ZADUSZKI W ESSENTII Nigdy nie umieraj przed premierą…

źródło
Tadeusz Kantor – reżyser, scenograf, malarz, geniusz, wizjoner. Przez wielu niezrozumiany, powszechnie uznawany za fenomen. Wybitna postać kultury XX wieku. Autor setek wykładów i manifestów, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych, a także poeta i miłośnik ambalaży, znany przede wszystkim z działalności Teatru Cricot2. W roku 2015 przypada setna rocznica jego urodzin, a zarazem 25. rocznica jego śmierci. 

Artysta przyszedł na świat w Wielopolu Skrzyńskim, gdzie podczas drugiej wojny światowej wymordowano większość ludności. Wielopole jest dzisiaj miejscem, w którym to, co nowe, miesza się z widmem przeszłości. W starych, przedwojennych domostwach żyją nowi ludzie, podejrzliwie obserwujący turystów. To miejsce wzbudza wiele emocji, przyciąga i zwodzi. Każdy ma swoje Wielopole i Kantor również je miał. Często zresztą do niego wracał w swoich spektaklach, które stanowiły jedną wielką biografię artysty. Postacie występujące w jego przedstawieniach były portretami tych, których pamiętał z rodzinnej miejscowości.
Najsłynniejszym, a jednocześnie ostatnim okresem w jego twórczości było tworzenie teatru śmierci, w ramach którego powstały najbardziej znane spektakle Kantora, w tym: Niech Sczezną Artyści, Wielopole, Wielopole, Umarła Klasa, Nigdy Tu Już Nie Powrócę, a także Dziś Są Moje Urodziny. Wszystkie te spektakle odniosły światowy sukces, a nazwisko Kantora błądziło nie tylko po Europie, ale także po wielu innych zakątkach świata. Dziś możemy czytać recenzje jego przedstawień w kilkunastu językach z kilkudziesięciu państw, a wszyscy zgodnie twierdzą, iż Tadeusz Kantor zmienił oblicze sztuki XX wieku, na stałe wpisując się w karty historii.
Nazywano go tyranem. Twierdzono, że traktował aktorów jak przedmioty lub rekwizyty. W podobnych opiniach bardzo łatwo zgubić jeden istotny fakt: dla Kantora rekwizyt był tak samo ważny, jak aktor. Wystarczy spojrzeć na stworzone przez niego instalacje i elementy scenografii, które zawsze czemuś służyły, nie będąc jedynie elementem ozdobnym. Tu wszystko miało swoje miejsce. Tu wszystko było scaloną wizją artysty. Artysty, który bardzo często bywał niezrozumiały, ale wciąż poruszający. Na pytanie, jak podobał się spektakl, jedna z widzek odpowiedziała mu tak: Nic żem nie zrozumiała, ale co żem się napłakała tom się napłakała… 
źródło
Kantor był niczym widmo. Podczas trwania spektakli pojawiał się na scenie, przypominając o swej obecności. Był obrazem, siedział na krześle, przechadzał się i leżał. Ingerował, gdy istniała taka potrzeba, a widz nie do końca wiedział… czy to reżyser, który pilnuje porządku, a może człowiek, który z bliska obserwuje wspomnienia ze swego życia? Bo przecież na scenie odgrywano właśnie jego życie, żywe wizualizacje wspomnień. Te dwa obrazy Kantora nachodziły na siebie, mieszały się nawzajem. Obecność twórcy na scenie zwracała uwagę i prowokowała pytanie: dlaczego tu jesteś? A z drugiej strony nikt nie wyobrażał sobie spektaklu bez niego.
Ostatnim spektaklem Kantora był Dziś Są Moje Urodziny. Przedstawienie, w którym artysta wyreżyserował swoją własną śmierć i swój własny pogrzeb. Nigdy jednak nie stanął na scenie jako Właściciel Biednego Pokoju Wyobraźni, ponieważ zmarł niespodziewanie, tuż przed premierą, po jednej z prób. 8 grudnia 1990 roku Tadeuszowi Kantorowi pękło serce, czego nawet aktorzy Teatru Cricot2 nie mogli pojąć. W jednym momencie zostali sami ze spektaklem dotyczącym śmierci jego twórcy i Kantor już nigdy nie miał stanąć z nimi na scenie. Do premiery doszło w styczniu 1991 roku w Tuluzie, jednak spektakl nie odniósł sukcesu na miarę wcześniejszych. Może brak reżysera był aż nazbyt odczuwalny?
Tadeusz Kantor żył 75 lat. Podczas swojego życia nieustannie pracował, zmieniając oblicze sztuki. Dziś pamięć o nim pielęgnuje krakowskie muzeum Cricoteka, gdzie można podziwiać imponujące instalacje, wziąć udział w licznych spotkaniach z aktorami, a także skorzystać z bogatego archiwum działalności twórcy. W tym roku wystartowały również zdjęcia do filmu biograficznego o tytule Nigdy Tu Już Nie Powrócę. UNESCO ustanowiło rok 2015 rokiem Tadeusza Kantora.
 źródło

Marii Stuart taniec za śmiercią

archiwum teatru Ateneum
W ostatnich dniach Warszawę spotkało coś niesamowitego – na deskach teatru Ateneum została wskrzeszona królowa Szkotów – Maria Stuart. Przywołana z martwych, ponownie zasiadła w swej celi, a wraz z nią powróciła jej służba, której zadaniem było pomóc królowej w przygotowaniach do śmierci.

Maria Stuart została stracona w roku 1587 po dwudziestu latach niewoli. Niespełna czterysta lat później niemiecki autor Wolfgang Hildesheimer napisał dramat o ostatnich godzinach jej życia. Dzisiaj Agata Duda-Gracz stworzyła spektakl, którym przywołała królową do świata żywych po to, abyśmy i my ujrzeli to groteskowe widowisko, jakim była jej śmierć.
Wchodzimy więc na salę pewni, że obejrzymy teatralne przedstawienie. Nic bardziej mylnego. Wkrótce dowiemy się, że w rzeczywistości jesteśmy świadkami publicznej egzekucji; tym szesnastowiecznym ludem, który przybył, aby obserwować ścięcie. W ten sposób nawiązujemy trwałą, niemal intymną relację z postaciami – poznajemy ich osobowości: często okrutne, kłamliwe i przewrotne. Widzimy przebieg wydarzeń, celowe działania, które mają doprowadzić do rychłej śmierci królowej. I wreszcie widzimy ją samą – przerażoną, załamaną, pobudliwą… I z godziny na godzinę coraz bardziej milczącą.
Patrzymy na niewielkie, prawie puste pomieszczenie. Czarne kraty pną się pod sam sufit, a w pobliżu stoi krzesło, będące jednocześnie nocnikiem. Jasne światło rzuca jaskrawą poświatę na mizerną, niemal łysą kobietę odzianą w brudną, poplamioną krwią koszulę. W tej starej, zniszczonej życiem więźniarce bardzo trudno rozpoznać Agatę Kuleszę. Charakteryzacja postaci jest dokładna i wiarygodna, świetnie dopracowana. Przyciąga uwagę, ale nie zaskarbia jej w całości, ustępując miejsca innym elementom spektaklu. 
Na początku słychać krzyk. Maria Stuart przeraża nas rozpaczliwym, pełnym emocji i strachu wyciem, które pojawia się nagle, bez zapowiedzi. Trwa długo, przenika całą salę i wszystkich obecnych. Niewzruszony pozostaje jedynie kat, który od samego początku stoi w kącie sceny. Przedstawienie rozpoczyna rozmowa kobiety z jej oprawcą. Następnie pojawiają się kolejni przedstawiciele służby królowej – ekspresyjni, pełni wigoru i zapału. Zdają się uważać śmierć ich władczyni za wielkie wydarzenie. Stroją ją, karmią, przygotowują. Widz może odnieść wrażenie, iż traktują egzekucję jako widowisko pełne rozmachu, jako przyjęcie bądź znaczącą w życiu Marii ceremonię. Mówią, jak powinna wyglądać, jak reagować. Zupełnie tak, jakby w ich mniemaniu miało to dla królowej znaczenie… Sprawują nad nią dobrą opiekę, odnoszą się z należytym szacunkiem i pokorą, a za plecami klną i wyzywają, pełni niecierpliwości, aż kobieta zginie. Nienawidzą jej. Pełni fałszu i zakłamania dbają jedynie o własne interesy, chcąc zlikwidować stojące im na drodze przeszkody. 
Agata Duda-Gracz nie po raz pierwszy sięga do psychiki człowieka, wyciągając z niej najgorsze i najmroczniejsze cechy. Przedstawia zakłamanie i dwulicowość, porusza zjawisko antysemityzmu, traktuje wokół prób samousprawiedliwienia; tak bliskich człowiekowi, który popełnił błąd. Tytułowa bohaterka od samego początku stara się bowiem przekonać nie tylko własne otoczenie, ale i siebie, że była dobrym, sprawiedliwym człowiekiem. Człowiekiem, który po dwudziestu latach niewoli zasługuje na miano męczennika, a po śmierci na miano świętego. Wyrzeka się swych błędów i usprawiedliwia je w irracjonalny, często niepoważny sposób. Wierzy w słuszność swych czynów, albo po prostu pragnie uwierzyć, aby pokonać rosnący w niej strach przed śmiercią. 
Co fascynujące, w owym spektaklu mamy do czynienia z odwróceniem pewnego schematu. Zwykle jesteśmy świadkami rosnącego napięcia, które w pewnym momencie znajduje swe ujście w nagłym wybuchu. Tutaj jest odwrotnie. W pierwszych minutach sztuki poznajemy roztrzęsioną i pełną emocji królową, która w miarę upływu przedstawienia cichnie. Staje się coraz spokojniejsza, coraz bardziej nieprzenikniona, ma coraz mniej do powiedzenia. Aż wreszcie jest gotowa na przyjęcie śmierci z należytą godnością. 
Mary Stuart to koncert gry aktorskiej. Agata Kulesza na dwie godziny wcieliła się w postać królowej, a potem wraz z nią poszła na śmierć, zdolna do przekazania wszystkich emocji widzowi. Swą rolę odegrała wybitnie, pozwalając, aby odbiorca uwierzył, iż nie ma do czynienia z aktorem, ale z prawdziwą historyczną postacią, która po ziemi stąpała niemal pięćset lat temu. Na uwagę zasługuje również wykreowany przez Tomasza Schuchardta Głąb. Aktor bardzo emocjonalnie odegrał postać niemowy, nadając jej wyjątkowy charakter i nie ulegając trudnościom fizycznym, które rola ze sobą niosła. Nie można także zapomnieć o Kacie; Przemysław Bluszcz zdołał pozostać w bezruchu przez większość spektaklu, na końcu porywając królową do zachwycającego tańca – tańca ze śmiercią. 
Oglądając spektakl, nie można nie zauważyć, iż każdy element idealnie ze sobą współgra; świetna charakteryzacja i kostiumy, doskonała gra aktorska, muzyka skomponowana przez Maję Kleszcz i Wojciecha Krzaka, reżyseria świateł Katarzyny Łuszczyk, a także scenografia; pomysłowa, mroczna, wspólnie z innymi elementami przywodząca na myśl malarstwo Pietera Bruegla. Sztuka jest przemyślana i dopracowana, urozmaicona krótkimi retrospekcjami z życia królowej przedstawionymi w postaci etiud odgrywanych przez postacie Głąba i Gervaisa. W Mary Stuart każdy przedmiot jest elementem świetnie skomponowanej układanki. I nie ma tu miejsca na błąd.
Alfred Hitchcock powiedział kiedyś: Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Tutaj jesteśmy świadkami czegoś niesamowitego, o ile bowiem napięcie w duszy królowej nieustannie spada, o tyle my – spragnieni kolejnych trzęsień ziemi – przeżywamy tę sztukę długo po jej zakończeniu.
Bez wątpienia nie jest to sztuka łatwa ani prosta w odbiorze. Oglądając ją, musimy zmierzyć się z tragedią więzionej kobiety, która raz jeszcze rozlicza swe życie. Musimy obserwować najgorsze cechy człowieka i zastanawiać się, czy aby na pewno sami ich nie mamy. Warto jednak odwiedzić warszawski teatr Ateneum i poznać tę historię chociażby po to, aby na dwie godziny przenieść się do roku 1587 i być świadkiem wielkiego, podniosłego wydarzenia – śmierci królowej Szkotów, Marii Stuart.

Rock ma kręcone włosy

źródło
Curly Heads wydało płytę. Dziesięć mocnych, dobrych kawałków, które zapadają głęboko w pamięć i tam też pozostają, ale nie mają nic wspólnego z tymi wszystkimi piosenkami, o których mówimy: No, wpadło w ucho. Kilkuletnia praca i poszukiwanie własnego brzmienia zaowocowały naprawdę interesującym, fantastycznym debiutem. Debiutem, który jest odświeżeniem polskiej sceny muzycznej, bo wprowadza coś nowego i innego. Coś, czego nikt się nie spodziewał po kilku latach lansowania niczego i o czym zdążono już dawno zapomnieć. Jak miło wejść teraz do Empiku i ujrzeć płytę Curly Heads wśród bestsellerów! Napawa to wielką dumą. Na pewno.

Zespół tworzony przez piątkę młodych chłopaków, z których nie każdy jest tak bardzo curly, jak by się wydawało, miał trudne początki. Zgoła nieprzyjemnie podsumowani w Mam Talent i określeni jako przeciętni inicjatorzy teraz rozwinęli skrzydła, spod których wyleciał świetny krążek – Ruby Dress Skinny Dog. Mocny, pełen emocji, pożądania i niespełnionych pragnień. Loczki dokonały czegoś fantastycznego; w ich kawałkach treścią nie jest jedynie tekst, ale także muzyka. Te nagłe zmiany nastrojowości, zupełne pozbawienie monotonii, niekontrolowane wybuchy. Curly Heads opowiada nam bajkę, która nie ma być błahą, przyjemną dla ucha opowiastką, ale historią poruszającą do głębi. Dlatego naprawdę trudno się w to nie wdrożyć, mimo że nasze zmysły zostają brutalnie zaatakowane ogromem emocji. Mamy tu wszystko, co ludzkie, bo zarówno niezdecydowanie, cierpienie i tęsknotę, jak i palące pragnienie, które nie sposób zaspokoić. Między innymi dlatego tak dobrze się tego słucha. W tej muzyce wszystko jest intensywne, stworzone pełną parą, bez powstrzymywania się i zahamowań. Panuje tu chaos, ale chaos przyjemny, chaos piękny, chaos tak bardzo na miejscu, że trudno wyobrazić sobie całość bez niego.
Mamy treść. Mamy muzykę. Dziki taniec fantastycznie wykorzystanych gitar, które bez wątpienia znajdują się w rękach profesjonalistów. Często aktywny bas, z czego jestem wielce zadowolona. I bardzo dobrą perkusję. Mamy też głos… I nad tym głosem można by się rozwodzić, bo dla tych, którzy znają solową płytę Dawida Podsiadło, jego śpiew może być zaskoczeniem. Jestem pełna podziwu dla jego wszechstronności, faktu, że sprawdza się zarówno w spokojnych brzmieniach z pogranicza indie i popu, jak i w tym mocnym, bezkompromisowym rocku, który tworzy wraz z Curly Heads. Dawid jest tu nie tylko wokalistą, ale uzdolnionym aktorem, bo słuchając tych, często rozpaczliwych i przesyconych emocjami utworów odnosi się wrażenie, że przemawia do nas ktoś, kto z całą swoją mocą i pewnością przeżywa to wszystko, o czym śpiewa. I to jest godne pochwały.
Bez wątpienia mamy do czynienia z porządnym rockowym tworem, który na pewno nie jest komercyjną sielanką do posłuchania dla wszystkich. Nie każdy się w tym zakocha. Nie każdy to zrozumie i doceni. Pokuszę się o stwierdzenie, że nawet wręcz przeciwnie – zapewne pojawi się wielu słuchaczy, którzy skrytykują płytę. Jednak wszystko, co negatywne, tylko zwiększa popularność, a co jak co, ale Ruby Dress Skinny Dog bez wątpienia na tę popularność zasługuje.

To ja jestem Anastazją

źródło
Siedemnasty lipca, rok tysiąc dziewięćset osiemnasty. Kilka minut po północy rodzina carska zostaje gwałtownie wybudzona ze snu. Jakow Jurowski, bolszewicki dowódca, przekonuje Mikołaja II, jego żonę i dzieci, że grozi im niebezpieczeństwo. Poruszeni i zdenerwowani idą za mężczyzną do piwnicy, która ma być dla nich schronieniem. Nie wiedzą jeszcze, że w rzeczywistości ten ciemny, zimny pokoik jest ostatnim miejscem, które zobaczą. Blisko godzinę później jedynym dowodem obecności Romanowów będzie ich własna krew i krzywy napis na ścianie: Baltazar został tej nocy przez sługi swoje zabity…

Mikołaj II Romanow abdykuje. Mikołaj II Romanow chudnie i mizernieje w oczach. Mikołaj II Romanow pozuje do zdjęcia z uśmiechem, mimo że właśnie ma pozostać w areszcie domowym. Powód? Nagła nienawiść społeczeństwa rosyjskiego wobec rodziny carskiej. Bolszewicy użyli wielu środków, aby podważyć jego autorytet. Dopięli swego. Tym samym rozpoczął się najtrudniejszy rozdział w życiu Romanowów. Najtrudniejszy, bo ostatni.
Z pięknego i bogatego dworu zostali przewiezieni do domu Ipatiewa w Jaketynburgu. Wystawne życie dobiegło końca. Zastąpiły je pokoje bez mebli, niejadalne posiłki i przemoc. Na miejscu wykwalifikowanej służby postawiono wulgarnych strażników nucących frywolne, niesmaczne przyśpiewki. Trudno mówić o jakichkolwiek przejawach szacunku, bo w tym czasie główną rozrywką bolszewików były różnego rodzaju poniżenia, w tym kpiny, wyzwiska, a nawet przemoc fizyczna. Nie wszyscy pragnęli śmierci Romanowów, ale wyrok był kwestią czasu. Zagadką pozostaje, czy rodzina władcy rzeczywiście się go spodziewała.
Decyzja ma być podjęta w tajemnicy. Zbrodnia dokonana po cichu. Prawda nie może ujrzeć światła dziennego. Są tacy, którzy sprzeciwiają się zabójstwu niewinnych dzieci, ale te nadal pozostają świadkami wszystkich zdarzeń i okrucieństw, których dopuścili się bolszewicy, a o których społeczeństwo nie może wiedzieć. Jest tylko jeden sposób, aby potomstwo cara nie przemówiło. Trzeba je uciszyć na zawsze. Dlatego też 17 lipca 1918 roku, chwilę po północy, podstępem zaprowadzona do piwnicy rodzina zostaje zamordowana strzałem w tył głowy. Następnie ich ciała zostają przewiezione do lasu, gdzie rozczłonkowane i oblane kwasem trafiają do nieczynnych szybów. Tak kończy się historia Romanowów, a rozpoczyna legenda… legenda o Anastazji.
Jest rok 1920. Młoda, cierpiąca kobieta pragnie popełnić samobójstwo, co zostaje jej udaremnione. Odwieziona do szpitala psychiatrycznego podaje się za Anastazję Nikołajewnę Romanową, cudownie ocalałą księżniczkę. Trudno uwierzyć w jej historię, bo po zabójstwie rodziny carskiej zgłosiło się mnóstwo dziewcząt, każda inna, ale mówiąca to samo zdanie: Jestem Anastazją. Tajemnicza, niedoszła samobójczyni zostaje ochrzczona mianem Anny Anderson, a jej ewentualne pokrewieństwo natychmiast podlega badaniu. Nie można zaprzeczyć, że kobieta wie nad podziw dużo o carskiej rodzinie, w dodatku ma podobnie zniekształconą stopę i zna tajne skrytki w Carskim Siole, o których nie wiedział nikt inny. Anna intryguje. Anna interesuje. Anna zrzesza sobie wyznawców. Ale przy tym wszystkim przejawia zachowania tak niepodobne do Anastazji, że trudno zaakceptować jej wersję. Ale może to zrozumiałe, może przeżyta trauma, widok śmierci własnych rodziców, sióstr i brata wpłynęły drastycznie na jej charakter? Co z tego, że dziewczyna nie umie udowodnić swych racji, skoro przeciwnicy nie są w stanie udowodnić, że kłamie? Dochodzenie trwa czterdzieści lat, a ona idzie w zaparte, pisząc książkę o swoich przeżyciach. Tylko czemu nie pisze jej w języku rosyjskim? Odpowiedź jest prosta: bo go nie potrafi. Ostatecznie Anna zyskuje nowy przydomek. Nie jest to jednak upragnione imię – Anastazja, a dosadne – Oszustka. I w jednym momencie cała nadzieja i wiara w to, że rosyjska księżna żyje, odchodzi w zapomnienie. Trudno pogodzić się z faktem, że wszyscy Romanowowie zginęli tej jednej nocy.
Ale ludzie lubią legendy i tajemnice. Bez wątpienia istnieje niejedna osoba, która usilnie wierzy w zbłąkaną gdzieś na świecie księżniczkę. Jej przeżycie było pozornie możliwe, ale znalezione w 2007 roku szczątki obalają kolejne mity. Mimo jawnych dowodów dla wielu ludzi ciągle pozostają niedomówienia. Bo czy wizja cudownie ocalałej dziewczynki nie kusi swoją tajemniczością i nie prowokuje wyobraźni?

Anastazja ma na sobie wyszywany drogimi kamieniami gorset. 




Kule nie dosięgają Anastazji. 



Anastazja płacze.
Anastazję zabija się bagnetem. 
Czy Anastazja żyje…
… czy Anastazja nie żyje?

Dionizosie! Chwalimy Cię!

źródło
Piękny dzień panuje na górze Olimp. Bogowie schodzą się powoli, ale wszyscy pozostają w cieniu, tego dnia epicentrum stanowi bowiem Dionizos. Podczas gdy oni delektują się ambrozją, on sączy wino, nad którym ma władanie. Jest w końcu bogiem tego wspaniałego trunku, winnej latorośli, rozrywki i natury. A dziś jest jego święto.

W momencie gdy bogowie obserwują zdarzenie, tłum ludzi zbiera się w określonym miejscu, by rozpocząć misteria zwane Dionizjami. Rzeźba Dionizosa została już sowicie ozdobiona wszelkimi laurami i kwiatami, świątynia stoi otworem, miasto czeka…
Wiadomo, że owe uroczystości miały miejsce już w szóstym wieku przed naszą erą. Jest to czas szczególny, ponieważ właśnie ten okres możemy uznać za początki istnienia teatru. Wyjątkowego, bo opartego na rytuałach i boskim kulcie, nieschematycznego, zapewne pozbawionego setek szczegółów, które dziś wydają nam się nieodłączną częścią teatru, ale… nadal pięknego. Na swój własny, mistyczny, grecki sposób.
Święta na cześć Dionizosa odbywały się dwukrotnie w ciągu roku. Pierwsze, zwane Dionizjami Małymi, miały miejsce w Attyce na przełomie grudnia i stycznia. Owe uroczystości można potocznie nazwać wiejskimi, cechował je bowiem frywolny, ludowy charakter. Był to czas, w którym śpiewano wesołe piosenki, pito młode wino i organizowano pochody wszelkiej maści. Jednym z nich była procesja zwana komos. Obchodzona w beztroski, satyryczny sposób stała się początkiem gatunku zwanego komedią. Arystoteles pokusił się nawet o stwierdzenie, że określenie komedii pochodzi właśnie od nazwy sławetnej procesji.
Ostatnie dni marca i początek kwietnia, oprócz urodzajnej wiosny, niosły za sobą misteria zwane Dionizjami Wielkimi. Miały one o wiele bardziej wzniosły charakter niźli Dionizje Małe i uczestniczyła w nich większa liczba osób. Może dlatego, że te konkretne uroczystości odbywały się w samych Atenach. O mistycznej atmosferze widowiska świadczyło odśpiewywanie pochwalnych, często tragicznych, ale przy tym bardzo wyniosłych pieśni, zwanych dytyrambami. Ponoć dały one początek antycznej tragedii, choć wtedy były wygłaszane tylko podczas składania Dionizosowi ofiary. W trakcie śpiewu aktorzy przebrani za kozły odprawiali taniec wokół ołtarza, oddając w ten sposób hołd bogu winnej latorośli.
Drugiego dnia miał miejsce uroczysty pochód, będący przeniesieniem posągu Dionizosa ze świątyni do gaju Akademosa, gdzie po wzniosłym nabożeństwie wszyscy mieli prawo wziąć udział w sytej uczcie. To również miało charakter pochwalny, ponieważ samo bóstwo słynęło nie tylko z miłości do wina, ale i rozrywki. Najedzeni świętujący, tuż po zachodzie słońca, ponownie unosili posąg i nieśli go prosto do Aten, a ich twarze oświetlał jedynie blask płonących pochodni.
W tym miejscu docieramy do kwintesencji Wielkich Dionizji: części, która daje faktyczny początek teatrowi, kolejne dni grecy poświęcali bowiem na starannie przygotowane, teatralne widowiska. Całość miała charakter konkursowy. I w ten oto sposób dzień trzeci raczył uczestników uroczystości wybraną komedią, która miała za zadanie utrzymać ich radosny nastrój, tak umiłowany przez Dionizosa. W trakcie następnych trzech dób możność zaprezentowania się mieli greccy tragicy – ci, których dziś tak dobrze znamy. Między innymi Ajschylos, Sofokles czy Eurypides. Co roku do konkursu przystępowało trzech autorów. Każdy z nich miał jeden dzień, aby przedstawić własne dzieło i zdobyć uznanie publiki. To właśnie podczas Dionizji po raz pierwszy przedstawiono Antygonę, Króla Edypa i Oresteję. Sam Ajschylos zwyciężył aż pięciokrotnie.
Warto nadmienić, że już wtedy kształtowały się pierwsze zasady dotyczące teatru, co oznaczało, że ową formę sztuki planowano w przyszłości rozwinąć. I tak ustalono przepisy, według których w jednej scenie nie mogło brać udziału więcej niż trzech aktorów. Kobiety nie miały prawa występować, a sami występujący – ukazywać swojej twarzy – mieli do wyboru jedną z czterech masek, które określały dane emocje. Co ciekawe, nieodłącznym elementem kostiumu były koturny, których wysokość świadczyła o bogactwie postaci, miejscu w hierarchii społecznej, które zajmowała. Gra aktorska była bardzo ważna, gdyż publika żywo na nią reagowała. Kolejną wytyczną, która do dziś pozostaje główną cechą antycznej tragedii, była zasada trzech jedności. Według niej tragedia musiała odbywać się tylko w jednym miejscu, akcja w niej zawarta nie mogła trwać dłużej niż dobę, a całość miała skupiać się na jednym, konkretnym wątku. W skrócie: jedność miejsca, czasu i akcji. W starożytnym dramacie postać nie miała prawa doznać przemiany wewnętrznej. Jeśli przy wstępie była zła, zła musiała pozostać już do końca. Co więcej, przywdziana na początku występu maska nie mogła zostać zmieniona w trakcie przedstawienia, a sama sztuka – zawierać drastycznych scen.
Początki teatru niosą za sobą wiele tajemnic. Czas, który dzieli nas od pierwszego wystawionego spektaklu, właściwie zaprzepaścił już szanse na odkrycie czegoś nowego. Każda wiedza na temat tego, co działo się w sferze kulturowej starożytnej Grecji czy starożytnego Rzymu, jest jedynie podstawą, ale czy pozostawanie w świecie wyobrażeń i domysłów, jak wyglądał tamtejszy teatr, nie jest ciekawe? Kto pierwszy dał pomysł stworzenia sztuki teatralnej? Ajschylos pisał:  Kiedy zaś pojawiła się tragedia i komedia (…), tylko kiedy się pojawiła i w jaki sposób? Jakie miała znaczenie? Czy była czymś więcej niż rytuałem? W jakim stopniu była dopracowana i czy rzeczywiście cieszyła oko? Jeśli brak odpowiedzi wypala dziurę w sercu… trzeba zapytać Dionizosa. On przecież to wszystko obserwował ze szczytu boskiego Olimpu.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia