Herkules Poirot się boi

Nie da się uniknąć dyskusji o Poirocie. Nie po tworzonym przez dwadzieścia cztery lata serialu z Davidem Suchetem w roli głównej, którego kreacja stała się właściwie kultowa. Na tyle kultowa, że wszystkie inne (Albert Finney, Peter Ustinov, Ian Holm) schowały się w jej cieniu i nigdy z niego nie wyszły. Tworzenie nowego Poirota jest współcześnie nie lada wyzwaniem. Wyzwaniem, na które może sobie pozwolić Kenneth Branagh, jako jeden z czołowych twórców kina brytyjskiego. Bo nawet jeśli to autor niedoskonały, mający liczną rzeszę zarówno wyznawców (to ja), jak i przeciwników (to nie ja), to jemu wolno. Po prostu. Nie można jednak ukrywać, że nadchodząca premiera Morderstwa w Orient Expressie budziła niemałe kontrowersje. Najsłynniejszy bodaj kryminał Agathy Christie był wielokrotnie adaptowany, co niektórym krytykom kazało zadać pytanie: czy w temacie Poirota można coś jeszcze dodać? Coś zmienić, namieszać, stworzyć na nowo bez powielania schematów? I co najważniejsze: czy można być Poirotem, nie będąc Suchetem?

Wszyscy jesteśmy więźniami – „Powiernik królowej”

Gdy nastaje poranek, szereg garderobianych ustawia się przy wejściu do prywatnej komnaty królowej Wiktorii. Pierwsza wchodzi, by odsłonić okna i obudzić monarchinię. Reszta podąża tuż za nią, wnosząc kolejne elementy garderoby. Ubierają Wiktorię na czarno, bo tylko ten kolor nosi, odkąd dwadzieścia sześć lat wcześniej zmarł jej ukochany mąż. Gdy opuszcza sypialnię, by udać się na śniadanie i wysłuchać dzisiejszej listy obowiązków, jej twarz pozostaje obojętna. To tylko kolejny dzień z życia królowej. Do bólu przewidywalny, męczący, identyczny jak wszystkie poprzednie.

O złym wpływie fanfiction, czyli cykl „After”

Już od dawna planowałam napisać coś związanego z fanfiction, jako że największe uniwersa, na temat których tworzone są fanowskie opowiadania, pochodzą znikądinąd, jak z Wielkiej Brytanii. Nie wiedziałam, że przyjdzie mi zaczynać od cyklu After Anny Todd, ale tym razem to nie ja wybrałam temat, a temat wybrał mnie. Stety lub niestety.

Wszyscy mamy swoją Salome

Wnuczka Heroda Wielkiego, księżniczka Judei, przyszła królowa Armenii. Salome. Czy przychodzi i wzbudza uznanie? Czy każe nam podziwiać swą wielkość? Czy jawi się widzowi jako wystrojona w złote szaty sprawczyni zmysłowego tańca, który uwiódł jej stryja? Widzimy kobietę oszalałą, brudną, odzianą w starą szmatę i jednolitą bieliznę. Ma rozczochrane włosy, podkrążone oczy i brud pod paznokciami. Nie ma w niej majestatu godnego księżniczki. Czy to prawdziwa Salome? Odpowiedź brzmi: tak. Być może nawet prawdziwsza od tej, którą pragnęliśmy ujrzeć.

O słuchaniu świata i czerwonej fasoli

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co mówi wiatr, gdy wieje lekko między drzewami? Albo co chce powiedzieć, gdy targa zasłonami w twoim domu? Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że szumiąca w polu pszenica ma jakąś historię, a niebo gromadzi największe tajemnice? Morza, rzeki, rośliny, góry. One mówią. I czerwona fasola też mówi. Wystarczy posłuchać.

Sentaro nigdy się nie uśmiecha. Każdego dnia przychodzi do pracy, robi placki dorayaki i smaruje je gotową pastą z czerwonej fasoli. Jego stałymi klientkami są nastolatki z pobliskiej szkoły, lecz choć próbują z nim rozmawiać, on nie zwraca na nie uwagi. Tylko ubogiej dziewczynie imieniem Wakana zostawia resztki, by miała co jeść. Czasem do placka wpadnie pojedynczy kwiat wiśni – jest wiosna, drzewa właśnie kwitną, przyciągając do siebie całe rodziny spragnione pikniku. Do jednej z wiśni macha wesoło staruszka ze zdeformowanymi rękami, a potem przychodzi do Sentara i prosi o pracę. Ma już siedemdziesiąt sześć lat, jest schorowana i nie udźwignie garnka. Lecz wkrótce okazuje się, że robi najlepszą pastę anko na świecie. I gdy wraca po raz kolejny, na ustach Sentara po raz pierwszy pojawia się uśmiech.

Kwiat wiśni i czerwona fasola to jeden z blisko dwudziestu filmów japońskiej reżyserki Naomi Kawase, lecz pierwszy, który odbił się takim echem. Pełen niewymuszonego uroku i żywych barw wywołuje uśmiech już w pierwszych minutach swego trwania, nie będąc jednocześnie lekką pogawędką o kulinarnym biznesie. W gruncie rzeczy An (bo tak brzmi japoński tytuł produkcji) to dojrzały obraz oscylujący wokół szczęścia, poczucia wartości i pogoni za uśmiechem. To prawie dwugodzinna ballada o czuciu natury i wartości słuchania. To wreszcie opowieść o małych rzeczach, które mają wielkie znaczenie, i odpowiedź na pytanie o sens i celowość istnienia.

Marzeniem dziwacznej staruszki imieniem Tokue jest praca w barze. Pojawia się znikąd i zostaje – nie tylko na ekranie, lecz także w świadomości widza. Przychodzi wraz z wiosną – dynamiczna, pełna ciepła i uroku, chcąc podzielić się swoim doświadczeniem. Każdego dnia stoi przy wejściu do baru Sentara już przed świtem, podziwiając otaczającą ją naturę i uśmiechając się na widok „szefa”. Potem zaczyna swoją wielogodzinną rozmowę z czerwoną fasolą, którą traktuje z delikatnością równą dotykowi motyla. Jak sama mówi – traktuje ziarna jak gości, którzy przybyli w odwiedziny z dalekich pól. Większość jej stwierdzeń jest po prostu zabawna, lecz nie jest to istota filmu. Komediowy wyraz postaci Tokue stanowi jedynie przykrywkę dla jej wyjątkowego podejścia do życia. Choć staruszka całe życie była sama, nie można jej nazwać samotną, zdołała bowiem posiąść umiejętność trudną do opanowania – zdolność słuchania. Dzięki temu radość sprawiają jej drzewa, wiatr, słońce, rośliny i oczywiście: fasola. Bo cicho podpowiadają jej, co powinna robić. To kwitnąca na wiosnę wiśnia szepnęła jej, aby podeszła do tego zrujnowanego człowieka, który nigdy się nie uśmiecha. I zaowocowało to piękną przyjaźnią, pełną niczego innego, jak właśnie uśmiechu. 

an2

Kwiat wiśni i czerwona fasola nie jest rozrywkowym filmem na spragniony wrażeń wieczór. Widz nie uświadczy w nim gwałtownych zwrotów akcji ani pasjonującej fabuły. To kilka miesięcy z życia szarego Japończyka, które zmieniają jego podejście do codzienności. To pokaz obrazów natury – zmiennej i upstrzonej wszystkimi istniejącymi barwami. To film pełen żywych kolorów, których zadaniem jest ukazanie piękna w rzeczach tak małych jak pojedynczy kwiat. Bo Tokue właśnie to cieszy: małe rzeczy. Swoją obecnością bohaterka zdaje się uczyć widza dostrzegania radości w codzienności. Pokazuje, jak ważne jest słuchać i patrzeć. Przekonuje, że każde istnienie ma swój sens, niezależnie od przeszkód, które stają na jego drodze. W przypadku bohaterów filmu owa teza znajduje potwierdzenie. Do momentu spotkania Tokue zarówno Sentaro, jak i Wakana żyją bezcelowo, skupieni na swoich prywatnych tragediach. Pozwalają, aby własne dramaty uczyniły ich ślepymi na otaczające ich piękno. Dopiero pozornie zwariowana staruszka uczy ich doceniania drobiazgów. Pokazuje im dobro, którego nie mieli okazji doświadczyć. Z dna beznadziejności wyciąga ich na pełne słońce. I nie żąda nic w zamian, bo największą radość sprawia jej możliwość robienia pasty w małym barze Sentara.

Mimo swojej ekspresji postać Tokue nie przyćmiewa innych bohaterów, którzy przez reżyserkę nie zostali potraktowani z mniejszym zainteresowaniem. Zostali bowiem rozbudowani do tego stopnia, abyśmy mogli przyswoić ich emocje i zrozumieć postępowanie. Warto jednak wiedzieć, że w filmie wszystko odbywa się na gruncie symbolicznym i przedstawione jest bardzo delikatnie. Same życiorysy zdają się nie grać bardzo istotnej roli w tej uniwersalnej opowieści o pięknie. Stanowią za to emocjonalny napęd, pewne uzasadnienie, którego widzowie często potrzebują. Reżyserka konsekwentnie poprowadziła film zarówno na płaszczyźnie wizualnej, jak i dźwiękowej i fabularnej, tak aby w każdej swej sekundzie był ciepły i niósł pozytywne emocje. Wykorzystała żywe, pastelowe kolory, spokojne nuty pianina oraz wielowarstwowy obraz japońskich pór roku. Uczyniła bohaterów cieszących się małymi rzeczami, a dialogi prostymi i zabawnymi. Za pomocą tych zabiegów pokazała obraz świata jako wyjątkowego miejsca, w którym wszystko ma swoją historię, którą chce się podzielić.

an4

Co mówi wiatr, gdy wieje lekko między drzewami? Co chce powiedzieć, gdy targa zasłonami? Jaką historię ma szumiąca w polu pszenica? Jakie tajemnice gromadzi niebo? Tokue mówi: posłuchaj, wszyscy zostaliśmy stworzeni, aby słuchać. A gdy się otworzysz, tajemnicza siła może postawić cię przed nieszczęśliwym człowiekiem tylko po to, aby dzięki tobie uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu lat.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia