Grunt to być sobą

źródło
W dzisiejszych czasach na swoich drogach bardzo często można spotkać ludzi podłych, zakłamanych i dwulicowych. Dlaczego tacy są? Co nimi kieruje i co powoduje, że mijają się z prawdą i szkodzą innym?

Wyobraźmy sobie środowisko szkolne. Przerwa, tłum, mnóstwo uczniów i uczennic. Po jednej stronie korytarza można zauważyć przekrzykujące się na zmianę „przyjaciółeczki”. Każda z nich stara się udowodnić, że jej plotki są ciekawsze, a historie, które usłyszała gdzieś przez przypadek, na pewno mają drugie dno. Zaczyna się obgadywanie i wieszanie psów na osobach z ich środowiska. Często bywa tak, że na swoich wrogach nie zostawiają suchej nitki. Oczywiście, obiecują sobie, że ich rozmowy to tajemnica, nikomu nie powiedzą o nich nawet słowa. Co się stanie, gdy owe przyjaciółki za parę godzin się rozdzielą? Zazwyczaj dzieje się tak, że jedna dla drugiej staje się obojętna, a wszystkie ich sekrety diabli biorą. Stają się dla siebie złośliwe; spojrzenia, które na siebie rzucają, są pełne obojętności, gniewu i złości. Zaczynają się pełne okrucieństw słowa, które padają na zmianę, niby za plecami, tak żeby przypadkiem którakolwiek nie usłyszała, że jej najbliższa znajoma sprawia jej przykrość. Pozostaje pytanie: co one z tego mają, że zachowują się w tak dwulicowy sposób? Być może pewnego rodzaju osobistą satysfakcję, że utarły nosa i w tej wojnie starają się być lepsze. Albo po prostu takie już są i nie zdają sobie sprawy, że ich zachowanie nie jest do końca fair w stosunku do ludzi? Jak poradzić sobie z takimi osobami – i przede wszystkim, jak sprawić, że staniemy się na nie obojętni? Odpowiedź jest prosta. Trzeba po prostu nauczyć się żyć wśród takich ewenementów i pokazać im, że szczerość i bycie sobą to jedyne sensowne rozwiązanie.

Podobne sytuacje nie zdarzają się przecież tylko w gronie nastolatków. Wiele razy słyszy się, że jedna z koleżanek z pracy – wydawałoby się nawet, że przyjaciółka – za naszymi plecami robi wszystko, by nam zaszkodzić i odebrać długo oczekiwany awans. Często też wśród znajomych pojawia się zazdrość. Niestety, nie każdy może mieć wszystko. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” i że największy wpływ na to, co dzieje się w naszym życiu, mamy my sami. Dlatego tak ważne jest, by starać się poznawać ludzi, ich przyzwyczajenia, charaktery bardzo dokładnie, a następnie przewidzieć ich możliwe zachowanie z delikatnym wyczuciem i spokojem. Warto również pamiętać, że nie każdy jest zły, a na świecie są jeszcze prawdziwi i wspaniali ludzie. Być może minie trochę czasu, zanim ktoś taki pojawi się w naszym najbliższym otoczeniu, ale cierpliwość się opłaca. Kto wie czy wartościowy człowiek nie pokaże nam jeszcze więcej i nie sprawi, że staniemy się szczęśliwi w stu procentach? Czasem warto zaryzykować i poczekać na to, co ześle los. Jest to zdecydowanie lepsze, niż spotykanie się z zakłamanymi, dwulicowymi „przyjaciółmi”.

Starajmy się więc czerpać z chwili jak najwięcej i przede wszystkim pamiętać, że jesteśmy indywidualnościami – drugiej takiej osoby nie ma. Pokazujmy każdemu, że każdy dzień może być piękny, jeśli się tego bardzo chce, a marzenia się spełniają tylko wtedy, gdy nie przestaje się w nie wierzyć. Z takim nastawieniem będziemy w stanie przenosić góry, a żadne przykre słowa z ust plotkarzy nie sprawią, że przestaniemy doceniać wartość i największy dar, jakim jest życie.

Z życia korektora

fot. Natalie Rosa
Ilekroć słyszymy słowo „korektor”, kojarzy nam się ono z białym płynem w długopisie bądź tzw. „myszką”. Słowo to posiada jednak niejedno znaczenie. Przede wszystkim jest to „poprawiacz” tekstu, czyli osoba, która zajmuje się poprawianiem tekstu, który ma przed sobą. Jednak czy tylko tak należy postrzegać tę pracę? Co skrywa się w stosie korekt, masie przecinków i błędów składniowo-językowo-stylistycznych? Czy jest to tylko przesiadywanie godzinami przed komputerem i przeglądanie tekstu po tekście bez przerwy?
Przecinek nie tylko przed „że”!
Wydawać by się mogło, że korektor to ktoś, kto potrafi skrzyczeć za brak przecinka, tymczasem okazuje się, że wcale tak nie jest. W dobie stereotypowych opinii i poglądów zapominamy o tym, co najistotniejsze. Ślepe podążanie za polską gramatyką czy interpunkcyjnymi zasadami to tylko pozór. Wewnątrz skrywa się prawda – najprawdziwsza prawda – i sedno sprawy. Bowiem korektorska praca nie polega na nieustannym siedzeniu nad słownikami i poradnikami. Jesteśmy sami dla siebie ekspertami. Wystarczy pomyśleć, przeczytać zdanie z 10 razy i przy tym niesamowicie się skupić. To wszystko. A przecinki wstawią się same. Twój umysł nimi pokieruje. 
Wydaje się, że błędy to błahostka – każdy je popełnia. Ale od czego jest korektor? No właśnie, tutaj radzę czytelnikowi, by zagłębił się w lekturze – jeśli chce poznać sekrety pracy w tej profesji, oczywiście. 
Każdy błąd ma w sobie zalążek poprawności. Pisząc: cofnij się do tyłu (bardziej elokwentnie: wstecz), masz na myśli „cofnij się”, „do tyłu” to wpływ czasu i środowiska, w którym przebywasz. Zmieszanie dwóch form, równie poprawnych, co oznacza, że jakaś skryta poprawność istnieje nawet w błędzie. Wystarczy powiedzieć: cofnij się, idź do tyłu – i już błąd zredukowany. Tak naprawdę dodano tu przecinek i „idź”. Widzisz więc, jak mało potrzeba, by uszczęśliwić język polski? Przecież on… też ma uczucia? A kto jak kto, ale my Polacy to jedyna nadzieja dla przyszłości „Polish language” – właśnie, angielskie zwroty wystarczająco zdominowały polskie i przychodzi nam walczyć o to, byśmy za jakiś czas nie mówili do siebie „good morning”, bo spolszczone „hey” już mamy. 

Kulturka – otóż to
Korektorzy nie poprawiają tylko przecinków i błędów językowych, ale także nawiązania, nazwy itp. Czy wyobrażacie sobie, że tekst napisany przez redaktora, bez korekty wędruje na portal, a w nim: Britney Spers? Tak, brakuje „a” w nazwisku – niby taka tam literówka, ale wizerunek tekstu i – co za tym idzie – portalu spada. 
Pomóż, korektorze
Wielokrotnie bywa i tak, że na poprawianiu tekstów nasza działalność się nie kończy. Korektor to przede wszystkim pomocnik. Owszem, poprawia, ale również sprowadza redaktora na dobrą drogę, uczy, jak eliminować błędy, co robić, by tekst wydał się lepszy, tak by można było go przeczytać i nie przysnąć. Tak więc – nie ograniczamy się, wykonujemy naszą pracę sumiennie, jesteśmy na każde zawołanie tych, którzy potrzebują pomocy… nie tylko w kwestii języka.
Za kulisami
Oczywiście życie korektora nie skupia się wyłącznie na tekstach. Mamy własne hobby, obowiązki – te niekorektorskie – rodzinę, przyjaciół i czas wolny. Praca to „wypełniacz czasu”. Niektórym mogłoby się wydawać, że owszem – korektor ma czas wolny, ale jego myśli kręcą się wokół tekstów, które poprawia i które przyjdzie mu poprawić niebawem. To prawda, nasi przyjaciele niejednokrotnie usłyszeli z naszych ust „korekta”, „przecinek”, „redaktor”, „praca”, „teksty” – ale co z tego? Przecież wszystkie elementy naszego życia przeplatają się – w szkole myśl o korekcie, przy korekcie myśl nawet o przyjemnościach. Nigdy nie jest tak, że myśli skupiają się tylko na jednym. I my odczuwamy to samo. Nie jesteśmy pracoholikami, ale pasjonatami słowa pisanego – i żywego również. 
Twarde spacje w życiu
Tak jak przy poprawianiu tekstów, w życiu też mamy swoje „twarde spacje”. Przechodzimy z linijki w linijkę. Mamy swoje lepsze i gorsze dni, czasami potrafimy nawet skrzyczeć w myślach siebie. Za co? Za to, że piąty dzień z rzędu nie zajrzało się do podręcznika, tylko w tekst redaktora. Bywają takie chwile, że mamy serdecznie dosyć całej tej pracy, przeklinamy każdą recenzję, artykuł, bo po prostu NAM SIĘ NIE CHCE.
To normalne, nie trzeba być korektorem, by wyczuwać niechęć do – przypuśćmy – czytania. Wtedy naszym marzeniem jest położyć się na łóżku i patrzeć w jeden punkt sufitu, nie robić nic, tylko odpoczywać od wszystkiego. Korektor to przede wszystkim człowiek – może odrobinę mądrzejszy, ale taki sam jak i inni, przechadzający się po ulicach czy też siedzący w domach.
Jak cię widzą, tak cię piszą
Jak postrzegają nas przyjaciele, znajomi? Postanowiłam skorzystać z okazji i poprosić kilku moich życiowych powierników o opinię. 
Jest świetną korektorką – potrafi wyhaczyć każdy błąd – ale też jedyną w swoim rodzaju przyjaciółką, która wesprze, wygada się, pomarudzi – jak każdy – a przede wszystkim poświęci tyle czasu, ile nikt inny, z kim widujemy się jeszcze częściej.
Jest ambitna ponad miarę, wszystko chciałaby zrobić, wszystkim pomóc. Nic nie stanowi dla niej problemu, jest w stanie drążyć temat tak długo, aż nie osiągnie zamierzonego celu.
Co do celów, marzeń – każdy je ma, ale nie każdy potrafi umiejętnie je spełniać. Ważne, by nie poddawać się biegowi zdarzeń, ale biec razem z nim.  Nieodłącznym przyjacielem człowieka jest nie tylko osoba, ale też rzecz, a nawet kilka rzeczy, które składają się na jedną – wielką. Mowa o hobby. Na jakie przyjemności oczekuje korektor po pracy? 
Kawa, ciasteczko i wygodny fotel – dla niej to najlepszy sposób na odprężenie, wyzwolenie się. 
Czy tylko w taki sposób można odpocząć? Niektórzy marzą o jak najszybszym położeniu się do łóżka i śnie. Wydawałoby się, że korektorzy również – lecz nie wszyscy… 
Jest młodą, ambitną pisarką. Pisząc, popuszcza swoim emocjom, po prostu daje z siebie 100%. Angażuje się w pisanie opowiadań i wlewa w nie pozytywne emocje, które czytelnik odczuwa, czytając tekst.
Pisze, a wenę czerpie znikąd. Po prostu pisze, kiedy wie, że może. Kiedy coś ciągnie ją do papieru i kładzie długopis w jej rękę. Może robić to wszędzie, nawet podczas jazdy pociągiem. 
Kilka wypowiedzi, a daje tak naprawdę wgląd w życie korektora. Wynika z nich, że nawet „poprawiacz” tekstów może znaleźć ucieczkę we własnym życiu. Wniosek: na wszystko można znaleźć czas, jeśli się tego bardzo, ale to bardzo chce. I wcale nie jest też tak, że sprawy korekty urastają do rangi priorytetów, najważniejsza jest rodzina, przyjaciele i to, co wkłada się w tekst – emocje.
A może… satysfakcja?
Co osiągamy, poprawiając teksty redaktorów? Przede wszystkim cieszy świadomość tego, że można komuś pomóc, naprowadzić – w przypadku portalu – redaktora, by miał szansę zwrócić uwagę na własne błędy i w przyszłości ich nie popełniać. Ćwiczenie czyni mistrza – ze zwykłego pisania do szuflady może wyniknąć coś, od czego się nie uwolnisz.
Tak było ze mną – i zapewne nie tylko. 
Poprawiając czyjś tekst, korektor odczuwa także satysfakcję, że tekst posiada cząstkę niego. Nawet najmniejszy przecinek sprawia, że tekst nie jest już własnością tylko redaktora, ale też korektora. Nie jestem jedyną korektorską duszą, która w nagrodę za korektę otrzymuje satysfakcję płynącą wprost z możliwości ukwiecenia tekstu i odzwierciedleniu częściowo własnych uczuć. 
Korektorska ekipa nadzieją…
Edytorstwo to praca, która wraz z sobą niesie nadzieję – nadzieję na poprawę sytuacji. Już coraz rzadziej dostrzegamy młodzież, która posługuje się językiem polskim tak, jak powinna. Od zawsze bowiem w młodzieży dopatrywano się cech, które mogłyby pozwolić swobodnie spojrzeć w przyszłość z nadzieją. 
Nikt nie jest doskonały
Nigdy nie sądziłam, że jestem wybitna w tym, co robię, mimo że wszyscy dokoła mnie o tym przekonywali. Cóż, w końcu samouwielbienie nie jest cechą, którą zyskuje się podziw w oczach przeciętnych osób. Twierdzę również, że człowiek uczy się przez całe życie. Matematyk nigdy nie będzie w pełni matematykiem, analogicznie – humanista nigdy nie będzie w stanie powiedzieć o sobie, że jest nieskazitelny. 
Morał tej treści o taki, że nikt nie jest wybitny z natury, lecz czerpiąc z bogactwa kultury, nie skończymy jak człowiek NIJAKI.:D

Literacki błękit

Z pewnością wielu z Was kojarzy Lucy Maud Montgomery dzięki Ani z Zielonego Wzgórza. Być może wy uważacie inaczej, ale we mnie ta lektura wzbudziła niesamowite emocje i nawet dziś, słysząc o rudowłosej i nieco szalonej Ani, robi mi się ciepło na sercu. Autorka była bardzo ambitną osobą. Już wówczas, gdy miała piętnaście lat, jej pierwsze dzieło znalazło się w gazecie. Bardzo mnie zdziwiło, że jej debiutancka powieść początkowo została odrzucona przez wielu wydawców.

Valancy Striling pomimo swoich dwudziestu dziewięciu lat wciąż żyje na garnuszku matki. Ciotki ciągle pouczają ją, jak powinna postępować, nawet w kwestii ubioru. Zbyt głębokie dekolty i sukienka bez halki nie przystoją prawie trzydziestoletniej, samotnej kobiecie. Bohaterka, chcąc uciec od szarej rzeczywistości, udaje się do Błękitnego Zamku, w którym wszystko jest takie, jak sobie wymarzyła. Pewnego dnia dowiaduje się, że jej stan zdrowia sukcesywnie się pogarsza i że niedługo umrze. Wiadomość ta staje się dla niej motywacją do rozmów z innymi i rozpoczęcia życia na własną rękę. Czy jej się to uda?

Do książki podeszłam bardzo pozytywnie, gdyż wiedziałam, że nazwisko Montgomery to gwarancja niepowtarzalnej historii i świata pełnego ciepłego klimatu. Oczywiście, nie pomyliłam się. Wyobraźnia autorki po raz kolejny wprawiła mnie w zachwyt. W powieści szczególnie zaskoczyła mnie postać Valancy – początkowo nie mogłam uwierzyć, że jest w stanie pozwolić innym ingerować w jej życie. Teraz jednak stwierdzam, że na co dzień możemy zaobserwować miliony podobnych przypadków – i choć dla mnie jest to nie do pomyślenia, to takowe istnieją. W miarę rozwijającej się akcji bohaterka uzewnętrzniła również swoje pozytywne cechy charakteru. Przykładem jest jej poczucie humoru, które sprawia, że gdy czytamy, uśmiech nie schodzi z naszych twarzy.

Historia Valancy jest doskonałym przykładem na to, że w każdym momencie można zmienić swoje życie, jeśli się tego naprawdę pragnie. Każda chwila spędzona z tą książką gwarantuje mile zagospodarowany czas. Z racji tego, że czytałam ją już dość dawno, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że pozostaje w pamięci na dłużej. Być może w opinii wielu z was akcja okaże się zbyt przewidywalna, jednak to nie zniechęca, gdyż lektura ma w sobie coś, co nie pozwoli nam oderwać się od niej, dopóki nie zaszeleści jej ostatnia karta. Błękitny zamek to powieść wyjątkowa i niepowtarzalna, podnosząca na duchu jak wiele książek Montgomery. Pozostawia po sobie uśmiech na twarzy i wspomnienie magicznego, niestety nierealnego, świata, który czytelnik ma ochotę odkrywać wciąż na nowo. Polecam w szczególności tym osobom, które podziwiają autorkę za Anię z Zielonego Wzgórza – znajdą tu równie niesamowity styl, oryginalnych bohaterów oraz urokliwość, która wyróżnia twórczość tejże pisarki.

Adam Frankenstein

źródło
Potwór Frankensteina rzeczywiście jest nieśmiertelny. Pierwsza adaptacja o jego losach pojawiła się już w 1910 roku, a dotychczas powstało aż 50 filmów biorących sobie go jako głównego bohatera. Tym razem wraca po dwudziestoletniej przerwie, w czasie której poprawił stronę techniczną i zebrał nowe pokolenie gwiazd.

Ci, którzy zawsze woleli wampiry/wilkołaki/Freddy’ego Kruegera (niepotrzebne skreślić), mogą wybrać się na: najnowszy dokument o Justinie Bieberze, dramat rodzinny w gwiazdorskiej obsadzie Sierpień w hrabstwie Osage, brytyjskie Za tych, co na morzu, japońską klasykę Grobowiec świetlików, film o Walcie Disneyu Ratując pana Banksa, biografię niemieckiej myślicielki Hannah Arendt lub też spin-off serii Paranormal Activity z podtytułem Naznaczeni.

Sierpień w hrabstwie Osage

źródło
Spojrzenie na trudną relację matki i jej trzech dorosłych córek, które opuściły rodzinny dom, dystansując się od bliskich i od przeszłości. Pewnego dnia powracają i muszą zmierzyć się z emocjami, które niegdyś doprowadziły do niezgody. Wspólnie przeżywany kryzys staje się dla bohaterek początkiem rozwiązania konfliktów z przeszłości.
Nie raz i nie dwa przekonywaliśmy się, że gwiazdorska obsada nie oznacza równie wspaniałego filmu. I tak jest tym razem. Reżyser John Wells zgromadził na planie największą śmietankę Hollywoodu (Meryl Streep, Julia Roberts, Ewan McGregor, Juliette Lewis, Chris Cooper, Dermot Mulroney, Benedict Cumberbatch, Abigail Breslin), ale zabrakło mu dobrze przyrządzonego ciasta. Film kuleje bowiem już na etapie fabuły, brak w nim ciekawej i niebanalnej historii, która pozwoliłaby aktorom pokazać swój niewątpliwy talent. Nie jest to film zły, ale przede wszystkim rozczarowujący zmarnowanym potencjałem. Nominację do Oscara zdobyła wprawdzie Meryl Streep, ale to bardziej efekt wielkiego uwielbienia Akademików dla tej amerykańskiej aktorki, niż poziomu jej faktycznej kreacji.

Grobowiec świetlików

źródło
Film, którego scenariusz powstał na podstawie biograficznej powieści Akiyuki Nosaka. Rozgrywająca się w czasach II wojny światowej w Japonii historia 14-letniego chłopca i jego młodszej siostry, których matka zginęła podczas nalotu na Kobe. Od tej pory rodzeństwo jest zdane tylko na siebie…
Grobowiec świetlików spotkał ten sam los, co znacznie bardziej wiekowe filmy Charliego Chaplina – osiągnęły status dzieła kultowego i dzięki temu ich dystrybucja kinowa została wznowiona. Nie bez powodu, bowiem to jedno z najsłynniejszych anime w historii kinematografii. Przejmujący powrót bohatera do czasów dzieciństwa, które nie były idyllą, a walką o przetrwanie w świecie ogarniętym wojną. Cudowna animacja podejmująca arcytrudny temat bez uciekania w tani sentymentalizm. Pozycja obowiązkowa nie tylko dla miłośników japońskiego kina.

Ratując pana Banksa

źródło
Na usilne prośby swoich córek Walt Disney obiecuje zrealizować film na podstawie ich ulubionej książki Mary Poppins autorstwa P.L. Travers. Nie wie jednak, że spełnienie przyrzeczenia zajmie mu 20 lat. Aby uzyskać prawa do ekranizacji Walt musi stawić czoła zgryźliwej, bezkompromisowej pisarce, która nie zamierza patrzeć, jak jej ukochana niania-czarodziejka jest masakrowana w trybach hollywoodzkiej machiny.
Film Disneya o Disneyu? W tym momencie wielu widzów odczuje niepokój, spodziewając się banalnego panegiryku na cześć założyciela wielkiego studia. Mają trochę racji, gdyż Ratując pana Banksa omija skrzętnie ciemniejsze zakamarki życia Walta Disneya. Służy to jednak innemu celowi – film ten to po prostu baśń o kimś, kto dotychczas był ich twórcą. Dzieło nie przesłodzone, ciepłe i ujmujące swoim klimatem. Wielkim atutem są z pewnością kreacje aktorskie – Tom Hanks w drugiej już w tym roku znakomitej kreacji i zawsze niezawodna Emma Thompson. Bez żalu można wybrać się do kina.

Ja, Frankenstein

źródło
Adam, potwór stworzony przez doktora Frankensteina, od ponad 200 lat żyje samotnie, kryjąc swoją tożsamość przed ludźmi. Obdarzony ogromną siłą i wytrzymałością, broni naszego gatunku przed zakusami istot rodem z najgorszych koszmarów. Nieoczekiwanie i wbrew swojej woli zostaje uwikłany w odwieczną wojnę pomiędzy dwoma klanami nieśmiertelnych. Obie frakcje chcą odkryć sekret jego zmartwychwstania, by dzięki niemu zdobyć kontrolę nad armią żywych trupów.
Kolejny już film o nieśmiertelnym, dosłownie i przenośnie, bohaterze. Potwór Frankensteina nie znudził się jeszcze widzom, strasząc nieprzerwanie przez prawie 200 lat od swojego literackiego debiutu w książce niepozornej szlachcianki Mary Shelley. Tym razem ma twarz Aarona Eckharta i formułę widowiskowego kina akcji. Pierwsze opinie fanów postaci wydają się pozytywne. Losy Adama (nie Frankensteina!) nie nudzą, a wręcz przeciwnie, trudno oderwać od nich wzrok. Może i są mało ambitne i nieco naiwne, ale to nie przeszkadza w śledzeniu losów bohatera. Całość dopieszczono pod względem wizualnym i wzbogacono energicznym montażem, więc ci, którzy obejrzą najnowszy film Stuart Beattiego na wielkim ekranie, nie wyjdą z kina z poczuciem braku emocji.

Paranormal Activity: Naznaczeni

źródło
Rodzina i przyjaciele próbują uratować Jessiego przed tajemniczymi siłami, które go nawiedzają.
Krótki opis, nieprawdaż? Bo cóż tu pisać przy tak szczątkowej fabule? Paranormal Activity to seria wyeksploatowana to cna, w której każda kolejna część jest do siebie bliźniaczo podobna. Nie przeszkadza to producentom w wykładaniu pieniędzy na kolejne filmy z serii, skoro znajduje się na nie popyt. Ci, którzy ciągle czują niedosyt, mogą poczekać na premierę piątej części cyklu już w tym roku. Reszta powinna obejrzeć którykolwiek z prawdziwych horrorów.

Hannah Arendt

źródło
Biograficzna opowieść o Hannah Arendt, niemieckiej teoretyk polityki, filozof i publicystce, jednej z najbardziej wpływowych myślicielek XX wieku. Praca nad reportażami dla „New Yorkera” z procesu byłego nazisty Adolfa Eichmanna doprowadziła do sformułowania jej słynnej tezy o banalności zła. Film koncentruje się na tym procesie oraz kontrowersjach wywołanych przez książkę Arendt.
Ci, którzy naprawdę chcieliby dowiedzieć się czegoś interesującego na temat jednej z najsłynniejszych myślicielek XX wieku, odradzam wybranie się do kina na ten film. Jej umysł zgłębił świat – głosi hasło reklamowe, ale dlaczego, pyta widz? Film w żaden sposób nie zgłębia istoty fenomenu Arendt, nie dowiemy się z niego, dlaczego wielką filozofką była. Dostajemy za to nudny portret niezwykle ciekawej kobiety.

Za tych, co na morzu

źródło
Aaron jest młodym rybakiem mieszkającym w niewielkiej osadzie na wybrzeżu Szkocji. Udaje mu się uratować z tajemniczego wypadku na morzu, w którym giną wszyscy pozostali członkowie załogi, w tym jego brat. Mieszkańcy wioski pod wpływem miejscowych legend i przesądów zaczynają obarczać go winą za całe zdarzenie. Aaron nie chce pogodzić się ze śmiercią brata i wyrusza na jego poszukiwania.
Dobra pozycja dla fanów kina onirycznego. Początkujący szkocki twórca Paul Wright subtelnie i z wyczuciem opowiada historię wykluczonego ze społeczności i przeżywającego osobistą tragedię bohatera. Film może przypominać pokazywane w naszych kinach ponad miesiąc temu Na głębinie, jednak dzieło Wrighta jest znacznie bardziej gorzkie i mniej udramatyzowane. Tragedia rozgrywa się bowiem we wnętrzu głównego bohatera, nie na rozszalałym morzu. Kontrastem do przeżyć rybaka są pięknie skomponowane, liryczne kadry.

Justin Bieber’s Believe

źródło
Portret Justina Biebera, który spełnił marzenia i z nieśmiałego chłopca stał się gwiazdą muzyki pop oraz bożyszczem nastolatek.
Nie pytajcie, dlaczego taki artysta jak Justin Bieber otrzymał już swój drugi dokument. Fenomenu tego kanadyjskiego wokalisty nie rozumie absolutnie nikt oprócz jego zagorzałych fanek. Skoro nie zmienią one zdania o swoim idolu nawet po nieustannych szczeniackich wygłupach z narkotykami, alkoholem i widowiskowym aresztowaniem w roli głównej, najnowszy film o Bieberze jest dla nich pozycją obowiązkową. Reszta powinna ten tytuł zignorować.

Kultura, młodzieży

źródło

Na spędzenie wtorkowego wieczoru miałam do wyboru kilka opcji.

Pierwszą była impreza do białego rana z hektolitrami napojów, uchodzących w środowisku studenckim za najlepszy sposób na poprawę humoru; z drugiej strony mogłam zostać w domu i ubrana w puchaty szlafrok z miską chipsów oglądać mój ulubiony serial. Jednak, mimo kuszących wizji słodkiego lenistwa albo hucznej zabawy, postanowiłam wybrać się na spotkanie z poetą i kompozytorem Lechem Makowieckim.

Dotarłszy na wernisaż, poczułam się co najmniej nieswojo wśród przeważającej liczby osób w podeszłym wieku. W mojej głowie momentalnie pojawiły się pytania: Gdzie są studenci, licealiści, młodzież? Dlaczego nie korzystają z możliwości poszerzenia wiedzy i horyzontów i to – w dodatku – za darmo? Odpowiedź nadeszła natychmiast: Ponieważ wolą iść na imprezę albo spędzić cały wieczór przed komputerem.

U nastolatków jest to zjawisko coraz bardziej powszechne, a wręcz nagminne, dlatego powoli przestaje szokować. Jednak ze zgrozą zauważyłam, że nawet wśród studentów, którzy powinni nieustannie poszerzać swoją wiedzę – również poprzez takie spotkania – zainteresowanych jest niewielu. A szkoda, bo okazji jest mnóstwo – wystarczy się rozejrzeć.
Większość pokazów, wystaw i wernisaży jest darmowa. Nie bez celu przytoczyłam ten argument jako pierwszy, ponieważ jest to główny czynnik, na który zwraca uwagę stereotypowy „biedny” student. Tematyka spotkań jest przeróżna – z pewnością każdy zainteresowany znajdzie coś, co trafi w jego gust. Godziny rozpoczęcia też są zazwyczaj na tyle przystępne, by nawet zapracowani albo przesiadujący do późna na uczelni kursanci mieli szansę wziąć udział w wydarzeniu. Nawet jeśli zdarzy się, że spotkanie odbywa się w trakcie zajęć, sam dziekan jest przychylny zwolnić studentów z niektórych obowiązkowych ćwiczeń czy konwersatoriów. Tymczasem, mimo tylu udogodnień, sale świecą pustkami, a główna aula wydziału, zdolna pomieścić czterysta osób, nie jest zapełniona nawet w połowie.

Kogo możemy za to winić? Ktoś bez wahania powie: rodziców. Owszem, powinni zachęcać, zwłaszcza młodsze dzieci, do uczestnictwa w różnych projektach bądź przedsięwzięciach. Niestety, zwykle tego nie robią – być może sami nie wiedzą, co interesującego można zobaczyć, gdzie pójść i kogo posłuchać, albo zwyczajnie nie czują ku temu potrzeby. Ale z drugiej strony spójrzmy prawdzie w oczy: inicjatywa oraz chęć ukulturalnienia się powinny wychodzić – przede wszystkim – od nas samych. Przecież nikt nie będzie mówił dorosłym ludziom, jak mają spędzić swój wolny czas, na jakie spotkanie pójść czy gdzie się zapisać.

Mimo że ten temat jest dość regularnie poruszany, a w mediach toczą się dyskusje i spory, czy powinniśmy zachęcać, a nawet zmuszać dzieci do obcowania z kulturą, statystyki są nieubłagane, a puste krzesła na spotkaniach, pokazach i wystawach mówią same za siebie. W tych czasach młodzieży imponują przede wszystkim imprezy i znajomi. Tych, których interesuje cokolwiek innego, co można uznać za wartościowe, jest coraz mniej. W takim razie, czy to znaczy, że niedługo inteligentni młodzi ludzie podzielą los dinozaurów?

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia