Był albo nie był, oto jest pytanie…

Wierzę w Szekspira. Nie stawiam mu ołtarzy i nie odprawiam modłów nad jego dziełami, ale wierzę. Może dlatego, że wielu próbowało i próbuje podważyć jego istnienie. Słusznie czy niesłusznie, zdecydowanie jestem po stronie tych, którzy twierdzą, że Szekspir naprawdę żył. Trudno powiedzieć, na ile jest to prawdziwe przekonanie, a na ile usilne pragnienie, aby była to prawda. Obojętnie jednak, czy to prawda czy złudzenie – ja wierzę. A reszta jest milczeniem.

W pogoni za wolnością

Wyobraźmy sobie życie w klatce, której nie widzi nikt oprócz nas. Jest ciasna i niewygodna, ale nie od razu zdajemy sobie sprawę z jej obecności. Próbujemy dalej funkcjonować, lecz to niewidzialne więzienie coraz bardziej nas ogranicza. Komu o nim powiemy? Czy w ogóle to zrobimy? Jak długo będziemy w stanie udawać? 
Historia żyjącej na przełomie XIX i XX wieku Lili Elbe to historia trudna i smutna. Urodzona jako mężczyzna w czasach, gdy nie znano transseksualizmu ani nie wykonywano operacji korekty płci, była jedną z pierwszych osób na której w 1930 roku dokonano podobnego zabiegu. Do tego czasu funkcjonowała jako znany malarz – Einar Wegener – jednak wiadomo, że już wiele lat wcześniej zaczęła uczestniczyć w przyjęciach pod postacią Lili. Przedstawiano ją wtedy jako siostrę samego Einara i nigdy nie została rozpoznana. O jej prawdziwej tożsamości wiedzieli tylko najbliżsi przyjaciele i żona – Gerda Gottlieb – której Lili wielokrotnie pozowała w kobiecym przebraniu. Dzięki stworzonym portretom Gerda zyskała uznanie krytyków i popularność. Lili natomiast porzuciła malarstwo wraz z odkryciem swej tożsamości, gdyż – jak uważała – było to zajęcie Einara.
 
Dziewczyna z portretu w reżyserii Toma Hoopera jest ekranizacją powieści Davida Ebershoffa o tym samym tytule; nie przedstawia ona jednak dokładnych losów Lili Elbe, ale ich fabularyzowaną wersję. Tom Hooper stworzył film o nieustannym dążeniu do wolności, desperackich próbach jej uzyskania, a także o trudnościach związanych ze zrozumieniem i opanowaniem własnej tożsamości. Ukazał cierpienie człowieka uwięzionego we własnym ciele, który nader wszystko pragnie je opuścić. Jest ono dla niego jedynie ograniczeniem, bo gdy musi przemawiać jako Einar, wewnątrz rozlega się krzyk uwięzionej Lili. I z czasem Lili jest coraz silniejsza, Einar coraz słabszy, a okoliczności coraz trudniejsze. Twórcy nie narzucają nam jednak nagłej przemiany bohatera, nie bombardują kolejnymi zwrotami akcji. Jesteśmy świadkami powolnej przemiany bohatera, zapoczątkowanej jednym niewinnym wydarzeniem; beztroskiej zabawy, która powoli przestaje nią być. Wraz z upływem filmu, wszystko ma coraz większe znaczenie, ale nic nie zostaje wyolbrzymione.
 
Koncert gry aktorskiej zapewniają nam odgrywający rolę Einara Wegenera/Lili Elbe Eddie Redmayne i Alicia Vikander jako filmowa żona głównego bohatera – Gerda Gottlieb. Zdobywca Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego za rolę Stephena Hawkinga w Teorii wszystkiego w subtelny sposób kreuje swą postać, nadając jej przemianie wyjątkowego znaczenia. Wymowny jako mężczyzna, zachwyca również w roli kobiety. Zdaje się dbać o każdy szczegół; swą grą dokładnie ukazuje proces kształtowania się Lili – od panicznego lęku i niepewności, przez powolne odkrywanie siebie, aż po ujmującą swobodę przy wykonywaniu kolejnych kobiecych ruchów czy gestów. Bo gesty są tu bardzo ważne. Drżenie dłoni, badanie palcami własnego ciała, spuszczanie głowy, niepewne kroki w butach na obcasie. W dwugodzinnym filmie Eddie Redmayne szczegółowo ukazuje wieloletni proces, trudną wewnętrzną przemianę, nieustającą bitwę pomiędzy Einarem a Lili. A robi to na tyle płynnie, że nie zauważamy, w którym momencie miejsce słynnego malarza, Einara Wegenera, całkowicie zajmuje dążąca do wolności Lili. Nie możemy jednak zapomnieć o doskonałej roli Alicii Vikander, która pod postacią Gerdy ukazała wyjątkową siłę kochającej, nie patrzącej na okoliczności kobiety zaangażowanej w nieustanną pomoc mężowi. Vikander przedstawiła bohaterkę w sposób wyważony, pozbawiony nadmiernej dramatyzacji i wzniosłości. Sprawia, że widz potrafi odczuć wszystkie emocje tej kobiety, nie widząc na jej twarzy wielu łez ani grymasów cierpienia. Uwagę przykuwa także Matthias Schoenaerts jako przyjaciel Einara z dzieciństwa – Hans Axgil. Choć na ekranie nie pojawia się często, jest częścią rozgrywających się tam wydarzeń. Minimalistyczny w gestach, gra głównie oczami, w których widać każdą emocję jego bohatera. Stanowi idealne dopełnienie rozchwianego Einara i mocno stąpającej po ziemi Gerdy. I tu warto dodać, że wszyscy aktorzy świetnie ze sobą kooperują. Wzajemne interakcje są płynne i naturalne; chociażby pełne uroku i smaku sceny erotyczne. 
 
Dziewczyna z portretu to nie tylko wyjątkowa historia i świetna gra aktorska, ale także wspaniałe kostiumy i charakteryzacje. Dzięki nim bardzo szczegółowo możemy dojrzeć fizyczną ewolucję Lili objawiającą się m.in. doborem coraz bardziej kobiecych strojów i dodatków. Pełna detali charakteryzacja sprawia, że widząc bohaterkę jako drobną kobietę, zapominamy o jej wciąż męskim ciele. To właśnie te detale, moc kolorów, a także piękna scenografia; kolorowe kamienice, uliczne targi, rozbudowany port czy pełne szczegółów wnętrza domów, pałaców i szpitali przenoszą nas w duńskie realia z początków XX wieku. Natomiast samych emocji dostarczają również subtelne utwory Alexandre Desplata, kompozytora znanego z muzyki stworzonej do takich filmów jak Gra tajemnic, Jak zostać królem czy Grand Budapest Hotel
 
Tym, co urzeka w Dziewczynie z portretu, jest symbolika. Wielość wykonywanych przez Lili gestów symbolizujących kolejne etapy przemiany, scena w garderobie przed lustrem, a także scena końcowa. Twórcy posługują się symbolami jako jedną z głównych form przekazu. Mamy tu przyswajanie damskich gestów od tancerki erotycznej, która stanowi uosobienie kobiecych ruchów. Mamy też skrytą pod męskim ubraniem halkę zapowiadającą nadchodzące zmiany. I wreszcie mamy porwany przez wiatr szal Lili, który przywodzi na myśl wolność. 
 
Twórcy pokazują nam piękny, pełen emocji film nie tylko o dążeniu do wolności, nie tylko o desperackich próbach ukształtowania stłamszonej przez życie tożsamości, ale także o wyjątkowej miłości, która nie gaśnie nawet w obliczu trudności. Bo mamy tu wszystko: dobre małżeństwo, wspólną pasję i piękny seks. Patrzymy na bohaterów, urzeczeni ich uczuciem, a potem widzimy jak zostaje wystawione na próbę. Widzimy walczącą ze sobą Lili, której coraz trudniej przywołać Einara, zdjąć sukienkę i zmyć makijaż. Widzimy też bezsilną Gerdę, która coraz rzadziej panuje nad emocjami, ale pozostaje zdecydowana w swym zamiarze, aby pomóc mężowi. I widzimy ich miłość, mimo wielu przeszkód wciąż niegasnącą. Miłość niezależną od płci. Bo tylko dla żony Lili jest w stanie zdjąć perukę. I tylko dla Einara Gerda może poświęcić ich małżeństwo i pomóc mu w przemianie. Możemy sobie jedynie zadać pytanie: czy bez tej wielkiej miłości Lili miałaby siłę, aby stawić czoła Einarowi i przebyć długą drogę ku upragnionej wolności?

Laurence Olivier Awards

Najpierw było Cafe Royal; niewielkie, ale popularne miejsce spotkań. Tu siedział niegdyś Oscar Wilde, Virginia Woolf, Brigit Bardot czy Winston Churchill. Ponad stuletni renomowany lokal był dobrym miejscem na rozdanie kilkunastu nagród; tak zapewne pomyśleli członkowie Zrzeszenia Teatrów Londyńskich, którzy w roku 1976 postanowili wyróżnić najlepsze brytyjskie spektakle, komedie i musicale. I nie mogli wiedzieć, że czterdzieści lat później owo wyróżnienie będzie najbardziej znaczącą nagrodą teatralną w całej Wielkiej Brytanii. 

Gdy myślą wracamy do wybitnych twórców filmowych i teatralnych, mamy przed oczyma wiele twarzy, a jedną z nich powinien być Sir Laurence Olivier, słynny aktor szekspirowski, autor jednej z najbardziej popularnych adaptacji Hamleta, a także zdobywca dwóch Oscarów; w tym za całokształt twórczości. O jego dorobku można by pisać niekończące się eseje, a rozmawiać – godzinami. Być może dlatego wymienione wyżej Zrzeszenie Teatrów Londyńskich zapragnęło go uhonorować. Był rok 1984, gdy Laurence Olivier zgodził się, aby jego imieniem nazwano powstałą osiem lat wcześniej nagrodę. W skrócie nazywamy ją Larrie.
Jak już wspomniałam, najpierw było Cafe Royal, dziś jest Royal Opera House, a wedle tego, co zapowiedział Michael Ball, w przyszłym roku ceremonia odbędzie się w Royal Albert Hall (swoją drogą to bardzo ciekawe, że nazwy większości ważnych instytucji w Anglii rozpoczyna przymiotnik: royal). Zrzeszenie Teatrów Londyńskich przeszło czterdziestoletnią drogę od znanej restauracji do sali koncertowej mieszczącej osiem tysięcy osób, a w międzyczasie stworzyło ważącą ponad półtora kilograma statuetkę z podobizną Oliviera jako Henryka V, która teraz stanowi ogromne wyróżnienie; skarb, będący marzeniem każdego brytyjskiego aktora. Na corocznej gali pojawiają się najsłynniejsi twórcy filmowi i teatralni, a także muzycy, komicy oraz przedstawiciele wielu instytucji. Trwająca ponad trzy godziny ceremonia jest pełna humoru, dynamiczna i ciekawa, ponieważ oprócz przemów laureatów i żartów prowadzących można zobaczyć na żywo fragmenty musicalów oraz inne występy muzyczne. 3 kwietnia 2016 – wyobraźmy sobie tę ilość ważnych osobistości rzucających promienne uśmiechy z czerwonego dywanu, wyobraźmy sobie wnętrze starej opery i poczujmy ten charakterystyczny niepokój związany z wyczekiwaniem. Gdy to się stanie, możemy usiąść między twórcami, których kariery śledzimy od lat i razem z nimi czekać, co się wydarzy na czterdziestej gali rozdania Nagród im. Laurence’a Oliviera.
Wydarzyło się wiele, co zapewne nikogo nie dziwi; przecież wszyscy wiemy, jaki charakter mają podobne gale. Ta jednak uwodziła swoją klasycznością – pozbawiona była porywających efektów specjalnych, multimediów i przepychu, nie miała też charakteru politycznego, jak chociażby ostatnie Oscary. Widz nie był odsyłany do czerwonego dywanu, a kamery nie pokazywały tysięcy fanów stojących przed operą. Ten brak fleszy, dziesiątków dziennikarzy i nieustannych krzyków powodował, że całe przedsięwzięcie bardzo zyskało na swym wydźwięku; stało się niemal kameralne i dla oglądającego poniekąd intymne, dzięki czemu mogliśmy czuć, że przebywamy w teatrze, a nie w komercyjnej machinie. Ceremonię otworzył występ Imeldy Staunton, która wykonała jedną z piosenek z musicalu Gypsy. Znana m.in. z roli Dolores Umbridge w serii filmów o Harrym Potterze aktorka zaprezentowała wspaniały pokaz swych umiejętności wokalnych; jej mocny, wypełniający całą operę głos, wzbudzał dreszcze. Za swój występ otrzymała owacje na stojąco. Wszystkich obecnych na gali przywitała wdowa po Sir Laurence’ie Olivierze – Joan Plowright. Choć sama była nieobecna, przemawiała z ekranu, gratulując nominowanym, życząc im powodzenia i wspominając swojego zmarłego męża. Później scenę przejął prowadzący Michael Ball, aktor musicalowy i laureat nagrody z roku 2006. Jego wypowiedzi były zabawne, lecz żarty zawsze mieściły się w granicach dobrego smaku. Nie przeciągał wypowiedzi, a jednocześnie urozmaicał zapowiedzi kolejnych występów, wkładając różne elementy strojów, które kojarzyły się z danym musicalem. W ten sposób mogliśmy go zobaczyć zarówno w roli kowboja, jak i udekorowanego ogromnymi pióropuszami czy chodzącego w wysokich czerwonych butach na obcasie. Wszystkiemu towarzyszyły oczywiście zabawne komentarze Balla; bez wątpienia dbał on o płynny przebieg gali. Interesujące były również same występy, wśród których największe brawa zebrały: wspomniana już Imelda Staunton, która później otrzymała nagrodę w kategorii Najlepsza Aktorka w Musicalu, oraz obsada Kinky Boots z Mattem Henry; laureatem w kategorii Najlepszy Aktor w Musicalu. Ich dynamiczny, szczegółowo dopracowany choreograficznie taniec do piosenki Sex is in the Heel wywierał ogromne wrażenie; aż trudno uwierzyć, że mężczyźni potrafią poruszać się w taki sposób, mając na sobie szpilki! Nie były to jednak jedyne występy tego wieczoru. Widzowie zostali uraczeni fragmentami takich musicali, jak: Bugsy Malone, Guys and Dolls, czy In The Heights, które również dostarczyły nie lada rozrywki. Organizatorzy ceremonii zadbali o to, aby stojący przed operą fani oglądający przedstawienia i koncerty na scenie portalu ITV mogli stać się częścią uroczystości. Nagroda publiczności została wręczona właśnie tam, a otrzymał ją musical Upiór w Operze
Statuetki przyznawano w dwudziestu siedmiu kategoriach. Rozpoczynając od teatru, przez operę i widowiska taneczne, aż po musicale. Za najlepszą wznowioną sztukę uznano Ma Rainey’s Black Bottom, która pokonała m.in. Hamleta z Benedictem Cumberbatchem, Niebezpieczne Związki z teatru Donmar Warehouse, czy Zimową Opowieść w reżyserii Kennetha Branagh’a. W kategorii komediowej zwyciężyła sztuka Nell Gwynn, a za największe osiągnięcie w teatrach afiliowanych uznano rolę Pata Kinevana w Fishamble for Silence. W czterech konkurencjach niezrównany okazał się musical Gypsy; otrzymał statuetki za najlepszą reżyserię świateł, najlepszą aktorkę w musicalu, najlepszą drugoplanową aktorkę w musicalu oraz najlepszy wznowiony musical. Za choreografię, największe osiągnięcie muzyczne oraz najlepszego aktora drugoplanowego w musicalu (David Bedella) wyróżniony został In The Hights. Trzy statuetki otrzymał również mówiący o akceptacji Kinky Boots – za najlepszy musical, kostiumy oraz aktora pierwszoplanowego. Piosenki do przedstawienia napisała sama Cyndi Lauper, która – obecna na gali – zaśpiewała na żywo jeden ze swych największych przebojów True Colors. W krótkiej przemowie twórcy musicalu apelowali, aby każdy z nas uczył się akceptować siebie samego i innych, gdyż tylko dzięki temu świat może być lepszy. Zaskoczeniem nie okazała się nagroda dla Denise Gough jako najlepszej aktorki w traktującym o problemie uzależnienia spektaklu People, Places & Things, który został wyróżniony także za dźwięk. Za najlepszą sztukę uznano Hangmena. Ten sam spektakl wygrał w kategorii na najlepszą scenografię. Najlepszym drugoplanowym aktorem okazał się Mark Gatiss (Three Days in the Country). Pokonał m.in. znanego z roli Herkulesa Poirota – Davida Sucheta. W kategorii na najlepszego aktora pierwszoplanowego wygrał natomiast Kenneth Cranham za rolę w spektaklu The Father, pokonując tym samym Cumberbatcha, Branagha i tegorocznego zdobywcę Oscara – Marka Rylance’a. Największe brawa otrzymała jednak jedna z najwybitniejszych brytyjskich aktorek – Judi Dench, która w tym roku zdobyła swą ósmą (sic!) statuetkę, tym samym ustanawiając rekord. Zwyciężyła w kategorii na najlepszą aktorkę drugoplanową rolą w Zimowej Opowieści
Nagrody przyznano również operom. Bezkonkurencyjna okazała się Cavalleria Rusticana/Pagliacci, produkcji Royal Opera House. Największym osiągnięciem operowym okrzyknięto natomiast chór i orkiestrę English National Opera. W kategoriach tanecznych zwyciężyły: Woolf Works za najlepszy spektakl taneczny oraz Alessandra Ferri za swój występ w Cheri. Najlepszym spektaklem familijnym został Showstopper! The Improvised Musical
Choć większość uroczystości utrzymana była w pogodnym nastroju, pełnym żartów i zabawnych anegdot, nie odbyło się bez kilku poważnych momentów. Jednym z nich było kilkuminutowe wspomnienie wszystkich zmarłych twórców ostatniego roku, wśród których wymieniono m.in. Alana Rickmana. Na ważne sprawy zwróciła także uwagę jedna z prezenterek – Juliet Stevenson, oddając hołd organizacji Good Chance, która stworzyła – jak sami to nazywają – teatr nadziei w obozie dla uchodźców w Calais, gdzie mogą oni oglądać filmy, przedstawienia, napić się ciepłej herbaty i spędzić wspólnie czas, zapominając o tragedii, którą przeżyli. 
Jednym z najpiękniejszych momentów gali było nawiązanie do odbywającej się w tym roku 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira. Z tej okazji mowę wygłosił Rory Kinnear, aktor teatralny i filmowy, znany m.in. z roli w serialu Dom Grozy. W pięknych słowach wymienił, ilu aktorów spośród zwycięzców otrzymało statuetkę Laurence’a Oliviera właśnie za role szekspirowskie, wspomniał o wielkości Szekspira mówiąc, że po czterystu latach jego sztuki nadal uwodzą. Stwierdził też, że dobytek tego wybitnego pisarza jest wart każdej ceny, a na końcu wspomniał Alana Rickmana i jego wyjątkową inicjatywę – stworzenia albumu z sonetami Szekspira, którego tytuł brzmi When Love Speaks (ang. gdy miłość przemawia). Jego mowę zwieńczył występ Jack’a Savorettiego, który wzruszająco zaśpiewał Sonet XVIIII. 
Ponieważ Nagrody im. Laurence’a Oliviera obchodziły czterdziestolecie, nie mogło zabraknąć wielu nawiązań do tej liczby. Przede wszystkim, podczas imprezy wyemitowano dwa kilkuminutowe filmy, wracające wspomnieniami do zwycięskich produkcji z poprzednich lat. Wymienione spektakle komentowali reżyserzy teatralni oraz aktorzy. Całą uroczystość natomiast zwieńczył zbiorowy występ wielu musicalowych gwiazd, które wspólnie zaśpiewały piosenkę What I Did For Love z przedstawienia The Chorus Line, które zwyciężyło podczas pierwszego rozdania nagród w roku 1976. Trudno wyobrazić sobie bardziej wzruszające zakończenie uroczystości niż wspólne cofnięcie się myślami o cztery dekady wstecz. Zwłaszcza, gdy piosenkę wykonało kilkanaście kobiet w różnym wieku, z różnych pokoleń i reprezentujących różne teatry. Ich występ na te kilka minut zjednoczył te pokolenia we wspólnej refleksji. I w tym wszystkim najpiękniejsza była pewna naturalność; brak wyćwiczonych ruchów, spontaniczne złapanie za dłonie czy obrót w czyjąś stronę. I choć przebieg ceremonii na pewno był ćwiczony, nie zdawał się wystudiowany. Nikt nie próbował na siłę wywoływać emocji, mowy zwycięzców były bardziej spontaniczne, niż zaplanowane, a prezenter niemal w ogóle nie poruszał tematu polityki. Tu najważniejsza była sztuka. I to sztuka najwyższej próby; taka, którą ludzie są szczerze zainteresowani, bo jak powiedział prowadzący – w ostatnim roku więcej ludzi w Anglii obejrzało spektakle teatralne, niż mecze Premier League.

Judi Dench

 

O kobiecie pracującej i znanych sprawcach

Kiedy myślimy o najbardziej znanych aktorach dwudziestego wieku – ona musi nam przyjść do głowy. Wiecznie roześmiana, zabawna, bardzo utalentowana. Irena Kwiatkowska – aktorka teatralna i filmowa, ale przede wszystkim wybitna aktorka komediowa, a przy tym gwiazda kabaretu. Słowem: wyjątkowa osobistość sceniczna. Przeżyła niemal sto lat i zostawiła za sobą ogromny dorobek twórczy. 

Aby mieć świadomość

On powiedział, że wszystko jest w porządku. Jest księdzem, więc nie może robić nic złego, bo przecież wysłał go Bóg. Musi być dobry. I zawsze ma rację. Poza tym bardzo pomaga mamie i jest dla nas miły. A to… On powiedział, że to normalne. Więc pewnie tak jest. Tak myślą dzieci, które padają ofiarą molestowania seksualnego ze strony księży. Potem milkną, pewne, że nikt im nie uwierzy, lub przekonane, że nie stało się nic złego. Zawstydzone i zaszczute, nie mają odwagi, aby wyjść z ukrycia. Dlaczego? Bo miały do czynienia z kapłanem, który w ich mniemaniu jest uosobieniem dobra.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia