Pasja, emocje, melodie…

Muzyczną przygodę w Essentii postanowiłam rozpocząć tak, by przyniosła radość zarówno Czytelnikom, jak i mnie. Poznajcie Alter Bridge!

Czy zespół ten można jasno zdefiniować i wepchnąć do konkretnej szuflady gatunkowej? Jako odpowiedź spróbujcie wyobrazić sobie skaczącą przed waszymi oczami i machającą rękoma Martę, czyli mnie, która wykrzykuje stanowcze w żadnym wypadku!.
Źródła internetowe klasyfikują Alter Bridge jako grupę czerpiącą z nurtów hard rocka, metalu alternatywnego, post grunge’u, a także heavy metalu.
Nie sposób się nie zgodzić – muzycy tworzą bardzo różnorodne utwory, każda kolejna płyta jest krokiem naprzód, okazuje się charakterystyczna. Ale o tym za chwilę.
Alter Bridge zostało wzniesione na fundamencie niesamowicie popularnego zespołu Creed. Gitarzysta, Mark Tremonti, oraz perkusista, Scott Phillips, w 2003 roku utworzyli nową formację, do której rok później dołączył ich kolega z poprzedniego zespołu, Brian Marshall (gitara basowa) oraz niesamowicie utalentowany wokalista – Myles Kennedy (Tremonti zapamiętał go z zespołu The Mayfield Four, który kilka lat wcześniej supportował Creed), myślę, że obecnie najbardziej rozpoznawalny członek Alter Bridge, o którym zresztą chciałabym kiedyś utworzyć osobny artykuł. Jego talent i umiejętności zdecydowanie zasługują na poświęcenie im więcej czasu.
Czterej muzycy zadebiutowali w roku 2004 płytą One day remains. W Stanach Zjednoczonych pokryła się ona złotem.
Na krążku znajduje się 11 utworów, w większości skomponowanych przez Tremontiego. Myles dołączył do zespołu, gdy materiał był już gotowy, więc jego wkład był niewielki. Oczywiście zmieni się to przy produkcji następnych płyt.
Który utwór z płyty mogłabym polecić? Wybór jest ciężki, ponieważ jako fanka dokonań AB w większości widzę coś interesującego.
Na dobry początek podsuwam dwie ballady – poruszające In loving memory (wersja live – wzruszenie gwarantowane, szczególnie gdy poznacie okoliczności powstania utworu) oraz gorzkie, ale i pełne nadziei Burn it down.
Drugą płytę, której jestem szczęśliwą posiadaczką, Blackbird, zespół wydał trzy lata później. To z niej pochodzi jeden z większych hitów Mylesa i spółki – Watch over you.
Piękny, szczery. Myles czaruje swoim niemal nieskazitelnym głosem. Wersje akustyczne (koncertowe) kładą mnie na łopatki i sprawiają, że trudno mi opuścić YouTube. Przynaję, że ze względów nie tylko muzycznych… 🙂
I can’t go on
And let you lose it all
It’s more than I can take
Who’ll ease your pain?
Miłością absolutną darzę piosenkę pod tytułem Brand new start. Brzmienie, brzmienie, BRZMIENIE! Słuchając jej, wyobrażam sobie sceny rodem z filmów drogi: ja, samochód, dusty road pośród spękanych słońcem gruntów i ten właśnie utwór. Autostrada prowadząca do lepszego jutra.
AB III rozpoczyna etap w historii zespołu, kiedy to staje się on jeszcze bardziej popularny. Sądzę, że jest to również związane z równoległym podjęciem przez Mylesa współpracy z jednym z najpopularniejszych gitarzystów świata, Slashem (legendarne Guns n’ Roses).
Krążek ten odcina się nieco od swoich poprzedników, odznacza się już trochę innym brzmieniem, choć oczywiście charakterystyczne brzmienie gitary Marka Tremontiego wciąż miło pieści nasze uszy, a Myles zapewnia im ucztę.
W ramach małej „prywaty” znów pozwolę sobie wskazać godne uwagi utwory.
Od pierwszej chwili oczarowało mnie Show me a sign i jego nieco… orientalne intro.
A proste, ale piękne wyznanie w Wonderful life chciałabym kiedyś wyszeptać do ucha kochanej przez siebie osobie.
Zdaje się, że AB III to płyta idealna na rozpoczęcie przygody z Alter Bridge.
Fortress to najświeższy materiał zespołu, wydany w 2013r. i niespodziewany zwrot w kierunku mocniejszych, bardziej agresywnych brzmień. Krążek niebanalny. Niekiedy słychać w nim inspiracje muzyków – choćby utwór The Uninvited o charakterystycznym brzmieniu zespołu Tool.
Podobają mi się teksty Kennedy’ego, warto zwrócić uwagę na emocjonalny, tytułowy utwór płyty. Ciekawe jest również Waters rising, gdzie na większość utworu mikrofon wpada w ręce gitarzysty (który, swoją drogą, wydał solowy album All I was).
Reasumując, myślę, że Fortress jest zupełnym oderwaniem od wcześniejszych dokonań Alter Bridge, nad którymi przez lata unosił się grunge’owy duch Creed.

źródło

Spokojnie, już kończę! : )
Czym zatem jest Alter Bridge? To eliksir na codzienność, którego ingrediencjami są pasja, umiejętności, emocje, technika, talent, szacunek do odbiorcy, radość, katharsis, ukojenie, doskonalenie kunsztu i zdolność wznoszenia się na wyżyny po rzadkich wizytacjach nizin, siła słów i… mistrzostwo.

Chce się żyć

źródło

Doczłapał się do naszych kin ostatni już obraz obsypany nominacjami do Oscarów – wzruszający komediodramat Witaj
w klubie
.

Doczekał się dość skromnej konkurencji: opowieści o amerykańskich
żołnierzach (Ocalony), polskiego filmu młodzieżowego (Obietnica)
i rumuńskiego dramatu (Pozycja dziecka).

Witaj w klubie
źródło
Życie Rona to szereg prostych
męskich rozrywek: rodeo, przygodny seks, alkohol oraz zabawa. Wszystko ulega
diametralnej zmianie, kiedy mężczyzna dowiaduje się, że jest nosicielem wirusa
HIV. Nie zamierza czekać bezczynnie na śmierć, i wyrusza do Meksyku, aby stamtąd
szmuglować skuteczne, ale nielegalne w USA leki. Po powrocie niespodziewanie
zdobywa wspólnika w osobie transseksualisty Rayona. Wspólnie zaczynają
prowadzić klub, w którym inni zarażeni szukają wybawienia od choroby.
Złota zasada Hollywoodu mówi:
schudnij kilkanaście kilogramów, a zasłużysz na Oscara. Reguła ta sprawdzała
się w ostatnich latach parokrotnie, dość wymienić Christiana Bale’a (który jest
w tej dziedzinie niezrównanym specjalistą), Natalie Portman czy Anne Hathaway z zeszłego
roku. Tym razem za mozolne gubienie kilogramów zostało nagrodzonych aż dwoje
aktorów z tego samego filmu. Trzeba jednak zaznaczyć, iż Matthew McConaughey i
Jared Leto stworzyli znakomite kreacje, które stanowią o sile tego obrazu. Przypadły
im role tak charakterystyczne, iż bardzo łatwo było o ich przerysowanie. Dzięki
wyczuciu obu aktorów Ron i Rayon to bohaterowie charyzmatyczni, przykuwający
do ekranu, ale cały czas pozostający postaciami z krwi i kości. Na tym barwnym
tle ginie trochę jedyna postać kobieca – Jennifer Garner w roli mającej coraz
większe wątpliwości lekarki wypada blado.
Nie ma wątpliwości, że motywem
AIDS twórcy grają na emocjach widzów, zmuszając ich do bardziej pobłażliwego
tonu. Czynią to jednak w sposób absolutnie profesjonalny. Historia jest zaprezentowana dynamicznie,
a obraz lawiruje pomiędzy ludzkimi dramatami podanymi bez przesadnego lukru a
krzepkim humorem. Witaj w klubie to
dzieło doskonałe pod względem filmowego rzemiosła: montaż, scenariusz,
reżyseria, a przede wszystkim aktorzy, dają tu popis swoich najlepszych
możliwości.
Ocalony
źródło
Czerwiec 2005. W ramach operacji Red Wings czterej amerykańscy komandosi z prestiżowej jednostki Navy SEALs
zostają zrzuceni na granicę między Pakistanem a Afganistanem. Niespodziewanie
trafiają w pułapkę i zostają zaatakowani przez kilkadziesiąt razy liczniejszą
grupę talibów. Żołnierze staczają niezwykle trudną i niebezpieczną walkę z
wrogiem, czasem i wyczerpaniem. Gdy przyjaciele Marcusa Luttrella giną podczas
akcji, ten, choć ranny i zdesperowany, zrobi wszystko, by ujść napastnikom.
Ten film jest taki, na jaki
kreują go zwiastuny – to kolejna opowieść o dzielnych amerykańskich wojakach, których
patetyczne poświęcenie zawsze przynosi szczęśliwe zakończenie. Tym razem jednak
jankeska propaganda nie przeszkadza tak bardzo w oglądaniu. Peter Berg to
rzemieślnik na tyle solidny, iż udało mu się nie zepsuć świetnej historii
opartej na zatrważających faktach. To kolejny dowód na to, że życie pisze
najlepsze, ale też najbardziej dramatyczne scenariusze. Dynamiczna narracja i
dobra strona wizualna sprawiają, że to solidne kino wojenne, którego seansu nie
powinniście żałować.
Obietnica
źródło
Lila i Janek to uczniowie
miejskiego liceum, przedstawiciele pokolenia, które większość czasu spędza na
portalach społecznościowych. Wraz z przyjaciółmi korzystają z życia –  imprezują, zażywają alkohol i marihuanę.
Jednak pewnego dnia Lila niespodziewanie zrywa z chłopakiem, oskarżając go o
zdradę. Janek będzie musiał zapłacić wysoką cenę za niewinny błąd. Jeśli spełni
obietnicę, jaką wymogła na nim dziewczyna, nic już nie będzie takie jak
przedtem.
Jeśli macie jeszcze jakiekolwiek
wątpliwości na temat jakości polskiego kina młodzieżowego, ten film nie zmieni
waszego zdania. Obietnica wypada
nieco lepiej niż Galerianki czy Sala samobójców, ale to wciąż ten sam
rodzaj kiczu. Mimo pozorów odmienności postacie są nadal do bólu oklepane –
film zapełniają rozchwiani emocjonalnie nastolatkowie oraz rodzice-pracoholicy,
których opiekuńcze działania ograniczają się do wypłaty kieszonkowego. Wszelkie
próby dodania oryginalności spełzają na niczym, gdyż są wdrażane z topornością
debiutanta, a nie autorki, bądź co bądź, doświadczonej.
Pozycja dziecka
źródło
Cornelia jest bogatą, zadbaną i
wpływową sześćdziesięciolatką. Ma wiernego męża-pantoflarza, znajomych z rumuńskich
elit towarzyskich, odnosi liczne sukcesy zawodowe. To wszystko nie ma dla niej
znaczenia, jeśli jej ukochany syn, 34-letni Barbu, za wszelką cenę stara od niej uniezależnić. Kiedy Cornelia dowiaduje się, że
mężczyzna uczestniczył w wypadku samochodowym, zaczyna walczyć o niego jak
lwica o swoje młode. Używa wszystkich dostępnych środków, aby uchronić jedynaka
przed więzieniem.
Niedzielnym kinomaniakom może się to
wydawać zaskakujące, ale to właśnie Bułgaria i Rumunia posiadają największą
obecnie pozycję wśród kinematografii krajów Europy Środkowo-Wschodniej,
regularnie święcąc triumfy na największych festiwalach świata. Ostatnim dużym
sukcesem było zwycięstwo Pozycji dziecka
rumuńskiego reżysera Calina Petera Netzera na zeszłorocznym Berlinale.
Nieprzyzwyczajeni do
charakterystycznej stylistyki rumuńskiej fali mogą się na tym filmie bardzo
wynudzić. Obraz dominują długie, przeciągnięte do granic możliwości ujęcia,
powolne tempo, szare barwy zdjęć podkreślające beznadziejność sytuacji, w
jakiej znaleźli się bohaterowie – to odstręczy każdego widza złaknionego
rozrywki. Pozycja dziecka to kino
nieproste, które całkowicie rezygnuje z wszelkich ozdobników na rzecz treści. A
ta jest niebanalna. Netzer bez skrupułów obnaża najgorsze cechy swoich postaci,
reprezentując dzięki temu panoramę rumuńskiej elity. Nie feruje przy tym
wyrokami, ale, niczym najzdolniejszy dokumentalista, stara się przedstawić
różne punkty widzenia.
 

Co czyni cię wyjątkowym, czyni cię niebezpiecznym

źródło
Na ekranach kin 4 kwietnia swoją premierę miał film pt. Niezgodna w reżyserii Neila Burgera. Film powstał na podstawie powieści pod tym samym tytułem autorstwa Veroniki Roth.

Beatrice Prior mieszka na ruinach Chicago. W mieście otoczonym przez wielki mur, który ma chronić mieszkańców przed „złem” zajmującym wyniszczone przez wojnę tereny. Władze państwa, by zapobiec dalszej wojnie, stworzyły nową strukturę społeczną składającą się z pięciu frakcji: Erudycji, Prawości, Serdeczności, Nieustraszoności oraz Altruizmu. Każdy mieszkaniec w wieku 16 lat przechodzi przez test, który ma za zadanie, na podstawie cech charakteru, ustalić, do której frakcji powinien należeć. Beatrice, urodzona i wychowana w Altruizmie, otrzymuje niezgodny wynik testu, co oznacza, że posiada więcej niż jedną z najważniejszych cech charakteru dla każdej z frakcji. Aby nie zostać wykluczoną ze społeczeństwa, musi się wykazać sprytem i odwagą oraz uważać na osoby, które polują na Niezgodnych. 
źródło
Dobór aktorów do filmu to strzał w dziesiątkę. Miło jest zobaczyć na ekranie nowe twarze. Młodzi aktorzy poradzili sobie świetnie z zagraniem swoich ról. Muszę pochwalić Theo Jamesa, który świetnie wczuł się w swoją postać. Miał być odważny, niebezpieczny, wytrzymały i owszem, taki był, ale oprócz tego w jego oczach możemy zobaczyć wszystkie inne emocje: miłość, wrażliwość, czułość. Chciałam pochwalić także Ashley Judd, która genialnie ukazała przemianę swojej bohaterki. Natomiast Jai Courtney i Kate Winslet, po których można się było wiele spodziewać, wypadli słabo na tle młodych aktorów. 
Wielkie brawa za dobór strojów. Wszystko świetnie ze sobą współgra i pasuje do poszczególnych frakcji. Jedynym minusem jest dla mnie jaskinia Nieustraszonych, która mi się nie podobała. Inaczej ją sobie wyobrażałam. 
Akcja w filmie jest monotonna, toczy się na jednym poziomie. Cały czas się coś dzieje, widz nie ma chwili wytchnienia. W połowie filmu staje się to po prostu nudne. Wątek miłosny pomiędzy Beatrice a Cztery został przedstawiony lepiej niż w książce. Staje się świetnym tłem dla głównej fabuły filmu. 
źródło
Ja, jako osoba, która przeczytała powieść, czuję pewien niedosyt. Uważam, że parę istotnych szczegółów pominięto. Mimo to jestem zadowolona z ekranizacji jednej z moich ulubionych książek. 
Mam nadzieję, że w kolejnych częściach zostaną poprawione te drobne mankamenty. 

Niebiesko mi

źródło

Na pasjonatów
bezpretensjonalnego kina czeka niezależny amerykański film drogi Blue
Highway
.

Poszukujący w kinie innych wrażeń mogą udać się na: komiksowe
widowisko 300: Początek imperium, adaptację szkolnej lektury Kamienie na
szaniec
, najnowszy film Jima Jarmuscha Tylko kochankowie przeżyją,
izraelskie kino zemsty Duże złe wilki, What the Fuck? z
wygłupami Rémiego Gaillarda, animację Pan Peabody i Sherman i
klasykę kina Cud w Mediolanie.


300: Początek
imperium
źródło
Film na podstawie najnowszej
powieści graficznej Franka Millera pt: Kserkses,
nakręcony w stylu hitu kinowego 300,
to kolejny rozdział sagi opowiadający — tym razem w scenerii bitwy morskiej —
historię greckiego generała Temistoklesa, który próbuje zjednoczyć Grecję, idąc
na bitwę, która zmieni bieg wojny. 300:
Początek imperium
ukazuje losy Temistoklesa stającego przeciwko wielkiej
inwazji wojsk perskich, którymi dowodzą Kserkses,
śmiertelnik obdarowany boskimi siłami, oraz Artemizja, mściwa dowódczyni
perskiej floty morskiej.
Twórcy filmu stanęli przed
trudnym zadaniem: zapewnić przegiętą, specyficzną rozrywkę w stylu 300 bez Zacka Snydera za reżyserskim
stołkiem. Film miał problemy z premierą, która została przesunięta o pół roku, ostatecznie
jednak zarobił więcej, niż się spodziewano. Druga część hitu Snydera to film o
klasę niższy od swojego poprzednika. Nadal z każdego kąta wylewa się CGI, mowy
bohaterów są przepełnione patosem, a męskie torsy i kobiece ciała fetyszyzowane
aż do przesady. Brakuje jednak tej ironii i luzu, które cechowały 300. Mimo wszystko seans drugiej części
można zaliczyć do udanych – akcja trzyma tempo, sceny bitew są widowiskowe, a
pod względem stylistycznym to kopia oryginału.

Kamienie na szaniec
źródło
Alek, Zośka i Rudy to harcerze
oraz maturzyści z liceum, których ambitne plany na przyszłość zostały brutalnie
przerwane przez wybuch II wojny światowej. Wkroczyli w dorosłość w niezwykle trudnych
czasach, które stawiały ich przed dramatycznym wyborem – przetrwać za wszelką
cenę czy przyłączyć się do walczących o wolność ojczyzny, ryzykując własnym
życiem. Chłopcy, kształtowani przez patriotyczne ideały,
postanowili walczyć. Stali się żołnierzami i choć codziennie zaglądali w oczy
śmierci, potrafili żyć pełnią życia.
Robert Gliński stanął przed
niezwykle trudnym zadaniem przeniesienia na ekran sztandarowej pozycji
gimnazjalistów, osiągnięcia nie tylko pewnego sukcesu komercyjnego, ale także
artystycznego, co pozwoliłoby mu na wielki powrót na salony polskiego światka filmowego.
Z zadania wywiązał się połowicznie. Z jednej strony stworzył obraz pod gusta
współczesnej młodej widowni – słynni harcerze wydają się u niego wyjęci wprost
z ery Facebooka i selfie, lecz zarazem zatracają swój historyczny rys. To
świetnie, kiedy można utożsamiać się z bohaterami, jednak nie należy za wszelką
cenę przekonywać widzów, że nastolatkowie sprzed 70 lat są niemal identyczni
jak ci widziani za naszym oknem. Na plus trzeba jednak zaliczyć reżyserowi, iż
udało mu się odbrązowić pomniki Zośki, Rudego i Alka i przedstawić ich przede
wszystkim jako pełnych wątpliwości o słuszność swoich działań młodych ludzi.
Do głównych ról Robert Gliński
zatrudnił świeże, zupełnie nieopatrzone młode twarze. Tomasz Ziętek i Kamil
Szeptycki spisują się nieźle, ale to Marcel Sabat kradnie im cały film. Czyżby urosła nam wielka nadzieja polskiego kina?

Tylko kochankowie
przeżyją
źródło
Adam jest unikającym popularności
i światła słonecznego niezależnym muzykiem. Żyje w zapadłej części Detroit,
kolekcjonuje gitary, słucha winyli i tworzy elektroniczną muzykę pełną
melancholijnych dźwięków. Jego samotność zmienia się po długo oczekiwanym przyjeździe
ukochanej Ewy. Razem jeżdżą nocami po opuszczonym Detroit w hipnotycznym rytmie
muzyki, świętując każdą spędzaną razem chwilę. Jednak ich spokojna egzystencja zostanie wystawiona na próbę, kiedy niespodzianie dołączy do
nich nieprzewidywalna i wygłodniała siostra Ewy – Ava.
Ten film nie
jest przeznaczony dla widzów poszukujących w kinie ciągłych wrażeń. Tempo akcji
jest tu nieśpieszne, reżyser bardziej snuje swoją opowieść, niż posuwa do
przodu. Jednych to wynudzi, drudzy zachwycą się niezwykłą dawką melancholii
wylewającą się z każdego kadru. Wampiry dla Jima Jarmuscha to istoty nad wyraz
uczuciowe, rozmiłowane w sztuce, literaturze, muzyce. Nie mają w sobie nic z
popkulturowej kiczowatej otoczki, jaka przez ostatnie lata wokół nich narosła.
Jeśli chce się użyć tu jakiegokolwiek porównania, to zdecydowanie najbliżej im do wizerunku
zagadkowych wampirów z czarno-białych obrazów o Nosferatu. Film stara się
uchwycić ten dawny, prawie zapomniany wampirzy urok, co udaje mu się poprzez
znakomite budowanie klimatu. Miejsce akcji (opuszczone Detroit) jest
wyśmienite, a aktorzy świetnie odczytują intencje reżysera, trzymając przez
cały czas bardzo wysoki poziom.

Duże złe wilki
źródło
Pewnym zwyczajnym izraelskim
miasteczkiem wstrząsa seria brutalnych morderstw. Głównym podejrzanym zostaje
nieśmiały nauczyciel, jednak nie zostają przeciwko niemu znalezione dowody wystarczające na zatrzymanie. Jeden z policjantów postanawia samemu wymierzyć
sprawiedliwość. Nieoczekiwanie powstrzymuje go ojciec jednej z ofiar. Choć
pragnie odwetu, ma własny plan. Nagle jednak przestaje być oczywiste, kto tutaj
jest mordercą, kto ofiarą, a kto mścicielem.
Obraz reklamuje szumne hasło Najlepszy film 2013 roku. Quentin Tarantino.
Coroczne listy Tarantino słyną z nieprzewidywalności, cudownej mieszanki kina
ambitnego z oczywistym chłamem, tak bardzo charakterystycznej dla tego
reżysera. Dużym złym wilkom bliżej
jest do tej pierwszej grupy, choć wielu widzów zakwalifikuje ją do drugiej. To
dzieło oryginalne, bawiące się konwencjami, lecz we własnym stylu, nie
kopiującym  w żaden sposób reżysera
Bękartów wojny. To izraelskie kino wojny – brutalne, nie bojące się ukazywania
bezwzględności zwykłych obywateli, ale przepełnione rozluźniającym atmosferę
czarnym humorem, dawkowanym w idealnych proporcjach.

Blue Highway
źródło
Dillon przeprowadza się z Alabamy
do Kalifornii, by tam rozpocząć nowe życie. W drodze towarzyszy mu Kerry. Lubią
swoje towarzystwo i zanim będą musieli rozstać się na dłużej, odbywają podróż
szlakiem ulubionych filmów. Szczęśliwi i wolni zatrzymują się po drodze pod
byle pretekstem. Odkrywają Amerykę i przy okazji siebie nawzajem.
Największym osiągnięciem
początkującego reżysera Kyle’a Smitha jest odświeżenie przerabianego na
wszelkie możliwe sposoby kina drogi. W gatunku, w którym powiedziano już
wszystko, pozostaje już tylko skorzystać z dorobku przodków. Smith czyni to w
sposób twórczy – jego bohaterowie ruszają w spontaniczną podróż szlakiem swych
ulubionych filmów, sami stając się bohaterami kolejnego. Jest wiec w ich
wędrówce sporo nostalgii i ciepłego spojrzenia na otaczającą rzeczywistość. To
prosta historia spod znaku kina niezależnego, w niezobowiązującym tonie
opowiadająca o potrzebie bliskości i posiadania kogoś, z kim można dzielić
piękno codziennych spraw.

What the Fuck?
źródło
Rémi Gaillard pod wpływem swojej
narzeczonej postanawia porzucić zajmowanie się byle czym i próbuje zostać na poważnie kimś. Czy powrót na drogę poprawności i norm społecznych stanie się dla Rémiego nowym celem w życiu? Czy
znajdzie w sobie siłę, by dla miłości porzucić cząstkę swojej buntowniczej natury?
Popularny internetowy prowokator
Rémi Gaillard uznał, że to, co bije rekordy oglądalności na YouTubie, tak samo
dobrze sprzeda się w kinie. Nie zrozumiał jednak, że widzowie nie zechcą płacić
za bilet, skoro to samo mogą obejrzeć w domowym zaciszu. Rémi wprowadził
wprawdzie do swojego filmu wątek fikcyjny, ale jest on tak banalny i oklepany,
iż więcej psuje, niż pomaga w zbudowaniu filmowego świata. Francuski
skandalista wykazał się niebywałym lenistwem, sklecił swój obraz z wielu
klipów, które można znaleźć w sieci i dla niepoznaki dodał do niego napisany w
pięć minut na kolanie wątek miłosny. Zdecydowanie nie.

Pan Peabody i Sherman
źródło
Pan Peabody to najmądrzejszy pies
na świecie, naukowiec, który wynalazł wehikuł czasu, laureat nagrody
Nobla i doradca prezydentów. Gdy jego podopieczny, chłopiec o imieniu Sherman,
wyrusza w podróż wehikułem czasu, najsłynniejsze wydarzenia z historii wymykają
się spod kontroli, a efektem jest wielka katastrofa. Niezwykły pies i jego pan muszą załatać dziurę w czasie, zanim nasz
świat zmieni się raz na zawsze.
Postacie Pana Peabody i Shermana
polscy widzowie mogą kojarzyć z nadawanego na stacji RTL7 (dzisiejsze TVN7)
serii Rocky i Łoś Superktoś. Tam
pełnili drugoplanową rolę, teraz dostąpili zaszczytu i otrzymali własny
film. Najnowsze dzieło DreamWorks przypomina typowe obrazy tego studia – jest
kolorowo, ciekawie, banalnie, z licznymi odwołaniami intertekstualnymi. To
animacja skierowana przede wszystkim do dzieci, choć dorośli również mogą
nieźle się na niej zabawić. Pomijając nudny początek, całość trzyma szybkie
tempo, charakterystyczne dla filmów DreamWorks.

Cud w Mediolanie
Stara
Lolotta znajduje w zagonie kapusty… niemowlę. Po jej rychłej śmierci mały Totò
trafia do sierocińca, a później w zimny świat samotnej dorosłości. Obdarzony
łaską czynienia cudów, ratuje swych przyjaciół z tarapatów i sprawia, że ulatują
na miotłach do nieba, zostawiając za sobą pałace możnych, lepianki żebraków i
przepych Duomo.

Cud w Polsce! Czarno-biały film
Vittorio de Sica z 1951 r. można obejrzeć w polskim kinach w odrestaurowanej
wersji. To arcydzieło nie tylko włoskiego kina  jest jedną z najpiękniejszych
baśni wyprodukowanych przez przemysł filmowy. Portret powojennej włoskiej
biedoty utrzymany w baśniowym tonie, która jednak nie pozbawia jej dramaturgii.
Klasę filmu doceniono, przyznając mu Złotą Palmę na festiwalu w Cannes.

Dziewczyna z Nowego Jorku w małym miasteczku

źródło
Serialem, który chciałam wam przedstawić, jest Hart of Dixie. To amerykański serial komediowo-dramatyczny; aktualnie można oglądać 3. jego sezon.
Serial koncentruje się wokół młodej lekarki z Bostonu – Zoe Hart (Rachel Bilson). Główna bohaterka, która skończyła nowojorską szkołę, pragnie zostać kardiochirurgiem, tak jak jej ojciec. Kiedy nie dostaje się na upragniony staż kardiochirurgiczny, postanawia przyjąć ofertę od nieznajomego doktora Harleya Wilkesa. Przeprowadza się do Blue Bell w stanie Alabama, gdzie otrzymuje w spadku połowę kliniki.

To kolejna produkcja, która podbiła moje serce. Niektórzy sądzą, że ten serial jest oklepany. Może i jest. Muszę się zgodzić z tymi osobami, gdyż historie takie jak trójkąciki miłosne pojawiły się kilka razy. Mimo to produkcja ma coś w sobie, gdyż jestem z nią od samego początku i każdego tygodnia czekam na kolejny odcinek.
A więc co takiego ma w sobie ten serial, że podbił moje i wielu innych serca? Co mają w sobie małe miasteczka w USA, że powstaje tam tak wiele produkcji?
Hart of Dixie opowiada o młodej lekarce, która próbuje się zaaklimatyzować w Blue Bell – małym miasteczku w Alabamie. Sprawy nie ułatwia fakt, że Zoe jest z Nowego Jorku i zupełnie nie jest przyzwyczajona do życia w tak małym mieście oraz że wciąż dziwią ją zwyczaje oraz zachowanie mieszkańców. Młoda doktor z początku sceptycznie nastawiona do mieszkańców, powoli zaczyna czuć się jak w domu, ale wcześniej zaliczy kilka wpadek. A jak się domyślacie w małym miasteczku wieści szybko się roznoszą, a zwłaszcza te, które dotyczą Zoe.
W produkcji nie mogło zabraknąć oczywiście miłości. Zoe wplącze się w trójkąt, który będzie rozwijał się przez dwa sezony. To chyba jedyny serial, w którym nie mogę zdecydować się, z kim powinna być główna bohaterka. Z jednej strony jest George – miejscowy prawnik, przystojny, opiekuńczy mający podobne zainteresowania do Zoe. Z drugiej strony równie przystojny, zabawny, zmieniający kobiety jak rękawiczki Wade, obojętnie podchodzący do życia. Jak potoczą się losy tej trójki? Tego możesz dowiedzieć się, oglądając serial.
Muszę przyznać, że ma on swój klimat. Blue Bell jest małą miejscowością z własną historią. Wszyscy wszystkich znają. Z jednej strony jest to fajne, ale z drugiej nie za bardzo. Wiem to z własnego doświadczenia, gdyż mieszkam na wsi i nie jest to przyjemne, gdy każdy wszystko o tobie wie i roznosi plotki. W jakich sytuacjach jest to miłe? Na przykład gdy ktoś mija się z kimś na ulicy, to wita się z tą osobą – w mieście czegoś takiego nie ma. Miasteczko zauroczyło mnie swoim pięknem. Czysto i przytulnie. Nie ma ruchu na drodze. Jakby czas płynął tam wolniej. Uroczystości, które obchodzą bohaterowie, na początku trochę mnie śmieszyły, ale potem stwierdziłam, że sama chciałabym obchodzić takie święta.
Główna bohaterka urzekła mnie od pierwszej sceny. Piękna, posiadająca styl i trochę zagubiona w swoim życiu. Mimo że niektórym nie przypadła do gustu, dla mnie jest świetną postacią. Bohaterowie drugoplanowi są cudowni. Poznajemy szczegółowe historie każdego z nich, co jest bardzo ciekawe. Lemon jest ulubienicą wszystkich. Można by ją określić jako perfekcyjną panią domu. Lavon – serdeczny burmistrz, gotowy pomóc w każdej chwili. Rose – typowa nastolatka, która zaprzyjaźni się z Zoe. To tylko niektóre postacie, bez których ten serial nie byłby taki, jakim jest.
Nie sprawi, że w twoich oczach pojawią się łzy (a trochę szkoda, bo ja uwielbiam takie fragmenty). Wręcz przeciwnie – wywoła na twojej twarzy uśmiech. Czasem możesz się popłakać, jednakże ze śmiechu. Jeśli szukać czegoś, przy czym możesz się zrelaksować, to serial stworzony dla ciebie.
Jak już wspomniałam wcześniej, fabuła nie jest oryginalna, więc jeśli szukasz czegoś nowego, co zwali cię z nóg, raczej nie rozpoczynaj przygody z tym serialem. Pozostałych zachęcam do tej produkcji, gdyż naprawdę warto. Możecie być mile zaskoczeni! 
Kilka zdjęć z serialu:
źródło

Zobacz inne posty tej autorki 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia