Do doskonałości

Być idealnym – to chyba marzenie większości ludzi. W końcu kto by nie chciał być doskonały we wszystkim albo chociaż w jednej dziedzinie? Jest się wtedy najlepszym i niepokonanym. Inni ludzie szanują cię oraz okazują respekt i może trochę strachu. Jednak tego nie osiąga się z dnia na dzień. Na to składają się lata ciężkiej pracy, łzy, porażki i olbrzymia motywacja oraz wytrwałość. Tu to są tylko słowa, ale w rzeczywistości żmudna i wyczerpująca droga. Trzeba wiele poświęcić. Są osoby, które są na to gotowe, lecz czy na pewno doprowadzi ich to do wymarzonej perfekcji? 

Tytuł: Czarny łabędź
Reżyser: Darren Aronofsky

Nina jest baletnicą, która bierze na poważnie swoją pracę. Chce osiągnąć mistrzostwo, więc codziennie wytrwale trenuje i na zawodowych treningach, i w domu. Każdy najmniejszy krok ćwiczy tysiące razy. Nie ma miejsca na pomyłkę. Gdy się okazuje, że zwalnia się posada primabaleriny w Jeziorze Łabędzim, dziewczyna jest gotowa o nią walczyć. Tym bardziej że tym razem jedna osoba ma zagrać białego i czarnego łabędzia. Jest to niezwykłe wyzwanie, które w pierwszej chwili ją przerasta. Na ile Nina jest gotowa, by udowodnić, że to jej należy się ta rola i przede wszystkim, że jej podoła? 

Gdy po raz pierwszy spotkałam się ze wzmianką na temat tej produkcji, byłam zaciekawiona. Na tyle, że tytuł tego filmu zapadł mi w pamięć. Usłyszałam o nim ponownie po latach i właśnie wtedy zapragnęłam go obejrzeć. Nie zrobiłam tego od razu, lecz ostatecznie się z nim zapoznałam przyznam, że jestem zawiedziona. Nie wiedziałam do końca, o czym jest, ale kiedy zaczęłam oglądać, byłam zdumiona. Mimo że Czarny łabędź mi się nie podobał, to jestem pod wielkim wrażeniem pomysłu. Sam motyw baletu jest bardzo rzadko spotykany w kinematografii, a co dopiero w takim wykonaniu. Spodziewałam się czegoś całkiem innego, ale na początku byłam z niego zadowolona. Niestety, pomysł spełzł na niczym. Według mnie ten film miał olbrzymi potencjał, który prawie wcale nie został wykorzystany, i bardzo tego żałuję. 

Na szczęście fabuła okazała się wciągająca. Chciałam dowiedzieć się, do czego prowadzi zachowanie Niny. Początkowo nie rozumiałam, o co jej chodzi. Dopiero z czasem zdałam sobie sprawę, co nią kieruje, dzięki czemu historia stała się bardziej przejrzysta. Choć do ostatnich chwil można było trochę się w niej pogubić. Nie nudziłam się, mimo że perspektywa baletnicy bardzo często mnie irytowała, co raczej zniechęcało mnie do dalszego oglądania. Ale tak bardzo chciałam się dowiedzieć, jakie będą konsekwencje tych wszystkich zdarzeń. I gdy się dowiedziałam, byłam bardzo zawiedziona. Pewnie ten fakt sprawił, że po filmie byłam rozgoryczona i ostatecznie wyciągnęłam z niego negatywnie na mnie wpływające wnioski. 

Na plakacie produkcji widzimy tajemniczą, piękną i okrutną postać. Mało kto mógłby przejść przy takiej kobiecie obojętnie. Dlatego właśnie dużo oczekiwałam od głównej bohaterki. Chciałam to w niej zobaczyć – tę wściekłość, pewność siebie i wrażliwość na muzykę. Nie doczekałam się tego, a mniemana przemiana wewnętrzna była w ogóle niewidoczna. Nina okazała się mało wyrazista i dość przewidująca. Jej przeciwieństwem była Lily – niespójna, nieokrzesana i pełna uczucia. Właśnie takie postacie przyciągają moją uwagę, więc ze wszystkich to jej losy najbardziej śledziłam. Zresztą tak naprawdę to bohaterów nie było za dużo i to wpływało negatywnie na fabułę. Większa różnorodność charakterów ubarwiłaby opowieść.

Tematyka, która jest poruszona w Czarnym łabędziu, jest niezwykle istotna i najczęściej pomijana. W życiu częściowo chodzi o to, żeby się starać, dążyć do doskonałości i osiągnąć sukces. I właśnie to się wpaja ludziom, lecz nikt nie myśli, co się stanie, gdy ktoś weźmie to zbyt dosłownie. Będzie zbyt wytrwały i nie będzie znał granic. Konsekwencje mogą być przerażające. Film daje wiele do myślenia.

Nie wiem czemu, ale bardzo nie lubię Natalie Portman. Gdy oglądam filmy z nią, choć zbyt dużo ich jak dotąd nie obejrzałam, mam wrażenie, że uroda zastępuje talent. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób ją ceni, ale według mnie nie umie wejść w rolę. Ma jedną maskę, której w ogóle nie zmienia, przez co produkcje, w których się pojawia, stają się złudnie podobne. Wyróżniła się jedynie Mila Kunic grająca Lily. Myślę, że moją sympatię do bohaterki zawdzięczam właśnie tej aktorce. Ukazała jej ekspresje oraz determinację. 

Nie żałuję, że obejrzałam Czarnego łabędzia, mimo że w ogóle nie przypadł mi do gustu. Mam teraz własną opinię, ale również pytanie: co ludzie w nim widzą? Podzielcie się swoimi spostrzeżeniami. 

Perełki filmowe

W tradycji kinowej kończący sezon letni sierpień jest uznawany za jeden z najgorszych miesięcy w roku. Skrupulatne poszukiwania pozwalają jednak odkryć, że i w tym miesiącu w kinach mogliśmy znaleźć prawdziwe perełki filmowe.

Głośny/cichy film

Nowy film Nolana z artystycznego punktu widzenia jest perełką. Piękne zdjęcia, wspaniała muzyka i cudnie dograny montaż równoległy wciskają w kinowy fotel z zachwytu.

Zapach, który zawładnął wszystkimi…

Prawie każdy z nas codziennie używa perfum. Pozwalają one zmienić nasz własny zapach na coś innego, wyjątkowego. Idziemy do sklepu i wybieramy godzinami najbardziej odpowiadające nam zapachy. Jeśli tylko nas stać, stoimy przed półką z najdroższymi pachnidłami, jakie są w sklepie, dumnie unosząc głowę. Jednak jeżeli nie możemy pozwolić sobie na tak drogi wydatek, spoglądamy tęsknie na tę najwyższą półkę i szukamy czegoś nietypowego wśród tych tańszych. Przyznajcie – czy tak właśnie nie jest? Sama uwielbiam różnego typu zapachy i zwracam wyjątkową uwagę na swoje odczucia. Kilka wieków temu też tak było… Tylko na świecie chodził wybitny perfumiarz – Jan Baptysta. Miał niesamowity talent i postanowił go wykorzystać. Chciał stworzyć najpiękniejsze perfumy, jakie mogą być na świecie. Czy udało mu się to? Jaką drogę wybrał? Co z tym wszystkim ma wspólnego seria morderstw na młodych kobietach?
 

Tytuł: Pachnidło: Historia mordercy
Reżyser: Tom Tykwer
 
O Pachnidle usłyszałam po raz pierwszy od swojej polonistki z gimnazjum. Opowiadała o tym filmie z pasją, co przyciągnęło moją uwagę. Postanowiłam, że obejrzę kiedyś tę ekranizację. Jednak, jak to u mnie bywa, szybko zapomniałam o tej produkcji. Lecz w liceum znowu obiła mi się o uszy. Pachnidło zbierało i wciąż zbiera naprawdę pozytywne opinie, co ostatecznie zachęciło mnie do obejrzenia go. Wiele słyszałam też o książce, którą również planuję przeczytać. Tymczasem, jakie mam odczucia po ekranizacji?
 
Motyw jest niezwykle rzadko spotykany. Nikt raczej nie porusza tematu perfum, a jeśli nawet, to w kwestii ich zapachu, a nie procesu powstawania. W tym filmie jest zwrócona uwaga przede wszystkim na ten aspekt, co bardzo miło mnie zaskoczyło. W dodatku akcja rozgrywa się w czasach, które od lat mnie intrygują. Jest to bardzo ciekawe połączenie – XVIII wiek, niesamowite zapachy i pewien morderca, który chce spełnić swoje jedno marzenie… Nie brzmi to intrygująco?
 
Fabuła jest naprawdę wciągająca. Mimo faktu, że nie miałam możliwości obejrzenia całej produkcji jednego dnia, nie mogłam się doczekać, kiedy poznam zakończenie. Cały czas zadawałam sobie pytanie, jak ta historia się skończy. A muszę przyznać, że wydawała się bardzo nieprzewidywalna. Miałam pewność, że udało mi się przewidzieć kolejny ruch Jana, gdy tymczasem byłam zaskakiwana przez kolejne nieprawdopodobne wydarzenia. Nie mogłam znaleźć schematu, co irytowało mnie, ale w ten pozytywny sposób, który wydobywa pokłady niekończącej się ciekawości.  
 
Jest to dość znany film i nie wiedziałam, czego się spodziewać. Czyżby miały się pojawić tajemnicze demony, które będą wysysać ludzką krew? Nie, to zdecydowanie nie ten typ! Nie ma tu żadnego dreszczyku strachu czy zniecierpliwienia. Na pewno nic dziwnego nie wyskoczy zza muru. Jednakże nie zmienia to faktu, że ekranizacja jest przerażająca na swój sposób. Opowiada historię, która przynajmniej częściowo mogłaby się wydarzyć. A może już się wydarzyła? Właśnie to sprawiło, że rozumiałam, dlaczego właśnie tak się dzieje. Jak już wspomniałam, nie byłam w stanie przewidzieć kolejnych wydarzeń, ale potrafiłam je zaakceptować, mimo że wydawały się wstrząsające. Zdałam sobie sprawę, że nic już nie mogło zatrzymać mordercy, a co najgorsze, wiedziałam, dlaczego właśnie tak postępuje.
 
Główny bohater – Jan – od razu przykuł moją uwagę. Jest to wyjątkowo rozbudowana postać, która posiada w sobie dużo pozytywnych cech. Zaskakujące, jak umiał je wykorzystać do czynienia zła. One potrafiły wytłumaczyć każde jego zachowanie, budząc przy tym podziw, ale również obrzydzenie. Wydawał się niesamowitą postacią, która wprowadza wiele do życia spotkanych ludzi, a tak naprawdę niósł za sobą śmierć. Jest to bardzo głęboko poruszona symbolika, dająca wiele kwestii do rozważań.
 
Jednakże aktor odtwarzający rolę głównego bohatera niezbyt mnie przekonał. Na pewno nie grał źle, ale nie wyróżniał się też niczym szczególnym. Jestem pewna, że pod pewnym względem zawiódł. Bez wątpienia była to wyjątkowo trudna rola, dająca pole do popisu, ale niestety niewykorzystana przez Bena Whishawa. Pojawiło się też wiele epizodycznych postaci, lecz na żadną nie zwróciłam większej uwagi. 
 
Spodziewałam się czegoś innego po Pachnidle, jednak ostatecznie mam bardzo dobre odczucia. Film pozytywnie mnie zaskoczył swoją oryginalnością i rozbudowaną fabułą. Aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że wiele ludzi może mieć odmienne zdanie. To nie jest film dla każdego.  

Wystarczy jedna myśl

Każdy z nas ma w życiu swój cel. Czasami się zastanawiam, czy nie pojawia się od razu z dniem naszych narodzin. Część z was pewnie zaprzeczy i powie mi, że właśnie w życiu brakuje wam misji, którą macie spełnić. Może po prostu jeszcze o niej nie wiecie… Ja sama mam marzenie, które jest olbrzymie, ale możliwe do spełnienia. A zaczęło się od idei – małego pomysłu, który pojawił się, gdy byłam dzieckiem. Mimo że nie zdawałam sobie wtedy sprawy z jego obecności, on był. Aż pewnego dnia idea powróciła z całą swoją mocą i prowadzi mnie teraz przez życie. To niesamowite uczucie. Jestem pewna, że doświadczyliście go lub doświadczycie. Jednak gdyby się nagle okazało, że to nie był wasz pomysł? Że ktoś zamanipulował wami i wprowadził do umysłu myśl, która zaczęła się rozwijać i przejmować nad wami kontrolę? Że wasze sny nie są tak naprawdę waszymi snami?

Tytuł: Incepcja
Reżyser: Christopher Nolan
 
O Incepcji słyszałam wiele pozytywnych opinii. Jednak przykuła moją uwagę, ponieważ nadal jest znanym filmem, choć minęło już prawie sześć lat od premiery. Jest to spore osiągnięcie. Produkcje filmowe często pojawiają się z wielkim szumem, a odchodzą ciche i zapomniane. Mało który film wybija się tak, by być długo pamiętanym. Wiedziałam, że przyjdzie dzień, gdy i ja obejrzę Incepcję. Nie mogłoby być inaczej. Porusza ona motywy, które mnie interesują oraz gra w niej jeden z moich ulubionych aktorów. Dlatego spodziewałam się po nim bardzo dużo. Czy moje oczekiwania zostały spełnione? 
 
Gdy po raz pierwszy usłyszałam, na jakim pomyśle opiera się ten thriller, byłam zaskoczona. Jest to coś nowego. Na pozór wydaje się, że popularnego, bo mowa tu o oniryzmie, jednakże jest to coś niekonwencjonalnego w tym wydaniu. I właśnie to najbardziej przyciągnęło mnie do filmu. Uwielbiam, gdy pojawia się coś niespotykanego. Wtedy mogę zmierzyć się z nową rzeczywistością, która pozwoli mi zebrać nowe inspiracje. Incepcja pod tym względem spełniła swoją rolę. Dała mi świat, gdzie ludzie mogą podróżować po snach innych osób oraz w taki sposób manipulować innymi.
 
Thriller nie jest moim ulubionym gatunkiem. Jak mam być szczera, to omijam go wielkim łukiem. Zwykle nudzi mnie i ogranicza moją wyobraźnię. Szanuję ten odłam kinematografii, jednak niestety nie mogę znaleźć filmu, który przypadłby mi do gustu. Incepcja nie jest wyjątkiem. Pojawiło się dużo scen pełnych przemocy oraz pościgów, co kojarzyło mi się z filmem akcji, który również nie należy do lubianych przeze mnie. Nie twierdzę, że takie wydarzenia nie były potrzebne. Ubarwiały całą historię i pozwalały na odzwierciedlenie rzeczywistości. Niestety bardzo mnie zmęczyły. Produkcja sama w sobie jest długa, więc miałam poważny problem z usiedzeniem na miejscu i skupieniem się na zdarzeniach przedstawionych w tej opowieści. Jednak uważam, że fanom akcji i mrocznych tajemnic ta akurat część przypadłaby do gustu.
 
Bez wątpienia największym plusem są bohaterowie. Jak wcześniej wspomniałam, wiele spodziewałam się po tej produkcji, jednak w tych wymaganiach nie znalazły się jakieś większe oczekiwania w stosunku do bohaterów. Dlatego bardzo miłym zaskoczeniem był fakt, że występuje bardzo silna psychologizacja postaci. Byłam w stanie wszystko wybaczyć, dzięki tak dokładnie wykreowanym bohaterom. Oczywiście największa uwagę przykuwała główna postać, która walczyła z demonami przeszłości oraz własnym sumieniem. Jego historia opierała się przede wszystkim na przeszłości, która niszczyła go i skłaniała do podejmowania decyzji niekoniecznie korzystnych dla niego. 
 
Grę aktorską mogę określi jednym nazwiskiem – Leonardo DiCaprio. Bardzo szanuję tego aktora. Był moment, gdy zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to spowodowane jego specyficznym wyglądem, lecz ostatecznie stwierdziłam, że jest to po prostu wybitny aktor, który okazał się idealnym odtwórcą roli głównego bohatera w Incepcji. Nie wyobrażam sobie nikogo innego na jego miejscu. Tak naprawdę to on tworzy ten film. Pojawiły się również inne postacie, lecz z nich największą moją uwagę przykuła aktorka grająca Mal (Marion Cotillard). 
 
Incepcja okazała się inną produkcją niż się spodziewałam i muszę szczerze przyznać, że nie wiem, jak ją ocenić. Cieszę się, że wreszcie ją obejrzałam, jednakże zniszczył się obraz, który utożsamiałam z tym filmem. Na pewno nie spełnił wszystkich moich wymagań, ale jak najbardziej go polecam.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia