Między książką a filmem

źródło
Kilka tygodni temu miałam okazję
przeczytać książkę pt. Złodziejka książek, która
fascynowała mnie niemal od początku.
Moje odczucia z nią związane udokumentowałam idealnie w recenzji,
która została umieszczona na stronie Redakcji jakiś czas temu. Co
więcej chciałabym dziś powiedzieć? Przede wszystkim dzisiejszy
post dotyczyć będzie porównania książki z filmem, który postanowiłam obejrzeć po jej przeczytaniu. Jak
wypadł w starciu z nią?

Pierwszą zaletą, rzucającą się w
oczy już podczas oglądania samego trailera filmu, jest obsada. Główną
bohaterkę idealnie odegrała Sophie Nélisse. Posiada ona w sobie
wszystkie cechy kojarzące się z Liesel Meminger. Następnym dobrym
bohaterem w filmie, a raczej jego praktycznym brakiem, jest głos
narratora, czytaj Śmierci. Bardzo dobrze wpasowuje się w klimaty filmu. Do pozytywów zaliczam również wykorzystanie konkretnych ulic jako miejsc akcji. Idąc nimi,
scenarzyści i cała obsada filmu zapewne mieli
wrażenie, że zwiedzają dawne niemieckie miasto.
W filmie jest
również świetnie odegrana rola Żyda. Można powiedzieć, że osoba, która wcieliła się w nią, została idealnie dobrana. Ben Schnetzer jest dobrym aktorem i
pokazał to naprawdę nieźle.
źródło
Przejdźmy jednak do negatywów filmu.
Uwierzcie mi na słowo, że doszukałam się ich dużo. Zacznę od środka filmu tylko po to, by na samym początku wskazać nieco to,
co nie pasuje w nim. Pierwszym i najważniejszym jest język. W
filmie grają aktorzy posługujący się językiem angielskim. W
połączeniu z licznymi niemieckimi słówkami obraz ukazuje
kompletne zaniechanie. Nie potrafiłam skupić się bezpośrednio na
samym pokazie video, gdyż język sam w sobie był dla mnie dnem.
Muszę powiedzieć też o ogólnych uczuciach,
jakie towarzyszą podczas czytania książki, a których brak w czasie seansu. Lektura
wycisnęła ze mnie hektolitry łez i nie zrobiła tego za pomocą
tanich chwytów, ale niesamowitego klimatu i niepowtarzalnej
historii. Zachwyciły mnie postacie, tak różne, ale wiarygodne w
swoich –
często dziwnych, jak przystało na dziwne czasy –
zachowaniach. Film był dla mnie dużym rozczarowaniem, ale szczerze
mówiąc, nie spodziewałam się niczego innego. Ogólnie rzecz
biorąc, w chwilach, w których powinno się toczyć łzy podczas
oglądania, ja czułam rozdrażnienie. Zabrakło wizji
reżysera. W moim odczuciu styczności z książką nie miał on
żadnej.
źródło
Jeśli mam coś powiedzieć dodatkowo,
to przyznam, że po stokroć wolę powieść. Na filmie
się strasznie zawiodłam. Nie wiem zresztą, czego oczekiwałam. Po
prostu miałam nadzieję, że książka, która dała mi wiele dobrego,
zostanie tak samo wyreżyserowana. Niestety pomyliłam się.
Wszystko, co mogę i chcę dodać na zakończenie, tyczy się jeszcze
samego faktu, że gdyby nie to, że przeczytałam książkę, filmu bym w zupełności nie zrozumiała.

Polecam więc gorąco zapoznać się
przede wszystkim z powieścią. Film, jak dla mnie, odstawcie na boczny
tor. Nie wniesie on do waszego życia niczego dobrego. Jedyne, co wam
pozostanie, to wielki niedosyt.

Nie taka słaba płeć

źródło
Cameron Diaz, Leslie Mann, Kate Upton, Nicki Minaj – do wyboru, do koloru. Te cztery panie spróbują nas rozśmieszyć w komedii Inna kobieta; jeśli jednak komuś żadna z tych przedstawicielek płci pięknej nie przypadnie do gustu, może obejrzeć: kolejną część przygód Człowieka-Pająka (Niesamowity Spider-Man 2), Marion Cotillard jako Polkę (Imigrantka), kino akcji z nieco mniejszym budżetem (Brick Mansions. Najlepszy z najlepszych), przyszłego arabskiego medyka (Medicus), poszukujących sensu życia Niemców (Oh, Boy!), słynną rzeźbiarkę (Camille Claudel, 1915), miłość okrutnego mafioza (Salvo. Ocalony) i małpkę kapucynkę (Amazonia. Przygody małpki Sai).

Niesamowity Spider-Man 2

źródło
Wielkimi krokami zbliża się
zakończenie liceum, ale Peter Parker ma ważniejsze rzeczy na głowie. Nie
potrafi sprostać obietnicy złożonej ojcu ukochanej Gwen i nadal się z nią
umawia, próbując balansować pomiędzy życiem prywatnym a łapaniem złoczyńców.
Wkrótce Człowiek-Pająk będzie musiał stanąć do walki z jeszcze trudniejszym
przeciwnikiem – Elektro.
Restart trylogii Sama Raimiego
sprzed dwóch lat wzbudził sporo dyskusji, pochwały przeplatały się z pukaniem w
czoło, a fani słynnego herosa łapiącego przestępców w sieć podzielili się na
pół. Druga część przygód Spider-Mana zebrała bardziej pozytywne recenzje –
większość jest zgodna, że w tym przypadku sequel przeskoczył pierwowzór.
O ile w pierwszym
segmencie można było mieć wątpliwości nad odpowiednim wyważeniem patosu i
zabawy, tutaj Marcowi Webbowi udało się znaleźć złoty środek pomiędzy tymi
czynnikami. Sceny akcji to popis choreografów i speców od efektów specjalnych, a
momenty zabawne są niewymuszone i dają chwilę na odetchnięcie od bardzo dobrej
pracy ekipy technicznej. Ponownie nie zawodzą aktorzy – pomiędzy Andrew
Garfieldem a Emmą Stone aż iskrzy (prywatnie stanowią oni parę), Dane
DeHaan udowadnia, dlaczego jest jedną z najlepszych nadziei kina, nawet Sally
Field dostaje swoje pięć minut. Rozczarowuje jedynie nieco przerysowany Jamie
Foxx, ale nie psuje on ogólnego pozytywnego wrażenia.

Inna kobieta

źródło
Żona i kochanka Marka Kinga
odkrywają, że ten zdradza je z tą trzecią.
Postanawiają połączyć swoje siły, by dać nauczkę niewiernemu mężczyźnie.
Nick Cassavetes nigdy nie należał
do tych reżyserów, którzy co roku zbierają nominacje do Oscarów i aplauz
krytyków. Jego filmy trafiały głównie w gusta pań, które miały wreszcie okazję
wykorzystać kupioną dzień wcześniej paczkę chusteczek. Raz z lepszym (Pamiętnik), raz z gorszym (John Q) skutkiem. Niestety Inna kobieta zalicza się do tej drugiej
grupy.
Oczekiwania nie były spore – powinna to być lekka, letnia komedia w sam raz na miłe spędzenie dnia.
Debiutująca scenarzystka Melissa Stack miała zapewnić godziwą rozrywkę głównie
dla pań. Wyszła jednak komedia nieśmieszna, 
której główną atrakcją są wdzięki głównych aktorek (nie przypadek, że w
obsadzie pojawiły się piosenkarka Nicki Minaj i słynna biuściasta modelka Kate
Upton). Zamiast krytykować szowinistycznych facetów i ukazywać siłę tkwiącą w
solidarności jajników, reżyser czyni coś całkowicie odwrotnego. Nieświadomie
prezentuje puste bohaterki, które łatwo omotać, a ich intrygi wydają się głupie i
nieprzemyślane.

Imigrantka

źródło
Początek lat 20. XX wieku. Dwie
młode siostry – Magda i Ewa – wyruszają do Ameryki w poszukiwaniu lepszego
życia. Podczas selekcji na Ellis Island chora na gruźlicę Magda zostaje
zatrzymana i poddana kwarantannie. Druga z kobiet od teraz zdana jest już tylko
na siebie. Szybko trafia na ulicę, gdzie jej przewodnikiem i opiekunem zostaje
Bruno. Mężczyzna wciąga kobietę w brudny świat prostytucji i przestępczości.
Imigrantka w początkowej fazie produkcyjnej zapowiadała się
ciekawie: znany reżyser, zdolne gwiazdy w obsadzie, premiera w konkursie
głównym Cannes. Jednak już zwiastun rozwiał wszelkie wątpliwości, a kolejne
miażdżące recenzje utwierdziły w przekonaniu – to jeden z najbardziej
rozczarowujących filmów roku. Marion Cotillard, Joaquin Phoenix i Jeremy Renner
to trójkąt, który mógłby uwieść niemal każdego kinomana, jednak w tym filmie wszyscy wypadają blado. Relacje pomiędzy nimi są nie tylko do bólu schematyczne,
ale także nieznośnie kiczowate. Interesujący z punktu widzenia Polaków był
pomysł na sportretowanie właśnie naszej rodaczki; szkoda, że Ewa to postać
przerysowana, bez wyrazu. Nawet tak dobra aktorka jak Cotillard nie dała rady w
jej wiarygodnym ukazaniu. Nie pomogło uczenie się trudnego języka polskiego,
kiedy scenariusz nie pozwalał na jakiekolwiek wybicie się ponad przeciętność.

Brick Mansions. Najlepszy z najlepszych

źródło
Tajny detektyw Damien ma 24
godziny, by odszukać skradziony pocisk z głowicą nuklearną i zapobiec
katastrofie. Wszelkie wskazówki prowadzą go do okrutnego handlarza narkotyków
mieszkającego w odciętym od świata getcie Brick Mansions. W niebezpiecznej
misji Damienowi pomaga Lino, mistrz walk ulicznych, który ma własne warunki do
wyrównania.
Brick Mansions to ostatni film, w którym wystąpił zmarły w zeszłym
roku Paul Walker. Nie miał wielkiego talentu ani charyzmy, dlatego, oprócz
serii o szybkich i wściekłych, był skazany na tego typu produkcje. Debiut Camille Delamarrego to
tańszy odpowiednik mainstreamowych akcyjniaków, ale nie należący jeszcze do
kina klasy B. Mamy więc trochę walk, ale są one chaotycznie zmontowane, twardzi
bohaterzy też są, problem, że istnieją tylko na papierze. Brick Mansions brakuje lekkości, tempa i jakiegokolwiek napięcia
charakterystycznego dla kina akcji. Można obejrzeć, ale nie będzie to bardzo
przyjemnie spędzony czas.

Medicus

źródło
XI w., Anglia. Po śmierci
rodziców Rob Cole został przygarnięty przez wędrownego balwierza. Dzięki niemu
nauczył się zasad rządzących światem oraz opanował podstawy wiedzy medycznej.
Wędrowny lekarz dostrzega talent i młodzieńczy entuzjazm Roba, i namawia go na
studia medyczne pod kierunkiem słynnego lekarza perskich królów, Ibn Siby. Cole
podejmuje pełną niebezpieczeństw wyprawę do arabskiego Isfahanu.
Przenosząc na ekran słynną
książkę Noaha Gordona, reżyser Philipp Stölzl nie chciał zaniedbać żadnego z
jej licznych fanów. Dlatego nie uciął żadnego wątku, upychając w ciasnocie
przeróżne tematy: przygodę, miłość, męską przyjaźń, islam i naukę. Powstał z
tego jeden wielki miszmasz. Stölzl,
próbując opowiedzieć o wszystkim, nie mówi tak naprawdę o niczym. Chcąc nie
chcąc, powstał film pełen skrótów, przeskakujących nieskładnie wątków i słabo
zakreślonych bohaterów, szczególnie tych drugoplanowych.

Oh, Boy!

źródło
Niko to młody berlińczyk, który
porzuca właśnie studia. Spędza czas na wędrówkach po ulicach miasta, podczas
których przygląda się napotkanym przechodniom, poszukując własnego miejsca w
świecie.
Oh, Boy! można by potraktować jako męską odpowiedź na Frances Ha, gdyby tylko oba filmy nie
powstały w tym samym roku. Debiutancki obraz Jan Ole Gerstera łączy z produkcją
z Gretą Gerwig nie tylko czarno-biała taśma, ale przede wszystkim nostalgiczne
spojrzenie na współczesnych młodych ludzi około trzydziestki. Stojących na
rozdrożu, niepotrafiących odnaleźć swojego miejsca w tym poplątanym świecie, zdolnych,
ale zbyt leniwych, żeby umiejętnie wykorzystać swój talent. To nadal spojrzenie
świeże, pełne wdzięku i finezyjnego poczucia humoru. Berlin to w filmie miasto
żywe, wbrew obranej stylistyce pełne kolorów i żywiołów tkwiących w
sprzecznościach. Inteligentny portret niespełnionych współczesnych.

Camille Claudel, 1915

źródło
1915 r. Wysłana przez rodzinę do
ośrodka psychiatrycznego rzeźbiarka Camille Claudel oczekuje na wizytę brata,
Paula. Opuszczona przez krewnych, dręczona obsesjami, miota się między
obłąkaniem a marazmem. Postawa brata, zachwyconego dobrocią Boga, ale niepotrafiącego dostrzec jej bólu, napawa Claudel smutkiem. Artystka spędza w
szpitalu następne 30 lat, całkowicie zrywając ze sztuką.
Camille Claudel istniała
naprawdę. Wrażliwa i wybitnie uzdolniona, daleko wykraczała poza swoje czasy.
Skrzywdzona i osamotniona przez najbliższych, sławę i należytą część odzyskała
dopiero w czasach współczesnych. Film Bruno Dumonta to przejmujące studium
szaleństwa, stopniowego popadania w paranoję. Wspaniałej iskry życiowej
zduszonej przez zazdrosnych, pozbawionych talentu i zrozumienia ludzi. Dumont
nie zmienia swojego stylu i tka film z chłodnych obserwacji, długich sekwencji
oraz statystycznych kadrów. Nieprzyzwyczajonych do stylu Francuza ten obraz
zanudzi na śmierć, fani natomiast będą piać z zachwytu.

 

 

Salvo. Ocalony

źródło
Okrutny Salvo jest członkiem
sycylijskiej mafii. W akcie zemsty podkrada się do domu innego mafioza i go
zabija. Świadkiem mordu jest siostra ofiary – piękna, niewidoma Rita. Kiedy z
nieznanych sobie pobudek Salvo porywa dziewczynę, w jego życie nieoczekiwanie
wkracza miłość.
Salvo stanowi całkiem udane rozwinięcie Rity, krótkometrażowego debiutu Antonio Piazzy i Fabio
Grassadoniego. To kino studyjne, które należy chłonąć, w czym pomagają
wspaniałe zdjęcia. Pięknie skomponowane kadry i gra głównych aktorów,
opierająca się na subtelnej mowie werbalnej, dopełniają obrazu kochanków.
Scenariusz nie jest może zbyt oryginalny, ale autorzy z wyczuciem opowiadają o
miłości niemożliwej i trudnej.

Amazonia. Przygody małpki Sai

źródło
Sai, wychowywana w mieście małpka
kapucynka, nieoczekiwanie trafia w samo centrum amazońskiej dżungli. Zdana
tylko na siebie, będzie musiała poradzić sobie z nowymi wyzwaniami: zdobyciem
pożywienia, unikaniem niebezpieczeństw, koegzystencji z innymi zwierzętami. Sai
odkryje wkrótce różnorodny świat przyrody, o którym dotychczas nie miała
pojęcia.
Film przyrodniczy z fabułą – to
widok nieczęsty. Zwierzęta nie są zbyt dobrymi aktorami, kamera ich peszy, a
scenariusza trudno się nauczyć. Thierry Ragoberet podjął się tego karkołomnego
zadania; już dwa lata przed rozpoczęciem zdjęć oswajał zwierzątka z filmowym
sprzętem, zatrudnił profesjonalnych treserów. Efekt jest przyzwoity – Amazonia. Przygody małpki Sai to miła
dla oka produkcja dla dzieci, z pięknymi plenerami i ciekawymi bohaterami.

¿Español? Sí, gracias

źródło
Co nowego w Hiszpanii? 
Chcielibyście znać odpowiedź na to proste pytanie, ale niestety nie potraficie?
Wakacje trwają w pełni, ale Hiszpania wielu z nas wydaje się zbyt odległa… Możecie poznać ją, siedząc na kanapie we własnym domu!

Obiecałam wam, że niedługo zrecenzuję kolejny magazyn wydawnictwa Colorful Media. Właśnie dotrzymuję słowa! Przed wami „¿Español? Sí, gracias”!
Na wstępie chciałabym podkreślić, że jestem niezwykle zachwycona tą publikacją i cieszę się, że mogę trzymać ją w swoich rękach, przeglądać oraz czuć zapach jej świeżo wydrukowanych kartek.
Jak wspomniałam przy okazji recenzowania „English Matters”, wydawnictwo Colorful Media poznałam stosunkowo niedawno i chciałabym z tego miejsca serdecznie podziękować bloggerce, dzięki której nastąpiło moje spotkanie z magazynami wydanymi przez nie. Gdyby nie ona, zapewne nie byłabym świadoma, że takowe istnieją. Ale nie ma co gdybać! Jestem wręcz oczarowana tymi, bądź co bądź niezbyt obszernymi, czasopismami.
„¿Español? Sí, gracias” nie jest publikacją przeznaczoną dla każdego; żeby móc zrozumieć treść zawartą w magazynie, należy znać język hiszpański w stopniu przynajmniej średnio zaawansowanym. Pod każdym artykułem znajduje się lista niektórych słówek użytych w nim, które zostały przetłumaczone na polski. Zabieg ten ma na celu wspomaganie nauki. Mimo wszystko osoby, które dopiero zaczynają swoją przygodę z hiszpańskim, muszą niestety poczekać na zamierzone efekty, a wtedy będą mogły z przyjemnością i bez wyrzutów sumienia sięgnąć po ten magazyn.
Ogromnym atutem czasopisma jest bogactwo tematyczne. Podział na konkretne dziedziny sprawia, że czytelnik może poznać wiele zagadnień dotyczących życia w Hiszpanii. Autorzy poruszyli takie tematy, jak historia, kultura, społeczeństwo czy literatura. W gazetce znajdziemy również ciekawostki, opatrzone tytułem Tema especial. W tym numerze kwartalnika zawarto informację dotyczącą hiszpańskiej pisarki i dziennikarki Irene Villi, która napisała swoją kolejną książkę, zatytułowaną Nunca es demasiado tarde, princesa (przykładowe tłumaczenie: Nigdy nie jest za późno, księżniczko). W artykule poruszono różne kwestie związane z jej życiem prywatnym oraz karierą.
Autorzy zawarli w magazynie również wskazówki (wyróżnione kolorem), jak zachować się w banku, które mogą przydać się każdemu, kto planuje wyjazd do Hiszpanii. Korzystając z tych rad, na pewno nie popełni tzw. faux pas
Uważam, że warto również wspomnieć o artykule Frases hechas y refranes para este verano (tłum. Gotowe zwroty i przysłowia na lato). Opisano w nim różnorodne sytuacje, w których znajomość utartych zwrotów jest niezbędna. Dodatkiem do artykułu jest quiz, który każdy czytelnik może wykonać, by sprawdzić efekty swojej nauki języka hiszpańskiego. 
Ponadto w magazynie znajdziemy dodatek podróżniczy (Viajes), dzięki któremu poznamy Park Narodowy Torres del Paine – znajdujący się w Chile. Przede wszystkim dowiemy się, dlaczego jedna ze stron dedykowanych turystyce określiła go jako ósmy cud świata.

Tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy przegląd „¿Español? Sí, gracias”.

English Matters

źródło
W dzisiejszych
czasach coraz trudniej znaleźć magazyny przeznaczone dla osób, które chcą uczyć
się języków obcych. Wydawnictwo Colorful Media wychodzi im naprzeciw,
udostępniając własne, mające ułatwić poznawanie kultury innych krajów oraz
języka.

Na stronę
internetową Wydawnictwa trafiłam przypadkowo, gdy od pewnej blogerki
dowiedziałam się o magazynie językowym „English Matters”.  Postanowiłam zapoznać się z
jego treścią i sama ocenić jego przekaz. Moje pierwsze wrażenie było nieodparte
i niezwykle imponujące. Już pierwsze strony magazynu poruszają swoim bogactwem
i przejrzystością treści. Niemal na każdej z nich znajdziemy ciekawe artykuły dotyczące stylu życia ludzi, kultury, nauki
oraz podróżowania. Są one wzbogacone o kolorowe fotografie oraz spis słówek,
które mogą sprawiać trudność w zrozumieniu tekstu. Nie trzeba więc za każdym
razem sięgać po słownik angielsko-polski i przerywać czytania.
Magazyn zawiera
również wskazówki dotyczące komunikacji w języku angielskim opatrzone tytułem Conversation Matters, dzięki którym
czytelnik może zapoznać się ze zwrotami przydatnymi w konkretnych sytuacjach.
Porusza również kwestie sporne oraz przykłady niewłaściwego zachowania. 
 

Dzięki tabelom i
wyróżnieniom kłopotliwych słów czytelnik może łatwiej i szybciej przyswoić i
zapamiętać treść artykułów. Magazyn obfituje w wielość ciekawostek, które
umożliwiają poznanie tajników kultury oraz tradycji kraju. 
Mnie najbardziej
spodobał się artykuł z działu People and
Lifestyle,
który opowiada o dziwacznych budynkach występujących na całym
świecie. Byłam pod wrażeniem, gdy przeczytałam o bibliotece w Kansas, wybudowanej
na kształt wielkiej półki na książki. Zaciekawił mnie również artykuł o Lorde –
Queen Bee – muzycznej gwieździe – oraz szereg tekstów z działu Culture. Najdłużej zatrzymałam się
jednak przy pracach o tematyce podróżniczej. Skorzystałam również z okazji wysłuchania ich w
Internecie – to była wspaniała przygoda! Zachwyciła mnie przede wszystkim ich różnorodność oraz sposób przedstawienia w gazetce. Są one wzbogacone o przepiękne fotografie oraz opisy wielu miejsc, które szczególnie warto zwiedzić.
 
Magazyn „English Matters” polecam wszystkim
pasjonatom kultury oraz języka angielskiego. Mogą po niego sięgnąć zarówno osoby
uczące się, jak i znające go – może to być świetna okazja do wzbogacenia
własnego słownictwa. Potrafię z czystym sumieniem przyznać, że sięgnę po ten magazyn
ponownie – i to niejednokrotnie. Gratuluję Wydawnictwu pomysłu na stworzenie takiego czasopisma językowego.

Melodie ulotne – powrót do przeszłości

źródło
Cykl Melodie ulotne uważam za rozpoczęty! Na dobry początek proponuję szybką, pełną emocji i radości podróż do muzycznej przeszłości.

Poniżej znajdziecie cztery wybrane utwory zespołów tworzących współcześnie (w XXI w.), które nie zważając na panujące trendy, składają hołd minionym dekadom muzyki.

1. Blues Pills – Little Sun

Kto nie został wgnieciony w fotel/krzesło/łóżko/podłogę/blat kuchenny w chwili wejścia wokalu, ten prawdopodobnie nie słyszał Janis Joplin ani nigdy nie zachwycił się twórczością lat 60. i późniejszych.
Ten zespół o  międzynarodowym składzie doskonale wie, jak korzystać z muzycznego archiwum X.

Wnikliwy słuchacz zauważy, że nawet nagrania są lekko przybrudzone – kryształowego brzmienia raczej tu nie zaznamy, daje się usłyszeć delikatny szum. Nie jestem pewna, czy to aby na pewno przypadek.
W każdym razie klimat jest prawdziwie fenomenalny.

Gorąco zachęcam do zapoznania się z resztą dorobku Blues Pills, który zresztą nie jest na razie zbyt pokaźny. Zespół wkrótce (28.07) wyda nowy materiał – póki co w sieci możemy wysłuchać pierwszego utworu. Czekam z niecierpliwością.

2. Troubled Horse – One step closer to my grave
Zespół odkryłam kilka dni temu. Szukam odpowiedniego słowa określającego Troubled Horse i na myśl przychodzi mi jedno – uroczy. Podoba mi się swego rodzaju melodyjność utworów tego zespołu.

Przyjemny powrót do korzeni, w końcu takie granie nie jest już powszechne.

3. Witchcraft – Dystopia
Zupełnie przypadkiem udało mi się wyszperać zespół, który ma szansę pretendować do miana moich ulubionych z zespołów powstałych w tym tysiącleciu (niewiele ich jest, niewiele…).

Być może powinna pojawić się tutaj piosenka z pierwszych płyt Witchcraft, kiedy to brzmienie zespołu było wyraźnie black sabbathowo-doomowe, jednakże to właśnie poniższy utwór chwycił mnie za serce, czyniąc mój wybór oczywistym.

Dystopia pochodzi z ostatniej płyty zespołu, Legend, której przesłuchanie szczerze zalecam i polecam, szczególnie jeśli chcecie, by muzyczna przeszłość pobrzmiewała w odświeżonej już wersji, okraszonej dobrym wokalem.

4. Spiders Mad dog
Kolejna po Blues Pills gratka dla amatorów kobiecego wokalu. Nie jestem pewna, czy słusznie, ale głos Ann-Sofie Hoyles momentami przypomina mi o Joan Jett.

Porywają mnie te rytmiczne riffy, zdecydowanie. Dziwna to rzecz, ale Szwedzi wiedzą jak grać, by noga sama zaczęła podrygiwać*.

 

Przy okazji odkryłam, że trzy na cztery wspomniane zespoły są ze sobą powiązane. Członkowie Witchcraft utworzyli Troubled Horse, a były gitarzysta pierwszej z grup założył Spiders wraz z perkusistą Graveyard (o którym mam zamiar wspomnieć w przyszłości). Tego się nie spodziewałam.

Dziękuję, jeśli znalazła się choć jedna osoba, która dała szansę powyższym propozycjom. Niech wie, że ma moją wdzięczność i szacunek. Być może któryś z zespołów był wam już znany – dajcie znać w komentarzach.

Do usłyszenia za dwa tygodnie!

* Zespoły Witchcraft, Spiders, Troubled Horse pochodzą właśnie ze Szwecji, zaś Blues Pills zawiera szwedzki pierwiastek.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia