Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało…

Na początku było ich dziesięciu. Przyjechali do luksusowej posiadłości na odludnej wyspie, zaproszeni przez tajemniczego pana Owena. Nie znali się; łączyło ich to, że nie wiedzieli nic, włącznie z tym, kim jest pan Owen. Wkrótce po domu rozszedł się głos mężczyzny wymieniający kolejno nazwiska każdego z gości i oskarżający ich o konkretne zbrodnie. Już pierwszego wieczora zostało ich dziewięciu, a morderca rozpoczął specyficzne odliczanie…

Dziesięciu murzynków znane również jako Dziesięciu żołnierzyków, Dziesięciu małych Indian lub I nie było już nikogo… to bodaj najsłynniejszy kryminał Agathy Christie, zajmujący zaszczytne dziewiętnaste miejsce w rankingu powieści kryminalnych wszech czasów. Doczekał się nie tylko kilku ekranizacji, ale także gry komputerowej wydanej przez wytwórnię Dreamcatcher Interactive. Po jedenastu latach od publikacji gry przyszedł czas na dwuodcinkowy serial BBC z wyjątkowo dobrze dobraną obsadą. Na ekranie możemy ujrzeć nie tylko niepokojąco opanowanego Aidana Turnera, ale także dostojnego Charlesa Dance’a, gwałtownego Burna Gormana i złośliwą do granic możliwości Mirandę Richardson.

Zważając na fabułę, nic dziwnego, że I nie było już nikogo jest najbardziej zachwalanym kryminałem Agathy Christie. Zamknięcie dziesiątki bohaterów pod jednym dachem z dala od cywilizacji budzi fascynację, zwłaszcza gdy inne powieści autorki są odbiorcy znane. Otóż jedną z zasad rządzących kreowanymi przez nią fabułami jest umiejscowienie zabójcy pomiędzy postaciami już na samym początku. Zarówno czytelnik, jak i widz nie powinni mieć złudzeń: pan Owen nie jest nieznajomym nikomu szaleńcem. Pan Owen jest cały czas na ekranie, umiejętnie skryty między bohaterami i po cichu recytujący swój wierszyk, wedle którego po każdym wersie kolejna osoba umiera. Nic nie jest w stanie go powstrzymać, a w pobliżu nie ma Herkulesa Poirota ani Jane Marple. Czy zbrodnia Owena jest więc zbrodnią doskonałą?

Twórcy serialu umiejętnie dbają o wytworzenie w widzu poczucia odosobnienia. Nagrywają na ogromnych przestrzeniach, ukazując szerokie i rozległe kadry, w których człowiek jest ledwie małym punktem. Nic nieznaczącym punktem – warto dodać. Takie podejście reżysera już na początku sprawia, że odbiorca, chcąc nie chcąc, utożsamia się z bohaterami, z własnego mieszkania przenosząc się na bezludną wyspę. I mimo że napięcie budowane jest powoli, jak w większości produkcji BBC, samo to wyobcowanie wzbudza niepokój. Kadry są jednak ujmujące – ukazują bezkresne morze, wyspiarskie tereny nienaruszone ręką człowieka, gołe niebo i potężne skały, o które co rusz uderzają fale. Twórcy konsekwentnie ukazują świat w zimnych lub przygaszonych barwach, rezygnując z ekspresjonistycznej kolorystyki. Przez ten zabieg świat jawi się widzowi jako ponury i smutny.

Przebieg fabuły pozbawiony jest gwałtownych zwrotów akcji i dynamicznych zmian; nie jest to w stylu ani Agathy Christie, ani BBC. Jak już zostało wspomniane, napięcie budowane jest powoli. Widz musi najpierw poznać świat przedstawiony, bohaterów jako grupę, a także każdego z nich osobno. Musi zrozumieć ich charakter oraz poznać zdolności interpersonalne. W ten sposób, gdy dojdzie do pierwszego morderstwa, odbiorca zna osobowość i historię życia ofiary, zdąży umiejscowić swoje podejrzenia oraz sympatie. Znając bohaterów dobrze, z większym zaciekawieniem będzie próbował zgadywać i snuć teorie. Lecz i tak zmieni zdanie wiele razy, a na końcu zobaczy, że nie miał racji – bo nawet jeśli Agatha Christie pozwala na wytypowanie mordercy, nigdy nie pozwala dojść do odpowiedzi na pytanie: dlaczego?


Realizacja BBC nie stawia na samą intrygę, ale także na klimat całego przedsięwzięcia. Wykazuje zainteresowanie najmniejszymi detalami w krajobrazach, scenografii, kostiumach i charakteryzacji. W swym zamiłowaniu do perfekcjonizmu przywodzi na myśl nieśmiertelne realizacje Poirota z Davidem Suchetem w roli głównej czy Panny Marple z nieżyjącą już Geraldine McEwan. Bohaterowie są psychologicznie i wizualnie dopracowani, stanowią plejadę charakterów, a każdy jest inny od poprzedniego. Nie pomylę się, jeśli powiem, że każda postać (stworzona przez Christie, a tu przeniesiona na ekran) jest gotowym materiałem badawczym. Nikt  nie jest jednoznacznie czarny lub biały. Goście pana Owena są niejednoznaczni, walczący z własnymi demonami i skrywający okrutne tajemnice. Wszyscy mają też dla siebie usprawiedliwienie, które czyni ich niewinnymi. Ich niewinność kwestionuje morderca, chcąc ukarać swoich więźniów za błędy przeszłości, sam skrywając się między nimi. Jego intryga to punktowo zbudowana historia, która potoczy się sama, gdy ruszy pierwszą kostkę domina. Lecz czy z upragnionym skutkiem?

Wyjątkową przestrzenią jest wyspa. Stanowi ona nie tylko miejsce zbrodni, odosobnienia i izolacji, ale także konfrontacji z własną świadomością i przede wszystkim – przeszłością. Dodatkowo każde narzędzie w rękach mordercy zostało użyte tak, aby przypominać postaciom o zbrodniach, których dokonali. Będąc tutaj – sami – muszą stawić im czoła i przyznać się do winy, którą do tej pory skrzętnie ukrywali. Niejednoznaczność ich charakterów BBC przenosi na ekran w sposób bardzo umiejętny, wedle którego miesza ich obecny stan z powracającymi retrospekcjami. Z każdą chwilą jest ich coraz więcej, wspomnienia stają się wyraźniejsze, a winy – namacalne. Plusem jest indywidualność każdego bohatera, mającego własny, konsekwentnie prowadzony charakter. Minusem z kolei niesprawiedliwe potraktowanie postaci przez twórców. Ich uwaga jest wyraźnie rozproszona: niektórym bohaterom poświęcają jej więcej, innym mniej, co momentami niestety sugeruje kolejność morderstw.

W tym wszystkim doskonale odnajdują się aktorzy, najpewniej dobrani do swych ról nieprzypadkowo. Aidan Turner rolą Philipa Lombarda udowadnia swoją rozpiętość i możliwości. W ostatnich czasach znany głównie z roli wesołego krasnoluda Kiliego w Hobbicie aktor, tutaj pokazuje zupełnie inne oblicze – wyrachowanego, pozbawionego sumienia mężczyzny, który ze spokojem przyznaje się do własnych morderstw dokonanych na afrykańskich niewolnikach. Maeve Dermody buduje postać Very Claythorne na delikatności i kobiecości, pozwalając widzom ją szczerze polubić, dopóki zbrodnie z jej przeszłości nie wyjdą na jaw. Miranda Richardson z kolei przy swojej przyjaznej aparycji wykreowała postać nieznośną i niemożliwą do polubienia ze względu na jej złośliwość. Znany z roli hrabiego Rochestera w serialu Jane Eyre Toby Stephens doskonale radzi sobie z postacią wiecznie przestraszonego doktora. I jest jeszcze Charles Dance – jak zawsze majestatyczny i wzbudzający wśród innych respekt.

Trzygodzinne widowisko podzielone na dwa odcinki urzeka detalami i precyzją wykonania, a także niebywałą konsekwencją we wszystkim: w kolorystyce, w kadrach, krajobrazach i prowadzeniu wątków postaci. Twórcy zadbali o to, żeby świat przedstawiony bez trudu kojarzył się z czasami autorki, odtwarzając to w bogatym kostiumie i stylistyce wnętrz. Nie zapomniał przy tym o stopniowym wykreowaniu klimatu, wciągającym bohatera na cały czas trwania seansu.

W świecie win i zbrodni odnalezienie mordercy staje się prawie niemożliwe; bohaterowie mogą jedynie spekulować między sobą, znając swoje – często okrutne – historie. Lecz prawdą jest, że nie mają wiele czasu. Każdego wieczora ze stołu znika jedna figurka, a wraz z nią – człowiek. I tylko cichy wierszyk daje o sobie znać wypisany na oprawionym pergaminie: Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało, nagle jeden się zakrztusił i dziewięciu pozostało… 

Les Misérables z perspektywy laika

Pójście na Nędzników do Queen’s Theatre w dzień samego przyjazdu do Londynu było najgorszym pomysłem, na jaki mogłam wpaść. I nie chodzi o jakość przedstawienia, ale o prosty fakt, jakim jest zmęczenie. Blisko trzygodzinne przedstawienie żąda dużych pokładów uwagi, każe mieć otwarte oczy i umysł, a panująca w teatrze ciasnota i duchota wcale w tym nie pomagają. Teraz wiem, że nigdy więcej nie popełnię tego błędu, lecz na pewno jeszcze raz pójdę na ten spektakl.

Les Misérables jest najdłużej granym musicalem na świecie (zaraz za broadwayowskim The Fantasticks). Jego dobra passa trwa nieprzerwanie od trzydziestu lat, w którym to czasie odbyło się ponad dziesięć tysięcy przedstawień (musical świętował dziesięciotysięczne przedstawienie w roku 2010), a obsada wielokrotnie się zmieniała. Obecnie na scenie można podziwiać Petera Lockyera jako Jeana Valjeana, Jeremy’ego Secomba jako Javerta, Craiga Mathera jako Mariusa, Fantynę w wykonaniu Rachelle Ann Go czy Kozetę wykreowaną przez Zoego Doana. Za przedstawienie komicznego małżeństwa Therandierów odpowiadają David Langham i Katy Secombe. A to i tak nie są wszyscy.

Mając wiele doświadczeń z polskim teatrem i nie znając gatunku, jakim jest musical (gdyż nigdy nie widziałam go na żywo), nie wiedziałam, czego się spodziewać. Lecz po obejrzeniu kilku transmisji National Live Theatre w Multikinie miałam choćby podstawowe pojęcie na temat ogromu przedsięwzięcia, jakim jest spektakl na West Endzie. Nie pomyliłam się. 

Samemu West Endowi oraz każdemu ze znajdujących się tam teatrów można by poświęcić osobny tekst. Teatrowi Queen’s, w którym grani są Nędznicy – również. Kolejki po odbiór biletów ustawiają się na długo przed rozpoczęciem przedstawienia, liczba widzów jest tak duża, że wielu z nich stoi przed wejściem. Nic dziwnego – teatr jest ogromy, jego widownia także. Ja sama siedziałam wysoko nad sceną, mając nieco ograniczony widok na scenę. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze spektaklu, mimo że na wyższych partiach widowni jest dosyć ciasno, przede wszystkim miejsce na nogi jest mocno ograniczone.  Dźwięk jednak docierał bez problemu, a ja, lekko się wychylając, mogłam dostrzec wszystko, co dzieje się na scenie. 

To przejmujące uczucie – gdy po raz pierwszy widzi się prawdziwą orkiestrę. Tu żaden dźwięk nie jest bowiem sztucznie wygenerowany. Twórcy operują instrumentami i głosem – bez nagrań i dodatkowych efektów. Robi to ogromne wrażenie i wywołuje dreszcze, zwłaszcza że muzyka – nawet nagrana – jest medium, które najprościej manipuluje uczuciami. Trudno mi powiedzieć, jak podekscytowana byłam, gdy na scenie zabrzmiały pierwsze dźwięki Chóru Więźniów (Look Down) i usłyszałam całą gamę mocnych, ekspresyjnych głosów, z których każdy kolejny był piękniejszy od poprzedniego. Pamiętam tylko, że na całe przedsięwzięcie patrzyłam urzeczona i choć słuchając muzyki, najchętniej zamknęłabym oczy, aby wyobrażać sobie jej uosobienie, tu nie mogłam tego zrobić. Bo muzyka tworzyła obrazy na moich oczach – kolorowe, ogromne, idealnie zsynchronizowane. 

Postaci było wiele, lecz żadnej nie potraktowano z mniejszą uwagą, jeśli chodzi o kostium, czy makijaż. Zdawać by się mogło, że w tej mnogości aktorów każdy miał prywatnego stylistę, który zadbał o idealną charakteryzację. Podobał mi się brak uwspółcześniania, którego niesłusznie się spodziewałam, przyzwyczajona do dzisiejszej stylistyki teatralnej i ciągłych prób przeniesienia konkretnych utworów do czasów współczesnych. Nędznicy pozostali tacy sami jak ponad trzydzieści lat temu, gdy wystawiono ich po raz pierwszy. Co prawda z drobnymi scenograficznymi i kostiumowymi zmianami, ale wciąż oddający ducha osiemnastowiecznej Europy. W swym przepychu przedstawienie jest bardzo klasyczne, co tylko czyni je piękniejszym.

Pamiętam, że przywiązanie do scenografii w West Endowskich teatrach urzekało mnie już na samych nagraniach. Lecz oglądając Nędzników, uświadomiłam sobie, że nagranie jest niczym w porównaniu z prawdziwym doświadczeniem. Ruchoma gospoda Therandierów czy fort rebeliantów zachwycały swoim ogromem. Przyłapywałam się na pytaniu: jak to właściwie jest zrobione? Niemożliwe dla mnie było, by człowiek własnoręcznie wykonał tak misterne budowle i rekwizyty, które w dodatku można było zmieniać tak dynamicznie, bez żadnych trudności, mimo ich wielkości. Przepraszam, jeśli moja wypowiedź jest monotonna w swym zachwycie, jednak proszę o wyrozumiałość – to pierwszy spektakl, jaki widziałam w Londynie, a jednocześnie pierwszy musical, jaki widziałam w ogóle. To przedstawienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę więcej. I o ile dobrze czytam zagraniczne recenzje… nie tylko mnie. 

Jeśli musical miał zachęcić do dalszego odkrywania i badania Nędzników, spełnił swoją rolę doskonale. Od tamtej pory trudno mi zapomnieć o tej wspaniałej muzyce i wyjątkowych głosach. Nie potrafię też zapomnieć o powieści, w której wir dałam się wciągnąć zaraz po obejrzeniu przedstawienia. Słuchanie dziesiątek wersji tych samych utworów stało się moim uzależnieniem. Nie skłamię, jeśli powiem, że znam większość wykonań Empty Chairs at Empty Tables, który jest moim ulubionym utworem i na który czekałam z utęsknieniem przez większość spektaklu, a który ani trochę mnie nie zawiódł.

Tak naprawdę trudno powiedzieć, aby w Les Misérables były minusy. Przedstawienie zdaje się idealnie dopracowane przez całe lata praktyki. Piękna jest zarówno warstwa wizualna czy techniczna, jak i aktorska oraz ta najważniejsza – muzyczna. Przedstawienie bawi, wzrusza, momentami przeraża, cieszy i smuci. Tym, co według mnie stanowi ogromny plus, jest nienaganna dykcja aktorów, którzy śpiewali wyjątkowo wyraźnie. Umówmy się: perfekcyjna wymowa nie jest prosta w śpiewie, a tymczasem mogłam bez problemu zrozumieć każde słowo, siedząc bardzo daleko od sceny. 

Choć zazwyczaj jestem zwolenniczką minimalizmu, tu urzekały mnie wspomniany już przepych i wielość kolorów. Łatwo można ulec wrażeniu, że sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, mnogość wrażeń jest trudna do opisania. Tu naprawdę dzieje się bardzo dużo. I bardzo wiele się również zmienia, trzeba więc spektakl oglądać z uwagą, aby niektóre ważne wątki nie zdążyły nam umknąć. Lecz ta wyjątkowa dynamika buduje swojski klimat przedstawienia, które ostatecznie nie przytłacza, ale pozostawia same pozytywne wrażenia. Myślę, że wszyscy tego czasem potrzebujemy: aby  po wyjściu z teatru nie czuć ciężaru, tylko skłonność do refleksji i zadowolenie z tak, a nie inaczej spędzonego wieczoru. 

Ale to wcale nie oznacza, że spektakl nie zostawia po sobie śladu, wręcz przeciwnie. Zagnieżdża się w sercu i stawia pytania o ludzką naturę, o chęć zmiany i odkupienia win, o wybaczenie, upór i determinację, o poświęcenie. A to wszystko wyrażone w śpiewie uderza podwójnie. Spektakl obdarowuje prawdziwą energią, z której można korzystać długo po jego obejrzeniu. Jest widowiskiem niezapomnianym dla każdego, kto je obejrzy. Znam osoby, które mimo miłości do całego angielskiego teatru na ten jeden musical chodzą za każdym razem, gdy odwiedzają Londyn, nigdy nie żałując wydanych pieniędzy. To tylko świadczy o mocy tego przedstawienia, o jego działaniu na umysł i serce człowieka. To jeden ze spektakli, który pokazuje, jak potężną wartością jest teatr, jak wpływającą na ludzkie życie i jak je zmieniającą. Warto choć raz w życiu zobaczyć tę energię i moc płynącą ze sceny, bo jest ona warta więcej niż dziesięć innych przyjemnych zajęć, które ostatecznie nie pozostawiają po sobie śladu. 

Powrót do przeszłości

Weszliśmy do Krainy Czarów bocznym wejściem. Już stojąc w drzwiach, możemy ujrzeć czarną, lekko oświetloną norę, której końca nie widać. Czujemy się pewnie, bo wszyscy znamy wyjście. Racjonalizm podpowiada nam, że możemy opuścić to miejsce w każdej chwili. Możemy powrócić do przyziemnego świata, z którego przybyliśmy tylko na chwilę, jakby w odwiedziny. Urzekająca i niepokojąca sceneria trzyma nas jednak w miejscu, a potem już jest za późno.
 
Czekamy na Nią. Przecież dla Niej tu przyszliśmy. Jak będzie wyglądać? Czy przeżyje kolejne przygody? Może zje ciasteczko i stanie się bardzo mała. Albo pobiegnie za królikiem, który nieustannie będzie odmierzał czas. To pełne napięcia czekanie. Coś słychać z góry. Jakiś huk i narzekanie. Ktoś idzie. I w końcu Ją widzimy. Ale nie ma dziewczęcej sukienki, długich blond włosów i dziewiczego uśmiechu. Przychodzi ze sklepowym wózkiem i widoczną siwizną. Garbi się i skrzeczy. To nie ta Alicja, którą poznaliśmy kiedyś. 
 
Alicja ma siedemdziesiąt sześć lat i ponownie trafia do Krainy Czarów. Z początku nie wie, gdzie jest. Widzi porozrzucane papiery i różnorodne przedmioty, których nikt od dawna nie dotykał. Otacza ją bałagan, lecz paradoksalnie jest to bałagan bardzo uporządkowany. Wystawia oczom Alicji wszystko to, co powinna zobaczyć. I gdy patrzy na rzeczy, które już kiedyś widziała, zaczyna sobie przypominać. Przez następną godzinę mamy do czynienia z Alicją, która jeszcze raz próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, lecz ciągle wpada w jej sidła, nie mogąc się z nią uporać. 
 
 

Krakowski Teatr Odwrócony to bardzo klimatyczne, choć niewielkie miejsce, kreowane przez ludzi z pasją. Przychodząc do przyjemnego zaułka, rozmawiając z dyrektorem – Szymonem Budzykiem – i wreszcie oglądając kolejne spektakle, trudno zaprzeczyć słowom, którymi twórcy Odwróconego określają swój teatr. Wizja. Tu wszystko jest konsekwentnie realizowaną wizją. Ich najnowsze dzieło – A7ICJ6 – również. Ten konkretny spektakl, będący pełną zmyślnej narracji wystawą lalek, jest dosyć wyjątkowy dla samego teatru. Lalki pojawiają się tu po raz pierwszy. Co więcej – zdają egzamin. I gdyby na stałe wpisały się w repertuar Odwróconego, nikt nie powinien narzekać. Zwłaszcza że zostały stworzone z zamiłowaniem do szczegółów, dokładnie i wiernie odzwierciedlając ich prototypy. Autorka lalek, a jednocześnie pomysłodawczyni spektaklu i aktorka – Helena Osak – stworzyła m.in. Kapelusznika, Marcowego Zająca i Kota z Cheshire. 

 
 

Większość z nas zna historię Alicji – jasnowłosej dziewczynki, która przez przypadek trafia do dziwnej krainy, gdzie zaprzyjaźnia się ze zwariowanymi bohaterami, a jednocześnie otrzymuję misję zwalczenia panującego w owej krainie zła. Historia okraszona jest niespotykanymi wydarzeniami, absurdalnymi dialogami oraz aluzjami dotyczącymi wyobraźni i snu. Pierwotnie opisana przez Lewisa Carolla, doczekała się wielu ekranizacji; ostatnia z nich dopiero co widniała na afiszach kinowych.

 
W spektaklu Teatru Odwróconego nie uraczymy jednak tej znanej nam historii, ale jej dotkliwe konsekwencje. W efekcie ujrzymy obraz smutny i melancholijny w całej swej wesołości. Alicję, która wspominając swoją przeszłość, przeżywa chwile gwałtownej radości, lecz zaraz znów podupada, przytłoczona mnogością obrazów i głosów. Próbuje ignorować irytujące wołania, lecz ulega im, wyciągając z szafy zakurzone postacie, o których chciała zapomnieć. Ustawia lalki i pozwala im mówić –poddaje się za każdym razem. A potem spełnia ich prośby, licząc na to, że może zmienić przeszłość, w której popełniła wiele błędów. Nie wie, że prawdziwy powrót nie jest możliwy. Nie wie, że to miejsce dawno zgasło, stając się więzieniem dla jej umysłu, które ogranicza ją od lat. To przez nie jest nieszczęśliwa i zgorzkniała. 
 
 

W tym wszystkim lalki stanowią element iście metafizyczny. Ich odbijający się echem od ścian głos hipnotyzuje. Wszystkie wprowadzają widza w wyjątkowy klimat. I nie ma już dla niego ratunku, nie ma wyjścia. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w Krainie Czarów ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo lalki nie mówią do Alicji. Mówią do nas. O początku i końcu, dobru, złu i ostateczności, o realności i wyobraźni, o smutku, niewoli i zapomnieniu. Są niczym wewnętrzne głosy – nieruchome, odległe, a jednak siedzące wśród nas. Tak naprawdę to one budują panującą na dnie nory atmosferę.

 

Na największy podziw zasługuje Helena Osak – w świetnym stroju i charakteryzacji, odpowiednio modelując głos i przekonująco odgrywając swą rolę, każe nam pytać samych siebie, w jakim wieku może być stojąca przed nami aktorka. Trudno uwierzyć, że ona jedna była pomysłodawcą, reżyserem, aktorem i twórcą lalek dla tego spektaklu. Wkład pracy, jaki włożyła w ową realizację, jest namacalnie widoczny przez cały czas trwania przedstawienia. Naturalność aktorki urzeka, a ona sama wciąga nas w wir refleksji i wspomnień. Ze zgrozą odkrywamy, że każdy z nas wraca podświadomie do wydarzeń z przeszłości, które uwarunkowały to, kim jesteśmy teraz. Zapominamy, że przeszłość nie jest wyrokiem dla przyszłości, że nie stawia na niej krzyżyka. Wracamy do niej, bo nie umiemy się z nią rozliczyć, bo wolimy się umartwiać niż iść do przodu. Rzecz prosta, przedstawiania wielokrotnie za pomocą wielu dziedzin sztuki, lecz tutaj ukazana w wyjątkowej, chwytającej za serce narracji. Wykorzystanie Alicji w Krainie Czarów jako nośnika tak powszechnych prawd jest bez wątpienia czymś nowym i wyjątkowym, a dzięki bardzo dobremu wykonaniu – także poruszającym. 

 
Wiemy, że Alicja musi opuścić Krainę Czarów. Choć nie wiemy, czy jej pobyt tutaj trwa godziny czy dni, wiemy, że po raz kolejny odnajdzie drogę powrotną. Alicja znajduje lalkę, którą kochała, będąc dzieckiem. Znajduje ją wśród tych wszystkich przedmiotów z przeszłości i zabiera ze sobą, wychodząc. Siedzimy w pustej krainie, myśląc, że nie wzięła stąd jedynie zabawki, ale część siebie, którą zostawiła w tym miejscu przed laty. Czy to oznacza, że już nigdy nie wróci? Że po naszym wyjściu, Kraina Czarów legnie w gruzach, bo Alicja zabrała tę cząstkę, która raz po raz ściągała ją na dno nory? A może zostawiła uchylone drzwi, by jeszcze kiedyś powrócić po cichu i bez świadków? Być może ta lalka to fragment miejsca, z którym Alicja nie potrafi się rozstać. W końcu wszyscy potrzebujemy Krainy Czarów.

Co by powiedziała Jane Austen?

Nie ulega wątpliwości, że Jane Austen to jedna z najbardziej znanych i popularnych pisarek angielskich. Jej dzieła zostały przetłumaczone na dziesiątki języków, a następnie ukazane w wielu formach: teatralnych, filmowych, a nawet w grach komputerowych. Jedna z ikon XIX-wiecznego pisarstwa stała się sławna już za życia. Wiodła żywot wyemancypowanej samotniczki, która nie stroniła od miłosnych przygód i miała ich na swym koncie naprawdę dużo. Ostatecznie jednak nie zdecydowała się na zamążpójście. W zamian za to dzielnie obserwowała obyczaje angielskiej szlachty i mieszczaństwa, stając się skarbnicą ciekawych historii, które następnie opisywała. Jej powieści to historie pełne błyskotliwych dialogów i wojen charakterów oraz dokładny obraz obyczajów, zachowań i tradycji tamtejszej ludności, które do dziś fascynują, propagowane przez tak doskonałe produkcje jak chociażby serial Downton Abbey. Nie ulega wątpliwości jedno – o życiorysie, powieściach oraz adaptacjach powieści Jane Austen można napisać dziesiątki osobnych tekstów. Mam nawet nadzieję, że to kiedyś uczynię, gdyż sama darzę Austen wyjątkowym sentymentem. 

Właśnie ten sentyment zachwiał mym sercem, gdy do kin wszedł długo oczekiwany (choć gasnący w blasku innych wyczekiwanych produkcji) film Przyjaźń czy kochanie? w reżyserii Whita Stillmana. Od ostatniej premiery osadzonej w realiach wykreowanych przez Austen minęło dużo czasu. Ostatni raz pokuszono się o realizację Dumy i uprzedzenia w 2005 roku, nie licząc licznych seriali i adaptacji BBC. Niespodziewanie rok 2016 zaskoczył nas aż dwoma filmami: pierwszym była utrzymana w klimacie horroru parodia Duma i uprzedzenie, i zombie (o tym też trzeba napisać, koniecznie), a zaledwie trzy dni później na ekrany kin wszedł film, o którym mowa, czyli właśnie Przyjaźń czy kochanie? – i wkrótce zarobił ponad 19 (słownie: dziewiętnaście) milionów dolarów, z których całe szesnaście złotych było moje. Uprzedzając pytania: w najmniejszym stopniu nie żałuję wydanych pieniędzy, które w innym razie wydałabym na jedzenie (nie będę mówić jakie, bo podchodziłoby to pod lokowanie produktu). Wręcz przeciwnie, ten film zapewnił mi półtorej godziny dobrej rozrywki, będąc jednocześnie filmem bardzo złym. Problem w tym, że nie do końca wiadomo, kogo za to winić, albo lepiej – kogo nie winić. Zacznijmy jednak od początku.

Przyjaźń czy kochanie? to adaptacja krótkiej noweli napisanej przez Jane Austen w 1794, lecz opublikowanej blisko sto lat później – Lady Susan. Tytułowa bohaterka jest przewrotną, dwulicową kokietką, lecz przy tym piękną, inteligentną i sprytną kobietą. Fabuła ukazuje czytelnikowi losy Susan, która po śmierci męża szybko postanawia znaleźć nowego partnera nie tylko dla siebie, ale także dla swojej córki. I bynajmniej nie stanowi dla niej przeszkody fakt, iż ten „partner” jest już żonaty. Historia godna kinowego ekranu. Prosta, zabawna i przyjemna w odbiorze, a przy tym odnosząca się do cech i przywar angielskiej arystokracji. Zresztą każda z powieści Austen opływa w rozbudowane obrazy psychologiczne bohaterów, ukazuje motywy, przyczyny i skutki ich działań oraz pokazuje czytelnikowi obyczajowość, w której przyszło postaciom żyć. Idealny materiał na piękny, kostiumowy film z zachwycającymi kadrami i widokami ˜– pomyślało wielu reżyserów, tworząc produkcje wysmakowane i klimatyczne, jak na przykład miniserial Duma i uprzedzenie z 1995 roku z najcudowniejszym panem Darcy w historii kina, Colinem Firthem. Obejrzawszy Przyjaźń czy kochanie?, trudno mi zgadnąć, na czym opierał się reżyser, bo jego adaptację trudno ochrzcić mianem wizji. Okazuje się, że można stworzyć film o Wielkiej Brytanii, nagrany w Wielkiej Brytanii, z aktorami z Wielkiej Brytanii, pozbawiony krzty brytyjskości, nie licząc kilku niuansów humorystycznych. Bo to trzeba przyznać: poczucie humoru jest bardzo dużą zaletą filmu. Każda scena obfituje w soczyste żarty lub zabawne dialogi, które czasami rozbawiają do łez. Jednak oprócz błyskotliwych żartów i akcentu Toma Bennetta produkcji brakuje klimatu. Po prostu. Tego małego punktu, którego wszyscy potrzebujemy. Czegoś, co przeniosłoby nas do XIX wieku, co zamieniłoby nas w pracowitych mieszczan lub pełną wystudiowanych zasad szlachtę. Oglądając film o wiktoriańskiej Anglii, chciałabym czuć, że jestem jej częścią. Że chodzę gdzieś pomiędzy bohaterami i obserwuję ich z niewielkiej odległości. Podczas seansu Przyjaźń czy kochanie? znajduję się w sali kinowej i mam tego pełną świadomość. Wykreowana przez twórców sceneria nie urzeka, a niektóre kostiumy ostatkiem sił bronią się przed nazwaniem ich tandetnymi. Naprawdę, nie wystarczy wynająć dworu na prowincji i powozu z końmi, aby widz poczuł swojski klimat angielskiej wsi. Nie wystarczy wpleść w scenariusz dziesiątek dowcipów, by pokazać brytyjskie poczucie humoru. Nie wystarczy też wziąć powieści Jane Austen, myśląc, że obroni się sama.

Wrócę do jednego ze zdań, które napisałam wcześniej. A mianowicie: nie wiadomo, kogo winić za jakość produkcji. Reżyser nie ma pomysłu – to pewne, a wszystko co mogłoby być dobre, natychmiastowo ukróca. Tworzy zlepek przypadkowo nagranych scen, z których każda mająca znaczenie dla fabuły zostaje nagle przerwana i zastąpiona inną. Będąc świadkami ważnych dialogów, nie uraczymy ich końca ani konsekwencji. Każda znacząca scena zostaje przerwana w połowie, wypowiedzi pozostają niedokończone, tak jakby zakończenie miał dopisać sobie widz. Tyle że ostatecznie nic się nie wyjaśnia, nic do niczego nie pasuje, a widz nie uzyskuje żadnych odpowiedzi. Ucinając spore kawałki fabuły, reżyser i scenarzysta dają nam plątaninę losowo dobranych kartek z powieści – bez wizji, bez celu, bez uzasadnienia. Ostatecznie nie wiemy, jak doszło do niektórych zdarzeń i sytuacji. Widzimy punkt wyjściowy i zakończenie, a pomiędzy tymi dwoma nie ma żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Trudno więc poddać elementy fabuły interpretacji. W takim wypadku nie można winić aktorów, którzy nie dostali możliwości wykreowania indywidualnych charakterów. Postacie pozbawione są portretu psychologicznego, są zwykłymi typami, bez osobowości. Mamy przystojnego romantyka, cwaną kokietkę w średnim wieku, jej dwulicową przyjaciółkę, miejscowego kretyna, zdradzającego męża i oszalałą z zazdrości żonę. Niektóre postacie zostały znacznie przerysowane, jak na przykład grana przez Jenn Murray – Lady Lucy Manwaring, wspomniana wyżej zazdrosna żona. Inne pozostają bezbarwne, a wśród nich wyróżnia się jedna – wyważona, zabawna i wywołująca uśmiech na twarzy. Jest to sir James Martin w wykonaniu Toma Bennetta. Dla niego warto przesiedzieć w kinie półtorej godziny. Aż szkoda, że Bennett nie jest szczególnie znanym aktorem, gdyż – jak widać – nawet z jednowymiarowej roli potrafi stworzyć coś dobrego. Niestety, jego pokrewieństwo ze słynną rodziną Bennettów z Dumy i uprzedzenia nie zostało potwierdzone. 

Whit Stillman wziął na tapet powieść, właściwie nowelę, która nigdy nie była ekranizowana. Odrzucił tym samym przewałkowaną Dumę i uprzedzenie czy Rozważną i romantyczną, wybierając dzieło, o którym niewiele osób słyszało. Podobne posunięcia są w cenie; sama uważam, że warto zaznajamiać szeroką publiczność z tworami, o których do tej pory nie słyszano, zamiast z tymi najbardziej popularnymi. Jednak przedsięwzięcie Stillmana byłoby godne pochwały dopiero wtedy, gdyby zostało zrealizowane z pomysłem. Bo to jest rzecz, której najbardziej filmowi brakuje. A gdy nie ma pomysłu, nic inne nie może być dobre. Z tego powodu Przyjaźń czy kochanie? nie zapisze się na kartach kinematografii jako znana adaptacja powieści Jane Austen. Nie stanie w jednym rzędzie z genialnymi produkcjami, takimi jak Duma i uprzedzenie z Colinem Firthem (1995) czy Rozważna i romantyczna według scenariusza Emmy Thompson. A biorąc pod uwagę dobór powieści – wielka szkoda. Zwłaszcza że Przyjaźń czy kochanie? dostał wszystko, czego mógł chcieć, aby być filmem dobrym. Przede wszystkim świetny materiał do scenariusza i bardzo dobrą obsadę. Szkoda, że te atuty nie zostały wykorzystane przez reżysera we właściwy sposób i uczyniły Lady Susan opowiastką XXI wieku, która w ogólnym rozrachunku nie ma wiele wspólnego z czasami, w których żyła słynna pisarka.

My, zamknięci tylko na chwilę

To sympatyczny wieczór. Mamy trochę wolnego czasu, więc jesteśmy zadowoleni. Wchodzimy do pomieszczenia – sale kinowe są na tyle duże, aby zapewnić komfort wielu osobom na raz. Drzwi nikt nie zamyka na klucz; można wyjść w każdej chwili. Mamy też telefony, z których możemy korzystać, a po drugiej stronie ściany życiem tętni świat, który znamy. Wyłączamy się tylko na chwilę. Co jeśli byłoby inaczej? Co gdyby ktoś odebrał nam komórki, zamknął drzwi i nie pozwolił wyjść? Co gdybyśmy zostali zmuszenia do spędzenia w tym – nagle ciasnym – pomieszczeniu siedmiu lat bez możliwości wyjrzenia przez okno?
 
Do takiej rzeczywistości przyzwyczaja nas Lenny Abrahamson, reżyser filmu Pokój. Kreowane przez niego obrazy sprawiają, że tracimy poczucie czasu i miejsca – zupełnie tak jak bohaterowie. Film opowiada o losach młodej kobiety i jej pięcioletniego syna Jacka. Są oni przetrzymywani w tytułowym pokoju przez mężczyznę imieniem Nick. Chłopiec nie wie o istnieniu świata wykraczającego poza ściany pomieszczenia, jednak zdesperowana matka decyduje się mu o tym powiedzieć, aby dać im szansę na wyzwolenie. My, jako widzowie, jesteśmy świadkami ich walki, która jest czymś znacznie więcej niż tylko walką o wolność. Jednak nie myślmy, że obserwując ten bój, będziemy czuć komfort i wygodę.
 
Twórcy nie pokazują nam świata Joy i jej syna; oni nas do niego przenoszą. Bliskimi, klaustrofobicznymi kadrami, ograniczoną przestrzenią i niewielkim polem widoku sprawiają, że zapominamy o dużej kinowej sali, bo już nas w niej nie ma. Jesteśmy w pokoju wraz z bohaterami. I razem z nimi chcemy uciec. Te zabiegi techniczne powodują, że film wciąga, a jednocześnie każe zapomnieć o jakiejkolwiek rzeczywistości poza tą na ekranie. Pozostaje nam tylko matka, syn i pokój. Pokój upersonifikowany, pokój-osoba, bo Jack wielokrotnie mówi o nim jak o żywej istocie, każdego dnia wita jego wyposażenie, nigdy nie zapomina szepnąć mu dzień dobry czy dobranoc; i nie ma w tym nic dziwnego. W końcu to pomieszczenie jest jedynym, co ma – miejscem, domem, światem, ale też przyjacielem. 
 
Twórcy w wyjątkowy sposób pokazują tragedię osób przetrzymywanych. Choć historia przeraża, pozbawiona jest wyniosłości i prób wybielania bohaterów. Scen przemocy jest mało, nie są też nad wyraz brutalne; może dlatego, że nie stanowią esencji fabuły, ale jedynie skromny dodatek. Matka to nie męczennica walcząca tylko dla syna, to przede wszystkim więziona od siedmiu lat kobieta, której dziecko pomogło te lata przetrwać. Jest człowiekiem z naturalnym instynktem samozachowawczym i pragnieniem wolności. Człowiekiem, którego desperacja pcha do użycia syna jako narzędzia w walce o przetrwanie. Tu nie ma miejsca na godne podziwu wyrzeczenia, bo widzimy człowieka takiego, jaki jest – mającego naturalne reakcje i egoistyczne zapędy, które tak lubimy piętnować, choć sami je mamy. Jest i on, syn – nie zawsze grzeczny, czasem nieposłuszny i roszczeniowy. Nie jest więc kreowany na chłopca z aureolą, aby wywołać większy żal u odbiorcy. To po prostu dziecko, które – jak każde inne – potrafi zdenerwować rodzica.
 
Twórcy nie próbują nami manipulować tworząc bohaterów czystych i pozbawionych grzechu, nie próbują wzruszać pustymi sloganami i patetycznymi dialogami, nie próbują też demonizować. Widzimy rzeczywistość na tyle realną, że w odbiorze jeszcze bardziej dotkliwą. Reżyser nie stara się nas oszukać, pokazując, że zwrócenie wolności jest kluczem do szczęścia. Nie karmi nas złudzeniami co do pięknej przyszłości bohaterów, tak jak wiele innych filmów oscylujących wokół tematu porwania. On pokazuje coś więcej: ogromną traumę i próbę jej zwalczenia, długą drogę ku rzeczywistej wolności, bo samo opuszczenie pokoju nie ma z nią nic wspólnego.
 
Pokój to nie film o uwięzionej matce i synu, którego zakończeniem ma być ucieczka. To film, dla którego wieloletnie przetrzymywanie i przemoc są tylko pretekstem dla ukazania większego problemu – funkcjonowania napiętnowanego człowieka, który musi odnaleźć zagubione przed laty „ja” i nauczyć się żyć na nowo. 
 
Nominowany do Oscara w czterech kategoriach Pokój zachwyca nie tylko doskonale skonstruowanym scenariuszem i reżyserią, ale także świetną grą aktorską. Brie Larson w roli Joy i dziewięcioletni Jacob Trembley jako Jack nadają całej historii realności poprzez wyjątkowe wykreowanie swoich postaci: raz spokojnych i uśmiechniętych, innym razem gwałtownych lub smutnych. Bardzo dobra jest także scenografia, jednak ani ona, ani kostiumy, ani nawet muzyka nie kradną uwagi widza i nie odwracają jej od samej fabuły. Tu każdy element zdaje się współpracować przy opowiadaniu historii. Historii, która zamyka widza w swoich sidłach, czyni z niego współwięźnia bohaterów i pozwala wyjść dopiero wraz z nimi. A gdy zapalają się lampy i otwierają drzwi, patrzymy na wydobywające się zza nich światło, widząc świat, który dwie godziny wcześniej wydawał się całkiem zwyczajny.
 
 
 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia