Zejść z turystycznego szlaku…

Barcelona kusi, Barcelona zachwyca. Każdy niemieszkający w południowej Europie zazdrości południowcom niemal wszystkiego – od klimatu aż po mentalność. Przyjrzyjmy się zatem barcelońskiemu życiu dzięki Katarzynie Wolnik-Verze, która z ogromną precyzją opisuje to, co tak bardzo nas do tego miasta (i nie tylko) przyciąga. Drodzy czytelnicy, wysiadamy – przystanek: Barcelona. 

Perełki filmowe

Sierpień to w kinie sezon ogórkowy, ale po każdym tego typu nieimponującym w ciekawe wydarzenia okresie, następuje miesiąc ożywienia. Wrzesień obfitował w wiele ciekawych premier, spośród których wybrałam trzy najlepsze filmy.

Operacja Kino – rekwizyt

O scenografii filmowej można pisać w nieskończoność, analizując jej szczegółowe funkcje w różnych produkcjach. Kontynuując zaczerpnięty w poprzednim odcinku Operacji Kino temat scenografii filmowej, przyjrzymy się dzisiaj jej bardziej szczegółowemu elementowi, jakim jest rekwizyt.

Rekwizyt (ang. prop) to każdy przedmiot, który spełnia jakąś funkcję w przebiegu akcji. Termin ten zaczerpnięty został z tradycji teatralnej i stamtąd przeniknął do kina.

Przykładów istotnych filmowych rekwizytów można znaleźć mnóstwo. Są to np.:

Balonik, który morderca kupuje dziewczynce w M-Morderca (1931). Późniejszy widok zaplątanego w linie wysokiego napięcia balonika świadczy o śmierci dziecka.

M-Morderca (1931)

M-Morderca (1931)

 

Szklana kula w Obywatelu Kanie, którą na łożu śmierci trzyma w dłoni tytułowy bohater. Kiedy umiera, kula spada i rozbija się o podłogę. Krajobraz w niej przedstawiony – domek w śnieżnej scenerii – przypomina umierającemu bohaterowi o tym, co utracił, czyli szczęśliwe dzieciństwo (ostatni raz widział swoich rodziców właśnie w takim zimowym otoczeniu).

Obywatel Kane (1941)

Znakomite ujęcie rozbitej kuli, w którym kumulują się dwa dopełniające się obrazy: jej środka oraz wnętrza pokoju (wchodząca pielęgniarka, ręka Kane’a).

Obywatel Kane (1941)

 

Kwitnący kaktus w Człowieku, który zabił Liberty Valance’a.

Człowiek, który zabił Liberty Valance’a (1962)

 

W czasie trwania filmu rekwizyt może zamienić się w motyw. W Psychozie zasłona początkowo jest tylko jednym z elementów scenografii. Kiedy zabójca wchodzi do łazienki, zasłona osłania go tak, iż nie widzimy jego sylwetki. Po dokonaniu morderstwa Bates używa tej samej zasłony do owinięcia ciała bohaterki.

 

W filmie Wybory motyw został stworzony poprzez wielokrotne użycie jednego rekwizytu. Jeden z licealnych nauczycieli wyrzuca do kosza zepsute jedzenie z lodówki pracowników. Później śmieci z korytarza lądują do stojącego tam kosza. W końcu, w ważnym punkcie zwrotnym filmu, nauczyciel ukrył decydujący głos, wyrzucając go do kosza.

 

W budowaniu związków pomiędzy różnymi scenografiami, reżyserzy niekiedy posługują się kolorem. W filmie Finye jeden kolor powiązany jest z wieloma rekwizytami.

Obraz rozpoczyna się od ujęcia kobiety idącej wśród zarośli i niosącej na głowie pomarańczowe miski. W późniejszej części filmu jeden z bohaterów przygotowuje się do wymierzenia zemsty oskarżycielowi swego wnuka poprzez odprawienie magicznych rytuałów i założenie pomarańczowego odzienia.

Na końcu filmu chłopiec przekazuje swoją pomarańczową miską komuś znajdującemu się poza kadrem.

We wszystkich tych scenach powtarzające się użycie rekwizytów w konkretnym kolorze ma na celu uwypuklenie i zgrupowanie motywów natury.

Finye (1982)

 

Rekwizyty mogą pełnić symboliczną funkcję w taki sam sposób, jak jakiś przedmiot namalowany na obrazie. Rekwizyt może zostać wyróżniony spośród innych elementów scenografii poprzez kolor, niecodzienny wygląd czy rozmieszczenie, jak np. czerwone zasłony w filmach i serialach Davida Lyncha.

 

 

W pozostałych odcinkach:

1. Wymiary kadru.
2. Kształt kadru.
3. Kadrowanie: kąt i poziom ustawienia kamery.
4. Kadrowanie: wysokość ustawienia kamery.
5. Kadrowanie: odległość kamery.
6. Kompozycja: rodzaje kompozycji.
7. Kompozycja: podział kadru.
8. Przestrzeń pozakadrowa.
9. Prędkość ruchu.
10. Obiektyw: długość ogniskowej.
11. Obiektyw: głębia i zakres ostrości.
12. Ruchy kamery.
13. Długie ujęcie.
14. Oświetlenie.
15. Oświetlenie – ustawienie światła.
16. Barwa.
17. Scenografia.

 

 

Wiesz, kim jesteś?

Bez muzyki nie mogłabym żyć. To jest jednoznaczne stwierdzenie, którego nie da się podważyć. Odkąd pamiętam, interesowałam się tą dziedziną i nigdy nie przeszkadzało mi, że nie posiadam talentu muzycznego, przez co nie umiem tańczyć ani śpiewać. Jednakże słyszę dobrze dźwięki, co pozwala mi subiektywnie oceniać różnego typu utwory. W swoim życiu wysłuchałam niesamowitą ilość kompozycji. Weszło mi to w krew do tego stopnia, że dzień, w którym nie przesłucham kilku piosenek i nie poznam jakiejś nowej, jest dniem straconym. Muzyka ma w sobie potęgę. Jest w stanie sprawić, że poniesiemy klęskę, ale również wstaniemy i sprawimy, że nasze życie będzie piękne. Czy nie jest to pewnego rodzaju żywioł? 
  
 
Tytuł: Niepokoje
Zespół: Milczenie Owiec
 
 
Nigdy w świecie nie słyszałam o zespole Milczenie Owiec. Przyznajcie, jest to bardzo oryginalna nazwa, która przyciąga, ale wywołuje też pewnego rodzaju zwątpienie. Jednak każdy zespół, który ma nietypową nazwę, wykazuje się kreatywnością. Wtedy nasuwa się pytanie, czy to tylko złudzenie, czy zapowiedź wielu chwil przy naprawdę dobrej muzyce. Aczkolwiek mnie ostatecznie przyciągnął gatunek. Dominuje hard rock, który jest moim ulubionym typem muzyki, na którym – mogę powiedzieć – dość dobrze się znam. Lecz zawsze opierałam się na zagranicznych zespołach. Wcześniej nawet nie przyszło mi do głowy, że Polacy również skupiają się na tym gatunku. To przeważyło. Zbyt lubię nowe rzeczy, by nie przesłuchać najnowszego albumu Milczenia Owiec – Niepokoje. Jakie odczucia pozostawiła po sobie ta płyta?
 
Co do melodii, mam najróżniejsze odczucia. Jak przed chwilą wspomniałam, spodziewałam się czegoś podobnego do zagranicznych zespołów. Niepokoje to coś innego. Mają w sobie wyznaczniki hard rocka, jednakże jest to bardziej ten zwykły rock. Co dość dziwne, cały album jest bardzo różnorodny. Znajdują się na nim spokojniejsze utwory, ale również te o mocniejszym brzmieniu. Z jednej strony robi to na mnie bardzo dobre wrażenie, ponieważ płyta nie jest monotonna i jest dużo różnorodności. Każda kompozycja pod względem instrumentalnym jest bardzo dobrze połączona, nadając danej piosence niespotykany wydźwięk, który spodoba się niejednej osobie. 
 
Milczenie Owiec ma za sobą dość burzliwą karierę. Zespół został założony w 2002 roku w Trójmieście, rozpadł się w 2008 roku, a swoją działalność wznawia w 2010 roku z całkowicie zmienionym składem. Ja poznałam tych najnowszych członków. Wokalistką obecnie jest Aleksandra Wysocka. Muszę przyznać, że trudno mi wyrobić sobie o niej opinię. Nie mam wątpliwości, że śpiewa poprawnie i przede wszystkim nie fałszuje, jednakże nic jej nie wyróżnia. Jej głos jest naturalny, ale nie wyodrębnia się niczym wśród innych wokalistek. Takich piosenkarek jest naprawdę dużo i ciężko się wybić wśród tak licznej konkurencji. Na pewno słucha się jej przyjemnie, ale jestem przyzwyczajona do nietypowych głosów, które pozna się od razu, nie znając utworu. 
 
Bardzo ważne są dla mnie w muzyce teksty. W zagranicznych utworach raczej nie zwraca się jakoś wyjątkowo na to uwagi, ponieważ rzadko rozumiemy wystarczająco słowa. Lecz w własnym języku odgrywa to istotną rolę, o której nie można zapominać. Odpowiedni tekst połączony z mocnym brzmieniem bardzo silnie oddziałuje na człowieka. W Niepokojach występuje rozmaitość. Niektóre piosenki w ogóle nie wyróżniają się. Po prostu są i nie jestem w stanie nic więcej powiedzieć na ich temat. Natomiast niektóre naprawdę przemawiają do mnie. Sprawiają, że zmieniam swój sposób myślenia. Są inteligentne i pełne emocji, co mnie przekonuje.
 
Cała płyta ma różnorodny poziom. Są utwory, które wyróżniają się na tle innych i cieszę się, że je poznałam. Jednakże są i takie, które wywołują we mnie pokłady irytacji. O samym zespole nie wyrobiłam sobie ostatecznej opinii. W tej chwili są dla mnie obojętni, ale jestem przekonana, że z kolejnym albumem może się to zmienić.
 
Niepokoje są jednym z wielu albumów, które są dobre, ale łatwo o nich zapomnieć. Jeśli lubicie mocniejsze brzmienie, ale też spokojne takty, zachęcam was do zapoznania się z nim.

By odkryć wszystkie tajemnice

Zastanawialiście się, co by się stało, gdyby okazało się, że podstawy wiary, w które wierzymy, są kłamstwem? Zmodyfikowaną prawdą, która już dawno odbiegła od rzeczywistości? Dla ludzkości byłby to olbrzymi cios. Świat straciłby sens dla niektórych ludzi, a ci bardziej niecni wykorzystaliby ten fakt, aby zdobyć władzę. Prawda potrafi niszczyć. Jest jak żywioł, ale po burzy jest tęcza, więc może już pora, by prawda wyszła na światło dzienne. 

Tytuł: Kod da Vinci
Reżyser: Ron Howard

Robert Langdon jest wezwany do Paryża, a dokładnie do Luwru. Okazuje się, że w dość specyficzny sposób zostało tam popełnione morderstwo. Zwłoki kustosza muzeum  ułożone jak na szkicu Leonarda da Vinci. Morderca dla śledczego jest oczywisty. Jednak wszystko się komplikuje, gdy policja zauważa szereg zagadek pozostawionych przez zamordowanego człowieka. Wtedy Robert wraz z piękną Sophie rusza w zabójczą podróż, by odkryć zagadki z przeszłości. Czego się dowiedzą? Czy prawda nie będzie zbyt szokująca?

Myślę, że o Kodzie da Vinci słyszał chyba każdy. Sławna książka i popularna ekranizacja. Od dawna planowałam przeczytać Kod Leonarda da Vinci, jednak na razie tego nie zrobiłam. Pokusiłam się z kolei o obejrzenie filmu. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam. Ni więcej, ni mniej. Produkcja spełniła wszystkie moje oczekiwania, ale również niczym mnie nie zaskoczyła.

Thrillery są bardzo lubiane przez ludzi. Ich popularność bije rekordy i przyciąga największą publiczność w kinach. Nie dziwię się. Trzymają w napięciu, dają najczęściej jakąś ciekawą zagadkę i ich akcja zainteresuje prawie każdego, nawet wybrednego widza. Są to filmy typowo dla rozrywki, lecz ten fakt nie odbiera im inteligencji i zaskakujących scen. Kod da Vinci nie jest schematycznym thrillerem. Jest czymś rzadziej spotykanym, ale spełniającym wszystkie jego wyznaczniki. 

Pomysł na fabułę jest niekonwencjonalny i przede wszystkim intrygujący. Gdy pierwszy raz usłyszałam rozmowy na jego temat, a była to rozmowa mojej babci i mamy, byłam zafascynowana. Premiera produkcji przypadała na moje dziecięce lata, więc jakoś dużo nie zrozumiałam, ale wystarczająco, by zrozumieć, że jest to kontrowersyjny film, a właśnie takie historie od najmłodszych lat najbardziej lubiłam. Teraz wreszcie poznałam ją.

Sama fabuła jest bardzo wciągająca. Przyznaję się, że nie obejrzałam całego filmu naraz, ale mimo to z zapartym tchem patrzyłam na to, co tym razem się zdarzy. Nie wiedziałam, do czego to wszystko prowadzi ani jakie będą tego konsekwencje. Chciałam się tego wszystkiego dowiedzieć, tym bardziej że w Kodzie da Vinci jest wiele wątków, które zaskakują, ale zmieniają też znaczenie całej historii. Pasjonowała mnie to, choć w niektórych momentach trochę się gubiłam. Jedno wydarzenie miało wpływ na kilka, przez co tworzyła się niesamowicie rozbudowana sieć zagadek, sekretów i następujących po sobie skutków. Potencjał całej tej opowieści został w stu procentach wykorzystany,

O samej akcji nie powiem za dużo. Pojawiała się w odpowiednich momentach. Tam, gdzie powinna być szybka, właśnie taka była. Trzymała w napięciu i sprawiała, że nieraz przeszły mnie ciarki po plecach. Jednak czasami ustępowała, by można było zastanowić się nad przebiegiem tych wszystkich zdarzeń oraz wymyślić multum własnych możliwości. Pozwolić ponieść się wyobraźni, ale i tak na końcu zostać zaskoczonym.

Bohaterowie są dość różnorodni. O głównym bohaterze – Robercie – dowiadujemy się mało. Jego przeszłość jest ujawniana w niektórych fragmentach rozmów, ale to jest za mało, by stworzyć spójny wizerunek tej postaci. Natomiast sama Sophie okazała się bardzo odważną kobieta, która była gotowa na wszystko, by poznać prawdę o sobie, swoim dziadku i świecie. Nie cofnęła się przed niczym, by dostać to, czego chciała. Dzięki temu zyskała moją sympatię. Polubiłam również Leigha. Jest przeuroczy. Jego zachowanie potrafiło być niezrównoważone, z samą lojalnością też miał problem, ale mimo to zapamiętam go wyjątkowo dobrze.

Obsada filmu jest niezwykle dobra. Tak samo jak fikcyjna postać, tak i aktor przykuł moją uwagę. Mam na myśli konkretnie Iana McKellena, który wcielił się w rolę Leigha. Idealnie oddał jego fascynację historią, częstą nieporadność, ale również skrywany spryt. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie Paul Bettany (Silas). Trzeba mieć niezwykły talent, by oddać realność tych wszystkich brutalnych scen oraz fanatyzm i zarazem przywiązanie. Poza tym w tej produkcji gra Jean Reno, którego uwielbiam i bardzo cenię za kunszt aktorski.

Kod  da Vinci okazał się wyjątkowym dobrym filmem. Jeśli lubicie mroczne zagadki i nieodkryte prawdy, zostaniecie wciągnięci do rzeczywistości, w której historia pisze własną opowieść na teraźniejszości. 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia