Nie zapomnij o byciu sobą

Szkolny system jest krytykowany przez wiele osób, które mają na jego temat obszerną wiedzę, i przez takie, które powtarzają zdanie innych. Jednak w tych wszystkich negatywnych opiniach najczęściej powtarza się jeden motyw: brak indywidualności. Wszyscy uczniowie uczą się tych samych rzeczy z programu nauczania, mają w podobnych godzinach lekcje i piszą te same egzaminy końcowe. Gdzie w tym wszystkim kreatywność, możliwość rozwijania się w ulubionej dziedzinie? W placówkach szkolnych powtarza się jak mantrę te same regułki, pojęcia i opinie. Pozornie nie ma w tym nic złego. W końcu wykształcone społeczeństwo to lepsze społeczeństwo, ale często ta iskierka oryginalności zostaje zgaszona.

Tytuł: Stowarzyszenie umarłych poetów
Autor: Nancy H. Kleinbaum
Wydawnictwo: Rebis

W Akademii Weltona rozpoczyna się kolejny rok szkolny, który ma nieść za sobą wiele nauki i przede wszystkim możliwości dla młodych chłopców chcących w przyszłości studiować na takich uczelniach jak Harvard. Większość uczniów jest już znużonych i zniechęconych spędzaniem kilkunastu godzin przy nauce. Jednak w tym roku coś się zmienia… Lekcje angielskiego wyglądają inaczej niż poprzednie, a powodem tego jest zmiana nauczyciela. Pan Keating jest kreatywnym mężczyzną, który na każdym kroku przygotowuje dla chłopców niespodzianki zachęcające do nauki i poszukiwania własnych talentów. Grupka przyjaciół jest tym tak bardzo zafascynowana, że postanawia poszukać informacji o swoim nowym mentorze. Wtedy trafia na pewne stowarzyszenie, które w przyszłości zmieni całe ich życie. 

O Stowarzyszeniu umarłych poetów słyszałam tyle razy, że jest to nie do zliczenia. Wszyscy je zachwalali, mówili, że warto przeczytać, obejrzeć. Mimo to nie ciągnęło mnie do tej powieści, jednak sami wiecie, jak to jest. Jeśli wszyscy wokół dyskutują na temat jakiejś historii, a ty nie masz pojęcia jakiej i nie możesz w ogóle wziąć udziału w tej rozmowie, to chcesz ją poznać nawet z brakiem chęci. W ten sposób i ja poznałam tę opowieść i… zawiodłam się. W ogóle byłam w olbrzymim szoku, gdy na okładce książki przeczytałam, że jest ona napisana na podstawie filmu. To naprawdę rzadkość. Nie wiedziałam, czego mam się po niej spodziewać. Nieraz spotkałam się z podobnym motywem i w literaturze, i w kinematografii. 

Styl autorki jest bardzo przyjemny. Książkę czyta się z radością i przede wszystkim bardzo szybko. Jednak brakowało mi czegoś charakterystycznego w języku, dzięki czemu od razu po przeczytaniu fragmentu wiedziałabym, że to akurat ona go pisała. Z chęcią bym odkryła coś specyficznego w jej stylu, co na długo zapadłoby mi w pamięć. Tak nie było. Na szczęście w powieści pojawiały się liczne wiersze, które ubarwiały całą historię i nadawały jej pewnego rodzaju kunsztowności. Niektóre sprawiły, że chcę lepiej się zapoznać z danym poetą.  

Sama w sobie fabuła jest bardzo wciągająca. To książka, którą najlepiej przeczytać na jeden raz i łatwo to zrobić, gdyż pobudza wyobraźnię. A kto nie lubi czasami dać jej sobą zawładnąć… w dodatku przez większość czasu jest bardzo radosna i pozytywna. Choć ma jedną, wielka wadę, przez którą zapomina się o wszystkich zaletach. Jest to przewidywalność. Naprawdę łatwo domyślić się, jak te wszystkie wydarzenia potoczą się dalej i jaki będzie ostateczny skutek. Nie trzeba być geniuszem, żeby na to wpaść.  

Jestem pod wielkim wrażeniem kreacji bohaterów. Pojawia się ich wielu i każdy ma własną, niepowtarzalną osobowość. W dodatku autorka postarała się, żeby każdy z nich był dopracowany. Uwielbiam takie postacie, więc przez większość książki czerpałam olbrzymią radość z poznawania ich. Oczywiście na pierwszy plan wysunął się Todd, którego bardzo polubiłam. W pewien sposób utożsamiam się z nim i przede wszystkim go rozumiem. Sympatię większości czytelników na pewno zdobył Neil – pozytywny i pełen pasji chłopak. W dodatku pojawił się jeszcze nieobliczalny romantyk – Knox – wprowadzający wzruszające momenty. Niestety zawiodłam się chyba na najważniejszym bohaterze, czyli profesorze Keatingu. Wyobrażałam sobie, że będzie nie wiadomo kim, a jego metody przełamią wszystkie schematy, tymczasem nie zaskoczył mnie niczym i po prostu był jednym z wielu dobrych nauczycieli.

Pojawił się też jeden krótki wątek romantyczny, który był według mnie przeuroczy. Mało prawdopodobne, żeby takie coś mogło wydarzyć się w życiu, ale to nie zmienia faktu, że obserwowałam dziwaczną relację Knoxa i Chris. Te dwie osoby były tak nieporadnie do siebie dobrane, że wielokrotnie chciało mi się z tego śmiać, ale przez to pasowały do siebie idealnie. Kibicowałam im przez cały czas i miałam nadzieję, że ich losy połączą się na dłużej.

Tematyka Stowarzyszenia umarłych poetów jest bardzo istotna. Podoba mi się, że autorka krytykuje stereotypowe metody nauczania. Nie twierdzę, że są złe, ale świat postępuje do przodu, więc również szkoła powinna się rozwijać. Oczywiście mówimy tu o trochę innych czasach, ale problematyka jest uniwersalna. Tym bardziej że pokazuje, jak ważna jest w życiu indywidualność i to, żeby o nią dbać. Każdy ma inny charakter, talenty i postrzeganie świata. To jest właśnie piękne, więc powinno się zwracać uwagę na to, by młode osoby to dostrzegały i pielęgnowały. Jest to też pewnego rodzaju ostrzeżenie dla rodziców, którzy często zbyt pochopnie widzą swoje dzieci w wybranych wcześniej przez siebie rolach.

Cieszę się, że mam wreszcie własną opinię na temat tej książki. Niedługo pewnie porównam ją również z filmem. Choć jak sami widzicie, spodziewałam się po tej opowieści czegoś całkiem innego. Nie jest to powieść, którą każdy powinien przeczytać. Jeśli przeczyta, to bardzo dobrze, ale jeśli nie – to dużo nie straci. 

W walce o to, co zostało utracone

Małym dziewczynkom mówi się, że w przyszłości założą rodzinę, będą miały przystojnego męża i gromadkę dzieci. Jest to pewien stereotyp, który towarzyszy większości kobiet – i nie tylko – przez całe życie. Większość ludzi ma wiele marzeń, celów, jednak tym ostatecznym jest najczęściej założenie rodziny, która będzie szczęśliwa. Dobrze wiemy, że różnie z tym bywa, a marzenia nie zawsze się spełniają. Jednak co zrobić, gdy już wszystko zacznie się rozpadać? Czy tak naprawdę da się odzyskać utracone zaufanie?

Tytuł: Gwiazdy, które spłonęły
Autor: Melissa Falcon Field
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Claire jest przykładną matką i żoną. Długo czekała na dziecko i teraz chce się oddać macierzyństwu całym sercem, dlatego zgadza się zrezygnować ze swoich badań oraz kariery, która mogłaby przybrać zawrotne tempo. Razem z rodziną przeprowadza się do miejsca oddalonego o kilkaset kilometrów od ich pierwszego domu. Dla Claire jest to szok i trudna do pogodzenia się sytuacja. W szczególności, gdy jej mąż poświęca się swojej pracy i badaniom całym sercem. Czasami nawet bardziej niż dla własnej żony. Młoda matka czuje są samotna i nie może się odnaleźć w nowym miejscu. Do tego dochodzą jeszcze demony przeszłości, które potrafią nieźle namieszać w jej myślach. A gdy Claire widzi wiadomość od swojej dawnej miłości, w jej życiu już na zawsze wszystko się zmienia. Jak postąpi kobieta? Czy warto ryzykować bezpieczeństwo domowego gniazdka na rzecz romansu internetowego? Jak wielką siłę ma ogień?

O Gwiazdach, które spłonęły słyszałam same pozytywne opinie. Aż byłam zaskoczona, że taka na pozór schematyczna książka może zyskać tyle szacunku wśród recenzentów. Książki dla kobiet, jak wiele razy już wam to podkreślałam, nie są moją mocną stroną, ale coraz bardziej się do nich przekonuję i teraz jestem już całkowicie na nie otwarta. Dlatego zwabiona tym całym zachwytem, dałam się złapać i na tę pozycję. Czy było warto?

Zawsze mi się wydaje, że literatura obyczajowa ma wspólny motyw i tak naprawdę te wszystkie książki są o tym samym. W pierwszej chwili i w tym przypadku było tak samo. Lecz z czasem zdałam sobie sprawę, że pojawia się tu ogień, który rozpala wszystko – od prawdziwych rzeczy po całą fabułę. Właśnie ten ogień i częste nawiązania do komety Halleya ubarwiły opowieść i nadały jej oryginalnośc. Mimo często powtarzanych motywów, to było coś niesztampowego i pełnego emocji.

Styl autorki jest dość specyficzny, dzięki czemu książkę bardzo dobrze mi się czytało. Jest lekki i przyjemny, ale nie w ten irytujący mnie sposób. Cała składnia i język, jakiego używała pisarka, komponowały się idealnie, tworząc zgrabną całość, która przypadnie do gustu niejednej osobie. Czasami stawał się wręcz bajkowy, co było dla mnie szokiem, ale i bardzo mi się podobało. Pewnego rodzaju odskocznia od teraźniejszości tylko przyśpieszyła akcję i pozwoliła się wciągnąć w opowieść całą duszą.

Ogólnie cała fabuła jest bardzo powolna i spokojna. Akcja rozkręca się w żółwim tempie, ale nie jest to wadą, gdyż dzięki temu możemy dokładnie poznać bohaterów oraz zrozumieć, co ich pobudza do danego zachowania. Przy takich opowieściach najczęściej na początku się nudzę i tak było w tym przypadku, ale z czasem rozumiem, że właśnie na tym polega ich geniusz i bez tego traciłyby swój sens. Dlatego warto przebrnąć te kilkadziesiąt początkowych stron, by móc docenić całość. Tym bardziej, że pojawia się niezwykła liczba retrospekcji, co czasami potrafiło wybić mnie z czytania, ale również dać panoramiczne spojrzenie na całe życie Claire. A zapewniam wam, że przeszłość ma wpływ na każdego człowieka, co doskonale widać w Gwiazdach, które spłonęły. Historia skłania do głębokiej refleksji nad różnymi aspektami naszego życia. Jest wielowymiarowa i dzięki temu nie możemy pominąć żadnej roli, którą odgrywała Claire i którą my w tej chwili gramy.

Jednak samej bohaterki jakoś bardzo nie polubiłam. Nie mogłam zaakceptować jej decyzji, choć wiedziałam, skąd one wynikają. W wielu przypadkach ulegała zbyt szybko emocjom i pozwoliła, żeby pojedyncze niepowodzenia dyktowały jej życiem. Oczywiście przeżyła bardzo dużo i w tym było wiele traumatycznych wydarzeń, lecz według mnie nie zawsze ją to usprawiedliwiało. Za to moją sympatię zyskał jej mąż – Miles. Nie będę udawać, że zawsze był idealnym partnerem. Często zawodził i wtedy czułam olbrzymie rozgoryczenie, lecz było widać, że się stara i wystarczy tylko iskra, by zmienił swoje postępowanie. Za to go szanowałam i zdawałam sobie sprawę, że niektóre sytuacje trudno zaakceptować – nawet jeśli bardzo się chce. Za to Dean – pierwsza miłość Claire – był dla mnie zagadką, która jedyne co robiła, to tylko frustrowała mnie na każdym kroku. W ogóle nie mogę pojąć, jak można się tak zachowywać. Za każdym razem w mojej głowie pojawiało się pytanie: dlaczego?

Problematyka książki jest niezwykle istotna, a wydaje mi się, że przemilczana. Często uważana za zbędną do poruszania, bo wszyscy wiedzą, że niektóre małżeństwa mają kryzys, czasami się rozpadają i to w pewnym stopniu jest naturalne. Gwiazdy, które spłonęły ukazują wszystkie możliwe konsekwencje utraty czy zwątpienia w miłość małżonka. Byłam zaskoczona, że tak dokładnie można przeanalizować każdy aspekt takich sytuacji i cieszę się, że ktoś zwrócił na to uwagę. Poza tym pokazuje również, że nie zawsze jest tak, jak nam się wydaje. Czasami nasze własne myśli i rozważania mogą nas oszukiwać przez wiele lat. Co się stanie, gdy bańka mydlana pryśnie?

Na końcu książki znajduje się też rozmowa z autorką, co według mnie jest fantastycznym pomysłem. Można się dowiedzieć wielu rzeczy oraz porównać swoje wyobrażenia z wyobrażeniami pisarki. Jest to naprawdę ciekawe doświadczenie i podoba mi się, że ktoś pomyślał o tym.

Gwiazdy, które spłonęły okazały się dla mnie miłym zaskoczeniem. Naprawdę nie chciałam na początku wierzyć, że będą aż tak dobre. Tymczasem nie zawiodły mnie na żadnym polu. Będę z niecierpliwością czekać na kolejne powieści autorki. A wam serdecznie polecam tę na mroźny wieczór.

Powroty i nadzieje

Czasami nasze życie płynie bardzo szybko. Nie zwracamy nawet na to uwagi, ale wchodzimy w rutynę, która nie pozwala nam zauważać małych rzeczy. Kładziemy się późno, by następnego dnia wstać rano i biec do pracy czy szkoły, wykonywać swoje obowiązki, rozwijać hobby, czasami znaleźć czas dla rodziny i przyjaciół. I tak dzień za dniem mija… Nie ma w tym nic złego. Sama twierdzę, że właśnie ta rutyna potrafi być czasami piękna. Ale każdy z nas potrzebuje na chwilę się zatrzymać i spojrzeć na otaczający nas świat. Pewnie zdziwimy się, jak wiele nam umykało, jak wiele tracimy z naszego życia. Chcemy żyć pełnią życia, a najczęściej robiąc to, tracimy jego większość. 
 
Tytuł: Życie poezją myśli i słowa
Autor: Anna Emilia Matracka
Wydawnictwo: Psychoskok 
 
Uwielbiam wiersze. Są one niesamowite i pozwalają zwrócić uwagę na różnego typu problemy czy właśnie codzienne sceny, które już dawno przestały nas obchodzić. Zamiłowanie do wierszy zawdzięczam mojej mamie, która codziennie z zapałem mi je czytała. Ale zawdzięczam je również szkole, co pewnie niektórych z was zdziwi. Ja zawsze lubiłam siedzenie w klasie od polskiego i zastanawianie się, co autor miał na myśli. To jest przepiękne i daje nieograniczoną liczbę możliwości. Obecnie, gdy już nie chodzę do szkoły, coraz rzadziej czytam wiersze i nie jestem z tego zadowolona. To właśnie dlatego zdecydowałam się na przeczytanie tomiku poezji Anny Emilii Małeckiej – Życie poezją myśli i słowa
 
Zacznę od tego, że okładka jest bardzo ładna. Może niekoniecznie to dobrze o mnie świadczy, ale to właśnie ona zadecydowała o tym, że przeczytałam tę książkę. Gdy na nią patrzę, przypominam sobie moje okolice, które wielokrotnie podziwiałam w promieniach słońca. Patrzyłam wtedy na tysiące otaczających mnie kwiatów, słuchałam świergotu ptaków oraz opowiadań wiatru mającego tak dużo do powiedzenia. Właśnie takie wspomnienia wywołał we mnie ten tomik, co można uznać za sukces. 
 
Ma on dziesięć rozdziałów, gdzie każdy opowiada o czym innym, choć tematyka czasem jest bardzo podobna. Podoba mi się ten podział, bo dzięki temu mogłam wybierać sobie, o czym właśnie chcę czytać, na co mam ochotę. Nie musiałam iść po kolei i zastanawiać się, czemu czytam wiersz, który w ogóle nie pasuje do mojego nastroju. Tym bardziej, że pojawiały się rozdziały o łatwej i przyjemnej tematyce, ale i takie, gdzie trzeba było dać więcej od siebie. 
 
Choć przyznam, że irytowało mnie, iż niektóre wiersze były do bólu proste. Lubię wyrafinowaną tematykę oraz kunsztowne porównania, a tego tutaj mi w dużej mierze zabrakło. Uznaję to za wadę, jednak dla osób całkowicie nieobeznanych z poezją jest to idealne rozwiązanie, gdyż nie będą musiały się głowić nie wiadomo ile nad zbyt rozbudowaną metaforą. Nie jestem wybitnym znawcą, ale lubię wyzwania i niejednoznaczne wypowiedzi. Część wierszy mi to dała, ale zbyt mało, bym nie zwróciła na to uwagi. 
 
Wyróżnionym wierszem w całej kolekcji są Wspomnienia, które bez wątpienia są bardzo pięknym wierszem, dającym wiele do myślenia, ale też bardzo kojarzą mi się z jednym dziełem naszej wybitnej Polki – Wisławy Szymborskiej. Wywołuje to we mnie ambiwalentne odczucia, choć też ciekawość, na ile Anna Matracka wzorowała się na niej i czy w ogóle. 
 
Osobiście najbardziej spodobał mi się rozdział X, czyli Filozofia życia. Są to już o wiele poważniejsze wiersze, które skłaniają do wielu ciekawych refleksji i to właśnie one pozwalają się na chwilę zatrzymać i sprawić, że docenimy swoje życie, spojrzymy na nie z całkiem innej perspektywy. 
 
Życie poezją myśli i słowa okazały się ciekawym tomikiem poezji, który było warto przeczytać. Choć nie sądzę, bym na dłużej zapamiętała te wiersze. Tymczasem jeśli lubicie coś pozornie lekkiego, zachęcam was do zapoznania się z nim.

Co się kryje w twojej szafie?

Mówi się, że każda rodzina ma jakąś mroczną tajemnicę, która nigdy nie powinna ujrzeć światła dziennego. Dlatego jest to temat tabu, o którym nigdy się bez powodu nie rozmawia, a ludzi spoza kręgu nie wprowadza się nawet w fakt jego istnienia. Brzmi to naprawdę przerażająco i przypuszczam, że każdy z nas przeszukuje teraz swoje wspomnienia albo odpycha niechciane myśli. To, czy tak jest w rzeczywistości, zostawiam bez odpowiedzi. W końcu wszyscy potrafimy w zależności od własnych rodzin odpowiedzieć na to pytanie. Jednak mimo to na pewno ciekawość wygrywa i chcielibyśmy się dowiedzieć, jakie trupy w szafie mają inne rodziny. 
 
Tytuł: Najmroczniejszy sekret
Autor: Alex Marwood
Wydawnictwo: Albatros
 
Coco i Ruby są trzyletnimi bliźniaczkami, które żyją w luksusie i dostają pełną opiekę swoich rodziców oraz niani. Tak mogłoby się pozornie wydawać. Jednak świat biznesmenów jest abstrakcyjną rzeczywistością, która rządzi się własnymi zasadami. Tworzy pozory szczęśliwych małżeństw, rodzin, a tak naprawdę funduje swoim bliskim koszmar. Tak jest też w przypadku rodziny Seana. Pełna tajemnic i udawanych uprzejmości. Lecz wszystko zostaje odwrócone do góry nogami, gdy Coco znika. Do gazet trafiają jej zdjęcia, cała rodzina i przyjaciele starają się wywołać jak największą falę poszukiwań. Co tak naprawdę stało się z Coco? Czy dziewczynka odnajdzie się? I co ukrywają najróżniejsi członkowie rodziny?
 
O Alex Marwood słyszał chyba każdy fan kryminałów i wiele innych osób. Gdy wychodziły jej pierwsze książki, świat kryminałów w pewnym sensie się zmienił. Nawet ja to zauważyłam, a nie jest to moją domeną. Autorka otrzymała nagrodę Allana Edgara Poe, a nie jest to byle co. Sama bardzo szanuję tego pisarza i co jakiś czas odkrywam jakieś nowe jego opowiadanie. Aż dziw, że tyle ich napisał. Jednak wracając do naszej pisarki, to nie miałam jeszcze okazji czytać żadnej jej książki. Najmroczniejszy sekret jest moją pierwszą i muszę przyznać, że jestem naprawdę usatysfakcjonowana tym, co dostałam. 
 
Muszę wam przypomnieć, że bardzo rzadko czytam kryminały. Lubię ten gatunek, więc to może się wydawać dziwne. Jednakże w tym przypadku nienawidzę wprost poświęcać swojego czasu na słabe zagadki kryminalne, które nie są ani ciekawe, ani oryginalne. A takich niestety jest dużo. I w dodatku te rozległe wprowadzenia… Są wyjątkowo irytujące, choć wiem też, że potrzebne, gdyż inaczej nie bylibyśmy w stanie zrozumieć zawiłości całej historii. Kryminał to dla mnie płynny temat, stąd wynika moja słaba znajomość tego gatunku. 
 
Jednak Najmroczniejszy sekret pozytywnie mnie zaskoczył, ponieważ okazał się całkowicie inny. Oczywiście na początku byłam znudzona, ale zauważyłam, że coraz częściej mam problemy z przebrnięciem przez początkowe fazy najróżniejszych książek. Mimo właśnie nudy książka okazała się bardzo ciekawa i oryginalna. Nie mieliśmy na wstępie morderstwa i załamanego detektywa, który wszystko w mig rozwiąże. To mnie przekonało, tym bardziej że autorka wykorzystała cały potencjał tej historii i jej przebieg był dla mnie wprost idealny. Rzadko się zdarza, że jestem tak dobrze nastawiona do pomysłu. 
 
W dodatku styl autorki jest przyjemny, co tylko ułatwia czytanie i pozwala się wciągnąć w świat tajemnic. Przy tym na szczęście nie jest zbyt prosty i infantylny. Razem tworzy to przejrzystą i bardzo łatwą w odbiorze treść. W tym przypadku jest to olbrzymi plus. Pisarka, wykorzystując dobrze dobrane słowa i zgrabną składnię, pozwala nam się przenieść do wykreowanej przez nią rzeczywistości i razem z nią zaglądać pod dobrze ukryte zasłony sekretów. 
 
Chyba będę pod niebiosa wychwalać warsztat Marwood, ponieważ jest naprawdę wyjątkowo dobry i już dawno nie miałam styczności z tak dobrze napisanym kryminałem. Mam wrażenie, że każdy najmniejszy szczegół jest dopracowany. A jeszcze pewna specyfika fabuły potęguje to uczucie. To wszystko wydaje się takie oczywiste i przewidywalne, a w rzeczywistości w ogóle takie nie jest i tu zostałam zaskoczona. Co prawda nie było efektu „wow, to jest inaczej niż myślałam”, ale powoli sobie uświadamiałam, że dałam się nabrać i zresztą nie tylko ja. W dodatku wydarzenia biegną dwutorową ścieżką. Mamy ukazaną przeszłość, kiedy zaginęła Coco i konsekwencje tego po wielu latach. Dzięki tej kompozycji dostajemy najróżniejsze możliwości. Tylko jedna jest prawdziwa, ale ludzie czasami się mylą i nie chcą usłyszeć prawdy. 
 
Najbardziej ze wszystkich polubiłam chyba Milly. Na początku nie byłam do niej przekonana, bo wydawała mi się zbyt pewna siebie, zbyt pyskata i zarozumiała. Miałam wrażenie, że nic nie robi w życiu. Tak w pewnym sensie właśnie jest – nie robi nic w życiu, ale robi coś ze swoimi życiem. To dyskretna różnica, ale jednak jest. Gdy dziewczyna musi zmierzyć się z rodzinną tragedią, jej tok myślenia się zmienia, a ona widzi więcej możliwości. Zresztą Milly nie jest jedyną ciekawą postacią w tej książce. Moją uwagę również przyciągnął Sean, czyli ojciec dziewczyny i zarazem bliźniaczek. Nie zyskał mojej sympatii i ci, którzy czytali książkę, pewnie dobrze wiedzą dlaczego. Jednak jest on wyjątkową postacią pod względem kreacji psychologicznej i właśnie to mnie tak zainteresowało. W Najmroczniejszym sekrecie jest jeszcze wiele ciekawych bohaterów, którzy są niepowtarzalni i wprost genialnie wykreowani. 
 
Cieszę się, że zapoznałam się z twórczością Alex Marwood, bo była to naprawdę ciekawa przygoda i zarazem fascynująca oraz przerażająca historia. Na pewno zapoznam się z innymi książkami autorki. Mam nadzieję, że zrobią one takie samo dobre wrażenie jak Najmroczniejszy sekret. Tymczasem zachęcam was do zapoznania się właśnie z nim. 

W sercu oceanu

Słychać wokół szum oceanu. W powietrzu unosi się zapach świeżości. A lekka bryza owiewa policzki. Na horyzoncie widać tylko nieskończone pokłady zielonkawej wody, a na niebie latają morskie ptaki. Lecz chwila… Coś pojawia się na horyzoncie. To malutka czarna kropeczka, ale powoli się zbliża. Przez lunetę już widać – to piracki statek. Załoga wpada w panikę, wszyscy biegają w tę i w tamtą stronę. Chcą zawrócić i uciekać, póki jeszcze jest czas, póki są szanse na przeżycie. Ale ty tylko patrzysz i z uśmiechem na ustach czekasz. Wiesz, że za chwilę przeżyjesz przygodę swojego życia. 

Tytuł: Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara
Reżyser: Joachim Rønning, Espen Sandberg

Salazar nienawidził piratów. Odkąd zaczął pływać po morzach i ocenach, niszczył ich statki i ich zabijał. Był postrachem wszystkich buntowników. Każdy statek piracki omijał go z daleka. Jednak pewnego dnia Salazar popełnił błąd: pozwolił się oszukać pewnemu młodzieńcowi – Jackowi Sparrowowi. Młody pirat uwięził swojego wroga w trójkącie bermudzkim. Lecz po latach żądny zemsty korsarz uwalnia się z więzienia i oceany znowu zaczynają drżeć z przerażenia.

Piraci z Karaibów są dla mnie bardzo sentymentalnym cyklem filmów. Od dziecka fascynowali mnie buntownicy na morzu. Wtedy nie widziałam w tym nic złego, w końcu kreacja korsarzy była tajemnicza i intrygująca. Uważałam ich za wyjątkowo dobrych ludzi, którzy walczą o wolność. Już jako trochę starsze dziecko zrozumiałam, że nie do końca tak jest. Jednak to nie przeszkadza mi w oglądaniu z zafascynowaniem ich historii. Gdy tylko usłyszałam, że pojawi się kolejna część Piratów z Karaibów, nie miałam wątpliwości, że odwiedzę kino i zapoznam się z kolejną przygodą nieokrzesanego Jacka Sparrowa. Czy spełniła moje oczekiwania?

Niestety, nie do końca. Zaczynam podejrzewać, że te filmy są kontynuowane wyłącznie dla pieniędzy. Kiedyś cała historia opierała się na ciekawym pomyśle i do teraz nie pojawiło się już nic nowego, co jest dużą wadą. To wszystko staje się sztampowe i podlega jednemu schematowi: jakaś klątwa rzucona lata temu, o której nagle się dowiadujemy, walka z nią i jakimś dawnym wrogiem, który nie wiadomo skąd się wziął. Z tego, co sobie przypominam, żadna część nie była od tego wolna. I na początku robiło to odpowiednie wrażenie, ale teraz już się nudzi. Tym bardziej że miałam bardzo duże wymagania co do Zemsty Salazara. Minęło sześć lat od czwartej części, więc to miał być wielki powrót. A wcale taki wielki nie był.

Fabuła miała wiele wątków, lecz w dużej mierze było to pozorne, gdyż ich nie rozbudowano. Tylko ten główny został dostatecznie opisany, a reszta, mimo że ciekawa, ginęła w tłumie, nad czym ubolewam. W mojej głowie pojawiało się wiele pytań i chciałam poznać na nie odpowiedzi, a nie było mi to dane. Na szczęście historia okazała się bardzo wciągająca. Siedziałam i patrzyłam jak urzeczona, co stanie się dalej, do czego prowadzą poczynania Jacka i Henry’ego. Dlatego wszystko minęło mi bardzo szybko. Mam wręcz wrażenie, że za szybko. Film trwa dwie godziny, więc nie jest krótki, choć krótszy w porównaniu ze swoimi poprzednikami. 

Nie przepadam za akcją w produkcjach, ale tutaj ją uwielbiam. Jest barwna i trzyma w napięciu. Nie można oderwać od niej wzroku, bo zawsze można coś przegapić, a przecież to byłoby straszne. Do tego dochodzi wiele niesamowitych efektów specjalnych, które pozwalają przenieść się do świata oceanów i tajemnic. 

Ze wszystkich bohaterów najbardziej do gustu przypadła mi Carina. Od początku wie, czego chce, i dąży do tego. Nawet jeśli zostanie rozczarowana, to nie załamuje się, tylko brnie dalej, by spełnić swoje pragnienia. Przyjmuje życie takie, jakie jest, ale przy tym próbuje zmienić je na lepsze. Jest nieco zarozumiała i zbyt pewna siebie, ale cechuje się też olbrzymią empatią, która pozwoliła mi ją polubić. Poza tym moją uwagę jak zawsze przykuł Barbossa. Nie wiem do końca, czemu tak bardzo lubię tego bohatera, ale bez niego Piraci z Karaibów byliby nudni. W tej części również był w formie. Żałuję trochę, że było tak mało samego Jacka i Willa Turnera. 

Jestem pod olbrzymim wrażeniem obsady filmu, gdyż była naprawdę dobra. Aktorzy odgrywający role Jacka, Barbossy i Salazara poradzili sobie z rolami perfekcyjnie. Johnny Depp ukazał się z całym swoim kunsztem aktorskim. Podziwiam go, gdyż potrafi zagrać specyficzne i przede wszystkim trudne role, radząc sobie z nimi doskonale. W Zemście Baltazara chciałam ujrzeć również Orlanda Blooma, lecz jego rola tym razem nie była zbyt duża. 

Zawiodłam się na tej części, ale i tak jestem w siódmym niebie, że ją obejrzałam. I mimo wad była ona lepsza od swojej poprzedniczki. Jeśli oglądaliście poprzednie części, nie ma się co zastanawiać – trzeba obejrzeć i tę. Tym bardziej że scena końcowa pokazuje rozpoczęcie nowej historii, więc możemy czekać na kolejne przygody naszych piratów. 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia