Ja, Człowiek, skorom ukrył przed światem wszelkie winy moje…

archiwum teatru Capitol
Czarny korytarz. Idę powoli, ponieważ tłum ludzi próbuje przedostać się na drugi koniec. Ta ciemność, przez którą musimy iść, ma za zadanie odseparować nas od świata materialnego i wprowadzić… tutaj. A tu już nic nie jest materialne ani przyziemne. Na tle niebieskawego światła majaczą postacie, białe niczym duchy, wykonujące uciszający gest i podchodzące do swoich widzów, aby złapać ich za rękę i pociągnąć w nieznane.

Na spektakl Agaty Dudy-Gracz pod tytułem: Ja, Piotr Riviere, skorom już zaszlachtował siekierom (!) swoją matkę, swojego ojca, siostry swoje, brata swojego i wszystkich sąsiadów swoich udałam się w ramach festiwalu Boska Komedia w Krakowie. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Do dyspozycji miałam jedynie krótki opis samej sztuki i listę z obsadą. Zaintrygował mnie tytuł. Choć długi, urzeka swoją zagadkowością, a sam spektakl zaskakuje już przy rozpoczęciu. Warto jednak wspomnieć, o czym opowiada…
Gminę Aunay dosięgła tragedia. Pierworodny syn państwa Riviere z niewiadomych przyczyn zamordował całą rodzinę i sąsiadów. Znajdujemy się na sali sądowej, gdzie wszystkie ofiary zabójcy mają prawo zeznawać, a na ławie oskarżonych zostają posadzeni jego rodzice, siostry i brat. Proces rusza. Widzowie obserwują, a co najważniejsze – biorą żywy udział w rozprawie. Jest to jeden z najbardziej niesamowitych aspektów sztuki; widz przebywa w ciągłej interakcji z aktorem już od samego początku, kiedy to właśnie on decyduje, gdzie oglądający spektakl ma usiąść. Dlatego też na owe przedstawienie zarezerwowanie konkretnych miejsc jest niemożliwe.
Tu nie ma czegoś takiego, jak scenografia, rekwizyty, kostiumy czy gra aktorska. Znajdujemy się w paradoksalnie nieistniejącym miejscu, które dla nas uchodzi za prawdziwe. Otaczają nas zmarli, którzy wydają się bardziej namacalni niż ludzie żyjący. Rozmawiają z nami, dotykają nas, czasem siadają obok. Patrzą w nasze oczy tak, jakby chcieli wydobyć z nich wszystkie tajemnice. Grają, manipulują nami, podczas procesu sądowego przedstawiając kolejno swoje własne wersje. A każda z nich inna, każda wzbogacona inną retrospekcją i każda celująca w Piotra Riviere, którego od samego początku skazujemy na potępienie. Właściwie od pierwszej opowieści jesteśmy przekonani o jego winie i złu, które nim kieruje. Choć nie poznajemy tytułowego bohatera przez większą część spektaklu, z wielką łatwością wystawiamy o nim opinię. I chyba właśnie o to chodzi. O to, aby pokazać, jak proste są ludzkie osądy, a do jakiej tragedii potrafią doprowadzić…
Tu nie ma postaci złej ani dobrej. Odziani w biel, sprawiają wrażenie czystych, ale niedługo, na tym kolorze najprościej bowiem ujrzeć grzech. Słuchając historii bohaterów, natrafiamy na kolejne wady i ułomności człowieka. Z przerażeniem odkrywamy, że w tych nieszczęsnych mieszkańcach gminy Aunay potrafimy odnaleźć siebie samych; stereotypowych i wiecznie przekonanych o własnej niewinności. Wreszcie patrzymy na to wszystko z coraz większym niepokojem, ponieważ każdy następny element wywołuje w nas dziwne poczucie winy. Dlaczego? Bo w miarę upływu spektaklu mamy coraz więcej wątpliwości. Zadajemy sobie pytanie: czy Piotr Riviere, ten, który zaszlachtował siekierom swoją matkę, swojego ojca, siostry swoje, brata swojego i wszystkich sąsiadów swoich, rzeczywiście ponosi za to odpowiedzialność? Czy naprawdę wszelkie grzechy, które zostały mu przypisane, należą do niego? Czy krew, którą ma na rękach, wylano z jego winy?
Nie znajdziemy tu odpowiedzi. Nikt nie powie nam wprost, jakie jest rozwiązanie zagadki, bo musimy ją rozwiązać sami. Zgodnie z własnym sumieniem i emocjami. Uświadamiamy sobie, że miejsce, w którym się znajdujemy, najprościej nazwać czyśćcem, z którego my jeszcze wyjdziemy, ale oni już nie. Te strapione dusze, żadna niewinna, a każda tak bardzo odrzucająca swoje błędy. I powtarza swoją wersję niczym mantrę. Raz za razem. Co, gdybyśmy byli na ich miejscu? Co, gdyby i dla nas nie było powrotu?
Spektakl w charakterze misterium był zdecydowanie doskonałym wyborem. Będąc na nim, widz odnosi wrażenie, że nie ma ani początku, ani końca. Nie spotkamy się tu z ukłonami ani wiwatami. Na nasze oklaski nikt nie zareaguje, bo na scenie nie ma aktorów. Są bohaterowie. Reżyserka spektaklu dopięła celu; w okrutny i dosadny sposób ukazała ludzkie słabości i zaniedbania, stereotypowość poglądów i wszystkie te cechy, których tak często się wypieramy. Ta tragikomedia w pewien sposób zadaje nam ból. Ból ten można nazwać inaczej – prawdą. Bo kto z nas potrafi zmierzyć się z nią, nie odczuwając cierpienia?
Kolejnym wielkim atutem przedstawienia jest oświetlenie zaaranżowane przez Katarzynę Łuszczyk. Psychodeliczna gra świateł i efekty idealnie dopełniają całokształt spektaklu, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że odgrywają tu bardzo znaczącą rolę. Nie można zapomnieć o muzyce Piotra Dziubka, która została uhonorowana nagrodą podczas krakowskiego festiwalu Boska Komedia. Dopracowana scenografia, kostiumy utrzymane jedynie w bieli i bardzo dobra gra aktorska. To wszystko przemawia za tym, aby zarezerwować czas i zobaczyć ten spektakl.
Ale nie jest to sztuka dla każdego. Nie jest to proste ani przyjemne. Nie patrzy się na to z zadowoleniem czy wzruszeniem. Strach, gniew, smutek, przerażenie. Wszystko, co widzimy, porusza do głębi. Skłania nas do refleksji i odpowiedzi na pytanie: kim jestem?.
Więc… kim jesteś?
Archiwum teatru Capitol
Archiwum teatru Capitol
Archiwum teatru Capitol

Teatr, czyli sztuka na żywo

Zdjęcie ze spektaklu O rozkoszy, autor: Piotr Kubic
TEATRALNA ESSENTIA!

Wyobraźmy sobie sztukę, w której wszystko dzieje się teraz. Której nie można powtórzyć, powielić, ani stworzyć ponownie. Nie ma w niej miejsca na pomyłkę czy przerwę. Nie można odejść, kiedy się chce i dokończyć później, bo… przedstawienie musi trwać. Dookoła artysty znajduje się mnóstwo ludzi i każdy jest wpatrzony w to, jak ów artysta tworzy. Bo tworzyć trzeba wielokrotnie, ale zawsze na żywo.

Teatr. Czym jest? Miejscem, przedstawieniem, sposobem, wyznaniem, pasją, a może jedynie wymysłem? Co nam daje? Ile możemy z niego czerpać? Okazuje się, że wiele. Ofiaruje nam bowiem możliwość oglądania sztuki w trakcie jej tworzenia. Pokazuje artystę: człowieka z krwi i kości, który musi zrealizować plan za pierwszym razem, bez popełnienia błędu. A to tylko początek!

Nie ma jednakowego teatru. Tak jak nie ma jednakowego aktora, sztuki, sceny czy spektaklu. Wszystko, co mamy okazję ujrzeć w teatrze, ukazuje nam się po raz pierwszy i ostatni, bo nawet powielone przedstawienie za każdym razem jest inne. Może to być szczegół, zaledwie detal, ale nawet tak niewiele sprawia, że stajemy się częścią czegoś wyjątkowego, co nigdy więcej nie będzie miało miejsca.

Spójrzmy na filmy – każda scena jest wielokrotnie powtarzana w celu stworzenia jej perfekcyjnej. My, jako widzowie, dostajemy ten ideał na tacy. W teatrze natomiast, wszystko ewoluuje, wszystko się zmienia. Czasem aktor bardzo długo dojrzewa, aby wykreować w sobie bohatera, którym ma być. I, co najcudowniejsze: my możemy być świadkami jego przemiany.

Wyobraziliśmy sobie sztukę, w której wszystko dzieje się teraz. Której nie można powtórzyć, powielić ani stworzyć ponownie. I właśnie o niej będziemy mówić w tym dziale, chcąc pokazać, jak szerokim pojęciem jest, ile znaczy i jaki ma wpływ na postrzeganie przez nas świata. Znajdzie się tu miejsce dla przestrzeni, dla ludzi i dla samych sztuk, które dobrze zrobione, zostają w naszej pamięci na zawsze. A to wszystko w nowo utworzonym dziale: Teatr.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia