będę miała. Jednak jest on moją pokrewną literacką duszą, o której będę długo pamiętać.
Bardzo szanuję Sapkowskiego za pokazanie takiej rzeczywistości. Jest to powieść fantasty, gdzie większość wydarzeń nie ma prawa się zdarzyć. Jednak gdyby odjąć od tego magię, wszystkie magiczne stworzenia i przenieść fabułę do naszej rzeczywistości, wyszedłby identyczny obraz. Autor pod zasłoną magii i fantastyki pokazuje nam wydarzenia, które miały i nadal mają miejsce w naszym świecie. Otwiera nam oczy na to, co się dzieje wokół nas. 
Prawie w każdym tomie narzekałam na politykę, której w ogóle nie mogłam zrozumieć. Tu nastąpiła zmiana. Nie chodzi o to, że Sapkowski nie rozwinął tego wątku. Zrobił to perfekcyjnie, jak zawsze. Wydaje mi się, że to po prostu ja zaczynam powoli się uczyć. Te wszystkie polityczne intrygi, działania, wojny nadal są dla mnie zagmatwane, ale wystarczy, że skupię się i wtedy jestem w stanie to zrozumieć. Może nadal nie umiem wyciągać z tego wniosków i przewidywać skutków, lecz wątek polityczny nie przeszkadza mi już. Zaobserwowałam również, że poprawił się mój język. Nie mówię o dużej skali, tylko o znaczeniu słów, które w tych czasach nie są już używane. Powoli stają się zapomniane. Uważam, że powinno się pamiętać przynajmniej o ich istnieniu. 
Chrzest ognia zrobił na mnie wielkie wrażenie i polecam go każdemu fanowi fantastyki. Jest to naprawdę genialna seria, którą warto przeczytać dla samego języka, którym jest napisana. Może nie spodoba się ona wszystkim, jednak każdy powinien przynajmniej spróbować ją przeczytać. 

Decyzje i tajemnice

źródło

Minęło już dużo czasu odkąd Lumikki była w Pradze. Przyrzekła sobie, że gdy tylko wróci do swojej miejscowości, spyta rodziców o swoją siostrę. Jednak wszystkie wydarzenia, które odegrały się w Pradze, cała sława, sprawiły, że Lumikki nie miała odwagi zapytać rodziców o prawdę, gdyż byli dla niej milsi niż zawsze. Strach przed stratą córki sprawił, że nareszcie okazali jej miłość. Lumikki nie chciała rozbić tej bańki szczęścia. Jednak czas sprawił, że wszystko wróciło do normy. Szansa na prawdę zginęła bezpowrotnie. Ale czy na pewno? Dziwne listy od prześladowcy, wspomnienia zakotwiczone w umyśle… Co naprawdę zdarzyło się, gdy dziewczyna była dzieckiem? Kto wie o niej więcej niż ona sama o sobie? 

Tytuł: Czarne jak heban
Autor: Salla Simukka
Wydawnictwo: YA!
Z serią o Lumikki Andersson spotkałam się całkowicie przypadkowo. Nie wiedziałam, o czym będzie ta seria ani nie połączyłam tytułów ze sobą (Czerwone jak krew, Białe jak śnieg i Czarne jak heban – mówi wam to coś?). Porwałam się na nieznaną wodę. Jednak starczyły dwie pierwsze strony, żebym wiedziała, że ta seria jest wyjątkowa. Moja intuicja czytelnicza nie zawiodła mnie. Czarne jak heban okazało się tak samo dobre, jak dwie poprzednie części.
Największym plusem jest to, że książka niesamowicie wciąga. Wciągnęłam się w fabułę, czytając pierwszy akapit, co według mnie jest niesamowitym osiągnięciem. Nie mogłam się od niej oderwać. Gdyby nie obowiązki, które bezlitośnie wzywały, przeczytałabym ją jednym tchem. Miałam wrażenie, że każde słowo jest tajemnicą, którą trzeba rozwiązać w tej chwili. I nareszcie dowiedziałam się więcej o przeszłości Lumikki. Zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło. Nie chodzi o to, że było nieprzewidywalne. Wręcz odwrotnie – było realne. Podobna historia mogłaby się zdarzyć każdemu z nas. W kryminałach najczęściej zakończenie jest rzadko spotykane, nierealne lub bardzo pogmatwane. Tutaj było oczywiste i prawdziwe.
Bardzo mi się też podoba język, jakim pisze Simukka. Jest on prosty, ale nietrywialny. Pozwala gładko przejść przez powieść, nie pozbawiając nas przy tym przyjemności z czytania wartościowego dzieła. Autorka wiedziała, kiedy używać opisów, a kiedy krótkich, urywanych zdań, które wprowadzały dreszczyk emocji.
Nie mogę też zapomnieć o głównej bohaterce – Lumikki. Jej psychika jest bardzo złożona, co sprawiło, że mogłam dokładniej ją poznać oraz zrozumieć. Lumikki jest wyjątkowa, lecz nie w sposób wyidealizowany. Ma ona swoje plusy i minusy. Są sytuacje, w których sprawdza się idealnie, a są i takie, w których nie umie się odnaleźć. Przeszłości oraz ukrywana prawda bardzo na nią wpłynęły i od pierwszej części można było obserwować, jak zwykłe sytuacje zmieniają człowieka.
Powieść, tak jak poprzednie tomy, jest utrzymana w charakterze baśniowym. Nie jest to tak silny motyw jak w Czerwone jak krew, jednak nadal występuje i ubarwia całą opowieść. Sam fakt, że imię Lumikki w tłumaczeniu znaczy Śnieżka, jest fascynujący i nadaje historii niepowtarzalnej atmosfery.
Mam za sobą całą trylogię o Lumikki Andersson i teraz tego żałuję. Poznałam tajemnice, poznałam bohaterkę, a teraz muszę się z nią pożegnać. Z chęcią przeczytałabym kolejny tom, gdyby tylko istniał. Na tę chwilę mogę tylko wam polecić tę serię. Książki są naprawdę krótkie. Jeśli macie wolny dzień, bez problemu przeczytacie je jednego dnia. A jeśli nawet nie, to bardzo szybko. Moim zdaniem za szybko…

Walka o miłość

źródło
W ciągu kilku dni świat Anieli runął. Straciła prawie wszystko, co kochała i to z jej winy. Teraz musi odpokutować swoje grzechy. Minął rok od feralnych zdarzeń. Dziewczyna studiuje, wkładając w to całą swoją energię oraz ciężko pracuje, by utrzymać matkę i młodszego brata. Jej życie wygląda dokładnie tak samo każdego dnia: praca, szkoła, praca… Jednak gdy spotyka aroganckiego mężczyznę z czarnymi żyłami, jej świat po raz kolejny przewraca się o sto osiemdziesiąt stopni. Ale czy to dobra zmiana? Kim jest ten gburowaty mężczyzna o granatowych oczach? Czy Aniela ma jeszcze szansę na szczęśliwe życie u boku rodziny?

Tytuł: Pryncypium
Autor: Melissa Darwood
Nigdy wcześniej nie słyszałam o tej książce. Gdy pierwszy raz zobaczyłam ją, nie przykuła mojej uwagi. Okładka kojarzyła mi się z kolejnym paranormal romance. Miałam rację, ale po dokładnym przyjrzeniu, stwierdziłam, że co mi szkodzi ją przeczytać. Nie każde książki z tego gatunku są takie same, a te oczy na okładce przyciągały mnie. Mimo wszystko okładka ma jakieś znaczenie… Czy pożałowałam swojej decyzji?  Nie, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że warto było przeczytać tę powieść.
Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to nietypowy wątek fantastyczny. Tego jeszcze nie było, a to jest wielki plus. Ludzie, którzy zajmują umieszczaniem się Nomen (tłum. imię jest wróżbą, stanowi znak)… Tak, to mi się spodobało i dzięki temu od razu książka zyskała moją sympatię. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z tym i jestem pod wrażeniem pomysłu autorki, który swoją drogą został bardzo dobrze poprowadzony.
Kreacja bohaterów też mi przypadła do gustu. Mimo że zdarzało się, że Aniela potrafiła mnie zirytować, polubiłam tę dziewczynę, tym bardziej, że była ludzka i tak samo jak realni ludzie przechodziła przemianę pod wpływem wydarzeń. No i bardzo spodobał mi się Zoltan. Jego historia wzruszyła mnie i mimo jego aroganckiego i często wyprowadzającego z równowagi zachowania, rozumiałam go i chciałam mu pomóc. Poza tym opisy jego urody też zrobiły na mnie wrażenie. Ale nie przerażajcie się! Nie są to długie opisy rozkochanej kobiety. Zwykłe zwrócenie uwagi na wygląd, który po prostu przypadł mi do gustu i według mnie idealnie pasował do historii. 
Oczywiście, jak się pewnie już domyśliliście, w powieści występuje wątek romantyczny. Nie mam na jego temat zdania… Jestem rozdwojona. Przyznaję, że był słodki, ale nie tak, jak spotyka się w typowo młodzieżowych książkach. To tak, jak na ulicy widzimy dwoje ludzi, którzy są dla siebie czuli i widać, że się kochają. To jest ten rodzaj słodyczy. Choć trudno mi w to uwierzyć, bo jednak nie możemy zapomnieć, jak czasami zachowywał się Zoltan. 
Jedyną rzeczą, na którą mogę ponarzekać, są przeskoki czasowe. Zaobserwowałam już, że wiele w szczególności młodych pisarzy ma z tym duży problem. Często traciłam orientację w czasie. Myślałam, że to ciąg dalszy, a dopiero po chwili zrozumiałam, że dzieje się to ileś miesięcy później.
Książka nie jest ambitną powieścią, przy której możemy snuć szerokie refleksje na temat życia. Jednakże jest przyjemna w odbiorze i wprost idealna na wieczór, by się odstresować po ciężkim dniu. Właśnie na takie dni polecam ją wszystkim nastolatkom.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia