Po co mi turecki?

Drodzy moi!

Wiem, że dawno nie mieliście do czynienia z moimi tekstami. Przyznaję: moje życie ostatnio nabrało tempa i nim się obejrzałam, tygodnie mijały jeden po drugim, a ja wciąż byłam zaskoczona. Nareszcie jednak nastąpił czas, kiedy spokojnie mogę usiąść i podzielić się z wami kilkoma rzeczami. Zacznę tonem nieco felietonistycznym – jak to ja, ironistka w każdym calu – ponieważ nie byłabym sobą, gdybym postanowiła pisać sztucznie i z nutką naukowości (na studiach, zwłaszcza polonistycznych, nie da się inaczej!). Męczą mnie ludzie. Do tego stopnia, że niejednemu mam ochotę „walnąć w łeb” i po prostu odejść. Wcześniej żyłam w tym środowisku i wydawało mi się to najnormalniejsze na świecie, że tak musi być – że świat się zmienia, bla, bla, bla… Jednak pewnego dnia dostałam propozycję nie do odrzucenia:

„Heeej, czy chciałabyś może pouczyć polskiego kilka dziewczyn z Turcji i Hiszpanii?”.

Rozum: „Nie brnij w to, po co ci kolejne obowiązki”.

Serce: „Oczywiście! Gdzie i kiedy?”.

 

I tak to się wszystko zaczęło – skromna, nieśmiała i spokojna Polka wkroczyła do nowego światka – światka studentów programu Erasmus+! I… się w tym światku – początkowo nieświadomie – bezgranicznie zakochała.

Pierwsze chwile były trudne – nauczenie się STAŁEGO, swobodnego komunikowania z dziewczynami, które nie mówią po polsku, było trudne. Dodatkową trudnością okazało się wyjaśnienie po angielsku zawiłości polskiej gramatyki. Wśród moich znajomych znaleźli się zarówno tacy, którzy zaczęli na mnie spoglądać z ogromnym podziwem w oczach, jak i tacy, którzy od razu wzięli mnie za „mądralę” i „typową polonistkę” (w końcu polonista to tylko uczy w szkole, no nie?). Jak się szybko okazało – ci znajomi, którzy uznali mnie za niegodną ich towarzystwa, przestali się dla mnie liczyć, a ci pierwsi (dziękuję Wam za to z całego serca!) zyskali więcej, niż mogło im się wydawać – Klaudię nie do poznania, zmienioną, pogodniejszą i przede wszystkim śmiałą!

Ja też zyskałam – poznałam fantastyczne osoby, dowiedziałam się masę rzeczy od dziewcząt z Hiszpanii i Turcji, nawiązałam ciekawą znajomość z Niemką mającą polskich rodziców, doznałam niepowtarzalnych emocji, przygód i – co najważniejsze – choć nadal brakuje mi słów, żeby płynnie wyrazić po angielsku to, co czuję, przełamałam silną barierę językową, która stawała się dla mnie nie do zniesienia po tyyylu latach nauki angielskiego.

Ale nie o angielskim jest ten artykuł. Spora część z was pewnie już się pogubiła ze względu na moją tendencję do dygresji, za co najmocniej przepraszam (kontakt z obcokrajowcami sprawia, że jeszcze bardziej chciałabym przekazać wszystko od razu, a okazuje się to niemożliwe…). Mam mówić (a właściwie pisać) o tym, po co mi język TURECKI. Tak, dobrze widzicie: tu-rec-ki. Turecki.

Od kilku tygodni uczę się tureckiego. To po części zasługa moich uczennic Turczynek, które choć wcale mnie do tego nie namawiały, zachęciły mnie do przynajmniej pobieżnego poznania melodii tego języka. No i posłuchałam jednej, drugiej, piątej, dziesiątej piosenki. Później w tle leciała jedenasta, osiemnasta i trzydziesta druga. Nie przesadzam. Zakochałam się!

Merhaba… Dla wielu pewnie niezbyt atrakcyjna forma powitalna. Dla mnie przeurocza. Jaka jest więc różnica między mną a resztą świata? Pokochałam to, co wydaje się dziwne. Nam, Polakom (i sąsiadom – tu nawiązuję do moich wspaniałych koleżanek zza wschodniej granicy), często wydaje się, że każdy ma w mózgu zakodowany taki sam wizerunek świata i człowieka. To, co odstaje od „normy”, jest dziwne, a co za tym idzie – stereotypowo: gorsze, głupie, bez sensu… Turcy – co nie powinno nas dziwić – postrzegają świat nieco inaczej. Powinniśmy się od nich wielu rzeczy uczyć (ale o tym w innym artykule). Druga sprawa dotyczy wspomnianej już stereotypizacji: Turcja = Arabia. Arabowie = zło. Całe szczęście, że moja koleżanka studiuje arabistykę i dzięki rozmowom z nią w czas udało mi się uniknąć takiego myślenia o Arabach. Ale… Turcja to nie Arabia. Turcy to nie Arabowie. I teraz zaskoczenie: w Turcji też istnieją święta Bożego Narodzenia! Surprise.  W momencie, kiedy zaczęłam czytać o Turcji, o tamtejszych zwyczajach, tradycjach i stylu życia Turków, przekonałam się, że wsiąkam w tę kulturę. Powoli, często nieświadomie utożsamiam się z Turkami i chciałabym choć raz pomyśleć po turecku. Choć jeden jedyny raz zobaczyć świat ich oczami, poznać go za pomocą ich zmysłów. Kiedy to czytacie, być może pod nosem się podśmiechujecie, ale to prawda – nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak jest zbudowany świat, ponieważ odrzucamy to, co dziwne – a właśnie w tym „czymś dziwnym” tkwi siła, która może nas nauczyć nieco inaczej BYĆ w świecie.

To, że zaczęłam się uczyć tureckiego, wcale nie oznacza, że od razu chcę wyjść za mąż za Turka, wyjechać do Turcji i tam zostać na zawsze. Kolejny stereotyp – jeśli wejdziesz między wrony… To prawda, ale… w Polsce! Po kilku miesiącach spędzonych w towarzystwie osób, które na co dzień żyją w innej kulturze, posługują się innym językiem i inaczej postrzegają świat, mogę z przekonaniem stwierdzić, że wcale nie jest tak, jak większość z nas sądzi. Wcale nie muszę „krakać jak i one”, aby móc zrozumieć ten inny świat, poznać inną kulturę i pośmiać się z różnych rzeczy. I wcale nie muszę się też kontrolować. Nie muszę się bać, że zostanę zastrzelona za to, że powiedziałam, co o czymś myślę. Nie muszę dobierać słów, żeby kogoś przypadkiem nie urazić – bo w gronie – rzeknijmy – międzynarodowym wszystkie chwyty są dozwolone i czegoś nas uczą. Przede wszystkim (i to jest puenta tego artykułu oraz moje motto na najbliższy czas): uczą, że życie nie jest czarno-białe, poniedziałki można pokochać, a język jest wartością, dzięki której możemy BYĆ, czuć, śmiać się i kochać – niezależnie od tego, jaką przydawkę dodamy.

Gościnność to podstawa!

Gościnność to podstawowa cecha Polaków. Szczycimy się nią. Jest naszą chlubą, a inne narodowości niekiedy ze zdziwieniem spoglądają na nasze przyjmowanie gości. Choć nie mamy mentalności podobnej do Hiszpanów czy Włochów – mamy się czym pochwalić.

Tytuł:Business English Magazine. Hospitality” – wydanie specjalne
Wydawnictwo: Colorful Media

 

Najnowsze wydanie specjalne „Business English Magazine” przyciąga przede wszystkim uniwersalną tematyką. Biznes to nie tylko korporacje, spotkania pod krawatem i konferencje z ważnymi przedstawicielami. To także zwyczajna gościnność. Żadne spotkanie nie może się odbyć bez profesjonalnej obsługi hotelowej, posiłku w restauracji i transportu. Właśnie na tych i kilku innych kwestiach skupia się „Hospitality”.

Muszę przyznać, że od samego początku byłam bardzo optymistycznie nastawiona do swojej przygody z biznesowym angielskim. Gdy przeszłam krótki kurs słownictwa, postanowiłam przejść do czytania artykułów tematycznych. Padło na gościnność. I jestem wdzięczna za to, że akurat w tym czasie postanowiłam rozwijać swoje umiejętności językowe, gdyż do teraz nie mogę przestać fascynować się tym, jak wieloaspektowe jest pojęcie business English.

Lekturę „Hospitality” rozpoczynamy od hoteli. Poczytamy między innymi o tym, jak to jest pławić się w hotelowych luksusach i dlaczego stają się one niemal miejscem świętym dla wielu sławnych i bogatych. Dowiemy się także co nieco o agroturystyce ekologicznej. Będzie zielono! W końcu poznamy obsługę idealną i zostaniemy serdecznie powitani przez cały przemysł hotelarski.

Następnie zatrzymamy się na dłuższą chwilkę w restauracji, aby poznać sekret gwiazdek Michelin, a zaraz po tej inspirującej lekturze wypijemy kawę w jednej z klimatycznych kawiarń i poznamy historię pewnych zadymionych miejsc, od których wszystko się zaczęło. Gdy już nasycimy się aromatem kawy, przeniesiemy się do Europy, która z kolei zasłynęła ze współczesnych lokali.

Kolejnym etapem naszej językowo-biznesowej podróży jest planowanie wydarzeń! Biznes kojarzy nam się zwykle z przesadną, wręcz sztuczną oficjalnością i biurokracją. Fiona Thompson spakowała walizki i przemierzyła tysiące kilometrów, aby opowiedzieć nam o tym, jak przedstawiciele różnych krajów zachęcają nas do odwiedzenia służbowo i niesłużbowo ciekawych miejsc na całym świecie. Później dowiemy się, jak należy przygotować wystawę na targach branżowych. Intrygujące, prawda?

Tematem dalszej części tego wydania specjalnego jest transport. Podróże biznesowe nie muszą być nudne i pompatyczne. Wystarczy je nieco urozmaicić. O działalności biur podróży opowie ponownie Fiona Thompson. Z kolei o liniach lotniczych – a w tym o upodobaniach pasażerów i usługach – poczytamy dzięki George’owi Sandfordowi. Pozostały… pociągi. Za to jakie! Czy mówi wam coś nazwa Orient-Express? Oczywiście, że tak. Jeśli lubicie podróżować, koniecznie poczytajcie o marce Belmond i nie tylko. Miłośnicy statków również nie poczują się zawiedzeni. Czeka na was piękna opowieść o statkach wycieczkowych przemierzających otwarte morza i oceany!

W „Hospitality” znajdziecie również kilka artykułów dotyczących kariery i cateringu, a im dalej w las, tym więcej drzew, przygotujcie się zatem na krótki kurs języka biznesowego. Na koniec poczytajcie książki i filmy dotyczące gościnności i… wyruszcie w swoją podróż marzeń. Oby było gościnnie!

Praktyka czyni mistrza

W biznesie prawie wszystkie chwyty są dozwolone. Jednak aby móc je zastosować – należy najpierw zacząć mówić tym samym językiem co pozostali. Poznajmy wspólny język ludzi biznesu i samego biznesu.

Tytuł:Business English Magazine. Business English in practice” – wydanie specjalne
Wydawnictwo: Colorful Media

 

Tak się składa, że ostatnio pokochałam wszystko, co angielskie. Nie, to nie tak, że uległam globalnej tendencji do usilnego zangielszczania polskich słów, „bo tak jest modnie”. Uznałam po prostu, że skoro już bez angielskiego nie da się obejść, warto by go poznać nieco lepiej niż tylko na zajęciach. Słówka podzielone na kategorie i schematy gramatyczne to nie wszystko, co sprawi, że będziemy się tym językiem posługiwać na tyle dobrze, żeby móc zrozumieć rozmówcę i porozmawiać z nim w każdej sytuacji. Jedną z dziedzin, które mają własny język, jest biznes. Business English jest taki…  mądry i jednocześnie uniwersalny. Kto nie da się złapać?

„Business English Magazine” to czasopismo dla każdego, kto chciałby poczuć się jak prawdziwy specjalista i zacząć korzystać z języka obcego tak naturalnie jak z ojczystego. Mimo że nie ma chyba osoby, która odkryłaby wszystkie tajniki tego, jak można rzec, profesjolektu – został on już na tyle rozpowszechniony, że warto by poznać choć podstawy, aby nie utonąć w morzu wszechobecnych „researche’ów” czy „deadline’ów” (a to zaledwie namiastka prawdziwego oblicza biznesowego angielskiego).

Dla osób, które dopiero wkraczają do wielkiego świata biznesu, stworzono wydanie specjalne „Business English in practice”, czyli business English w praktyce. Zdajemy sobie sprawę z tego, że dziś najważniejszy jest klient. To od niego zależy, czy produkt zostanie dobrze wypromowany i czy marka zyska siłę przebicia do świadomości „unikalnych odbiorców”. Aby zatem porozumieć się z tym klientem, trzeba wiedzieć, jak to zrobić.

W tym wydaniu znajdziemy więc praktyczne porady dotyczące biznesowej korespondencji i spotkań. Dowiemy się, jak napisać rzeczowy e-mail, kontrakt czy list oficjalny. Ale to nie wszystko. Oprócz komunikacji pisemnej ważny jest także – a może przede wszystkim – kontakt osobisty, „face to face”. Przydadzą nam się zawarte porady związane z prowadzeniem negocjacji i spotkań biznesowych, a także prezentacji, które są zmorą wszystkich pracowników korporacji i podobnych instytucji.

Nie zabraknie też ciekawostek – jak na przykład tej o Beyondzie Parecie, człowieku renesansu, który stworzył zasadę (znaną dziś jako zasada Pareta) opisującą zjawiska ekonomiczno-socjologiczne, która wyjaśnia między innymi, jak osiągnąć maksymalne wyniki w minimalnym czasie. Znajdziemy też artykuł kulturalny o tym, jak nawiązywać zdrowe relacje w kontaktach czysto zawodowych, biznesowych.

A jak możecie sprawdzić, co udało wam się zapamiętać i czego nowego nauczyć? Na zakończenie przygotowano test językowy, dzięki któremu samodzielnie zweryfikujemy własne efekty i będziemy mogli powtórzyć słownictwo.

„Business English in practice” to jedno z tych wydań specjalnych, które szczególnie nas zainteresują i zainspirują. Nie musicie wiedzieć wszystkiego, co dotyczy języka angielskiego biznesowego, aby móc odnieść sukces zawodowy. Najważniejsze jest bowiem to, żeby używać go rozważnie i umiejętnie. A tę wiedzę zapewni wam właśnie „Business English Magazine”

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia