Wiesz, kim jesteś?

Bez muzyki nie mogłabym żyć. To jest jednoznaczne stwierdzenie, którego nie da się podważyć. Odkąd pamiętam, interesowałam się tą dziedziną i nigdy nie przeszkadzało mi, że nie posiadam talentu muzycznego, przez co nie umiem tańczyć ani śpiewać. Jednakże słyszę dobrze dźwięki, co pozwala mi subiektywnie oceniać różnego typu utwory. W swoim życiu wysłuchałam niesamowitą ilość kompozycji. Weszło mi to w krew do tego stopnia, że dzień, w którym nie przesłucham kilku piosenek i nie poznam jakiejś nowej, jest dniem straconym. Muzyka ma w sobie potęgę. Jest w stanie sprawić, że poniesiemy klęskę, ale również wstaniemy i sprawimy, że nasze życie będzie piękne. Czy nie jest to pewnego rodzaju żywioł? 
  
 
Tytuł: Niepokoje
Zespół: Milczenie Owiec
 
 
Nigdy w świecie nie słyszałam o zespole Milczenie Owiec. Przyznajcie, jest to bardzo oryginalna nazwa, która przyciąga, ale wywołuje też pewnego rodzaju zwątpienie. Jednak każdy zespół, który ma nietypową nazwę, wykazuje się kreatywnością. Wtedy nasuwa się pytanie, czy to tylko złudzenie, czy zapowiedź wielu chwil przy naprawdę dobrej muzyce. Aczkolwiek mnie ostatecznie przyciągnął gatunek. Dominuje hard rock, który jest moim ulubionym typem muzyki, na którym – mogę powiedzieć – dość dobrze się znam. Lecz zawsze opierałam się na zagranicznych zespołach. Wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy, że Polacy również skupiają się na tym gatunku. To przeważyło. Zbyt lubię nowe rzeczy, by nie przesłuchać najnowszego albumu Milczenia Owiec – Niepokoje. Jakie odczucia pozostawiła po sobie ta płyta?
 
Co do melodii, mam najróżniejsze odczucia. Jak przed chwilą wspomniałam, spodziewałam się czegoś podobnego do zagranicznych zespołów. Niepokoje to coś innego. Mają w sobie wyznaczniki hard rocka, jednakże jest to bardziej ten zwykły rock. Co dość dziwne, cały album jest bardzo różnorodny. Znajdują się na nim spokojniejsze utwory, ale również te o mocniejszym brzmieniu. Z jednej strony robi to na mnie bardzo dobre wrażenie, ponieważ płyta nie jest monotonna i jest dużo różnorodności. Każda kompozycja pod względem instrumentalnym jest bardzo dobrze połączona, nadając danej piosence niespotykany wydźwięk, który spodoba się niejednej osobie. 
 
Milczenie Owiec ma za sobą dość burzliwą karierę. Zespół został założony w 2002 roku w Trójmieście, rozpadł się w 2008 roku, a swoją działalność wznawia w 2010 roku z całkowicie zmienionym składem. Ja poznałam tych najnowszych członków. Wokalistką obecnie jest Aleksandra Wysocka. Muszę przyznać, że trudno mi wyrobić sobie o niej opinię. Nie mam wątpliwości, że śpiewa poprawnie i przede wszystkim nie fałszuje, jednakże nic jej nie wyróżnia. Jej głos jest naturalny, ale nie wyodrębnia się niczym wśród innych wokalistek. Takich piosenkarek jest naprawdę dużo i ciężko się wybić wśród tak licznej konkurencji. Na pewno słucha się jej przyjemnie, ale jestem przyzwyczajona do nietypowych głosów, które pozna się od razu, nie znając utworu. 
 
Bardzo ważne są dla mnie w muzyce teksty. W zagranicznych utworach raczej nie zwraca się jakoś wyjątkowo na to uwagi, ponieważ rzadko rozumiemy wystarczająco słowa. Lecz w własnym języku odgrywa to istotną rolę, o której nie można zapominać. Odpowiedni tekst połączony z mocnym brzmieniem bardzo silnie oddziałuje na człowieka. W Niepokojach występuje rozmaitość. Niektóre piosenki w ogóle nie wyróżniają się. Po prostu są i nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć na ich temat. Natomiast niektóre naprawdę przemawiają do mnie. Sprawiają, że zmieniam swój sposób myślenia. Są inteligentne i pełne emocji, co mnie przekonuje.
 
Cała płyta ma różnorodny poziom. Są utwory, które wyróżniają się na tle innych i cieszę się, że je poznałam. Jednakże są i takie, które wywołują we mnie pokłady irytacji. O samym zespole nie wyrobiłam sobie ostatecznej opinii. W tej chwili są dla mnie obojętni, ale jestem przekonana, że z kolejnym albumem może się to zmienić.
 
Niepokoje są jednym z wielu albumów, które są dobre, ale łatwo o nich zapomnieć. Jeśli lubicie mocniejsze brzmienie, ale też spokojne takty, zachęcam was do zapoznania się z nim.

Moja miłość – Michał Bajor

Michał Bajor – urodzony 13 czerwca 1957 roku, wybitny polski aktor i piosenkarz. Syn aktora-lalkarza, Ryszarda Bajora, i brat aktora Piotra. Jako uczeń występował w roli piosenkarza m.in. na festiwalach w Zielonej Górze, Opolu, Sopocie i Kołobrzegu. W 1979 roku zadebiutował na scenie Teatru Ateneum w sztuce Equus P. Shaffera. Rok później ukończył PWST w Warszawie. W latach 1980-1994 aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Od drugiej połowy lat 80. występuje przede wszystkim z własnymi recitalami, często wzorowanymi na stylu i repertuarze piosenkarzy francuskich. Nagrał kilka płyt, występował w filmach, śpiewał w musicalach. Za wszechstronne osiągnięcia w teatrze, filmie i na estradzie otrzymał nagrodę im. S. Wyspiańskiego (1985). Quo vadis jest powrotem artysty na plan filmowy. Ostatnie filmy, w których wystąpił, powstały przed dziesięciu laty (Niemoralna historia B. Sass, Ucieczka z kina Wolność W. Marczewskiego).
 
Moja miłość do Michała Bajora rozkwitła w drugiej klasie gimnazjum. I to za sprawą nauczycielki od polskiego, a dokładniej dzięki Quo vadis. Mam na myśli oczywiście film. Książka mi się spodobała, jednak nie zdołałam jej skończyć, a ekranizację oglądałam z zapartym tchem, czekając na moment, gdy Neron znów pojawi się na wielkim ekranie.
 
Nastała ta chwila. Rudowłosy Neron gra na lutni. I śpiewa. Gdy wszyscy inni w klasie rozmawiali, słuchali tylko jednym uchem, nawet nie patrząc, ja siedziałam jak zamurowana i… pochłaniałam każdą nutę, jaka wydostała się z ust aktora. Jego głos był tak niesamowicie piękny, że moja dusza zakochała się w nim, stał się jej melodią. To on obnażył we mnie niezwykłą wrażliwość i wzbudził miłość do muzyki innej niż znany mi dotychczas pop. Wpatrywałam się w oblicze nieznanego mi wówczas Michała Bajora, wsłuchiwałam się w niespotykany ton i barwę głosu. Bardzo męskiego, a jednocześnie nieziemsko delikatnego i pięknego.
 
Wzbudził we mnie ogromną moc uczuć i łzy w oczach, które starałam się ukryć przed resztą klasy, gdy słuchałam tej iście boskiej muzyki. Moja dusza śpiewała razem z nim, choć gubiła się w tekście. I nagle koniec.
 
Ogarnął mnie niedosyt, nagle zaczęło mi czegoś tak straszliwie brakować. Ale jak to już koniec? Nie! Nie… Od razu po lekcji podeszłam do pani. Spytałam, kim jest ten aktor i czy to naprawdę jego głos. Usłyszałam z ust nauczycielki dwa słowa. Dwa słowa, które na zawsze zmieniły moje życie.
Michał Bajor. 
 
Michał.
 
Bajor.
 
Czyż nie brzmi to jak poezja? Czyż nie brzmi to jak droga dla zbłąkanej, okrytej ciemnością duszy? Czyż nie są to dwa słowa, które napawają nadzieją i miłością?
 
I tak zaczęła się moja przygoda z tym cudownym artystą. Nim się obejrzałam, śpiewałam razem z nim przepiękne ballady, nie zważając nawet na to, że brzmię, jakby mi ktoś gardło podrzynał albo jakby mi słoń nadepnął na ucho. Śpiewałam Moją miłość największą, Moją drogę, Samotnie, Balladę o brzasku, Błędnego Rycerza, a także najukochańszą Inną bajkę, do której nawet napisałam wiersz i pokazałam pani od polskiego, tłumacząc oczywiście, co (a właściwie kto) było inspiracją. Radość na twarzy nauczycielki była tym, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Michał Bajor to osoba, z której głosem spędzę resztę życia. Bo raczej mało prawdopodobne było to, bym mogła posłuchać go kiedykolwiek na żywo. A pragnęłam tego niesamowicie mocno. Byłam zakochana po uszy, czego wyraz dawałam na każdym kroku, maniakalnie słuchając ulubionych 18 utworów.
 
Minęły cztery lata, a moja miłość ani odrobinę nie zmalała. Co prawda nie słucham ulubionych dzieł już tak często, ale nadal wprawiają mnie w iście anielski nastrój. Przychodzimy, odchodzimy – stópkami, nóżeczkami.
 
Nadal trwam w tej miłości. I ostatnio dostałam szansę. Mówiąc „ostatnio”, mam na myśli zaledwie 48 godzin temu. Dostąpiłam zaszczytu tak ogromnego dla mojej umęczonej miłością duszy, który wcale ciężaru nie ściągnął, a jeszcze bardziej obciążył.
 
A moją szansą był koncert Bajora, który odbył się w mieście obok mojej wsi. Jak tylko się dowiedziałam, że przyjedzie do nas, prawie oszalałam ze szczęścia. Chodziłam wokół plakatu, obserwując niezwykłe oblicze ukochanego artysty, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się stanie! Wiedziałam, że dostałam możliwość poznania go na żywo, posłuchania głosu, który tak mnie fascynował przez cztery lata, w sali teatralnej. Michała Bajora prawdziwego, z krwi i kości.
 
Jednak także wpadłam w przerażenie. Bilet w cenie 60 lub 70 złotych, w zależności od wybranego miejsca. Wątpiłam w to, że rodzice dadzą mi taką kwotę. Może wydawać się, że to niewiele, jednak nie dla mnie. Bałam się spytać, wiem, że są nauczeni ogromnego oszczędzania. Nasze życie kilka lat temu nie było łatwe, przez co pojawiła się w ich umysłach pewna ostrożność.
 
Jednak, pomijając mnóstwo wylanych łez, gdy serce prawie mi pękało na myśl, że mogę pominąć tak wspaniałą okazję, by poznać Michała Bajora, w końcu się udało. Zamówiłam bilet online, wydrukowałam i położyłam w bezpiecznym miejscu, na półce, by czekał na tę wiekopomną chwilę.
 
Najgorsze było czekanie.
 
I w końcu nastał ten dzień. Gdy, cała drżąc, usiadłam na balkonie w sali, wokół mnie mnóstwo ludzi, a minuty dłużyły się jak godziny.
 
I nagle zgasło światło. A zza sceny wyszedł ON. Choć wydawał się niezwykle niepozorny, wiedziałam, że tak nie jest. Serce trzepotało mi w piersi, policzki miałam mokre od łez, które starałam się ukradkiem ocierać, by sąsiedzi po obu stronach niczego nie zauważyli. Nie mogłam przestać płakać przez 10 minut, denerwowało mnie to, ale po prostu nie mogłam. Wzruszenie tak mocno przejęło mą duszę, przelewało się z prawa na lewo, ujście znajdowało właśnie przez zasłonięte okularami oczy.
 
Gdy Bajor zaczął śpiewać, potok łez tylko się wzmógł. Czułam się jak idiotka, ale emocje zawładnęły mną bez reszty. To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I dotąd bym w to nie uwierzyła, gdyby nie pamięć i stojąca przede mną ramka, co prawda nie ze zdjęciem, ale czymś równie cudownym. Gdy przechyliłam głowę w lewo, on, patrząc na mnie, także przechylił. Gdy przechyliłam w prawo, stało się to samo. I tak jeszcze kilka razy. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech przepełniony szczęściem, jakiego nigdy nie czułam. Może mi się wydawało, może tak naprawdę wcale się na mnie nie patrzył i był to jedynie przypadek lub wymysł mojego umysłu. Nawet jeśli, to domniemane urojenie dało mi ogromne szczęście. Dziwne? Tak, wiem o tym.
 
Michał Bajor opowiadał anegdotki, wspaniałe historie z życia swojej przyjaciółki Alicji Majewskiej, wspominał o kompozytorach piosenek, które śpiewał. Niestety, miejsce, na którym siedziałam, nie pozwalało mi widzieć go dokładnie; gdy kupowałam bilet, został tylko balkon… Ale głos brzmiał pięknie i głośno. Niesamowicie zazdroszczę tym, którzy byli w pierwszym rzędzie. Przez cały koncert mieli jego niezwykłe oblicze zaledwie metr od siebie. A skoro jego aura docierała na o wiele oddalony balkon, to jak ogromna musiała być tak blisko niego?
 
Czas minął błyskawicznie. Nim się obejrzałam, zapaliło się światło.
 
Błagałam, by nie była to prawda. I nagle usłyszałam te słowa: Oczywiście, będzie możliwość dostania autografu, jak tylko się przebiorę, to przyjdę do was.
 
Gdy stałam w kolejce, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, rozglądałam się dookoła, starając uspokoić tym swoje zszargane nerwy. Byłam coraz bliżej osoby, która przez cztery lata była moją ostoją, autorytetem. Ujrzałam swoją obecną wychowawczynię i w nerwach powiedziałam z ogromnym uśmiechem „dzień dobry”, nieważne, że była już 20.30. Spłonęłam rumieńcem, zdając sobie sprawę z własnej głupoty. Boże, dziewczyno, uspokój się!
 
Oczywiście, nie zdziwiłam się, gdy mój wzrok padł na uśmiechniętą od ucha do ucha nauczycielkę z gimnazjum, dzięki której zakochałam się w Bajorze. Stałam wtedy z głupim uśmiechem na twarzy, odprowadzając ją wzrokiem. Wiedziałam, że się pojawi, nie przepuściłaby takiej okazji.
 
I nagle nastała moja kolej. Rozprostowałam bilet i powiedziałam swoje imię. Chciałam powiedzieć więcej, uśmiechnąć się, szepnąć, jak bardzo go szanuję, jak bardzo go kocham, jak wielce jest ważny w moim życiu, ale nie potrafiłam. Patrzyłam tylko bezradna, jak jego pomarszczona dłoń niezwykle pięknym pismem kreśli moje imię. Marlena…
 
Pragnęłam go przytulić, objąć i nie wypuścić z ramion już nigdy. Ale nie byłam w stanie… Strach i przerażenie do granic możliwości przejęły moją duszę. Nie wolno mi prosić o coś takiego. Może i zgodziłby się, żebym go przytuliła, ale co, jeśliby się nie zgodził? Głupie rozterki nieśmiałej dziewczyny sprawiły, że straciłam tę szansę. Gdybym tylko wzięła aparat, to miałabym z nim zdjęcie. Gdybym się odważyła, to może powiedziałabym, kim dla mnie jest i jak wiele dla mnie zrobił, nie robiąc nic.
 
Ale nie potrafiłam…
 
Podziękowałam więc z nieśmiałym uśmiechem, naprędce chowając zdobyty autograf do torebki, dbając o to, żeby się nie pogniótł. A w domu z największym pietyzmem włożyłam go do ramki, czyniąc rzecz, z której mój tata dosłownie kilka minut temu się śmiał.
 
Nikt nie zrozumie tej miłości, jeśli sam jej nie pozna. I choć dla niektórych z was to, co teraz mówię, może być dziwne, a nawet szalone, to dla mnie jest czymś całkowicie normalnym. Coś, z czym żyję każdego dnia i tylko czasami na chwilę zamykam w sobie, by nie dręczyć swojej duszy za bardzo. Ale zaraz wracam i na nowo słucham ukochanych piosenek i głosu, który ogrzewa moje serce, sprawiając, że na powrót staję się prawdziwa. Tylko wtedy mogę się uzewnętrznić, śpiewając razem z ukochanym artystą.
 
Michała Bajora kochałam, kocham i kochać będę aż po kres jego i moich dni. Bo taki głos, taki artysta jak on nie trafi się więcej. Dla mnie jest to osoba niesamowicie ważna.
 
Obiecuję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. I wtedy się odważę. Może tych wszystkich słów nie wypowiem, ale spytam o to, co tym razem mi się nie udało. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy?
 
Nie wiem.

Na koniec pragnę zaprosić was do mojego świata! Jeśli nie znacie jeszcze Michała Bajora, to zapraszam was na muzyczną ucztę, a dokładniej: do mojej ukochanej Innej bajki.

 

 

My chcemy walczyć!

Wielokrotnie wspominałam wam, jak bardzo ważna jest dla mnie muzyka. Nie mam żadnych ograniczeń co do niej. Jestem otwarta na każdy gatunek i uważam, że prawdziwi miłośnicy tej dziedziny sztuki tacy właśnie powinni być. Oczywiste jest, że nie każdy układ nut przypadnie nam do gustu, ale żeby to wiedzieć, najpierw powinniśmy spróbować. W innym przypadku jesteśmy uwięzieni we własnych uprzedzeniach i ograniczeni przez brak ciekawości. Może jest to dość drastyczne zdanie, ale bez wątpienia prawdziwe. Zgadzacie się? Czy nie warto czasami pokonać własną awersję i dać się ponieść nieznanemu? 

Tytuł: Gloria Victis
Zespół: Lustro

O zespole Lustro nigdy wcześniej nie słyszałam, co obecnie bardzo mnie dziwi, gdyż zespół został założony w 2003 r., więc minęło już wiele lat od jego debiutu. A ja nigdy nie unikałam polskiego rynku muzycznego. Są osoby, które uważają, że polskie zespoły nie tworzą dobrych utworów. Jest to dla mnie błędne stwierdzenie, gdyż jak każdy kraj mamy lepsze i gorsze piosenki. Jest to naturalne, więc należy szukać tych lepszych, a że od czasu do czasu trafi się na te na niewysokim poziomie, nie powinno nas dziwić. Dlatego właśnie wysłuchałam album Gloria Victis. Płyta zrobiła na mnie dobre wrażenie, choć niekoniecznie takie, jakiego się spodziewałam.

Utwory są naprawdę wyjątkowo rytmiczne, przez co łatwo wpadają w ucho i bez problemu można je zapamiętać. Jest to dla mnie duży plus, gdyż lubię coś ponucić albo razem ze znajomymi pośpiewać przy ognisku. Tym bardziej, kiedy znam teksty. Często pojawia się gitara, co daje duże pole do popisu. Zawsze byłam fanką pianina, lecz nawet ja, która niestety nie posiada słuchu muzycznego, jestem w stanie docenić pełne pasji rytmy gitary. Do tego dochodzi oryginalny głos wokalisty – Konrada Przerwy. Uwielbiam, gdy piosenkarz ma coś wyjątkowego w barwie głosu. Wtedy nie znając konkretnej piosenki, jestem w stanie powiedzieć, kto to śpiewa. Zawsze w takich momentach czuję dumę z siebie i wokalisty. Ze wszystkich utworów największe wrażenie zrobiła na mnie piosenka Święty Boże. Jest trochę przerażająca, ale to właśnie ona dotarła do mnie.

Melodia jest bardzo energiczna. Widać, że zespół włożył wiele uczucia w to, co robi i uważam, że powinno takich ludzi się doceniać. Dzięki Gloria Victis mój humor został poprawiony. Jest to wyjątkowo radosny album, co jest dość paradoksalne, biorąc pod uwagę tematykę. Poszczególne ścieżki dźwiękowe są ujmujące, ale również pełne trwogi i strachu. Ta różnorodność przypadła mi do gustu. 

Teksty są patriotyczne. Są one znane nam wszystkim, gdyż wielokrotnie słyszeliśmy je w radiu czy od babci, która robiąc obiad, nuciła je. Te wszystkie pieśni zostały zebrane w całość, ukazując całą swoją dorodność. Opowiadają o życiu żołnierzy, ich determinacji, marzeniach oraz pozostawionej miłości. Są one bardzo naturalne. Nie znajdziemy w nich szeroko rozwiniętych zagadnień filozoficznych, ale normalne życie. Jestem znana z różnorodnych refleksji, ale moim zdaniem właśnie w tym jest piękno tych utworów – nie komplikują niepotrzebnie tekstów.

Gloria Victis przypomina nam o przeszłości – o tym co utraciliśmy, ale również o tym co dzięki odwadze zdobyliśmy. Gdy słuchałam tych piosenek, cały czas miałam skojarzenia z Czasem honoru. Jest to mój ulubiony serial o bardzo podobnej tematyce co album muzyczny, dlatego połączyłam ze sobą te dwa wątki. Płyta daje motywację do życia i wiary w nasz kraj. Są to idealne melodie na piknik ze znajomymi. Podniesie morale, ale także miło się będzie słuchać wśród bliskich nam osób. 

Muszę się przyznać, że spodziewałam się całkowicie czegoś innego, ale jestem zadowolona, że przesłuchałam Gloria Victis. Myślę, że każdy Polak powinien zrobić to samo bez względu na gusta muzyczne.     

Muzycznie… o miłości

Miłość – niby jedno słowo, a ma niezwykle potężną moc, która potrafi wynieść człowieka na wyżyny szczęścia albo strącić w otchłań rozpaczy. Wywołuje tyle emocji, że czasami się zastanawiam, jak ludzie są w stanie sobie z nimi poradzić. I zauważmy, że to nie tylko motylki w brzuchu, niecierpliwie drgania serca, miękkie kolana i śmiałe marzenia. Niestety – to także łzy, ból, rozpacz i powątpiewanie. Przecież każdy zdaje sobie sprawę z tego, że życie niesie za sobą różne niespodzianki, a los jest nie tyle złośliwy, ile przewrotny.

Magiczna muzyka duszy

Przenieśmy się na przedmieścia Nowego Orleanu z lat dwudziestych XX wieku. Gdzieś w krętej uliczce, starym budynku rozpoczęła się jazzowa historia. Historia, która zatacza koło i wciąż jest obecna w sercach wielu ludzi. Czy ktoś z was miał okazję czytać Ekscentryków Włodzimierza Kowalewskiego? To właśnie ta powieść wyzwoliła we mnie konieczność wsłuchania się w muzykę jazzową. Jesienny i zimowy klimat sprzyja słuchaniu muzyki lekkiej, nostalgicznej, improwizowanej, z której każdy utwór jest inny i wprawia nas w zadumę. W książce odnajdujemy poniższy fragment, który doskonale daje nam do zrozumienia, jaki jest sens jazzu:

„– No to po co, według pana, jest jazz?
– Po to, żeby wiedzieć, że życie nie jest ani złe, ani ciężkie, ani krótkie. Jeżeli człowiek zapomni, co w nim ludzkiego, to, żeby słysząc muzykę, sobie przypomniał”.

Myślę, że każdy, kto usłyszy jazzowe brzmienia wijące się z głośników radiowych, już wie, kto jest czołowym i jednym z bardziej znanych jazzmanów – Louis Armstrong. Jego charyzmatyczna osobowość i pamiętne trąbkowe solówki zostawiły trwały ślad w historii tego gatunku. To on dał zaczątek wielkim wydarzeniom, a późniejsze pojawienie się radia było kolejnym impulsem do wzrostu popularności tej muzyki na całym świecie.

Jazz to muzyka, której trzeba się nauczyć. Style jazzowe są bardzo różnorodne, aczkolwiek idea jest ta sama. Raczkującym w tej dziedzinie polecam przesłuchać Milesa Davisa – znakomitego trębacza. Osobiście uważam, że nie należy za bardzo skupiać się na całkowitym poznaniu tego gatunku. Szukanie powtarzających się schematów odrzuca pojęcie improwizacji, przez co tracimy przyjemność słuchania. W muzyce jazzowej cenię bowiem lekką nonszalancję, duży luz i dowolność interpretacyjną.

Taka muzyka to czysty relaks, gdy siedząc na fotelu, lekko przymykamy powieki; to postukiwanie nogami w rytm czy nucenie pod nosem podczas wykonywania codziennych czynności. Można to określić jako podróż w głąb ludzkiej duszy. Muzyka jazzowa jest również ciekawą propozycją taneczną – Dean Martin i jego Sway działa jak karuzela dla naszych bioder. Z kolei nasze nogi sprawnie będą poruszać się w takt Hit the Road Jack rozśpiewanego Raya Charlsa.

Polecam, abyście przesłuchali jazzowe propozycje piosenek związanych ze świątecznym klimatem. Jest ich naprawdę całkiem sporo, a każda z nich wytworzy wyjątkowy nastrój w tym wyjątkowym okresie. Przyznam, że podobnie jak Bing Crosby marzę o białych świętach! Zaprośmy do naszych domów wielkich muzyków i zaśpiewajmy razem z nimi wielkie przeboje.

Słuchając muzyki jazzowej, wpadamy do innego świata, niczym w niekończącą się przepaść. W dobie wszechobecnej muzyki popu i rocku zapominamy o klasyce. To, czego słuchamy, kształtuje naszą osobowość, a jazz z pewnością jest tym gatunkiem muzycznym, dzięki któremu zyskamy „nowe ja”. Nie da się ot tak włączyć jazzu bez aktywnego słuchania. A więc słuchajmy, podziwiajmy, wspominajmy… Jak śpiewał Armstrong – jaki cudny jest świat!

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia