Ach, ten przeklęty Potter!

Pamiętam, że kiedy stałam w szkolnej bibliotece, aby wypożyczyć egzemplarz Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego, musiałam zapisać się na dosyć długą listę oczekujących. Nie pamiętam, gdzie zasłyszałam wzmiankę o książce, lecz wiem, że przyciągnęło mnie do niej zainteresowanie innych dzieci. Miałam niecałe osiem lat, buka na punkcie czytania i brak ulubionych pozycji, nie licząc słynnego Na jagody Marii Konopnickiej (dopiero w szkole średniej odkryłam, że zainteresowanie literaturą dziecięcą autorstwa Konopnickiej było wprost proporcjonalne do znudzenia, które żywiłam względem jej „dorosłych” tworów). Dopiero co przeprowadziłam się z jednego osiedla na drugie, droga do sklepu była dla mnie labiryntem, a dzieci na podwórku kolejnymi Minotaurami, z którymi trzeba było się zmierzyć. Gdy na liście oczekujących przyszła wreszcie pora na moje nazwisko, byłam w trudnej fazie życia, gdy każdego dnia o godzinie dwudziestej pierwszej musiałam odkładać książkę i gasić światło. Pierwsza część z serii przygód o Harrym Potterze była najobszerniejszą powieścią, jaka trafiła wtedy w moje ręce.

Każdy ma coś, co utkwiło mu w pamięci z okresu dzieciństwa. Pamiętamy wyjątkowe smaki, setki gier, zabawę w gumę i robienie fikołków na trzepaku. Ja pamiętam też zupę pomidorową, którą jadłam z tatą z jednego talerza. I pamiętam jeszcze jeden moment: gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki powieść o młodym czarodzieju. Wiele książek trzymałam w dłoniach, ale właśnie ta ukształtowała całe moje dzieciństwo i uczyniła je zapamiętanym. Co więcej – sprawiła, że przetrwało ono we mnie do dziś, i to wcale nie skryte bardzo głęboko. Więc gdy po blisko trzynastu latach od „pierwszego razu” ściągnęłam ze sklepowej półki Harry’ego Pottera i przeklęte dziecko byłam tak samo podekscytowana jak wtedy. Po dziewięciu latach od ostatniego tomu powieści wszystko wróciło. Ach, ten przeklęty Potter! Ciągle powraca…

Od kilku miesięcy spotykam się z dziesiątkami opinii na temat nowego tworu J.K. Rowling, Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego. Wielu czytelników sięgnęło do oryginalnej wersji dramatu, nie czekając na polską premierę. Ja – mimo dziesiątek spoilerów, którymi zostałam obdarowana – czekałam na 22 października. Mimo wielu zawiedzionych głosów byłam podekscytowana. Z tą ekscytacją poszłam na premierę w krakowskim Empiku, z której wyszłam po godzinie – organizacja przedsięwzięcia była nieciekawa i skorygowana pod najmłodszych odbiorców, co bardzo mnie zawiodło, lecz o tym innym razem. Ostatecznie książkę kupiłam wczoraj. Zaczęłam czytać również wczoraj. I skończyłam… też wczoraj. Zapewne wielu czeka, aż dosadnie napiszę, jak bardzo zawiedziona jestem. Problem w tym, że nadal jestem podekscytowana. Umówmy się: Harry Potter i przeklęte dziecko jest ogromnym problemem dla milionów fanów i antyfanów oryginalnej powieści. Zupełnie nie pasuje do tego, co było wcześniej, wyróżnia się, odstaje. Nie do końca wiadomo, jak to sklasyfikować i gdzie przyporządkować. Ani to prequel, ani sequel. Ba! to nawet Harry Potter nie jest! W dodatku podany w zupełnie nowej formie z fabułą, która – wedle zarzutu – bardziej przypomina fan fiction niż kontynuację rzeczywistych losów głównego bohatera. Przy takim natłoku nowości i zmian jest całkiem normalnym zjawiskiem, że tworzą się dwa obozy fanowskie: jeden, który na przekór wszystkiemu kocha nową książkę, bo to Potter i zbrodnią byłoby powiedzieć złe słowo na jego temat, oraz drugi – dyplomatycznie wyjaśniający, że autorka zapragnęła kolejnego przypływu gotówki, a nowy twór w niczym nie umywa się do poprzednich powieści. Bo tak. I już.

W takim wypadku warto zastanowić się, gdzie leży problem, bo przecież gdzieś musi. I nie mówię tu o opiniach nadmiernie pozytywnych, bo bezkrytyczne spojrzenie względem ulubionych autorów, muzyków czy innych idoli jest bardzo powszechne i zauważalne w każdej fanowskiej grupie. Mówię jednak o fali zawodu, która zalała internet po premierze angielskiej wersji Przeklętego dziecka. Z początku nieco mnie ona zaskakiwała, lecz odkąd sama sięgnęłam po sztukę, moje zdziwienie zniknęło szybciej, niż się pojawiło. Po pierwsze, dramat jest specyficznym gatunkiem, który po prostu trzeba umieć czytać. I jeśli wcześniej nie miało się w ręce żadnego innego (a przypuszczam, że Przeklęte dziecko było pierwszą sztuką, jaką niektórzy czytelnicy widzieli), a wybierano z reguły powieści, to lektura wcale nie będzie prosta, bo – niestety – dramatu nie można czytać bezmyślnie jednym ciągiem. Tu nie ma opisu emocji bohaterów, nie ma wykreowanego otoczenia, nie ma narratora ani nikogo innego, kto przedstawi nam zapisaną historię. Są tylko didaskalia, przybliżające scenografię oraz ewentualnie kostiumy. Oprócz tego dialogi – i na ich podstawie musimy wywnioskować, co bohaterowie czują, w jakim znajdują się stanie emocjonalnym i co myślą. To pierwsza i w zasadzie największa trudność, z jaką czytelnik musi się zmierzyć, chcąc bezpiecznie przebrnąć przez sztukę Rowling, Thorne’a i Tiffany’ego. Niestety, wielu zapomina, że scenariusza nie można oceniać przez pryzmat powieści. Ci, którzy w Przeklętym dziecku szukają klimatu wykreowanego w siedmiotomowej serii, znajdą jedynie rozczarowanie; z kolei ci, którzy zechcą poszerzyć spektrum doświadczeń i popatrzą na tekst przez pryzmat sceny, próbując wyobrazić sobie zaistniałe sytuacje i nadać im charakter – znajdą się znacznie bliżej odnalezienia satysfakcji. Oprócz tego za problem uznano również fabułę, która według wielu fanów bardziej przypomina fan fiction, a nie kontynuację oryginalnej myśli autorki. Nie można temu zaprzeczać, lecz nie sądzę, aby było w tym coś złego; w końcu fan fiction jest małym grzeszkiem wielu z nas. Lubimy je czytać, a nawet jeśli nie, to przynajmniej lubimy sobie wyobrażać alternatywne zakończenia, wymyślne kontynuacje czy ciekawe powiązania między bohaterami.

Sama fabuła dramatu jest naprawdę ciekawa. Na śniadanie otrzymujemy syna Harry’ego, który ku ogólnemu zdziwieniu trafia do Slytherinu, gdzie jako kompana odnajduje sobie potomka Draca Malfoya – Scorpiusa. Do tego dochodzą trudne relacje rodzinne. Albus uważa, że przynosi wstyd sławnemu ojcu, nie znosi Hogwartu i wyraźnie izoluje się od społeczeństwa, cały wolny czas spędzając tylko z młodym Malfoyem. Ten drugi natomiast też za swoim tatą nie przepada, uważając, że najwidoczniej nie jest godny tytułu dziedzica. Przychodzi moment, w którym Potter ma dość bezczynności i chcąc naprawić błędy Harry’ego, postanawia cofnąć się w czasie i przywrócić do żywych Cedrika Digorry’ego. Do swego planu udaje mu się przekonać nawet Scorpiusa, który początkowo wyraźnie stroni od podobnych szaleństw. Po tym, jak beztrosko włamują się do Ministerstwa Magii, by wykraść ostatni zmieniacz czasu, zaczyna się właściwa historia: szalone, nieumiejętne i przede wszystkim niebezpieczne igranie z czasem, które okazuje się bardzo opłakane w skutkach. Jakby tego było mało – na jaw wychodzi, że dziewczyna, której obaj zaufali, w rzeczywistości jest córką samego Czarnego Pana i Bellatrix Lestrange, a jej planem jest przywrócić ojcu życie. Rzeczywiście, brzmi to zgoła fanficowo, nawet niedorzecznie, lecz na pewno ciekawie. Przyjaźń między synami Malfoya i Pottera zawsze była spełnieniem moich fanowskich marzeń (drarry i inne zboczenia), a przedstawienie młodych bohaterów jako zbuntowanych przeciw rodzicom chłopców wydawało mi się jeszcze ciekawsze. Na tej linii nie mogłam odczuć zawodu: Harry Potter i przeklęte dziecko jest kolejną opowieścią, w której jednym z głównych wątków jest siła przyjaźni, w dodatku pięknej i niewinnej, mimo że naznaczonej wieloma dwuznacznościami sprawiającymi, że relacji chłopców można nadawać znaczenie romantyczne. To niedopowiedzenie (nieco zakryte platonicznym uczuciem Scorpiusa do Rose Weasley) fascynuje i przyciąga. Czytelnik z zainteresowaniem czeka na kolejne wydarzenia, zastanawiając się, jak głęboko Albus i Scorpius posuną się w swojej relacji. Osobiście miałam wrażenie, że pociąg młodego Malfoya do córki Rona jest swego rodzaju przykrywką, która ma odciągać myśli od głównej relacji przedstawionej w dramacie. I tu pojawiają się wątpliwości: czy autorzy dokonali tego nieświadomie? Czy może jednak ulegli społecznej presji i nie poruszali tematu tabu, jakim jest seksualność? Teraz i tak nie ma to większego znaczenia, lecz ja kupuję tę subtelność przekazu. Subtelność, która niestety nie objawia się w dialogach między postaciami. Choć relacja nastolatków jest niejasna, wszystkie rozmowy bohaterów nie pozostawiają złudzeń co do ich zamiarów. Słowem: bohaterowie wszystko mówią wprost. Są wylewni, a ich portrety psychologiczne są bardzo wybrakowane. Choć Złotą Trójcę, jaką jest Harry, Ron i Hermiona, znamy od dawna i dzięki powieściom mogliśmy zrozumieć ich charaktery, to nowe postacie poznajemy jedynie pobieżnie, a szkoda, gdyż są to tym razem bohaterowie główni, ciekawi i na pewno warci tego, aby powiedzieć o nich więcej. To zrozumiałe, że za pomocą sztuki trudniej wyciągnąć na wierzch osobowość, jednak nie oszukujmy się – jest to jak najbardziej możliwe. I tu wkrada się mój największy zawód, a jednocześnie zarzut. Mianowicie: tym, co w Harrym Potterze i przeklętym dziecku widać aż za bardzo, jest brak pióra J.K. Rowling. Myślę, że każdy fan jej powieści (nie tylko potterowskich) jest w stanie zauważyć, kiedy za dzieło odpowiada ona, a kiedy nie. Jej przepiękny, obrazowy styl jest powodem, dla którego jej dzieła czyta się szybko i przyjemnie, rozwijając wyobraźnię i nie męcząc umysłu. Tu go brakuje. Obawiam się się również, że nie wszystkie pomysły wyszły spod jej pióra, gdyż szczerze wierzę, że Rowling nadałaby im większe znaczenie. To nie w jej stylu tak szybko rozwiązywać wątki. Nie w jej stylu wykładać wszystko czarno na białym. Nie w jej stylu sprawiać, że bohaterowie wychodzą zwycięsko z każdego zadania. Wykreowana fabuła jest ciekawa i wciągająca, lecz płynie zbyt łatwo. Ach, jak chciałabym się wgłębić w historię Delphini tak, jak niegdyś wciągnięto mnie w życie Toma Riddle’a. Jak chciałabym zobaczyć więcej wydarzeń z perypetii Harry’ego i jego syna. Nie wątpię, że gdyby nowy twór był powieścią, a jego autorstwo w stu procentach przysługiwałoby J.K. Rowling, mogłabym to wszystko otrzymać. Lecz umówmy się: my, jako fani, byliśmy w błędzie. Co gorsza – sami się w ten błąd wprowadziliśmy. Autorka od początku mówiła, że zbliżająca się publikacja to tylko scenariusz, prosta wersja sceniczna. Więcej – nigdy nie mówiła, że to kontynuacja losów Pottera. Przeklęte dziecko nie jest kontynuacją, lecz – wydaje mi się – jednorazową (w słownictwie fan fiction: one-shot) historią. Takim skrawkiem z całego przyszłego życia Harry’ego, który ma być ciekawy i emocjonujący na scenie, który ma być sztuką dostarczającą rozrywki. I właśnie to jest argument, który w zupełności broni nieszczegółowej historii opowiedzianej w dramacie. 

Tu warto powtórzyć co nieco o gatunku, jakim jest dramat, i stwierdzić wprost, że wymaga on od nas więcej. Bo choć zubaża całą warstwę obrazową utworu, ma w gruncie rzeczy wiele plusów. Co piękne w Harrym Potterze i przeklętym dziecku  to nacechowane emocjonalnie dialogi. Choć nie wiemy, jak czuli się bohaterowie, wypowiadając dane słowa, możemy to sobie z łatwością wyobrazić. Dialogi są tak skonstruowane, abyśmy mogli wejść w skórę każdej z postaci. I byłoby to jeszcze lepsze, gdyby bohaterowie rzeczywiście zostali rozwinięci psychologicznie. Mimo zauważalnych braków Harry Potter wciąż wzrusza, śmieszy i wciąga, wciąż przekazuje wartości, a nawet w nienachalny sposób umoralnia. Co więcej – w ciekawy sposób gra z kanonem. Choć możemy się spodziewać, że Harry Potter, słynny czarodziej i bohater, będzie rewelacyjnym ojcem, wcale taki nie jest. Jest po prostu człowiekiem. I to, że sam stracił rodziców, wcale nie oznacza, że będzie tatą idealnym. To, że jest bohaterem świata czarodziejów, nie sprawi, że będzie bohaterem w ojcostwie. Więcej: jego przeszłość odciska trwałe piętno na relacji z dziećmi. Mimo że zło zostało pokonane, on sam żyje we własnej przeszłości, gdyż zbyt wielki ślad na nim pozostawiła. Swoje dzieci natomiast chce przed własną przeszłością uchronić, czym robi im krzywdę. A największą Albusowi, który za żadne skarby nie chce być kojarzony z własnym ojcem. Ta intrygująca gra z kanonem objawia się również w sposobie przedstawienia innych postaci. Mamy tu do czynienia z – o zgrozo! – uprzejmym Severusem Snape’em czy nieco spłyconą Ginny w roli świetnej matki, która swoje dzieci rozumie bardziej niż jej mąż. Widzimy też Dracona, który – choć wciąż odznaczający się niechęcią do Pottera – ma dojrzałe podejście do życia i podobnie jak w Księciu Półkrwi ukazuje swoje emocje szerszej publiczności. Szczególnie wzrusza jego opowieść o utracie ukochanej żony. Tym samym Rowling pokazuje nam obraz Malfoya „nawróconego”, który miał wiele lat, aby przemyśleć błędy przeszłości i nie pójść w ślady rodziców. Przy okazji, dzięki żonie, nabrał pokory. Nie powiem: zobaczenie Draca w tym wydaniu cieszy. Zwłaszcza gdy pokładało się wiarę w jego człowieczeństwo przez wiele lat.

Największym problemem dramatu wydaje się obszerność samej fabuły. Zakłada ona bardzo dużą liczbę wydarzeń, pojawienie się wielu nowych bohaterów, zwroty akcji, a nawet ukazanie alternatywnych światów. Takiej liczby wątków nie sposób przedstawić w jednej sztuce, która przecież nie może trwać cały dzień, która musi być dynamiczna i ciekawa dla odbiorcy cały czas. Twórcy zbyt wiele chcieli umieścić w jednym scenariuszu; wszystkie wątki zaczęli, lecz żadnego nie rozwinęli wystarczająco, pozostawiając czytelnika w świecie domysłów. Paradoksalnie więc całokształt jest ubogi ze względu na jego bogactwo. Sceny zmieniają się szybko, wydarzenia mijają w mgnieniu oka. Twórcy chcieli dać nam wszystko, ostatecznie  nie dając niczego w całości. A gdyby tylko oddać wodze samej J.K. Rowling, nie ingerować w jej twórczość i nie dawać sobie ograniczeń objętościowych – wtedy byłoby to dzieło godne siedmiotomowej serii o młodym czarodzieju. 

W tym wszystkim trzeba przyznać, że pomysł z manewrowaniem czasem jest fascynujący. I tu powiem, że zupełnie nie kupuję zarzutów fanów, wedle których Rowling zmieniła funkcjonowanie Zmieniacza Czasu. Jak dla mnie rozwinęła historię tego przedmiotu, zróżnicowała go i dosadnie wyjaśniła, dlaczego niektóre działają inaczej niż inne. Co więcej – dzięki Zmieniaczowi Czasu czytelnicy mogli ujrzeć coś bardzo interesującego, a mianowicie: alternatywne światy. Między innymi ten rządzony przez Voldemorta lub taki, w którym zbawca czarodziejskiego świata nie żyje. I tu znów pojawiał się zarzucany już błąd: światy były interesujące, lecz pobyt w nich krótki, przez co one same nie zostały wystarczająco rozwinięte. A szkoda. 

Harry Potter i przeklęte dziecko jako dramat jest nie tyle zły, ile niedokończony. Tyczy się to również didaskaliów – skąpych i ubogich, niedających czytelnikowi pojęcia o wyglądzie świata, w którym jesteśmy. Jednak Harry Potter i przeklęte dziecko jako kolejny rozdział z życia czarodzieja wciąga, fascynuje, cieszy,  a nawet wzrusza. Pozwala myślami powrócić do dzieciństwa, wzbudza refleksje i swego rodzaju tęsknotę. Czy naprawdę od tego momentu, kiedy Harry był jedenastoletnim chłopcem, minęło tyle czasu…? Nawet jeśli przypomina fan fic, to ja taki fan fic kupuję z wszystkimi jego błędami. Bo bardzo mnie cieszy, że świat Harry’ego Pottera wciąż jest tak znany i wielki, że wciąż budzi takie emocje, że wciąż nie gaśnie  w zasypie innej literatury. Że nadal są ludzie, którzy chcą go odkrywać, oraz twórcy, którzy chcą nam go dawać. Cieszy mnie popularność tego fandomu i rosnąca liczba fan fiction na jego temat. I w zupełności rozumiem autorkę, która nie umie i nie chce się rozstać ze swoim dziełem. Zwłaszcza jeśli to dzieło było przełomem literatury i wychowało pewne pokolenie. 

PS Draco ma długie włosy!

Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało…

Na początku było ich dziesięciu. Przyjechali do luksusowej posiadłości na odludnej wyspie, zaproszeni przez tajemniczego pana Owena. Nie znali się; łączyło ich to, że nie wiedzieli nic, włącznie z tym, kim jest pan Owen. Wkrótce po domu rozszedł się głos mężczyzny wymieniający kolejno nazwiska każdego z gości i oskarżający ich o konkretne zbrodnie. Już pierwszego wieczora zostało ich dziewięciu, a morderca rozpoczął specyficzne odliczanie…

Dziesięciu murzynków znane również jako Dziesięciu żołnierzyków, Dziesięciu małych Indian lub I nie było już nikogo… to bodaj najsłynniejszy kryminał Agathy Christie, zajmujący zaszczytne dziewiętnaste miejsce w rankingu powieści kryminalnych wszech czasów. Doczekał się nie tylko kilku ekranizacji, ale także gry komputerowej wydanej przez wytwórnię Dreamcatcher Interactive. Po jedenastu latach od publikacji gry przyszedł czas na dwuodcinkowy serial BBC z wyjątkowo dobrze dobraną obsadą. Na ekranie możemy ujrzeć nie tylko niepokojąco opanowanego Aidana Turnera, ale także dostojnego Charlesa Dance’a, gwałtownego Burna Gormana i złośliwą do granic możliwości Mirandę Richardson.

Zważając na fabułę, nic dziwnego, że I nie było już nikogo jest najbardziej zachwalanym kryminałem Agathy Christie. Zamknięcie dziesiątki bohaterów pod jednym dachem z dala od cywilizacji budzi fascynację, zwłaszcza gdy inne powieści autorki są odbiorcy znane. Otóż jedną z zasad rządzących kreowanymi przez nią fabułami jest umiejscowienie zabójcy pomiędzy postaciami już na samym początku. Zarówno czytelnik, jak i widz nie powinni mieć złudzeń: pan Owen nie jest nieznajomym nikomu szaleńcem. Pan Owen jest cały czas na ekranie, umiejętnie skryty między bohaterami i po cichu recytujący swój wierszyk, wedle którego po każdym wersie kolejna osoba umiera. Nic nie jest w stanie go powstrzymać, a w pobliżu nie ma Herkulesa Poirota ani Jane Marple. Czy zbrodnia Owena jest więc zbrodnią doskonałą?

Twórcy serialu umiejętnie dbają o wytworzenie w widzu poczucia odosobnienia. Nagrywają na ogromnych przestrzeniach, ukazując szerokie i rozległe kadry, w których człowiek jest ledwie małym punktem. Nic nieznaczącym punktem – warto dodać. Takie podejście reżysera już na początku sprawia, że odbiorca, chcąc nie chcąc, utożsamia się z bohaterami, z własnego mieszkania przenosząc się na bezludną wyspę. I mimo że napięcie budowane jest powoli, jak w większości produkcji BBC, samo to wyobcowanie wzbudza niepokój. Kadry są jednak ujmujące – ukazują bezkresne morze, wyspiarskie tereny nienaruszone ręką człowieka, gołe niebo i potężne skały, o które co rusz uderzają fale. Twórcy konsekwentnie ukazują świat w zimnych lub przygaszonych barwach, rezygnując z ekspresjonistycznej kolorystyki. Przez ten zabieg świat jawi się widzowi jako ponury i smutny.

Przebieg fabuły pozbawiony jest gwałtownych zwrotów akcji i dynamicznych zmian; nie jest to w stylu ani Agathy Christie, ani BBC. Jak już zostało wspomniane, napięcie budowane jest powoli. Widz musi najpierw poznać świat przedstawiony, bohaterów jako grupę, a także każdego z nich osobno. Musi zrozumieć ich charakter oraz poznać zdolności interpersonalne. W ten sposób, gdy dojdzie do pierwszego morderstwa, odbiorca zna osobowość i historię życia ofiary, zdąży umiejscowić swoje podejrzenia oraz sympatie. Znając bohaterów dobrze, z większym zaciekawieniem będzie próbował zgadywać i snuć teorie. Lecz i tak zmieni zdanie wiele razy, a na końcu zobaczy, że nie miał racji – bo nawet jeśli Agatha Christie pozwala na wytypowanie mordercy, nigdy nie pozwala dojść do odpowiedzi na pytanie: dlaczego?


Realizacja BBC nie stawia na samą intrygę, ale także na klimat całego przedsięwzięcia. Wykazuje zainteresowanie najmniejszymi detalami w krajobrazach, scenografii, kostiumach i charakteryzacji. W swym zamiłowaniu do perfekcjonizmu przywodzi na myśl nieśmiertelne realizacje Poirota z Davidem Suchetem w roli głównej czy Panny Marple z nieżyjącą już Geraldine McEwan. Bohaterowie są psychologicznie i wizualnie dopracowani, stanowią plejadę charakterów, a każdy jest inny od poprzedniego. Nie pomylę się, jeśli powiem, że każda postać (stworzona przez Christie, a tu przeniesiona na ekran) jest gotowym materiałem badawczym. Nikt  nie jest jednoznacznie czarny lub biały. Goście pana Owena są niejednoznaczni, walczący z własnymi demonami i skrywający okrutne tajemnice. Wszyscy mają też dla siebie usprawiedliwienie, które czyni ich niewinnymi. Ich niewinność kwestionuje morderca, chcąc ukarać swoich więźniów za błędy przeszłości, sam skrywając się między nimi. Jego intryga to punktowo zbudowana historia, która potoczy się sama, gdy ruszy pierwszą kostkę domina. Lecz czy z upragnionym skutkiem?

Wyjątkową przestrzenią jest wyspa. Stanowi ona nie tylko miejsce zbrodni, odosobnienia i izolacji, ale także konfrontacji z własną świadomością i przede wszystkim – przeszłością. Dodatkowo każde narzędzie w rękach mordercy zostało użyte tak, aby przypominać postaciom o zbrodniach, których dokonali. Będąc tutaj – sami – muszą stawić im czoła i przyznać się do winy, którą do tej pory skrzętnie ukrywali. Niejednoznaczność ich charakterów BBC przenosi na ekran w sposób bardzo umiejętny, wedle którego miesza ich obecny stan z powracającymi retrospekcjami. Z każdą chwilą jest ich coraz więcej, wspomnienia stają się wyraźniejsze, a winy – namacalne. Plusem jest indywidualność każdego bohatera, mającego własny, konsekwentnie prowadzony charakter. Minusem z kolei niesprawiedliwe potraktowanie postaci przez twórców. Ich uwaga jest wyraźnie rozproszona: niektórym bohaterom poświęcają jej więcej, innym mniej, co momentami niestety sugeruje kolejność morderstw.

W tym wszystkim doskonale odnajdują się aktorzy, najpewniej dobrani do swych ról nieprzypadkowo. Aidan Turner rolą Philipa Lombarda udowadnia swoją rozpiętość i możliwości. W ostatnich czasach znany głównie z roli wesołego krasnoluda Kiliego w Hobbicie aktor, tutaj pokazuje zupełnie inne oblicze – wyrachowanego, pozbawionego sumienia mężczyzny, który ze spokojem przyznaje się do własnych morderstw dokonanych na afrykańskich niewolnikach. Maeve Dermody buduje postać Very Claythorne na delikatności i kobiecości, pozwalając widzom ją szczerze polubić, dopóki zbrodnie z jej przeszłości nie wyjdą na jaw. Miranda Richardson z kolei przy swojej przyjaznej aparycji wykreowała postać nieznośną i niemożliwą do polubienia ze względu na jej złośliwość. Znany z roli hrabiego Rochestera w serialu Jane Eyre Toby Stephens doskonale radzi sobie z postacią wiecznie przestraszonego doktora. I jest jeszcze Charles Dance – jak zawsze majestatyczny i wzbudzający wśród innych respekt.

Trzygodzinne widowisko podzielone na dwa odcinki urzeka detalami i precyzją wykonania, a także niebywałą konsekwencją we wszystkim: w kolorystyce, w kadrach, krajobrazach i prowadzeniu wątków postaci. Twórcy zadbali o to, żeby świat przedstawiony bez trudu kojarzył się z czasami autorki, odtwarzając to w bogatym kostiumie i stylistyce wnętrz. Nie zapomniał przy tym o stopniowym wykreowaniu klimatu, wciągającym bohatera na cały czas trwania seansu.

W świecie win i zbrodni odnalezienie mordercy staje się prawie niemożliwe; bohaterowie mogą jedynie spekulować między sobą, znając swoje – często okrutne – historie. Lecz prawdą jest, że nie mają wiele czasu. Każdego wieczora ze stołu znika jedna figurka, a wraz z nią – człowiek. I tylko cichy wierszyk daje o sobie znać wypisany na oprawionym pergaminie: Raz dziesięciu żołnierzyków pyszny obiad zajadało, nagle jeden się zakrztusił i dziewięciu pozostało… 

Les Misérables z perspektywy laika

Pójście na Nędzników do Queen’s Theatre w dzień samego przyjazdu do Londynu było najgorszym pomysłem, na jaki mogłam wpaść. I nie chodzi o jakość przedstawienia, ale o prosty fakt, jakim jest zmęczenie. Blisko trzygodzinne przedstawienie żąda dużych pokładów uwagi, każe mieć otwarte oczy i umysł, a panująca w teatrze ciasnota i duchota wcale w tym nie pomagają. Teraz wiem, że nigdy więcej nie popełnię tego błędu, lecz na pewno jeszcze raz pójdę na ten spektakl.

Les Misérables jest najdłużej granym musicalem na świecie (zaraz za broadwayowskim The Fantasticks). Jego dobra passa trwa nieprzerwanie od trzydziestu lat, w którym to czasie odbyło się ponad dziesięć tysięcy przedstawień (musical świętował dziesięciotysięczne przedstawienie w roku 2010), a obsada wielokrotnie się zmieniała. Obecnie na scenie można podziwiać Petera Lockyera jako Jeana Valjeana, Jeremy’ego Secomba jako Javerta, Craiga Mathera jako Mariusa, Fantynę w wykonaniu Rachelle Ann Go czy Kozetę wykreowaną przez Zoego Doana. Za przedstawienie komicznego małżeństwa Therandierów odpowiadają David Langham i Katy Secombe. A to i tak nie są wszyscy.

Mając wiele doświadczeń z polskim teatrem i nie znając gatunku, jakim jest musical (gdyż nigdy nie widziałam go na żywo), nie wiedziałam, czego się spodziewać. Lecz po obejrzeniu kilku transmisji National Live Theatre w Multikinie miałam choćby podstawowe pojęcie na temat ogromu przedsięwzięcia, jakim jest spektakl na West Endzie. Nie pomyliłam się. 

Samemu West Endowi oraz każdemu ze znajdujących się tam teatrów można by poświęcić osobny tekst. Teatrowi Queen’s, w którym grani są Nędznicy – również. Kolejki po odbiór biletów ustawiają się na długo przed rozpoczęciem przedstawienia, liczba widzów jest tak duża, że wielu z nich stoi przed wejściem. Nic dziwnego – teatr jest ogromy, jego widownia także. Ja sama siedziałam wysoko nad sceną, mając nieco ograniczony widok na scenę. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze spektaklu, mimo że na wyższych partiach widowni jest dosyć ciasno, przede wszystkim miejsce na nogi jest mocno ograniczone.  Dźwięk jednak docierał bez problemu, a ja, lekko się wychylając, mogłam dostrzec wszystko, co dzieje się na scenie. 

To przejmujące uczucie – gdy po raz pierwszy widzi się prawdziwą orkiestrę. Tu żaden dźwięk nie jest bowiem sztucznie wygenerowany. Twórcy operują instrumentami i głosem – bez nagrań i dodatkowych efektów. Robi to ogromne wrażenie i wywołuje dreszcze, zwłaszcza że muzyka – nawet nagrana – jest medium, które najprościej manipuluje uczuciami. Trudno mi powiedzieć, jak podekscytowana byłam, gdy na scenie zabrzmiały pierwsze dźwięki Chóru Więźniów (Look Down) i usłyszałam całą gamę mocnych, ekspresyjnych głosów, z których każdy kolejny był piękniejszy od poprzedniego. Pamiętam tylko, że na całe przedsięwzięcie patrzyłam urzeczona i choć słuchając muzyki, najchętniej zamknęłabym oczy, aby wyobrażać sobie jej uosobienie, tu nie mogłam tego zrobić. Bo muzyka tworzyła obrazy na moich oczach – kolorowe, ogromne, idealnie zsynchronizowane. 

Postaci było wiele, lecz żadnej nie potraktowano z mniejszą uwagą, jeśli chodzi o kostium, czy makijaż. Zdawać by się mogło, że w tej mnogości aktorów każdy miał prywatnego stylistę, który zadbał o idealną charakteryzację. Podobał mi się brak uwspółcześniania, którego niesłusznie się spodziewałam, przyzwyczajona do dzisiejszej stylistyki teatralnej i ciągłych prób przeniesienia konkretnych utworów do czasów współczesnych. Nędznicy pozostali tacy sami jak ponad trzydzieści lat temu, gdy wystawiono ich po raz pierwszy. Co prawda z drobnymi scenograficznymi i kostiumowymi zmianami, ale wciąż oddający ducha osiemnastowiecznej Europy. W swym przepychu przedstawienie jest bardzo klasyczne, co tylko czyni je piękniejszym.

Pamiętam, że przywiązanie do scenografii w West Endowskich teatrach urzekało mnie już na samych nagraniach. Lecz oglądając Nędzników, uświadomiłam sobie, że nagranie jest niczym w porównaniu z prawdziwym doświadczeniem. Ruchoma gospoda Therandierów czy fort rebeliantów zachwycały swoim ogromem. Przyłapywałam się na pytaniu: jak to właściwie jest zrobione? Niemożliwe dla mnie było, by człowiek własnoręcznie wykonał tak misterne budowle i rekwizyty, które w dodatku można było zmieniać tak dynamicznie, bez żadnych trudności, mimo ich wielkości. Przepraszam, jeśli moja wypowiedź jest monotonna w swym zachwycie, jednak proszę o wyrozumiałość – to pierwszy spektakl, jaki widziałam w Londynie, a jednocześnie pierwszy musical, jaki widziałam w ogóle. To przedstawienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę więcej. I o ile dobrze czytam zagraniczne recenzje… nie tylko mnie. 

Jeśli musical miał zachęcić do dalszego odkrywania i badania Nędzników, spełnił swoją rolę doskonale. Od tamtej pory trudno mi zapomnieć o tej wspaniałej muzyce i wyjątkowych głosach. Nie potrafię też zapomnieć o powieści, w której wir dałam się wciągnąć zaraz po obejrzeniu przedstawienia. Słuchanie dziesiątek wersji tych samych utworów stało się moim uzależnieniem. Nie skłamię, jeśli powiem, że znam większość wykonań Empty Chairs at Empty Tables, który jest moim ulubionym utworem i na który czekałam z utęsknieniem przez większość spektaklu, a który ani trochę mnie nie zawiódł.

Tak naprawdę trudno powiedzieć, aby w Les Misérables były minusy. Przedstawienie zdaje się idealnie dopracowane przez całe lata praktyki. Piękna jest zarówno warstwa wizualna czy techniczna, jak i aktorska oraz ta najważniejsza – muzyczna. Przedstawienie bawi, wzrusza, momentami przeraża, cieszy i smuci. Tym, co według mnie stanowi ogromny plus, jest nienaganna dykcja aktorów, którzy śpiewali wyjątkowo wyraźnie. Umówmy się: perfekcyjna wymowa nie jest prosta w śpiewie, a tymczasem mogłam bez problemu zrozumieć każde słowo, siedząc bardzo daleko od sceny. 

Choć zazwyczaj jestem zwolenniczką minimalizmu, tu urzekały mnie wspomniany już przepych i wielość kolorów. Łatwo można ulec wrażeniu, że sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, mnogość wrażeń jest trudna do opisania. Tu naprawdę dzieje się bardzo dużo. I bardzo wiele się również zmienia, trzeba więc spektakl oglądać z uwagą, aby niektóre ważne wątki nie zdążyły nam umknąć. Lecz ta wyjątkowa dynamika buduje swojski klimat przedstawienia, które ostatecznie nie przytłacza, ale pozostawia same pozytywne wrażenia. Myślę, że wszyscy tego czasem potrzebujemy: aby  po wyjściu z teatru nie czuć ciężaru, tylko skłonność do refleksji i zadowolenie z tak, a nie inaczej spędzonego wieczoru. 

Ale to wcale nie oznacza, że spektakl nie zostawia po sobie śladu, wręcz przeciwnie. Zagnieżdża się w sercu i stawia pytania o ludzką naturę, o chęć zmiany i odkupienia win, o wybaczenie, upór i determinację, o poświęcenie. A to wszystko wyrażone w śpiewie uderza podwójnie. Spektakl obdarowuje prawdziwą energią, z której można korzystać długo po jego obejrzeniu. Jest widowiskiem niezapomnianym dla każdego, kto je obejrzy. Znam osoby, które mimo miłości do całego angielskiego teatru na ten jeden musical chodzą za każdym razem, gdy odwiedzają Londyn, nigdy nie żałując wydanych pieniędzy. To tylko świadczy o mocy tego przedstawienia, o jego działaniu na umysł i serce człowieka. To jeden ze spektakli, który pokazuje, jak potężną wartością jest teatr, jak wpływającą na ludzkie życie i jak je zmieniającą. Warto choć raz w życiu zobaczyć tę energię i moc płynącą ze sceny, bo jest ona warta więcej niż dziesięć innych przyjemnych zajęć, które ostatecznie nie pozostawiają po sobie śladu. 

Powrót do przeszłości

Weszliśmy do Krainy Czarów bocznym wejściem. Już stojąc w drzwiach, możemy ujrzeć czarną, lekko oświetloną norę, której końca nie widać. Czujemy się pewnie, bo wszyscy znamy wyjście. Racjonalizm podpowiada nam, że możemy opuścić to miejsce w każdej chwili. Możemy powrócić do przyziemnego świata, z którego przybyliśmy tylko na chwilę, jakby w odwiedziny. Urzekająca i niepokojąca sceneria trzyma nas jednak w miejscu, a potem już jest za późno.
 
Czekamy na Nią. Przecież dla Niej tu przyszliśmy. Jak będzie wyglądać? Czy przeżyje kolejne przygody? Może zje ciasteczko i stanie się bardzo mała. Albo pobiegnie za królikiem, który nieustannie będzie odmierzał czas. To pełne napięcia czekanie. Coś słychać z góry. Jakiś huk i narzekanie. Ktoś idzie. I w końcu Ją widzimy. Ale nie ma dziewczęcej sukienki, długich blond włosów i dziewiczego uśmiechu. Przychodzi ze sklepowym wózkiem i widoczną siwizną. Garbi się i skrzeczy. To nie ta Alicja, którą poznaliśmy kiedyś. 
 
Alicja ma siedemdziesiąt sześć lat i ponownie trafia do Krainy Czarów. Z początku nie wie, gdzie jest. Widzi porozrzucane papiery i różnorodne przedmioty, których nikt od dawna nie dotykał. Otacza ją bałagan, lecz paradoksalnie jest to bałagan bardzo uporządkowany. Wystawia oczom Alicji wszystko to, co powinna zobaczyć. I gdy patrzy na rzeczy, które już kiedyś widziała, zaczyna sobie przypominać. Przez następną godzinę mamy do czynienia z Alicją, która jeszcze raz próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, lecz ciągle wpada w jej sidła, nie mogąc się z nią uporać. 
 
 

Krakowski Teatr Odwrócony to bardzo klimatyczne, choć niewielkie miejsce, kreowane przez ludzi z pasją. Przychodząc do przyjemnego zaułka, rozmawiając z dyrektorem – Szymonem Budzykiem – i wreszcie oglądając kolejne spektakle, trudno zaprzeczyć słowom, którymi twórcy Odwróconego określają swój teatr. Wizja. Tu wszystko jest konsekwentnie realizowaną wizją. Ich najnowsze dzieło – A7ICJ6 – również. Ten konkretny spektakl, będący pełną zmyślnej narracji wystawą lalek, jest dosyć wyjątkowy dla samego teatru. Lalki pojawiają się tu po raz pierwszy. Co więcej – zdają egzamin. I gdyby na stałe wpisały się w repertuar Odwróconego, nikt nie powinien narzekać. Zwłaszcza że zostały stworzone z zamiłowaniem do szczegółów, dokładnie i wiernie odzwierciedlając ich prototypy. Autorka lalek, a jednocześnie pomysłodawczyni spektaklu i aktorka – Helena Osak – stworzyła m.in. Kapelusznika, Marcowego Zająca i Kota z Cheshire. 

 
 

Większość z nas zna historię Alicji – jasnowłosej dziewczynki, która przez przypadek trafia do dziwnej krainy, gdzie zaprzyjaźnia się ze zwariowanymi bohaterami, a jednocześnie otrzymuję misję zwalczenia panującego w owej krainie zła. Historia okraszona jest niespotykanymi wydarzeniami, absurdalnymi dialogami oraz aluzjami dotyczącymi wyobraźni i snu. Pierwotnie opisana przez Lewisa Carolla, doczekała się wielu ekranizacji; ostatnia z nich dopiero co widniała na afiszach kinowych.

 
W spektaklu Teatru Odwróconego nie uraczymy jednak tej znanej nam historii, ale jej dotkliwe konsekwencje. W efekcie ujrzymy obraz smutny i melancholijny w całej swej wesołości. Alicję, która wspominając swoją przeszłość, przeżywa chwile gwałtownej radości, lecz zaraz znów podupada, przytłoczona mnogością obrazów i głosów. Próbuje ignorować irytujące wołania, lecz ulega im, wyciągając z szafy zakurzone postacie, o których chciała zapomnieć. Ustawia lalki i pozwala im mówić –poddaje się za każdym razem. A potem spełnia ich prośby, licząc na to, że może zmienić przeszłość, w której popełniła wiele błędów. Nie wie, że prawdziwy powrót nie jest możliwy. Nie wie, że to miejsce dawno zgasło, stając się więzieniem dla jej umysłu, które ogranicza ją od lat. To przez nie jest nieszczęśliwa i zgorzkniała. 
 
 

W tym wszystkim lalki stanowią element iście metafizyczny. Ich odbijający się echem od ścian głos hipnotyzuje. Wszystkie wprowadzają widza w wyjątkowy klimat. I nie ma już dla niego ratunku, nie ma wyjścia. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w Krainie Czarów ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo lalki nie mówią do Alicji. Mówią do nas. O początku i końcu, dobru, złu i ostateczności, o realności i wyobraźni, o smutku, niewoli i zapomnieniu. Są niczym wewnętrzne głosy – nieruchome, odległe, a jednak siedzące wśród nas. Tak naprawdę to one budują panującą na dnie nory atmosferę.

 

Na największy podziw zasługuje Helena Osak – w świetnym stroju i charakteryzacji, odpowiednio modelując głos i przekonująco odgrywając swą rolę, każe nam pytać samych siebie, w jakim wieku może być stojąca przed nami aktorka. Trudno uwierzyć, że ona jedna była pomysłodawcą, reżyserem, aktorem i twórcą lalek dla tego spektaklu. Wkład pracy, jaki włożyła w ową realizację, jest namacalnie widoczny przez cały czas trwania przedstawienia. Naturalność aktorki urzeka, a ona sama wciąga nas w wir refleksji i wspomnień. Ze zgrozą odkrywamy, że każdy z nas wraca podświadomie do wydarzeń z przeszłości, które uwarunkowały to, kim jesteśmy teraz. Zapominamy, że przeszłość nie jest wyrokiem dla przyszłości, że nie stawia na niej krzyżyka. Wracamy do niej, bo nie umiemy się z nią rozliczyć, bo wolimy się umartwiać niż iść do przodu. Rzecz prosta, przedstawiania wielokrotnie za pomocą wielu dziedzin sztuki, lecz tutaj ukazana w wyjątkowej, chwytającej za serce narracji. Wykorzystanie Alicji w Krainie Czarów jako nośnika tak powszechnych prawd jest bez wątpienia czymś nowym i wyjątkowym, a dzięki bardzo dobremu wykonaniu – także poruszającym. 

 
Wiemy, że Alicja musi opuścić Krainę Czarów. Choć nie wiemy, czy jej pobyt tutaj trwa godziny czy dni, wiemy, że po raz kolejny odnajdzie drogę powrotną. Alicja znajduje lalkę, którą kochała, będąc dzieckiem. Znajduje ją wśród tych wszystkich przedmiotów z przeszłości i zabiera ze sobą, wychodząc. Siedzimy w pustej krainie, myśląc, że nie wzięła stąd jedynie zabawki, ale część siebie, którą zostawiła w tym miejscu przed laty. Czy to oznacza, że już nigdy nie wróci? Że po naszym wyjściu, Kraina Czarów legnie w gruzach, bo Alicja zabrała tę cząstkę, która raz po raz ściągała ją na dno nory? A może zostawiła uchylone drzwi, by jeszcze kiedyś powrócić po cichu i bez świadków? Być może ta lalka to fragment miejsca, z którym Alicja nie potrafi się rozstać. W końcu wszyscy potrzebujemy Krainy Czarów.

Co by powiedziała Jane Austen?

Nie ulega wątpliwości, że Jane Austen to jedna z najbardziej znanych i popularnych pisarek angielskich. Jej dzieła zostały przetłumaczone na dziesiątki języków, a następnie ukazane w wielu formach: teatralnych, filmowych, a nawet w grach komputerowych. Jedna z ikon XIX-wiecznego pisarstwa stała się sławna już za życia. Wiodła żywot wyemancypowanej samotniczki, która nie stroniła od miłosnych przygód i miała ich na swym koncie naprawdę dużo. Ostatecznie jednak nie zdecydowała się na zamążpójście. W zamian za to dzielnie obserwowała obyczaje angielskiej szlachty i mieszczaństwa, stając się skarbnicą ciekawych historii, które następnie opisywała. Jej powieści to historie pełne błyskotliwych dialogów i wojen charakterów oraz dokładny obraz obyczajów, zachowań i tradycji tamtejszej ludności, które do dziś fascynują, propagowane przez tak doskonałe produkcje jak chociażby serial Downton Abbey. Nie ulega wątpliwości jedno – o życiorysie, powieściach oraz adaptacjach powieści Jane Austen można napisać dziesiątki osobnych tekstów. Mam nawet nadzieję, że to kiedyś uczynię, gdyż sama darzę Austen wyjątkowym sentymentem. 

Właśnie ten sentyment zachwiał mym sercem, gdy do kin wszedł długo oczekiwany (choć gasnący w blasku innych wyczekiwanych produkcji) film Przyjaźń czy kochanie? w reżyserii Whita Stillmana. Od ostatniej premiery osadzonej w realiach wykreowanych przez Austen minęło dużo czasu. Ostatni raz pokuszono się o realizację Dumy i uprzedzenia w 2005 roku, nie licząc licznych seriali i adaptacji BBC. Niespodziewanie rok 2016 zaskoczył nas aż dwoma filmami: pierwszym była utrzymana w klimacie horroru parodia Duma i uprzedzenie, i zombie (o tym też trzeba napisać, koniecznie), a zaledwie trzy dni później na ekrany kin wszedł film, o którym mowa, czyli właśnie Przyjaźń czy kochanie? – i wkrótce zarobił ponad 19 (słownie: dziewiętnaście) milionów dolarów, z których całe szesnaście złotych było moje. Uprzedzając pytania: w najmniejszym stopniu nie żałuję wydanych pieniędzy, które w innym razie wydałabym na jedzenie (nie będę mówić jakie, bo podchodziłoby to pod lokowanie produktu). Wręcz przeciwnie, ten film zapewnił mi półtorej godziny dobrej rozrywki, będąc jednocześnie filmem bardzo złym. Problem w tym, że nie do końca wiadomo, kogo za to winić, albo lepiej – kogo nie winić. Zacznijmy jednak od początku.

Przyjaźń czy kochanie? to adaptacja krótkiej noweli napisanej przez Jane Austen w 1794, lecz opublikowanej blisko sto lat później – Lady Susan. Tytułowa bohaterka jest przewrotną, dwulicową kokietką, lecz przy tym piękną, inteligentną i sprytną kobietą. Fabuła ukazuje czytelnikowi losy Susan, która po śmierci męża szybko postanawia znaleźć nowego partnera nie tylko dla siebie, ale także dla swojej córki. I bynajmniej nie stanowi dla niej przeszkody fakt, iż ten „partner” jest już żonaty. Historia godna kinowego ekranu. Prosta, zabawna i przyjemna w odbiorze, a przy tym odnosząca się do cech i przywar angielskiej arystokracji. Zresztą każda z powieści Austen opływa w rozbudowane obrazy psychologiczne bohaterów, ukazuje motywy, przyczyny i skutki ich działań oraz pokazuje czytelnikowi obyczajowość, w której przyszło postaciom żyć. Idealny materiał na piękny, kostiumowy film z zachwycającymi kadrami i widokami ˜– pomyślało wielu reżyserów, tworząc produkcje wysmakowane i klimatyczne, jak na przykład miniserial Duma i uprzedzenie z 1995 roku z najcudowniejszym panem Darcy w historii kina, Colinem Firthem. Obejrzawszy Przyjaźń czy kochanie?, trudno mi zgadnąć, na czym opierał się reżyser, bo jego adaptację trudno ochrzcić mianem wizji. Okazuje się, że można stworzyć film o Wielkiej Brytanii, nagrany w Wielkiej Brytanii, z aktorami z Wielkiej Brytanii, pozbawiony krzty brytyjskości, nie licząc kilku niuansów humorystycznych. Bo to trzeba przyznać: poczucie humoru jest bardzo dużą zaletą filmu. Każda scena obfituje w soczyste żarty lub zabawne dialogi, które czasami rozbawiają do łez. Jednak oprócz błyskotliwych żartów i akcentu Toma Bennetta produkcji brakuje klimatu. Po prostu. Tego małego punktu, którego wszyscy potrzebujemy. Czegoś, co przeniosłoby nas do XIX wieku, co zamieniłoby nas w pracowitych mieszczan lub pełną wystudiowanych zasad szlachtę. Oglądając film o wiktoriańskiej Anglii, chciałabym czuć, że jestem jej częścią. Że chodzę gdzieś pomiędzy bohaterami i obserwuję ich z niewielkiej odległości. Podczas seansu Przyjaźń czy kochanie? znajduję się w sali kinowej i mam tego pełną świadomość. Wykreowana przez twórców sceneria nie urzeka, a niektóre kostiumy ostatkiem sił bronią się przed nazwaniem ich tandetnymi. Naprawdę, nie wystarczy wynająć dworu na prowincji i powozu z końmi, aby widz poczuł swojski klimat angielskiej wsi. Nie wystarczy wpleść w scenariusz dziesiątek dowcipów, by pokazać brytyjskie poczucie humoru. Nie wystarczy też wziąć powieści Jane Austen, myśląc, że obroni się sama.

Wrócę do jednego ze zdań, które napisałam wcześniej. A mianowicie: nie wiadomo, kogo winić za jakość produkcji. Reżyser nie ma pomysłu – to pewne, a wszystko co mogłoby być dobre, natychmiastowo ukróca. Tworzy zlepek przypadkowo nagranych scen, z których każda mająca znaczenie dla fabuły zostaje nagle przerwana i zastąpiona inną. Będąc świadkami ważnych dialogów, nie uraczymy ich końca ani konsekwencji. Każda znacząca scena zostaje przerwana w połowie, wypowiedzi pozostają niedokończone, tak jakby zakończenie miał dopisać sobie widz. Tyle że ostatecznie nic się nie wyjaśnia, nic do niczego nie pasuje, a widz nie uzyskuje żadnych odpowiedzi. Ucinając spore kawałki fabuły, reżyser i scenarzysta dają nam plątaninę losowo dobranych kartek z powieści – bez wizji, bez celu, bez uzasadnienia. Ostatecznie nie wiemy, jak doszło do niektórych zdarzeń i sytuacji. Widzimy punkt wyjściowy i zakończenie, a pomiędzy tymi dwoma nie ma żadnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Trudno więc poddać elementy fabuły interpretacji. W takim wypadku nie można winić aktorów, którzy nie dostali możliwości wykreowania indywidualnych charakterów. Postacie pozbawione są portretu psychologicznego, są zwykłymi typami, bez osobowości. Mamy przystojnego romantyka, cwaną kokietkę w średnim wieku, jej dwulicową przyjaciółkę, miejscowego kretyna, zdradzającego męża i oszalałą z zazdrości żonę. Niektóre postacie zostały znacznie przerysowane, jak na przykład grana przez Jenn Murray – Lady Lucy Manwaring, wspomniana wyżej zazdrosna żona. Inne pozostają bezbarwne, a wśród nich wyróżnia się jedna – wyważona, zabawna i wywołująca uśmiech na twarzy. Jest to sir James Martin w wykonaniu Toma Bennetta. Dla niego warto przesiedzieć w kinie półtorej godziny. Aż szkoda, że Bennett nie jest szczególnie znanym aktorem, gdyż – jak widać – nawet z jednowymiarowej roli potrafi stworzyć coś dobrego. Niestety, jego pokrewieństwo ze słynną rodziną Bennettów z Dumy i uprzedzenia nie zostało potwierdzone. 

Whit Stillman wziął na tapet powieść, właściwie nowelę, która nigdy nie była ekranizowana. Odrzucił tym samym przewałkowaną Dumę i uprzedzenie czy Rozważną i romantyczną, wybierając dzieło, o którym niewiele osób słyszało. Podobne posunięcia są w cenie; sama uważam, że warto zaznajamiać szeroką publiczność z tworami, o których do tej pory nie słyszano, zamiast z tymi najbardziej popularnymi. Jednak przedsięwzięcie Stillmana byłoby godne pochwały dopiero wtedy, gdyby zostało zrealizowane z pomysłem. Bo to jest rzecz, której najbardziej filmowi brakuje. A gdy nie ma pomysłu, nic inne nie może być dobre. Z tego powodu Przyjaźń czy kochanie? nie zapisze się na kartach kinematografii jako znana adaptacja powieści Jane Austen. Nie stanie w jednym rzędzie z genialnymi produkcjami, takimi jak Duma i uprzedzenie z Colinem Firthem (1995) czy Rozważna i romantyczna według scenariusza Emmy Thompson. A biorąc pod uwagę dobór powieści – wielka szkoda. Zwłaszcza że Przyjaźń czy kochanie? dostał wszystko, czego mógł chcieć, aby być filmem dobrym. Przede wszystkim świetny materiał do scenariusza i bardzo dobrą obsadę. Szkoda, że te atuty nie zostały wykorzystane przez reżysera we właściwy sposób i uczyniły Lady Susan opowiastką XXI wieku, która w ogólnym rozrachunku nie ma wiele wspólnego z czasami, w których żyła słynna pisarka.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia