Powrót do przeszłości

Weszliśmy do Krainy Czarów bocznym wejściem. Już stojąc w drzwiach, możemy ujrzeć czarną, lekko oświetloną norę, której końca nie widać. Czujemy się pewnie, bo wszyscy znamy wyjście. Racjonalizm podpowiada nam, że możemy opuścić to miejsce w każdej chwili. Możemy powrócić do przyziemnego świata, z którego przybyliśmy tylko na chwilę, jakby w odwiedziny. Urzekająca i niepokojąca sceneria trzyma nas jednak w miejscu, a potem już jest za późno.
 
Czekamy na Nią. Przecież dla Niej tu przyszliśmy. Jak będzie wyglądać? Czy przeżyje kolejne przygody? Może zje ciasteczko i stanie się bardzo mała. Albo pobiegnie za królikiem, który nieustannie będzie odmierzał czas. To pełne napięcia czekanie. Coś słychać z góry. Jakiś huk i narzekanie. Ktoś idzie. I w końcu Ją widzimy. Ale nie ma dziewczęcej sukienki, długich blond włosów i dziewiczego uśmiechu. Przychodzi ze sklepowym wózkiem i widoczną siwizną. Garbi się i skrzeczy. To nie ta Alicja, którą poznaliśmy kiedyś. 
 
Alicja ma siedemdziesiąt sześć lat i ponownie trafia do Krainy Czarów. Z początku nie wie, gdzie jest. Widzi porozrzucane papiery i różnorodne przedmioty, których nikt od dawna nie dotykał. Otacza ją bałagan, lecz paradoksalnie jest to bałagan bardzo uporządkowany. Wystawia oczom Alicji wszystko to, co powinna zobaczyć. I gdy patrzy na rzeczy, które już kiedyś widziała, zaczyna sobie przypominać. Przez następną godzinę mamy do czynienia z Alicją, która jeszcze raz próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, lecz ciągle wpada w jej sidła, nie mogąc się z nią uporać. 
 
 

Krakowski Teatr Odwrócony to bardzo klimatyczne, choć niewielkie miejsce, kreowane przez ludzi z pasją. Przychodząc do przyjemnego zaułka, rozmawiając z dyrektorem – Szymonem Budzykiem – i wreszcie oglądając kolejne spektakle, trudno zaprzeczyć słowom, którymi twórcy Odwróconego określają swój teatr. Wizja. Tu wszystko jest konsekwentnie realizowaną wizją. Ich najnowsze dzieło – A7ICJ6 – również. Ten konkretny spektakl, będący pełną zmyślnej narracji wystawą lalek, jest dosyć wyjątkowy dla samego teatru. Lalki pojawiają się tu po raz pierwszy. Co więcej – zdają egzamin. I gdyby na stałe wpisały się w repertuar Odwróconego, nikt nie powinien narzekać. Zwłaszcza że zostały stworzone z zamiłowaniem do szczegółów, dokładnie i wiernie odzwierciedlając ich prototypy. Autorka lalek, a jednocześnie pomysłodawczyni spektaklu i aktorka – Helena Osak – stworzyła m.in. Kapelusznika, Marcowego Zająca i Kota z Cheshire. 

 
 

Większość z nas zna historię Alicji – jasnowłosej dziewczynki, która przez przypadek trafia do dziwnej krainy, gdzie zaprzyjaźnia się ze zwariowanymi bohaterami, a jednocześnie otrzymuję misję zwalczenia panującego w owej krainie zła. Historia okraszona jest niespotykanymi wydarzeniami, absurdalnymi dialogami oraz aluzjami dotyczącymi wyobraźni i snu. Pierwotnie opisana przez Lewisa Carolla, doczekała się wielu ekranizacji; ostatnia z nich dopiero co widniała na afiszach kinowych.

 
W spektaklu Teatru Odwróconego nie uraczymy jednak tej znanej nam historii, ale jej dotkliwe konsekwencje. W efekcie ujrzymy obraz smutny i melancholijny w całej swej wesołości. Alicję, która wspominając swoją przeszłość, przeżywa chwile gwałtownej radości, lecz zaraz znów podupada, przytłoczona mnogością obrazów i głosów. Próbuje ignorować irytujące wołania, lecz ulega im, wyciągając z szafy zakurzone postacie, o których chciała zapomnieć. Ustawia lalki i pozwala im mówić –poddaje się za każdym razem. A potem spełnia ich prośby, licząc na to, że może zmienić przeszłość, w której popełniła wiele błędów. Nie wie, że prawdziwy powrót nie jest możliwy. Nie wie, że to miejsce dawno zgasło, stając się więzieniem dla jej umysłu, które ogranicza ją od lat. To przez nie jest nieszczęśliwa i zgorzkniała. 
 
 

W tym wszystkim lalki stanowią element iście metafizyczny. Ich odbijający się echem od ścian głos hipnotyzuje. Wszystkie wprowadzają widza w wyjątkowy klimat. I nie ma już dla niego ratunku, nie ma wyjścia. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w Krainie Czarów ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo lalki nie mówią do Alicji. Mówią do nas. O początku i końcu, dobru, złu i ostateczności, o realności i wyobraźni, o smutku, niewoli i zapomnieniu. Są niczym wewnętrzne głosy – nieruchome, odległe, a jednak siedzące wśród nas. Tak naprawdę to one budują panującą na dnie nory atmosferę.

 

Na największy podziw zasługuje Helena Osak – w świetnym stroju i charakteryzacji, odpowiednio modelując głos i przekonująco odgrywając swą rolę, każe nam pytać samych siebie, w jakim wieku może być stojąca przed nami aktorka. Trudno uwierzyć, że ona jedna była pomysłodawcą, reżyserem, aktorem i twórcą lalek dla tego spektaklu. Wkład pracy, jaki włożyła w ową realizację, jest namacalnie widoczny przez cały czas trwania przedstawienia. Naturalność aktorki urzeka, a ona sama wciąga nas w wir refleksji i wspomnień. Ze zgrozą odkrywamy, że każdy z nas wraca podświadomie do wydarzeń z przeszłości, które uwarunkowały to, kim jesteśmy teraz. Zapominamy, że przeszłość nie jest wyrokiem dla przyszłości, że nie stawia na niej krzyżyka. Wracamy do niej, bo nie umiemy się z nią rozliczyć, bo wolimy się umartwiać niż iść do przodu. Rzecz prosta, przedstawiania wielokrotnie za pomocą wielu dziedzin sztuki, lecz tutaj ukazana w wyjątkowej, chwytającej za serce narracji. Wykorzystanie Alicji w Krainie Czarów jako nośnika tak powszechnych prawd jest bez wątpienia czymś nowym i wyjątkowym, a dzięki bardzo dobremu wykonaniu – także poruszającym. 

 
Wiemy, że Alicja musi opuścić Krainę Czarów. Choć nie wiemy, czy jej pobyt tutaj trwa godziny czy dni, wiemy, że po raz kolejny odnajdzie drogę powrotną. Alicja znajduje lalkę, którą kochała, będąc dzieckiem. Znajduje ją wśród tych wszystkich przedmiotów z przeszłości i zabiera ze sobą, wychodząc. Siedzimy w pustej krainie, myśląc, że nie wzięła stąd jedynie zabawki, ale część siebie, którą zostawiła w tym miejscu przed laty. Czy to oznacza, że już nigdy nie wróci? Że po naszym wyjściu, Kraina Czarów legnie w gruzach, bo Alicja zabrała tę cząstkę, która raz po raz ściągała ją na dno nory? A może zostawiła uchylone drzwi, by jeszcze kiedyś powrócić po cichu i bez świadków? Być może ta lalka to fragment miejsca, z którym Alicja nie potrafi się rozstać. W końcu wszyscy potrzebujemy Krainy Czarów.

Co by powiedziała Jane Austen?

Nie ulega wątpliwości, że Jane Austen to jedna z najbardziej znanych i popularnych pisarek angielskich. Jej dzieła zostały przetłumaczone na dziesiątki języków, a następnie ukazane w wielu formach: teatralnych, filmowych, a nawet w grach komputerowych. Jedna z ikon XIX-wiecznego pisarstwa stała się sławna już za życia. Wiodła żywot wyemancypowanej samotniczki, która nie stroniła od miłosnych przygód i miała ich na swym koncie naprawdę dużo. Ostatecznie jednak nie zdecydowała się na zamążpójście. W zamian za to dzielnie obserwowała obyczaje angielskiej szlachty i mieszczaństwa, stając się skarbnicą ciekawych historii, które następnie opisywała. Jej powieści to historie pełne błyskotliwych dialogów i wojen charakterów oraz dokładny obraz obyczajów, zachowań i tradycji tamtejszej ludności, które do dziś fascynują, propagowane przez tak doskonałe produkcje jak chociażby serial Downton Abbey. Nie ulega wątpliwości jedno – o życiorysie, powieściach oraz adaptacjach powieści Jane Austen można napisać dziesiątki osobnych tekstów. Mam nawet nadzieję, że to kiedyś uczynię, gdyż sama darzę Austen wyjątkowym sentymentem. 

Właśnie ten sentyment zachwiał mym sercem, gdy do kin wszedł długo oczekiwany (choć gasnący w blasku innych wyczekiwanych produkcji) film Przyjaźń czy kochanie? w reżyserii Whita Stillmana. Od ostatniej premiery osadzonej w realiach wykreowanych przez Austen minęło dużo czasu. Ostatni raz pokuszono się o realizację Dumy i uprzedzenia w 2005 roku, nie licząc licznych seriali i adaptacji BBC. Niespodziewanie rok 2016 zaskoczył nas aż dwoma filmami: pierwszym była utrzymana w klimacie horroru parodia Duma i uprzedzenie, i zombie (o tym też trzeba napisać, koniecznie), a zaledwie trzy dni później na ekrany kin wszedł film, o którym mowa, czyli właśnie Przyjaźń czy kochanie? – i wkrótce zarobił ponad 19 (słownie: dziewiętnaście) milionów dolarów, z których całe szesnaście złotych było moje. Uprzedzając pytania: w najmniejszym stopniu nie żałuję wydanych pieniędzy, które w innym razie wydałabym na jedzenie (nie będę mówić jakie, bo podchodziłoby to pod lokowanie produktu). Wręcz przeciwnie, ten film zapewnił mi półtorej godziny dobrej rozrywki, będąc jednocześnie filmem bardzo złym. Problem w tym, że nie do końca wiadomo, kogo za to winić, albo lepiej – kogo nie winić. Zacznijmy jednak od początku.

Przyjaźń czy kochanie? to adaptacja krótkiej noweli napisanej przez Jane Austen w 1794, lecz opublikowanej blisko sto lat później – Lady Susan. Tytułowa bohaterka jest przewrotną, dwulicową kokietką, lecz przy tym piękną, inteligentną i sprytną kobietą. Fabuła ukazuje czytelnikowi losy Susan, która po śmierci męża szybko postanawia znaleźć nowego partnera nie tylko dla siebie, ale także dla swojej córki. I bynajmniej nie stanowi dla niej przeszkody fakt, iż ten „partner” jest już żonaty. Historia godna kinowego ekranu. Prosta, zabawna i przyjemna w odbiorze, a przy tym odnosząca się do cech i przywar angielskiej arystokracji. Zresztą każda z powieści Austen opływa w rozbudowane obrazy psychologiczne bohaterów, ukazuje motywy, przyczyny i skutki ich działań oraz pokazuje czytelnikowi obyczajowość, w której przyszło postaciom żyć. Idealny materiał na piękny, kostiumowy film z zachwycającymi kadrami i widokami ˜– pomyślało wielu reżyserów, tworząc produkcje wysmakowane i klimatyczne, jak na przykład miniserial Duma i uprzedzenie z 1995 roku z najcudowniejszym panem Darcy w historii kina, Colinem Firthem. Obejrzawszy Przyjaźń czy kochanie?, trudno mi zgadnąć, na czym opierał się reżyser, bo jego adaptację trudno ochrzcić mianem wizji. Okazuje się, że można stworzyć film o Wielkiej Brytanii, nagrany w Wielkiej Brytanii, z aktorami z Wielkiej Brytanii, pozbawiony krzty brytyjskości, nie licząc kilku niuansów humorystycznych. Bo to trzeba przyznać: poczucie humoru jest bardzo dużą zaletą filmu. Każda scena obfituje w soczyste żarty lub zabawne dialogi, które czasami rozbawiają do łez. Jednak oprócz błyskotliwych żartów i akcentu Toma Bennetta produkcji brakuje klimatu. Po prostu. Tego małego punktu, którego wszyscy potrzebujemy. Czegoś, co przeniosłoby nas do XIX wieku, co zamieniłoby nas w pracowitych mieszczan lub pełną wystudiowanych zasad szlachtę. Oglądając film o wiktoriańskiej Anglii, chciałabym czuć, że jestem jej częścią. Że chodzę gdzieś pomiędzy bohaterami i obserwuję ich z niewielkiej odległości. Podczas seansu Przyjaźń czy kochanie? znajduję się w sali kinowej i mam tego pełną świadomość. Wykreowana przez twórców sceneria nie urzeka, a niektóre kostiumy ostatkiem sił bronią się przed nazwaniem ich tandetnymi. Naprawdę, nie wystarczy wynająć dworu na prowincji i powozu z końmi, aby widz poczuł swojski klimat angielskiej wsi. Nie wystarczy wpleść w scenariusz dziesiątek dowcipów, by pokazać brytyjskie poczucie humoru. Nie wystarczy też wziąć powieści Jane Austen, myśląc, że obroni się sama.

Wrócę do jednego ze zdań, które napisałam wcześniej. A mianowicie: nie wiadomo, kogo winić za jakość produkcji. Reżyser nie ma pomysłu – to pewne, a wszystko co mogłoby być dobre, natychmiastowo ukróca. Tworzy zlepek przypadkowo nagranych scen, z których każda mająca znaczenie dla fabuły zostaje nagle przerwana i zastąpiona inną. Będąc świadkami ważnych dialogów, nie uraczymy ich końca ani konsekwencji. Każda znacząca scena zostaje przerwana w połowie, wypowiedzi pozostają niedokończone, tak jakby zakończenie miał dopisać sobie widz. Tyle że ostatecznie nic się nie wyjaśnia, nic do niczego nie pasuje, a widz nie uzyskuje żadnych odpowiedzi. Ucinając spore kawałki fabuły, reżyser i scenarzysta dają nam plątaninę losowo dobranych kartek z powieści – bez wizji, bez celu, bez uzasadnienia. Ostatecznie nie wiemy, jak doszło do niektórych zdarzeń i sytuacji. Widzimy punkt wyjściowy i zakończenie, a pomiędzy tymi dwoma nie ma żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Trudno więc poddać elementy fabuły interpretacji. W takim wypadku nie można winić aktorów, którzy nie dostali możliwości wykreowania indywidualnych charakterów. Postacie pozbawione są portretu psychologicznego, są zwykłymi typami, bez osobowości. Mamy przystojnego romantyka, cwaną kokietkę w średnim wieku, jej dwulicową przyjaciółkę, miejscowego kretyna, zdradzającego męża i oszalałą z zazdrości żonę. Niektóre postacie zostały znacznie przerysowane, jak na przykład grana przez Jenn Murray – Lady Lucy Manwaring, wspomniana wyżej zazdrosna żona. Inne pozostają bezbarwne, a wśród nich wyróżnia się jedna – wyważona, zabawna i wywołująca uśmiech na twarzy. Jest to sir James Martin w wykonaniu Toma Bennetta. Dla niego warto przesiedzieć w kinie półtorej godziny. Aż szkoda, że Bennett nie jest szczególnie znanym aktorem, gdyż – jak widać – nawet z jednowymiarowej roli potrafi stworzyć coś dobrego. Niestety, jego pokrewieństwo ze słynną rodziną Bennettów z Dumy i uprzedzenia nie zostało potwierdzone. 

Whit Stillman wziął na tapet powieść, właściwie nowelę, która nigdy nie była ekranizowana. Odrzucił tym samym przewałkowaną Dumę i uprzedzenie czy Rozważną i romantyczną, wybierając dzieło, o którym niewiele osób słyszało. Podobne posunięcia są w cenie; sama uważam, że warto zaznajamiać szeroką publiczność z tworami, o których do tej pory nie słyszano, zamiast z tymi najbardziej popularnymi. Jednak przedsięwzięcie Stillmana byłoby godne pochwały dopiero wtedy, gdyby zostało zrealizowane z pomysłem. Bo to jest rzecz, której najbardziej filmowi brakuje. A gdy nie ma pomysłu, nic inne nie może być dobre. Z tego powodu Przyjaźń czy kochanie? nie zapisze się na kartach kinematografii jako znana adaptacja powieści Jane Austen. Nie stanie w jednym rzędzie z genialnymi produkcjami, takimi jak Duma i uprzedzenie z Colinem Firthem (1995) czy Rozważna i romantyczna według scenariusza Emmy Thompson. A biorąc pod uwagę dobór powieści – wielka szkoda. Zwłaszcza że Przyjaźń czy kochanie? dostał wszystko, czego mógł chcieć, aby być filmem dobrym. Przede wszystkim świetny materiał do scenariusza i bardzo dobrą obsadę. Szkoda, że te atuty nie zostały wykorzystane przez reżysera we właściwy sposób i uczyniły Lady Susan opowiastką XXI wieku, która w ogólnym rozrachunku nie ma wiele wspólnego z czasami, w których żyła słynna pisarka.

My, zamknięci tylko na chwilę

To sympatyczny wieczór. Mamy trochę wolnego czasu, więc jesteśmy zadowoleni. Wchodzimy do pomieszczenia – sale kinowe są na tyle duże, aby zapewnić komfort wielu osobom na raz. Drzwi nikt nie zamyka na klucz; można wyjść w każdej chwili. Mamy też telefony, z których możemy korzystać, a po drugiej stronie ściany życiem tętni świat, który znamy. Wyłączamy się tylko na chwilę. Co jeśli byłoby inaczej? Co gdyby ktoś odebrał nam komórki, zamknął drzwi i nie pozwolił wyjść? Co gdybyśmy zostali zmuszenia do spędzenia w tym – nagle ciasnym – pomieszczeniu siedmiu lat bez możliwości wyjrzenia przez okno?
 
Do takiej rzeczywistości przyzwyczaja nas Lenny Abrahamson, reżyser filmu Pokój. Kreowane przez niego obrazy sprawiają, że tracimy poczucie czasu i miejsca – zupełnie tak jak bohaterowie. Film opowiada o losach młodej kobiety i jej pięcioletniego syna Jacka. Są oni przetrzymywani w tytułowym pokoju przez mężczyznę imieniem Nick. Chłopiec nie wie o istnieniu świata wykraczającego poza ściany pomieszczenia, jednak zdesperowana matka decyduje się mu o tym powiedzieć, aby dać im szansę na wyzwolenie. My, jako widzowie, jesteśmy świadkami ich walki, która jest czymś znacznie więcej niż tylko walką o wolność. Jednak nie myślmy, że obserwując ten bój, będziemy czuć komfort i wygodę.
 
Twórcy nie pokazują nam świata Joy i jej syna; oni nas do niego przenoszą. Bliskimi, klaustrofobicznymi kadrami, ograniczoną przestrzenią i niewielkim polem widoku sprawiają, że zapominamy o dużej kinowej sali, bo już nas w niej nie ma. Jesteśmy w pokoju wraz z bohaterami. I razem z nimi chcemy uciec. Te zabiegi techniczne powodują, że film wciąga, a jednocześnie każe zapomnieć o jakiejkolwiek rzeczywistości poza tą na ekranie. Pozostaje nam tylko matka, syn i pokój. Pokój upersonifikowany, pokój-osoba, bo Jack wielokrotnie mówi o nim jak o żywej istocie, każdego dnia wita jego wyposażenie, nigdy nie zapomina szepnąć mu dzień dobry czy dobranoc; i nie ma w tym nic dziwnego. W końcu to pomieszczenie jest jedynym, co ma – miejscem, domem, światem, ale też przyjacielem. 
 
Twórcy w wyjątkowy sposób pokazują tragedię osób przetrzymywanych. Choć historia przeraża, pozbawiona jest wyniosłości i prób wybielania bohaterów. Scen przemocy jest mało, nie są też nad wyraz brutalne; może dlatego, że nie stanowią esencji fabuły, ale jedynie skromny dodatek. Matka to nie męczennica walcząca tylko dla syna, to przede wszystkim więziona od siedmiu lat kobieta, której dziecko pomogło te lata przetrwać. Jest człowiekiem z naturalnym instynktem samozachowawczym i pragnieniem wolności. Człowiekiem, którego desperacja pcha do użycia syna jako narzędzia w walce o przetrwanie. Tu nie ma miejsca na godne podziwu wyrzeczenia, bo widzimy człowieka takiego, jaki jest – mającego naturalne reakcje i egoistyczne zapędy, które tak lubimy piętnować, choć sami je mamy. Jest i on, syn – nie zawsze grzeczny, czasem nieposłuszny i roszczeniowy. Nie jest więc kreowany na chłopca z aureolą, aby wywołać większy żal u odbiorcy. To po prostu dziecko, które – jak każde inne – potrafi zdenerwować rodzica.
 
Twórcy nie próbują nami manipulować tworząc bohaterów czystych i pozbawionych grzechu, nie próbują wzruszać pustymi sloganami i patetycznymi dialogami, nie próbują też demonizować. Widzimy rzeczywistość na tyle realną, że w odbiorze jeszcze bardziej dotkliwą. Reżyser nie stara się nas oszukać, pokazując, że zwrócenie wolności jest kluczem do szczęścia. Nie karmi nas złudzeniami co do pięknej przyszłości bohaterów, tak jak wiele innych filmów oscylujących wokół tematu porwania. On pokazuje coś więcej: ogromną traumę i próbę jej zwalczenia, długą drogę ku rzeczywistej wolności, bo samo opuszczenie pokoju nie ma z nią nic wspólnego.
 
Pokój to nie film o uwięzionej matce i synu, którego zakończeniem ma być ucieczka. To film, dla którego wieloletnie przetrzymywanie i przemoc są tylko pretekstem dla ukazania większego problemu – funkcjonowania napiętnowanego człowieka, który musi odnaleźć zagubione przed laty „ja” i nauczyć się żyć na nowo. 
 
Nominowany do Oscara w czterech kategoriach Pokój zachwyca nie tylko doskonale skonstruowanym scenariuszem i reżyserią, ale także świetną grą aktorską. Brie Larson w roli Joy i dziewięcioletni Jacob Trembley jako Jack nadają całej historii realności poprzez wyjątkowe wykreowanie swoich postaci: raz spokojnych i uśmiechniętych, innym razem gwałtownych lub smutnych. Bardzo dobra jest także scenografia, jednak ani ona, ani kostiumy, ani nawet muzyka nie kradną uwagi widza i nie odwracają jej od samej fabuły. Tu każdy element zdaje się współpracować przy opowiadaniu historii. Historii, która zamyka widza w swoich sidłach, czyni z niego współwięźnia bohaterów i pozwala wyjść dopiero wraz z nimi. A gdy zapalają się lampy i otwierają drzwi, patrzymy na wydobywające się zza nich światło, widząc świat, który dwie godziny wcześniej wydawał się całkiem zwyczajny.
 
 
 

Jestem Jacobem Kowalskim, czyli Rowling ma się dobrze

Jestem Jacobem Kowalskim. Może kogoś zaskoczy to wyznanie, gdyż do tej pory znał mnie pod innym imieniem, ale chcę ci coś powiedzieć: jeśli sięgnąłeś do tego tekstu, to zapewne interesujesz się Harrym Potterem. A skoro tak, to muszę cię zmartwić – ty też jesteś Jacobem Kowalskim. 

J.K. Rowling się skończyła. Chce zarobić. Nie ma pomysłów, nie umie z klasą zakończyć czegoś, co zaczęła. Warto jednak wiedzieć, co zaczęła. Bo nie chodziło tylko o kolejną powieść, która miała utonąć w morzu innych bestsellerów. Chodziło o przełom w literaturze, zjawisko, które przyćmiło nastroje związane z rozwojem cyfryzacji, komputerów i internetu. Zjawisko na miarę Gwiezdnych wojen, które wywarło wpływ na miliony osób na całym świecie. Harry Potter zjednoczył sobie miliony fanów i co najmniej tyle samo przeciwników. W liczbie sprzedanych egzemplarzy przegania go tylko Biblia. Premiera ostatniego filmu o przygodach młodego czarodzieja odbyła się pięć lat temu, po czternastu latach od publikacji pierwszego tomu powieści. W międzyczasie J.K. Rowling zdołała założyć stronę dla fanów Pottera (www.pottermore.com), dzięki której mogli poznawać o wiele więcej ciekawostek z wykreowanego przez nią uniwersum. W celach charytatywnych napisała też kilka publikacji uzupełniających, jak Quidditch przez wieki, Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć czy Baśnie barda Beedle’a. Inni autorzy również nie próżnowali: powstały pierwsze kompendia wiedzy o świecie Pottera, a nawet książki poświęcone fenomenowi powieści. Co więcej –popularny w magicznym świecie quidditch stał się prawdziwą dyscypliną sportową. Czy można więc mówić o zwykłej serii, którą należy skończyć? Wydaje mi się, że nie. A to dlatego, że na przestrzeni lat Harry Potter przestał być tylko powieścią, a stał się w dużej mierze stylem życia. Dlatego nie można żądać od J.K. Rowling, aby zerwała z tym, co tworzyła tyle lat, a z czym najwidoczniej nie potrafi się rozstać. Lecz czy my, fani, potrafimy? Dla tych, którzy martwią się o kondycję autorki, mam miłą wiadomość: Rowling ma się dobrze. A nawet bardzo dobrze.
 

Wyobraź sobie, że naprawdę nazywasz się Jacob Kowalski. Pewnego poranka budzisz się po raz kolejny w Nowym Jorku, znów musząc wstać do znienawidzonej pracy. Dodatkowo jesteś zestresowany – dziś masz spotkanie w kolejnym banku, na którym okaże się, czy otrzymasz upragnioną pożyczkę. Twoją pasją są tradycyjne wypieki, a daniem popisowym pączki wedle przepisu babci. Szkoda, że dzień nie będzie taki, jak zaplanowałeś, bo niechcący wpadnie na ciebie brytyjski świr szukający czegoś po całym mieście. Ma też taką samą walizkę. Niechcący się nimi zamienicie i ten pozornie zwyczajny przypadek zaważy na całym twoim życiu. Wkrótce odkryjesz niesamowity świat magii, który całe życie był koło ciebie. Odkryjesz go w mieście, gdzie wesoło hasa dziwna grupa wciąż polująca na czarownice (ludzie, mamy XX wiek!). Lecz mimo racjonalizmu i wszechobecnej „normalności” – ty dasz się wciągnąć w tę podróż. Brzmi znajomo? Nie? Poczekaj.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć to nowy film twórców Harry’ego Pottera ze scenariuszem J.K. Rowling. I choć widoczny brak jej pióra w Harrym Potterze i przeklętym dziecku może martwić, tutaj jawnie widać, że za błyskotliwe dialogi, wyjątkowe poczucie humoru i dynamiczne sceny odpowiada nie kto inny, lecz tylko autorka siedmiotomowej sagi. Fabuła jest bogata w szczegóły, przemyślana i pełna tajemnic oraz zagwozdek, z których nie każda zostaje rozwiązana, pozostawiając niedosyt na kolejne części. Jak już w dosyć specyficzny sposób wspomniałam, jednym z ważniejszych bohaterów jest Jacob Kowalski – mieszkaniec Nowego Jorku, mugol, typowy przedstawiciel klasy średniej. Jest to bardzo ciekawy zabieg, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że nigdy wcześniej nie było nam dane poznać magii z perspektywy mugola. Nie mówię tu o owianych złą sławą Dursleyach, gdyż oni o świecie ponadnaturalnym wiedzą od początku. Po raz pierwszy mamy prawdziwego, ani trochę nieuświadomionego mugola, który nagle zostaje wprowadzony w zupełnie obcy dla siebie świat. Co więcej – pełni w nim swoją rolę i z każdą godziną angażuje się w niego coraz bardziej. 

Mamy też głównego bohatera – Newta Scamandra – brytyjskiego czarodzieja przed laty wyrzuconego z Hogwartu, którego największą pasją są magiczne stworzenia. Poszukuje ich na całym świecie, pragnie je chronić i przywracać im wolność. Tu trzeba powiedzieć, że w całej Ameryce posiadanie magicznych zwierząt jest zakazane ze względu na niebezpieczeństwo, które stworzenia ze sobą niosą. Ludzie niewiele o nich wiedzą i nic wiedzieć nie chcą. Co więcej – boją się ich. Newt pragnie zmieniać ten punkt widzenia, lecz tak naprawdę przez długi czas nie wiemy, po co właściwie przyjechał do Nowego Jorku. Po prostu jest – ze swoją tajemniczą walizką, w której bez przerwy coś stuka, szura czy drapie. Przyjeżdża niestety w złym momencie, gdyż Nowy Jork pogrążony jest w nie lada chaosie. Coś grasuje po mieście, niszcząc kolejne budynki i zagrażając bezpieczeństwu mugoli i czarodziejów. Prezydent świata czarów nie jest w stanie tego powstrzymać ani odpowiedzieć na pytanie, czym jest nieznana siła. Gdy rząd dowiaduje się o przyjeździe stukniętego na punkcie magicznych stworzeń Brytyjczyka, Newt staje się podejrzany. I tu zaczyna się szybka, dynamiczna i pełna nagłych zwrotów akcji fabuła. 

Tym, na co warto zwrócić uwagę, jest poczucie humoru autorki, tak znane wszystkim, którzy zdążyli zaprzyjaźnić się z serią książek o Harrym Potterze. Przyznam szczerze, że ten specyficzny rodzaj żartu, którego bardzo brakowało mi w wydanej niedawno sztuce, tu objawia się w pełnym wymiarze. Błyskotliwe dowcipy bohaterów czy dynamiczne dialogi potrafią rozbawić do łez. Nie można też zapomnieć o rewelacyjnym komizmie sytuacyjnym, humorze rodem z dawnych komedii brytyjskich czy barwnych postaciach, tak dziwnych w całej swej okazałości, że aż fascynujących. Bo nie można powiedzieć, że ci bohaterowie są normalni.

Po obejrzeniu Fantastycznych zwierząt jestem w stanie stwierdzić, że nikt nie pasuje do roli Newta Skamandra tak jak Eddie Redmayne. I o ile jest to aktor specyficzny, którego manierę można kochać lub nienawidzić (ja kocham, bardzo i jeszcze bardziej), to tutaj sprawdza się ona doskonale. Newt jest zabawnym, nieco autystycznym dziwakiem ze specyficzną mimiką i ruchami. Jest przy tym tajemniczy, niewiele mówi, a każde zwierzę wokół siebie traktuje niczym własne dziecko. Można odnieść wrażenie, że komfortowo czuje się w otoczeniu każdego stworzenia, które nie jest człowiekiem. Bo z ludźmi bywa różnie. Normalnym nie można też nazwać granego przez Dana Foglera Jacoba, który z dziwną łatwością wkracza w świat czarodziejów, będąc roztargnionym, a jednocześnie znudzonym dotychczasowym mężczyzną, którego wypowiedzi niemal zawsze bawią. I miny! Miny przede wszystkim! W tym momencie warto zwrócić uwagę na schowanego w cieniu Ezrę Millera jako Credence’a. Kreacja Millera była jedną z tych, które w całym filmie zachwyciły mnie najbardziej. Była zagadkowa i tajemnicza, chłopak zwracał na siebie uwagę, lecz nie zaskarbiał jej, wywołując u widza wrażenie, że jest tylko niepotrzebnym dodatkiem, który nie ma żadnego wpływu na fabułę. Jednocześnie była to jedna z mrocznych kreacji – bohater, którego widok wywoływał smutek i współczucie. Sama postać nie musiała nawet mówić, aby zaskarbić sobie sympatię widza. W przeciwieństwie do Gravesa (Colin Farell), który nie budzi ani krzty zaufania, pozostając przy tym bohaterem częściej irytującym niż aprobującym. 

No i są jeszcze kobiety. Piękne i równie dziwne jak mężczyźni, a przy tym skrajnie od siebie różne. Wśród nich bez wątpienia najbardziej zapada w pamięć urocza i nieszczególnie błyskotliwa Queenie, która wprowadza uśmiech wszędzie tam, gdzie tylko się pojawi. Jest kopułą energii i siedliskiem sympatii. Umówmy się: chcemy na nią patrzeć bardziej niż na jej siostrę, która choć ciekawa i intrygująca, sprawia o wiele mniej sympatyczne wrażenie. Niemniej jednak obie aktorki, zarówno Alison Sudol w roli Queenie, jak i Katherine Waterston ciekawie wykreowały swoje postacie, stawiając na wyraźny kontrast między nimi. Jest też majestatyczna prezydent świata czarodziejów – Seraphina – do złudzenia przypominająca piękną Halle Berry, lecz grana przez Brytyjkę Carmen Ejogo. Aktorce nie można odmówić, że stworzyła bohaterkę wzbudzającą respekt i uznanie, mimo że widzimy ją zaledwie kilka razy. Lecz tu pojawia się dobra wiadomość dla kobiet: czarodzieje najwidoczniej nie znali seksizmu, skoro na początku XX wieku krajem rządziła piękna i dumna Amerykanka. Zawsze to jakieś pocieszenie, nawet jeśli słabe, bo nigdy nie dostałyśmy listu z Ilvermony (amerykańskiej szkoły magii). 
 

Jeszcze à propos bohaterów: przywiązujemy się do nich i nie chcemy, żeby znikali z ekranu. Choć ich historie zostały wystarczająco dobrze rozpoczęte, żadna nie została wyjaśniona, co dla niektórych widzów może być drażliwe. Dla mnie stanowi to dobry wstęp do dalszych przygód Newta Skamandra, o którym wciąż wiemy bardzo niewiele. Podobnie jak o wszystkich innych. Twórcy na głos zadają pytania – dziesiątki pytań – i nie udzielają na nie odpowiedzi. Zmuszają widza do burzy myśli i domysłów, ostatecznie nie dając mu wytchnienia. Możemy więc kreować dowolne historie, chcąc odtworzyć przeszłość dopiero co poznanych postaci, lecz żadna teoria nie znajdzie swojego potwierdzenia. Tyczy się to także innych wydarzeń w filmie.

Chodzi o to, że Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć można by uznać za film o wszystkim i o niczym jednocześnie, lecz ja wolę go nazwać swego rodzaju prologiem. Dostajemy nowe, doskonałe uniwersum, które nim zostanie rozwinięte, musi zostać zrozumiane. Dlatego twórcy powstrzymują się od zrzucenia na widzów gwałtownej burzy – wolą ją najpierw rozpętać, rozpoczynając od niegroźnego deszczu. Zwróćmy uwagę, że nie znajdujemy się już w Wielkiej Brytanii. Tu nie ma Hogwartu, nie ma ulicy Pokątnej ani Hogsmeade. Czarodzieje zachowują się skrajnie odmiennie, mają inne poglądy, system polityczny i wartości. W dodatku jesteśmy blisko siedemdziesiąt lat wcześniej, kiedy to mentalność ludzi była zupełnie inna. Przypominam, że w Nowym Jorku nadal funkcjonuje grupa zwalczająca czarownice. Jesteśmy w czasach postrachu, który Grindelwald sieje w Europie, próbując wydać czarodziejów przed mugolami, co światowe rządy chcą jednomyślnie powstrzymać. Trudno wkroczyć z wielowątkową akcją, jeśli widzowi nie zostanie przedstawione szczegółowe uniwersum, a raczej jego uzupełnienie, które w tym wypadku jest świetnie przygotowane.

J.K. Rowling ciągle rozwija stworzony kilkanaście lat temu świat. I ciągle robi to dobrze. A pierwszą częścią przygód Newta Skamandra zarówno autorka, jak i twórcy wprowadzają nas do świata, w którym prawdziwa akcja dopiero się rozpocznie. Tu mamy jej przedsmak, szczerą zachętę, intrygujący początek. Coś, co bardzo chcemy rozwinąć i nad czym myślimy. Nowe wątki i aspekty świata czarów bombardują nas jedne za drugimi… A na końcu wszystko pozostaje otwarte. David Yates, który swoją drogą jest w coraz lepszej formie, zaprasza nas do nowego świata, obiecując wiele. I wiecie co? Ja w to wchodzę, nie odwracając się za siebie.

Porozmawiajmy o zwierzętach. W końcu można się spodziewać, że odgrywają tu dużą rolę. Jednocześnie były elementem, o który martwiłam się najbardziej. Jak się okazało – niesłusznie. Jeśli mogę wskazać element, który tworzy magię filmu, który wprowadza wyjątkową atmosferę czarów i nadnaturalności, to są to właśnie magiczne stworzenia. Jest ich wiele, a każde zupełnie inne od poprzedniego. Ta różnorodność, moc kolorów, rozmiarów i kształtów, ta piękna mnogość sprawia, że na tajemniczy świat zamknięty w walizce Scamandra patrzymy oczarowani. Trudno wskazać zwierzę, które nie intryguje widza; czy to zabawny niuchacz kradnący błyskotki, czy skłonny do czułości roślinopodobny stworek, czy żmijoptak będący połączeniem węża i ptaka o barwnym upierzeniu. Efekty specjalne spełniają swoją rolę bardzo dobrze. Podobnie zresztą jak kostiumy, pięknie oddające klimat nie tylko świata czarodziejów, ale także Nowego Jorku lat dwudziestych.

Jestem Jacobem Kowalskim. I ty też jesteś. Czas, żebyś zrozumiał dlaczego. Przypomnij sobie ten dzień, gdy po raz pierwszy wziąłeś do ręki Harry’ego Pottera i Kamień Filozoficzny. Byłeś dzieckiem, nastolatkiem lub może dorosłym. Nie za bardzo wiedziałeś, o co chodzi. Nie rozumiałeś, o czym mówią postacie. Używały słów, które dopiero musiałeś przyswoić. Rozprawiały o czymś, czego do tej pory nie znałeś, lecz szybko odkryłeś, że chcesz poznawać. Dałeś się wciągnąć w wir kolejnych wydarzeń, o nic po drodze nie pytając; nie zastanawiałeś się, jak to możliwe i czemu tak się dzieje. Po prostu chciałeś w tym tkwić, niekoniecznie otrzymując odpowiedzi. Nim zdążyłeś zauważyć, stałeś się częścią świata, o którym wcześniej nie miałeś pojęcia, i odegrałeś w nim bardzo ważną rolę. A gdy zdążyłeś zapomnieć o tym, co było, nim go poznałeś… Wszystko się skończyło. I nagle, po niesamowitej przygodzie musiałeś wrócić do codzienności. Tak jak Jacob Kowalski.

Eksplorując Stany Popświadomości

Żyjemy w czasach, w których seriale i filmy stanowią jedne z najważniejszych części życia kulturalnego. W ostatnich latach popularne stały się serie dystrybuowane przez platformy takie jak Netflix lub tworzone przez stacje pokroju HBO czy BBC. Wiele serialowych postaci zyskało więcej fanów niż bohaterowie filmów. W każdym miesiącu mamy do czynienia z nowymi premierami i gdy myślimy, że niemożliwy jest jeszcze jakiś pomysł na serial, twórcy znów nas zaskakują.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia