Afterfall: Reconquest

Nie lubię pisać recenzji, które mieszają daną produkcję z błotem, bo znaczy to ni mniej, ni więcej, że musiałem strasznie się przy niej męczyć. Nie jestem typem wrażliwca i człowieka przepełnionego empatią, dlatego też zrobię to, co do mnie należy. Niedawno dzięki życzliwości IQ Publishing dostałem w swe ręce grę Afterfall: Reconquest studia Intoxicate, które urzekło mnie przynajmniej z opisu swoim postapokaliptycznym klimatem i awangardowym podejściem do oprawy wizualnej. Czy jednak sama rozgrywka dorównała nadziejom, jakie pokładałem w tej grze? Przekonajmy się!

Może nieco o samej fabule? Gramy osobnikiem zwanym Rozpruwaczem, który służy ocalałym w tym apokaliptycznym świecie jako ktoś w rodzaju najemnika. Nie jest on jednak zwyczajnym siepaczem! Posiada bowiem zestaw umiejętności, których może używać z pomocą swojej rękawicy. Wysysanie życia z wrogów, strzelba w lewej dłoni i tym podobne. Zostaje on wysłany na misję schwytania mutanta o imieniu Czerwonooki, z którym, jak to enigmatycznie zostaje nam wyjaśnione, ma jakieś niedokończone sprawy.

Na wstępie chciałbym również powiedzieć, że nie jest to pełnoprawna gra, a jedynie pierwsza część planowanej przez studio trylogii, dlatego też zabieg stworzenia zjawiska enigmatyczności historii mógłby być dobry, gdyby nie fakt, że narracja stoi tu na cholernie niskim poziomie. Fabuła jest nieinteresująca i nie skłania nas do jej odkrywania. Płytka i miałka, w ten sposób opiszę ją najlepiej. Sytuacja, w której patrzymy na grę nie jako na grę, a jedynie jej pierwszą część, co ma usprawiedliwić jej niespójność, jest sytuacją chorą. Nie pozwolę sobie na takie zagrywki – patrzę na produkcję, która ma mnie zaciekawić. Nie robi tego jednak, serwując zamiast dobrej fabuły kilka naciąganych wątków, które przeplatane są bezsensownymi momentami walki z tabunami wrogów pojawiających się nie wiadomo skąd.

Klimat to akapit o tyle ciekawy, iż zawiera on takie elementy takie jak muzyka i grafika, będące jego nierozerwalną składową. W tej grze od początku twórcy stawiali na klimat i widać to już, gdy otwiera się menu główne ręcznie rysowane, tak samo jak i cutscenki, to niezwykle klimatyczny i pełen głębi dodatek, który niezwykle korzysta z obranego przez twórców konceptu – czarno-białego filtru nałożonego na całość. Daje przygnębiające i ciężkie wrażenie, a jest to niezwykle ważne w grze o zagładzie cywilizacji, prawda? Na tym się jednak zalety takiego, a nie innego podejścia do klimatu kończą.

Gdy rozpoczynamy rozgrywkę, zauważamy, że cała gra, nie tylko przerywniki, są utrzymane w czarno-białym klimacie. Jedni pomyślą, że jest to ciekawy, niezwykle alternatywny i awangardowy koncept, ale ja raczej pomyślę, że jest to brak umiejętności i pomysłu na wykreowanie intrygującego, klimatycznego świata. Twórcy starają się zbyt mocno wyjść na skrajnych szalonych artystów albo zwyczajnie nie wiedzą, jak zrobić lokacje, by broniły się same.  Czarno-biały filtr jest niezwykle męczący dla oczu, a także zwyczajnie nuży i czuć, że jest on posunięciem na siłę. Na dokładkę podkreśla jedną z bolączek gry – ohydną grafikę. Tak! Dobrze przeczytaliście! Pomimo dość wygórowanych (chociaż dzisiaj raczej standardowych) wymagań sprzętowych, gra nie prezentuje poziomu graficznego, który mógłby konkurować nawet ze średniakami dostępnymi obecnie na rynku. Tekstury są słabej jakości, modele postaci to nic specjalnego, a o animacjach, mimice czy czymś takim w ogóle nie ma mowy. Mamy za to „komiksowe” ekrany dialogowe, które mają dawać wrażenie kolejnego konceptu. Prawda jest taka, że wychodzi tu brak pieniędzy lub ochoty, by postarać się i stworzyć normalne animowane dialogi. Dialogi, które sprowadzają się do maksymalnie trzech odpowiedzi, gdyż mamy do czynienia z grą liniową, która nie pozwala nam, choćbyśmy bardzo chcieli, wczuć się w ten na siłę forsowany mroczny klimat. Jedynie muzyka wychodzi delikatnie przed szereg, gdyż jest klimatyczna, refleksyjna i spokojna, co nieco pomaga nam poczuć klimat patosu, jaki dosięgnął nasz świat.

System walki i sterowanie to kolejne olbrzymie wady Afterfall: Reconquest. Bardzo możliwe, że największe z już wymienionych. Zaczynając jednak od systemu walki – jest… drętwy. Mamy podstawowe ciosy i kilka umiejętności na krzyż, a także system uników, który raz działa, a raz nie. Przez całkowite oskryptowanie przeciwników i ich zachowań walki są monotonne, przebiegają dokładnie tak samo za każdym razem i nie satysfakcjonują. Jedyną pozytywną stroną walki jest strzelba w rękawicy naszego bohatera, której trafienie powoduje dobrze wyglądający odrzut przeciwnika, który się czuje. W każdym innym calu walka jest niezwykle sztuczna i sztywna. Tak samo zresztą jak i sterowanie jako takie. Na początku niezwykle cieszyłem się z prostoty interfejsu, gdyż uznałem, że natłok elementów ekwipunku czy też funkcji mógłby mnie przytłoczyć. Nie sądziłem jednak, że interfejs okaże się nie tyle oszczędny, co po prostu niedorobiony i sztywny, bez polotu i pasji. Bo tak właśnie odczuwam ten element gry – jakby robiony na siłę, bo sequel musi być i pieniądze muszą się zgadzać. Przepraszam za wybuchowe emocje, ale gra, jeśli chodzi o mechanikę, wygląda niesamowicie pokracznie, jak gdyby była niedokończona. Gwoździem do trumny są jednak błędy techniczne, które uniemożliwiły mi przyjemną lub jakąkolwiek rozgrywkę. Gra wyrzucała mnie co chwilę do pulpitu, zacinała się w losowych momentach i czasami zawieszała na czas około dwóch minut… A to tylko kilka z bardziej denerwujących i psujących zabawę momentów.

Przepraszam serdecznie wszystkich, którym gra się podoba lub którzy zarzucą mi teraz zbyt dużą surowość względem małego studia, które nie ma środków do stworzenia gry AAA na poziomie Wiedźmina 3 czy innej, o niebo i ziemię lepszej produkcji. Może i macie rację, ale chciałbym przypomnieć wszystkim historię pewnego małego studia, które w roku 2007 wypuściło produkcję, która pomimo ograniczeń finansowych zachwycała oprawą audiowizualną, klimatem oraz dorosłym podejściem do niego. Tą grą była pierwsza część serii Wiedźmin. Co do Afterfall: Reconquest – jest to produkcja, która sprawia wrażenie niedokończonej, która pod każdym absolutnie względem, poza dobrymi chęciami (którymi, nawiasem mówiąc, wybrukowane jest piekło) mnie zawiodła i gdybym miał ją komuś polecić, to niestety muszę zrobić krecią robotę i stanowczo wam tego odradzić.

Jednak… nawet takie gry są potrzebne, by docenić wysiłki twórców

 

Dirty Bomb – darmowy hit?

Zdałem sobie sprawę, że zbyt rzadko podchodziłem do recenzji gier opartych o rozgrywkę sieciową. Może dlatego, że recenzje tego typu są zazwyczaj krótkie i bałem się, że mój materiał na tym ucierpi. Po zrecenzowaniu wersji beta-testowej gry Overwatch długo nie potrafiłem odnaleźć produkcji, która będzie łączyła dynamikę rozgrywki, przyjazną mechanikę i porządną grafikę. Około tygodnia temu przyjaciel podesłał mi grę, która jakoby jest połączeniem Overwatcha, Team Fortressa i CSGO. Tak określił ją mój przyjaciel, ale okazała się czymś, jakby to powiedzieć, wybiegającym poza wszelkie oczekiwania. Przedstawiam wam grę studia Splash Damage, którą ogrywam na platformie Steam – Dirty Bomb.

https://www.youtube.com/watch?v=-7PpbZvifag

źródło

Na wstępie warto wspomnieć, że jest to gra darmowa. Jak dobrze wiemy – pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Moje było złe. Po zagraniu pierwszego meczu byłem zniesmaczony beznadziejną optymalizacją gry, która na topowym sprzęcie takim jak mój jest w stanie naprawdę ostro zwalniać, co utrudnia, a i często uniemożliwia rozgrywkę. Rozwiązaniem okazało się manualne skonfigurowanie plików .conf gry. Dopiero wtedy byłem gotowy spojrzeć na nią bez uprzedzeń. Wyszło na to, że jest ona niezwykle prosta. Opiera się na starciach dwóch drużyn przy równoczesnym wykonywaniu kilku zadań potrzebnych do wygrania rundy przez jedną z nich. Drużyna A, dla przykładu, dąży do wysadzenia obiektu, a Drużyna B ma za zadanie tych obiektów bronić. Prostota, która według mnie jest w tego typu produkcji kluczem do sukcesu. Żyjemy w czasach niedzielnego gracza, który zasiada przed monitor po pracy/szkole. Natłok skomplikowanych zasad mógłby utrudnić rozgrywkę, spowolnić ją, a także odstraszyć tych, którzy poszukują jedynie niezobowiązującej rozrywki, a którzy są lwią częścią obecnego rynku.

Ucieszył mnie więc fakt, że pomimo mnogości postaci ich wybór oraz zakup za pieniądze zdobyte podczas rozgrywki jest prosty i sprowadza się do przeciągania ich „loadout card” do okienka z trzema, wybieralnymi podczas rozgrywki postaciami. Mają one, rzecz jasna, swoje zastosowania w grze i specjalne umiejętności. Moja ulubiona postać, Arty, dla przykładu zsyła na przeciwników nalot powietrzny. Aura, medyczka, rozstawia natomiast stacje leczące, które są nieocenioną pomocą, gdy musimy wraz z drużyną bronić jakiegoś konkretnego, ciasnego miejsca. Nie dość, że czujemy się potrzebni grając którąkolwiek postacią, to widzimy, że nawet nasza jednostkowa pomoc, umiejętne zastosowanie umiejętności danej postaci może przeważyć szale zwycięstwa.

Szybko przekonałem się również, że mechanika zaimplementowana w grze jest bardzo intuicyjna. Jeśli Dirty Bomb to nie nasza pierwsza gra, to z pewnością automatycznie będziemy wiedzieć, który przycisk do czego służy. Tutaj pojawił się jednak kolejny problem – fakt, że jest to nadal beta. Gra nie jest wolna od bugów technicznych, podczas których ze dwa razy zablokowałem się między obiektami lub musiałem z obrzydzeniem obserwować niedoczytujące się tekstury. Im dalej, tym więcej błędów można dostrzec, ale nie są one w stanie utrudnić rozgrywki, jeśli uda nam się już w nią wsiąknąć.

https://www.youtube.com/watch?v=-7PpbZvifag

źródło

Warto wspomnieć kilka słów o grafice w grach F2P (Free to Play), do których zalicza się nasz dzisiejszy bohater. Gry te są często zubożane o grafikę z powodu niskiego budżetu czy niewielkich przewidywanych sukcesów kasowych. Dirty Bomb jest przyjemnym wyjątkiem od tej reguły, gdyż graficznie stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie. Nie jest to oczywiście poziom nadchodzącego Battlefielda 1, ale przecież nie musi! Overwatch i Team Fortress 2 udowadniają, że komiksowa, nieco ufantazjowana grafika potrafi być dużo przyjemniejsza, niż hiperrealistyczne modele, które zaczynają już graczy nudzić.

Czy to cyfrowa hipsterka? Bardzo możliwe, że działa to na tej samej zasadzie, co odejście od realizmu w sztuce malarskiej. Rynek się zmienia, a ludzie, znając już doskonale wygląd świata wokół siebie, pragną teraz czegoś nowego, intrygującego. Chcą niczym nieskrępowanej wizji twórcy, a nie biernego dążenia do jak największego urealnienia grafiki kosztem odebrania grze całej autorskiej duszy.

Poza błędami, które wypomniałem w akapicie odnoszącym się do mechaniki, nie można grze zarzucić zbyt wiele pod tym względem. Inną sprawą jest natomiast muzyka. Nie czuć w niej ani duszy, ani pasji. W przypadku gry Overwatch czuło się, że soundtrack został dodany z wizji twórcy, a nie tylko „bo tak wypada”. Tutaj miałem wrażenie, że ścieżka dźwiękowa gra gdzieś obok, i często absolutnie o niej zapominałem bądź, wiedząc o jej obecności, irytowała mnie. Doskonale widać, że nie był to absolutny target twórców. Potrafię to zrozumieć, ale jako że mam świra na punkcie ścieżki dźwiękowej w grach, to wybaczyć nie potrafię.

Można więc powiedzieć, że od strony audiowizualnej gra wypada naprawdę solidnie, ale wiem, że gdyby twórcy nieco bardziej zrozumieli, jak ważnym czynnikiem jest tzw. soundtrack gry, byłaby ona ciekawsza. Muzyka, czy tego chcemy czy nie, tworzy w produkcjach klimat, nadaje im indywidualne rysy. Jej brak, bądź też ubogie zastosowanie, pogarsza nawet pod każdym innym względem doskonałą produkcję. 

https://www.youtube.com/watch?v=-7PpbZvifag

źródło

Oto jest darmowa gra Dirty Bomb. Czy jest idealna? Nie. Czy zostanę przy niej na dłużej? Nie wiem. Czy jest produkcją dobrą i satysfakcjonującą? Jeszcze jak! Splash Damage zrobiło naprawdę dobrą robotę przy tworzeniu tej sieciowej strzelanki, biorąc różne składowe kilku tego typu gier i łącząc je w jedną spójną całość. Jest to produkcja pełna błędów i niedoróbek, ale należy pamiętać, że są to testy, wybaczyć i oczekiwać na reakcje twórców. Darmowy odpowiednik Overwatcha nie zawodzi, a wręcz często dorównuje swemu konkurentowi pod względem płynności rozgrywki i spójności mechaniki. Jest to, według mnie, dziecko potrzeby. Na rynku powstała nisza, która jak sucha roślinka potrzebuje natychmiastowego nawodnienia. Oprócz leciwego już Team Fortress 2 i okropnie drogiego Overwatcha nie mieliśmy gry, która potrafiłaby zaspokoić każdego. Czy Dirty Bomb się to w pełni udaje? Oczywiście, że nie, ale próbuje z całych sił i za to należy się tej grze oraz jej twórcom testerskie wsparcie.

Bogowie są wśród nas

Injustic the God among us (Bogowie są wśród nas) to gra z 2013 roku, którą niecałe pół roku temu chciałem jeszcze sprzedać. Taka moja mała głupota mogła doprowadzić do tego, że nigdy nie poznałbym zakończenia tej gry, a było ono naprawdę świetne. Teraz, gdy jestem jednak już po ukończeniu gry, chciałby co nieco na jej temat dla was napisać.
Tytuł ten jest dziełem studia NetherRealm odpowiedzialnego za Mortal Kombat (przynajmniej tego z 2011 roku; czy te starsze też wydawał, szczerze mówiąc, nie wiem). Mocno jednak po tej grze widać, że autorzy wzorowali się na tamtym tytule. Nie ma tu może tak brutalnych wykończeń jak w tamtej grze, ale za to jest dużo dobrej zabawy. Injustic, jak już możecie się domyślić, jest grą z gatunku bijatyk. Na ten tytuł składa się 12 rozdziałów. W każdym z nich mamy po cztery misje, co daje nam około 50 starć, a dokładniej: 48.

maxresdefault

Fabuła. Jest to rzecz, której raczej nikt nie spodziewa się po takim gatunku. Ja jednak jestem fanem komiksów, a nie gier tego typu. Zabrałem się do tej gry jedynie z tego powodu. Początkowo jednak mój komputer był za słaby na coś takiego, więc minęło sporo czasu, zanim zacząłem grać w nią na poważnie. Akcja dzieje się w alternatywnym świecie nieznanym dotychczas z komiksowych kart historii DC comics. Joker wpadł na pomysł, żeby zrobić psikusa Supermanowi. Skończyło się na tym, że człowiek ze stali wymordował całe swoje miasto wraz ze swoją żoną i dzieckiem. Po tym, co zrobił, stwierdził, że musi stać się dobrym wodzem, żeby to wynagrodzić. W ten więc sposób przejął ziemię i zjednoczył wokół siebie tych, którzy bali się z nim walczyć. Pozostali natomiast utworzyli ruch oporu. Niedługo później do tego wymiaru trafił Batman, który dostał się w niewolę. Jego kompani, którzy przybyli z nim, wraz z pomocą tutejszego dowódcy rebeliantów postanowili odbić swojego przyjaciela. Czy to się im uda? Tego musicie dowiedzieć się już sami.

Injustice-Gods-Among-Us-Sinestro

Oprawa audiowizualna i mechanika w tej grze są na dość wysokim poziomie. Bardzo łatwo się tu steruje i wykonuje różne ataki specjalne, które sprawiają dość dużą frajdę. Animacja w tym tytule również jest na podobnym poziomie. Postacie poruszają się dość płynnie. Na uwagę zasługują również scenki pojawiające się miedzy walkami, które pchają grę do przodu. Jako że gra w oryginale jest bardzo fajna, to polska wersja wszystko schrzaniła. Momentami napisy, które dodali, powodują, że gracz zaczyna się gubić. Bohater mówi co innego, a w napisach widnieje co innego. I weź myśl tu logicznie. Żeby się nie denerwować, powiedzmy sobie, kto podkładał głos pod postacie, które pojawiły się w tym tytule. Wśród gwiazdorów mamy Stephana Amella, który wcielił się w rolę zakapturzonego łucznika. Moim zdaniem jego Arrow bardzo dobrze wyszedł. No przecież kto jak kto, ale on zna się na tej postaci. Inną dość znaną osobistością może być natomiast Kevin Conroy, który swojego głosu użyczył Batmanowi już w innych produkcjach, w których ta postać się pojawiła. Do tych tytułów można zaliczyć serię Arkham i film animowany dla dorosłych Killing Joke. Oprócz tych rzeczy gra ma również tryb rozgrywki dla dwóch osób. Tak więc czego więcej można chcieć od bijatyki?

I teraz taki mały dodatek. Większość postaci w grze ma stroje na zmianę. Część z nich jest ciekawa, a część to tylko leciutka, ledwo widzialna zmiana. Jeżeli jednak to i wcześniejsze rzeczy, o których wspomniałem, zachęcają was do zagrania w tę grę, to sięgajcie śmiało. 

LEGO Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy

Czy klockowa wersja Star Wars może być świetna? Tego dowiadywaliśmy się już wiele razy, ale czy teraz będzie podobnie?
Gdy mój brat dowiedział się, że na rynek ma trafić nowy klockowy tytuł, po prostu musiał go mieć. W pewnym momencie postanowiłem mu pomóc w zdobyciu tej gry. Gdy wraz z nim skończyłem już LEGO Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy, stwierdziłem, że nie żałuję, że mu pomogłem i z nim zagrałem.

The Walking Dead sezon 2, czyli kontynuacja hitu z 2012 roku

Po zakończeniu pierwszego sezonu The Walking Dead rzeczą oczywistą było to, że po niedługim czasie zabiorę się za rozgrywkę kontynuacji gry Telltale Games, która wyszła w 2014 roku. Jest ona oparta na podstawie świata stworzonego przez Roberta Kirkmana i Tone’ego Moore’a w komiksie The Walking Dead. Tak samo jak swoja poprzedniczka, i ta dzieli się na pięć dość długich epizodów, przy których spokojnie można spędzić około dwóch godzin. Co – jeśli pomnożyć przez pięć – daje nam dziesięć godzin dobrej zabawy.

Odcinek 1: Wszystko, co pozostało
Odcinek 2: Dom podzielony
Odcinek 3: Krzywda
Odcinek 4: Pośród ruin
Odcinek 5: Nie ma odwrotu Episod O czym to jest? Gra opowiada losy 12-letniej Clementine podczas apokalipsy zombie. Fabuła gry rozpoczyna się zaraz po rozmowie jej przybranych opiekunów, czyli Christy i Omida, w sprawie imienia dla ich dziecka, które niedługo ma przyjść na ten paskudny świat. Ich rozmowę przerywa jednak dojście do toalet, gdzie ginie też jeden z bohaterów, a mianowicie Omid. Po śmierci mężczyzny kobieta zabiera Clem i wraz z nią rusza w drogę. Po dwóch latach zostają rozdzielone, pojawia się jednak pytanie, co stało się z dzieckiem. Podczas swojej tułaczki dwunastolatka natrafia na dwójkę ludzi, którzy oferują jej pomoc. Są to oczywiście Peter i Luke, których daje się dość szybko polubić. Co wydarzy się dalej,  zależy już wyłącznie od was, drodzy czytelnicy, i od tego, jak będziecie grać.

Mechanika idzie do przodu. Wciąż gra się wygodnie i można wybrać, czy chce się grać strzałkami czy WASD. Myszką dalej można wchodzić w interakcje, które – z tego, co widać – uległy lekkim zmianom. Oczywiście te zmiany polegają na nowym designie, dzięki któremu łatwiej wybierać czynności, jakie ma wykonywać nasza bohaterka. Na odważnych nadal czeka opcja minimalistyczna, która pozwala nam się nieco bardziej wykazać swoją wiedzą i wczuć w otaczający nas świat. Oprawa audiowizualna w tej grze, tak samo jak w poprzedniej części, to wciąż perełka. Kreska dalej pozostaje komiksowa, co dla mnie jako czytelnika komiksów jest na plus. Natomiast dla osób, które nie przepadają za tego typu grafiką, może to być nieco drażniące. Ale jak już się człowiek wczuje w fabułę, to po drodze raczej go nic nie zatrzyma.

Zmieńmy teraz jednak temat na dźwięk i obsadę aktorską. Aktorzy w tej grze swoją rolę spełniają rewelacyjnie. Melisa Chuthison ponownie wciela się w Clementine, a do obsady dołączają Scott Porter jako Luke i Micheal Madsen jako Carver. Ogólnie już po pierwszych kwestiach widać, że aktorzy bardzo dobrze poczuli się w swoich rolach. Muzyka i udźwiękowienie też nie są gorszę. Nuty, które możemy usłyszeć podczas rozgrywki i w napisach końcowych po każdym epizodzie, są po prostu piękne i wzruszające, aż łza kręci się w oku. walking-dead-season-2-episode-2-4-620x348 Postacie! W tym sezonie możemy się nieco bardziej przyjrzeć poczynaniom Clementine. Dzięki temu poznajemy ją jeszcze bardziej. Po wielu godzinach z nią spędzonych łatwo stwierdzić, że jest mocną dziewczyną. Sama przecież zszyła sobie rękę, ja na jej miejscu i w jej wieku (czyli 12 lat) raczej bym tego nie zrobił i nie wstydzę się tego nikomu powiedzieć. Historia Clem w tym sezonie biegnie po przez wiele ciekawych zdarzeń, takich jak ucieczka przez las, spotkanie obcych ludzi czy trafienie na swojego przyjaciela Kenny’ego. Tym razem jednak nasz rybak z Florydy z odcinka na odcinek staje się coraz groźniejszy i w dodatku zaczyna jeszcze świrować. Nie wiadomo już, kiedy się na kogoś rzuci. Po zabójstwie swojego oprawcy stał się całkiem inny. Nie mówię oczywiście, że to zła postać. Po śmierci Alvina i Rebeki zaopiekował się przecież ich dzieckiem jak własnym. W tej grze jest jeszcze jedna ważna postać zasługująca na uwagę, a mianowicie Luke. Ma on 27 lat i towarzyszy naszej bohaterce już od pierwszego epizodu. Mimo że różni się od Kenny’ego, bardzo szybko zyskał moją sympatię. Możliwe, że otrzymał ją za to, że był inny, czyli zrównoważony, przyjacielski i ogólnie ciekawy. Ale to są tylko przepuszczenia. LukePlusy
– Gra wytwórni TellTales jako kontynuacja bardzo dobrze rozwija „growy” świat Żywych Trupów.
Fabuła TWD jest dość długa i interesująca.
Bardzo łatwo zżyć się z bohaterami.
Obsada aktorska w tym przypadku spisała się rewelacyjnie, więc jest czego słuchać.
Wzruszający soundtrack.

Minusy
Śmierć ciekawych postaci.

Jeżeli recenzja drugiego sezonu The Walking Dead wam się spodobała, to koniecznie zagrajcie w tę grę i podzielcie się swoimi odczuciami co do tego tytułu pod postem. 9dfc1047019a232769da94f8f94b5a3c

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia