Twin Peaks na nowo

źródło
Agent specjalny Ethan Burke zostaje wysłany do małego miasteczka Wayward Pines z misją odnalezienia dwóch zaginionych funkcjonariuszy. Po przekroczeniu granicy miasta, rozpędzona ciężarówka taranuje jego auto, przez co Ethan traci pamięć. Budzi się w tajemniczym szpitalu, nie wie, kim jest i dlaczego się tam znajduje. Z czasem zaczyna sobie przypominać kolejne rzeczy i uświadamia sobie, że mieszkańcy miasta nie są z nim do końca szczerzy. Zauważa, że w Wayward Pines dzieją się dziwne rzeczy, a kontakt ze światem zewnętrznym jest niemożliwy…



Tytuł: Wayward Pines. Szum

Cykl: Wayward Pines (tom 1)
Autor: Blake Crouch
Wydawnictwo: Otwarte

Jakiś czas temu natknąłem się przez przypadek na pierwszy odcinek serialu Wayward Pines. Bardzo mi się spodobał, więc zacząłem szukać o nim informacji i dowiedziałem się, że powstał on na podstawie książki. Dlatego według złotej zasady „najpierw książka, potem film” zakupiłem tę powieść i czym prędzej ją przeczytałem. Nie powiem –spodziewałem się czegoś lepszego, jednak nie narzekam.
Gdy sięgałem po Wayward Pines. Szum nie spodziewałem się wybitnej lektury, jednak miałem nadzieję, że książka mnie wciągnie i mi się spodoba. I z początku na to się zanosiło. Powieść od pierwszych stron mnie porwała i trzymała w napięciu. Bardzo się w nią zaangażowałem i nie mogłem oderwać się od czytania. Jednak gdzieś w połowie coś zaczęło się psuć. Fabuła obrała jakiś dziwny tor i całkowicie straciła charakter, a książka z trzymającego w napięciu thrillera zmieniła się w mieszankę słabego horroru i science fiction. Niektóre wydarzenia kompletnie nie trzymały się kupy i uważam, że były całkowicie nielogiczne. Doprowadziło to do tego, że ostatnie 100 stron zmęczyłem tylko po to, by dowiedzieć się jak skończy się historia. I tu kolejny „zwrot akcji”. Okazało się, że zakończenie jest naprawdę dobre. Mimo że jest może troszeczkę przewidywalne, to zrobiło na mnie duże wrażenie i przekonało mnie do sięgnięcia po kolejne tomy. 
Trzeba niestety stwierdzić, że fabuła Wayward Pines nie jest zbyt oryginalna. Bo przecież ile razy spotykaliśmy się z motywem obudzenia się nic nie pamiętającego bohatera w kompletnie nieznanym dla niego miejscu? Odpowiedź brzmi – dużo. Mimo wszystko ten obleciany motyw nie zniechęcił mnie i starałem się po prostu nie zwracać na to uwagi. Miejsce, w którym toczy się cała akcja również nie jest specjalnie wyjątkowa. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają, w środku lasu, daleko od innych zabudowań. Czy to nie brzmi znajomo? Pierwsze co mi przyszło na myśl po przeczytaniu opisu to Miasteczko Twin Peaks. Ten kultowy serial z lat 90-tych z pewnością stanowił inspirację dla autora. Tak samo zresztą jak inne produkcje wymienione na okładce, czyli Przystanek Alaska, Z archiwum X czy Lost. Czyni to książkę niezbyt oryginalną, a wręcz szablonową i bardzo schematyczną. 
Jednak kiedy odrzucimy wszystkie powiązania z innymi dziełami oraz brak logiki w niektórych fragmentach, otrzymamy nawet przyjemną lekturę. Tak jak mówiłem, książka naprawdę wciąga i czyta się ją bardzo przyjemnie (przynajmniej w większości). A przez to, że jest ona stosunkowo krótka, można ją pochłonąć w dwa, trzy dni. Jednak kolejnym minusem powieści jest jej główny bohater. Mimo że jest on niezwykle inteligentną i błyskotliwą postacią, to jakoś nie potrafiłem się z nim zżyć. Rozumiem jednak, że jest to bardzo subiektywne odczucie, dlatego niewykluczone, że ktoś inny znajdzie w Ethanie Burke’u swoją bratnią duszę 🙂
Po lekturze Wayward Pines. Szum mam co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony powieść bardzo mnie wciągnęła, a zakończenie zaskoczyło, jednak z drugiej jakoś nie mogłem zapomnieć o tej schematyczności i powielającym się motywie. Ostatecznie oceniam tę książkę raczej pozytywnie. Na pewno umiliła mi kilka wieczorów i zachęciła do sięgnięcia po kolejne tomy. Uważam, że Wayward Pines. Szum będzie idealną powieścią dla kogoś, kto chce dopiero rozpocząć przygodę z thrillerami, ponieważ jest to taka pozycja, która zbiera wszystkie elementy klasyczne dla tego gatunku. Jeśli jednak jesteście wielkimi fanami kryminałów i szukacie czegoś oryginalnego i niesztampowego, to ta powieść raczej nie jest dla was.

Przeczytaj, a zrozumiesz

źródło
Śmierć nie jest tematem, o którym lubimy rozmawiać. Zazwyczaj omijamy go, udajemy, że go po prostu nie ma. Stał się on wręcz pewnego rodzaju tematem tabu, o którym wolimy nie wspominać, bo tak jest po prostu łatwiej. W Playlist for the dead autorka wzięła na warsztat właśnie kwestię śmierci i samobójstwa. Ponadto podjęła się próby nakłonienia nas, czytelników, do zastanowienia się nad jej istotą. Czy jej się to udało? Przekonajcie się sami.
Tytuł: Playlist for the dead. Posłuchaj, a zrozumiesz
Autor: Michelle Falkoff
Wydawnictwo: Feeria Young
Sam i Hayden to dwójka najlepszych przyjaciół. Wiodą spokojne, ale jednocześnie nudne i nieobfitujące w żadne ekscesy życie… aż do momentu, gdy dzieje się coś kompletnie niespodziewanego. Hayden popełnia samobójstwo. Nagle, z dnia na dzień, z niewiadomych przyczyn. Pozostawia po sobie jedynie playlistę z dołączoną kartką: Dla Sama – posłuchaj, a zrozumiesz. Przyjaciel za wszelką cenę pragnie znaleźć powód, dla którego jego najbliższy przyjaciel popełnił samobójstwo. Co sprawiło, że taki nieśmiały chłopak był w stanie zrobić coś takiego? Czy Sam zdoła odkryć wskazówki zostawione na playliście? I czy, co najważniejsze, odkryje prawdę o swoim przyjacielu?
Sam i Hayden są z natury bardzo nieśmiałymi i introwertycznymi nastolatkami, dlatego
życie towarzyskie, imprezy i różnego rodzaju wybryki są im niezwykle obce. Przez większość czasu odrzucani, pomijani, niezauważalni. Jednak taka postawa ma też swoje złe strony. Chłopcy, a w szczególności Hayden, są często szykanowani i poniżani przez swoich rówieśników. Sam i Hayden nie są typowymi bohaterami, o jakich najczęściej czytamy w książkach. Nie są odważni, wygadani, towarzyscy. Są za to nieśmiali i skryci, ale też niezwykle inteligentni. W Playlist for the dead mamy bardzo wyraźnie nakreślone portrety psychologiczne głównych bohaterów. Autorka niezwykle umiejętnie ich opisała, przez co mamy wrażenie, jakby nastolatkowie byli naszymi przyjaciółmi.
 
Michelle Falkoff wzięła na warsztat bardzo trudny temat, jakim jest śmierć, a tym bardziej samobójstwo. Chciała uświadomić nam, że o śmierci trzeba i warto rozmawiać. Jednocześnie próbowała nakłonić nas do rozważań i własnych przemyśleń na ten temat. Muszę przyznać, że jest to dość oryginalny pomysł. Przecież nieczęsto, a nawet bardzo rzadko, spotykamy się z tym tematem w książkach, a zwłaszcza w tych młodzieżowych. Autorka podjęła się trudnego tematu i mimo jej dobrych chęci, trzeba niestety stwierdzić, że nie do końca jej się to udało. Miałem wrażenie, że cały czas jedynie „ślizga” się po nim. Próbuje go jakoś ruszyć, ale nigdy do końca jej to nie wychodzi. Za każdym razem tylko dotyka tematu samobójstwa, jednak nigdy go w pełni nie rozwija. Z jednej strony jest to trochę rozczarowujące, jednakże trzeba pamiętać, że jest to trudna kwestia i również niełatwo umiejętnie o niej pisać. Tak czy inaczej, bądźmy wdzięczni Michelle Falkoff za to, że jako jedna z niewielu chociaż próbowała się ją poruszyć. Jestem pewien, że dzięki niej niejeden nastolatek chociaż przez chwilę zastanowi się nad istotą śmierci.
Playlist for the dead zdecydowanie nie jest powieścią, w której akcja pędzi na łeb na szyję. Wręcz odwrotnie. Akcja rozwija się stopniowo i niezwykle powoli, a o licznych zwrotach akcji możemy całkowicie zapomnieć. Ma się wrażenie, jakby wydarzenia przedstawione w powieści były zaledwie mało znaczącym wycinkiem z życia bohaterów. Dla jednych taki zabieg będzie minusem, jednak dla niektórych może być wręcz zaletą. Przez takie poprowadzenie akcji mamy więcej czasu, aby przyjrzeć się bohaterom, zastanowić się nad rozważanym problemem. Jednak, moim zdaniem, akcja miejscami biegła aż za wolno. Rozumiem, że w ten sposób daje się czytelnikowi czas na zastanowienie, jednak tego czasu było po prostu aż nadto. Zamiast bardziej rozwinąć fabułę i nadać odpowiedniego tempa powieści, w Playlist for the dead miejscami wiało nudą. A szkoda…
Niezwykłym atutem tej książki, jest jej drugi plan. Poboczne wątki, drugoplanowi bohaterowie i wydarzenia epizodyczne niezwykle ubarwiają powieść i nadają jej charakteru. Grupka znajomych Astrid jest pełna niesamowicie ciekawych osób, które urozmaicają całą powieść. Szkoda, że autorka nie rozwinęła bardziej ich wątków, bo myślę, że wyszłoby z tego coś naprawdę interesującego. Drugim ważnym tematem poruszanym w książce jest homofobia. Widać, że autorka miała na nią dobry pomysł, jednak, tak samo jak w przypadku samobójstwa, nie do końca go rozwinęła. Jestem pewien, że gdyby bardziej rozbudowała ten wątek, powstałoby naprawdę coś ciekawego.
Playlist for the dead to powieść należąca do „przyjemnych”. Mimo że dotyka tak ważnych kwestii, to czyta się ją lekko i całkiem szybko. Uważam, że autorka nie wykorzystała potencjału, jaki niewątpliwie w niej tkwi. Myślę, że gdyby bardziej rozwinęła niektóre wątki, Playlist for the dead byłaby lepszą powieścią. Osobom, które lubią wartką akcję i niezliczone zwroty, ta książka zapewne nie przypadnie do gustu. Nie jest to także powieść genialna lub chociażby wyjątkowa. Jednak moim zdaniem to idealna książka na wyciszenie się i chwilę zastanowienia. A takich chwil w życiu nam niewątpliwie brakuje. Serdecznie polecam!

W baśniowym królestwie

źródło

Celaena Sardothien już w wieku siedemnastu lat staje się żywą legendą. Profesjonalna zabójczyni, znana w całym królestwie, sieje postrach u każdego mieszkańca Erilei. Jednak pewnego razu przez jeden nieodpowiedni błąd zostaje złapana i skazana na dożywotnią, niewolniczą pracę w kopalni soli. Po roku odsiadki w kopalni zjawia się książę i składa Celaenie niecodzienną propozycję: ma ona szansę wziąć udział w specjalnym turnieju organizowanym dla najgroźniejszych przestępców kraju. Zwycięzca zostanie oczyszczony z zarzutów oraz, po kilkuletniej służbie na dworze króla, odzyska upragnioną wolność. Szanse na wygranie turnieju są niewielkie, jednak stawka jest ogromna, a Celaena i tak nie ma nic do stracenia…

Tytuł: Szklany tron
Cykl: Szklany tron (tom 1) 
Autor: Sarah J. Maas
Wydawnictwo: Uroboros
Z książkami młodzieżowymi trzeba zawsze uważać. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że zamiast trafić na dobre fantasy, trafimy na kiepskie romansidło dla nastolatek. Dużo razy zdarzyło mi się już zawieść na książkach promowanych jako młodzieżowe, dlatego teraz podchodzę do nich z dystansem i ostrożnie wybieram poszczególne tytuły. O Szklanym tronie swego czasu było bardzo głośno, więc siłą rzeczy w końcu się na niego natknąłem. Zbierał same dobre recenzje, a jego opis bardzo mnie zainteresował, dlatego postanowiłem po niego sięgnąć. Teraz mogę powiedzieć jedno – było warto.
Już od pierwszych stron da się wyczuć, że Szklany tron jest inny niż typowe młodzieżówki. Sarah J. Maas stara się przełamać stereotyp książek młodzieżowych. Zamiast nieśmiałej dziewczyny, za którą trzeba wszystko robić, autorka podstawia silną i niezależną Celaenę, a zamiast pójść na łatwiznę i oprzeć fabułę na wątku miłosnym, stawia na przemyślaną i rozbudowaną akcję. Oczywiście, nie mam tutaj zamiaru obrażać literatury młodzieżowej ani jej czytelników, jednak cechują ją takie, a nie inne schematy, które mnie nie do końca odpowiadają.
Bardzo urzekł mnie świat, jaki Sarah J. Maas wykreowała na kartach swojej powieści. Stworzyła iście średniowieczne królestwo pełne potężnych zamków, walk o władzę i bogatych rodów. Powstało takie mini-Westeros z Gry o Tron George’a Martina. Postacie idealnie wpasowują się w atmosferę. Potężny władca, książę, baronowie, ale także płatni zabójcy, przebiegli szpiedzy i tajemniczy wróżbici. Całe to grono tworzy niesamowity klimat i świetne tło dla fabuły oraz głównej bohaterki. Tak jak wspominałem, Celaena jest zupełnie inna niż dotychczasowe bohaterki książek młodzieżowych i mimo trudnego charakteru natychmiastowo zdobyła moją sympatię. Polubiłem ją za jej odwagę i nieugiętość w dążeniu do celu, ale przede wszystkim za cięty język i rezerwę, z jaką do wszystkiego podchodzi. Od razu skojarzyła mi się z Katniss Everdeen z Igrzysk śmierci, którą tak bardzo uwielbiam.
Szklany tron wywarł na mnie duże wrażenie już od początku, tak, że właściwie nie zwracałem uwagi na jego wady. Te jednak także się pojawiły i trzeba o nich wspomnieć. Niewątpliwie największą z nich jest dość widoczna schematyczność. Mimo że, tak jak mówiłem, autorka próbowała uciec od powtarzalności książek młodzieżowych, nie do końca jej się to udało. Spowodowało to, że wiele wydarzeń dało się przeczuć, a zakończenie było bardzo przewidywalne. Drugim mankamentem jest trójkąt miłosny. Nie da się ukryć – nie jestem jego fanem i zazwyczaj, gdy się pojawia, książka traci w moich oczach. Tak też, niestety, było w tym przypadku. Muszę jednak stwierdzić, że po pewnym czasie po prostu przestałem zwracać uwagę na wątek miłosny i już tak bardzo mi nie przeszkadzał.
Jeśliby wykluczyć niewątpliwą schematyczność i trójkącik miłosny, powstałaby całkiem przyjemna powieść. Szklany tron niesamowicie wciąga i czyta się go bardzo szybko. Jest to zasługa prostego języka, ale przede wszystkim dojrzałego stylu autorki. Sarah J. Maas bardzo umiejętnie nakreśliła fabułę, wykreowała bohaterów oraz budowała napięcie. Dzięki temu powstała świetnie skonstruowana powieść fantasy.
Ostatecznie Szklany tron oceniam pozytywnie i z pewnością sięgnę po kolejne tomy. Uważam, że jest to jedna z lepszych powieści młodzieżowych ostatnich lat. Poziom młodzieżówek z roku na rok rośnie, co mnie bardzo cieszy, i mam nadzieję, że na polskim rynku wydawniczym ukaże się jeszcze więcej takich książek. Nie ma co ukrywać, Szklany tron trafi w gusta czytelników i spodoba się głównie nastolatkom, jednak myślę, że dorosły czytelnik również znajdzie tu coś dla siebie. Serdecznie polecam!

WYNIKI Essentia w pięciu słowach

Już teraz długo wyczekiwane wyniki konkursu Essentia w pięciu słowach!

I MIEJSCE 
zajmuje
Tomasz G. 
za zwycięską wypowiedź:
Kulturalny majstersztyk wybielający szarość dnia
I otrzymuje:

Możliwość wyspy Michela Houellebecqa
II MIEJSCE 
zajmuje 
Anna Kulawiak 
za wypowiedź: 
Pozytywnie zakręceni literacko-kulturalni pasjonaci
Nagrodą jest:

Spowiedź Tomasza Mackiewicza
III MIEJSCE
zajmuje 
Klementynka
za wypowiedź: 
Roztacza blask jak robaczki świętojańskie
A powędruje do niej:

Dom szkieletów Grahama Mastertona

Zwycięzcom gratulujemy, a wszystkim uczestnikom dziękujemy i zachęcamy do wzięcia udziału w kolejnych konkursach!

Witaj w przyszłości. W świecie zamieszkałym przez wiecznie młodych, doskonale zdrowych, szczęśliwych ludzi

źródło
Dmitry Glukhovsky to pisarz
znany w Polsce przede wszystkim ze swojej debiutanckiej powieści Metro 2033. To właśnie dzięki tej książce autor zyskał tak ogromną
popularność i uznanie wśród czytelników na całym świecie. Ja również przeczytałem
Metro 2033 i mogę szczerze
powiedzieć, że jest to jedna z moich ulubionych książek. Zakochałem się w
piórze Glukhovskiego oraz w wykreowanej przez niego wizji przyszłości. Dlatego
kiedy dowiedziałem się, że w Polsce zostanie wydana jego najnowsza powieść, bardzo się ucieszyłem i byłem niezmiernie ciekawy, czy Futu.re utrzyma ten sam wysoki poziom, co jego debiutancka książka.
Po lekturze mogę powiedzieć jedno – nie zawiodłem się.

Tytuł: Futu.re
Autor: Dmitry Glukhovsky
Wydawnictwo: Insignis
Futu.re ukazuje świat, w którym
(prawie) wszyscy ludzie cieszą się nieśmiertelnością. Jednak ten przywilej
ciągnie za sobą przykre konsekwencje. Brak wystarczającej ilości miejsca zmusza ludzi do budowania gigantycznych, wysokich na kilka kilometrów wieżowców, a niedobór pożywienia i słodkiej wody skutkuje ubóstwem wielu
milionów ludzi. W tym przeludnionym świecie kontrolowanie liczby ludności to
podstawa. Dlatego główny bohater – członek organizacji państwowej – poświęca
swoją moralność i przekonania, aby dobrze wykonać swoją pracę i nie dopuścić do
jeszcze większego przeludnienia.

Dmitry Glukhovsky przedstawił w Futu.re niezwykle pesymistyczną wizję
naszej planety, która jednocześnie przeraża i fascynuje. Wszystko
jest tak dokładnie przemyślane, a każdy najdrobniejszy szczegół precyzyjnie dopracowany, że nie ma tu mowy o jakichkolwiek niedopowiedzeniach ani do niczego nie można się
przyczepić. Przywodzi to na myśl takie klasyki, jak Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya czy Rok 1984 Georga Orwella. Cóż, może Dmitry Glukhovsky i jego Futu.re w przyszłości dorównają tym dwóm gigantom i zostaną równie docenieni?

Jednym z największych atutów Futu.re jest niewątpliwie jego główny
bohater. Moim zdaniem – jedna z najbardziej kontrowersyjnych i oryginalnych
postaci w literaturze science fiction. Jan Nachtigall, bo o nim mowa, w trakcie
wydarzeń opisywanych w książce przechodzi swego rodzaju wewnętrzną przemianę. Z
bezwzględnego i czasami wręcz okrutnego stróża prawa zmienia się w kochającego,
troszczącego się o innych człowieka. Skojarzyło mi się to trochę z głównym bohaterem Quo vadis Henryka Sienkiewicza – Markiem Winicjuszem. W jego przypadku również mamy do czynienia ze zmianą usposobienia oraz sposobu, w jaki traktował innych. Można by więc powiedzieć, że Jan to taki Marek Winicjusz… tylko w wersji s.f.
Warto zwrócić uwagę na barwne i piękne opisy, jakimi raczy nas autor. Zostały one umiejętnie wplecione pomiędzy wartką akcję i stanowią idealne dopełnienie całej powieści. Jednocześnie zostały napisane w taki sposób, że
czytanie ich nie męczyło, ale wręcz pozwalało na jeszcze łatwiejsze przeniesienie się w
świat książki. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to dość skomplikowany język, jakim posługuje się Dmitry Glukhovsky. Tak duża liczba rozwlekłych zdań,
rozbudowanych przenośni i ciągnących się na kilkanaście wersów porównań nie
ułatwiała czytania. Sprawiała wręcz, że czasami trudno było przebrnąć przez niektóre
fragmenty. Mimo to książkę czyta się z zapartym tchem i ani na moment nie
można oderwać się od lektury.
Mimo wartkiej akcji, ciekawych
bohaterów i niezliczonej liczby opisów to nie wszystko, co sprawia, że książka jest wyjątkowa. Głębokie przemyślenia, refleksje i pytania, na które sami musimy znaleźć odpowiedzi, stanowią podstawę tej powieści i
to one czynią ją niezwykłą, jedyną w swoim rodzaju. Futu.re nie należy do książek łatwych i przyjemnych, przez które przebrniemy w kilka godzin. Glukhovsky porusza wiele niewygodnych
zagadnień i problemów, które są aktualne również dzisiaj. Zadaje sporo fundamentalnych pytań dotyczących sensu życia,
spojrzenia na śmiertelność, starości, przedłużania populacji oraz sensu
i istoty wiary. 
Według mnie Futu.re to dotychczas najlepsza książka 2015 roku. Jest ona zupełnie inna niż Metro 2033 i o wiele od niego lepsza. Ta powieść wycisnęła ze mnie wszystkie możliwe emocje i zmieniła sposób, w jaki postrzegam świat. Uważam, że Futu.re powinien przeczytać każdy, dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę je wszystkim polecić.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia