Powrót do przeszłości

Weszliśmy do Krainy Czarów bocznym wejściem. Już stojąc w drzwiach, możemy ujrzeć czarną, lekko oświetloną norę, której końca nie widać. Czujemy się pewnie, bo wszyscy znamy wyjście. Racjonalizm podpowiada nam, że możemy opuścić to miejsce w każdej chwili. Możemy powrócić do przyziemnego świata, z którego przybyliśmy tylko na chwilę, jakby w odwiedziny. Urzekająca i niepokojąca sceneria trzyma nas jednak w miejscu, a potem już jest za późno.
 
Czekamy na Nią. Przecież dla Niej tu przyszliśmy. Jak będzie wyglądać? Czy przeżyje kolejne przygody? Może zje ciasteczko i stanie się bardzo mała. Albo pobiegnie za królikiem, który nieustannie będzie odmierzał czas. To pełne napięcia czekanie. Coś słychać z góry. Jakiś huk i narzekanie. Ktoś idzie. I w końcu Ją widzimy. Ale nie ma dziewczęcej sukienki, długich blond włosów i dziewiczego uśmiechu. Przychodzi ze sklepowym wózkiem i widoczną siwizną. Garbi się i skrzeczy. To nie ta Alicja, którą poznaliśmy kiedyś. 
 
Alicja ma siedemdziesiąt sześć lat i ponownie trafia do Krainy Czarów. Z początku nie wie, gdzie jest. Widzi porozrzucane papiery i różnorodne przedmioty, których nikt od dawna nie dotykał. Otacza ją bałagan, lecz paradoksalnie jest to bałagan bardzo uporządkowany. Wystawia oczom Alicji wszystko to, co powinna zobaczyć. I gdy patrzy na rzeczy, które już kiedyś widziała, zaczyna sobie przypominać. Przez następną godzinę mamy do czynienia z Alicją, która jeszcze raz próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, lecz ciągle wpada w jej sidła, nie mogąc się z nią uporać. 
 
 

Krakowski Teatr Odwrócony to bardzo klimatyczne, choć niewielkie miejsce, kreowane przez ludzi z pasją. Przychodząc do przyjemnego zaułka, rozmawiając z dyrektorem – Szymonem Budzykiem – i wreszcie oglądając kolejne spektakle, trudno zaprzeczyć słowom, którymi twórcy Odwróconego określają swój teatr. Wizja. Tu wszystko jest konsekwentnie realizowaną wizją. Ich najnowsze dzieło – A7ICJ6 – również. Ten konkretny spektakl, będący pełną zmyślnej narracji wystawą lalek, jest dosyć wyjątkowy dla samego teatru. Lalki pojawiają się tu po raz pierwszy. Co więcej – zdają egzamin. I gdyby na stałe wpisały się w repertuar Odwróconego, nikt nie powinien narzekać. Zwłaszcza że zostały stworzone z zamiłowaniem do szczegółów, dokładnie i wiernie odzwierciedlając ich prototypy. Autorka lalek, a jednocześnie pomysłodawczyni spektaklu i aktorka – Helena Osak – stworzyła m.in. Kapelusznika, Marcowego Zająca i Kota z Cheshire. 

 
 

Większość z nas zna historię Alicji – jasnowłosej dziewczynki, która przez przypadek trafia do dziwnej krainy, gdzie zaprzyjaźnia się ze zwariowanymi bohaterami, a jednocześnie otrzymuję misję zwalczenia panującego w owej krainie zła. Historia okraszona jest niespotykanymi wydarzeniami, absurdalnymi dialogami oraz aluzjami dotyczącymi wyobraźni i snu. Pierwotnie opisana przez Lewisa Carolla, doczekała się wielu ekranizacji; ostatnia z nich dopiero co widniała na afiszach kinowych.

 
W spektaklu Teatru Odwróconego nie uraczymy jednak tej znanej nam historii, ale jej dotkliwe konsekwencje. W efekcie ujrzymy obraz smutny i melancholijny w całej swej wesołości. Alicję, która wspominając swoją przeszłość, przeżywa chwile gwałtownej radości, lecz zaraz znów podupada, przytłoczona mnogością obrazów i głosów. Próbuje ignorować irytujące wołania, lecz ulega im, wyciągając z szafy zakurzone postacie, o których chciała zapomnieć. Ustawia lalki i pozwala im mówić –poddaje się za każdym razem. A potem spełnia ich prośby, licząc na to, że może zmienić przeszłość, w której popełniła wiele błędów. Nie wie, że prawdziwy powrót nie jest możliwy. Nie wie, że to miejsce dawno zgasło, stając się więzieniem dla jej umysłu, które ogranicza ją od lat. To przez nie jest nieszczęśliwa i zgorzkniała. 
 
 

W tym wszystkim lalki stanowią element iście metafizyczny. Ich odbijający się echem od ścian głos hipnotyzuje. Wszystkie wprowadzają widza w wyjątkowy klimat. I nie ma już dla niego ratunku, nie ma wyjścia. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w Krainie Czarów ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo lalki nie mówią do Alicji. Mówią do nas. O początku i końcu, dobru, złu i ostateczności, o realności i wyobraźni, o smutku, niewoli i zapomnieniu. Są niczym wewnętrzne głosy – nieruchome, odległe, a jednak siedzące wśród nas. Tak naprawdę to one budują panującą na dnie nory atmosferę.

 

Na największy podziw zasługuje Helena Osak – w świetnym stroju i charakteryzacji, odpowiednio modelując głos i przekonująco odgrywając swą rolę, każe nam pytać samych siebie, w jakim wieku może być stojąca przed nami aktorka. Trudno uwierzyć, że ona jedna była pomysłodawcą, reżyserem, aktorem i twórcą lalek dla tego spektaklu. Wkład pracy, jaki włożyła w ową realizację, jest namacalnie widoczny przez cały czas trwania przedstawienia. Naturalność aktorki urzeka, a ona sama wciąga nas w wir refleksji i wspomnień. Ze zgrozą odkrywamy, że każdy z nas wraca podświadomie do wydarzeń z przeszłości, które uwarunkowały to, kim jesteśmy teraz. Zapominamy, że przeszłość nie jest wyrokiem dla przyszłości, że nie stawia na niej krzyżyka. Wracamy do niej, bo nie umiemy się z nią rozliczyć, bo wolimy się umartwiać niż iść do przodu. Rzecz prosta, przedstawiania wielokrotnie za pomocą wielu dziedzin sztuki, lecz tutaj ukazana w wyjątkowej, chwytającej za serce narracji. Wykorzystanie Alicji w Krainie Czarów jako nośnika tak powszechnych prawd jest bez wątpienia czymś nowym i wyjątkowym, a dzięki bardzo dobremu wykonaniu – także poruszającym. 

 
Wiemy, że Alicja musi opuścić Krainę Czarów. Choć nie wiemy, czy jej pobyt tutaj trwa godziny czy dni, wiemy, że po raz kolejny odnajdzie drogę powrotną. Alicja znajduje lalkę, którą kochała, będąc dzieckiem. Znajduje ją wśród tych wszystkich przedmiotów z przeszłości i zabiera ze sobą, wychodząc. Siedzimy w pustej krainie, myśląc, że nie wzięła stąd jedynie zabawki, ale część siebie, którą zostawiła w tym miejscu przed laty. Czy to oznacza, że już nigdy nie wróci? Że po naszym wyjściu, Kraina Czarów legnie w gruzach, bo Alicja zabrała tę cząstkę, która raz po raz ściągała ją na dno nory? A może zostawiła uchylone drzwi, by jeszcze kiedyś powrócić po cichu i bez świadków? Być może ta lalka to fragment miejsca, z którym Alicja nie potrafi się rozstać. W końcu wszyscy potrzebujemy Krainy Czarów.

Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi od razu…

Teatr nieustannie przekracza granice. Ten testuje wytrzymałość zarówno widzów, jak i aktorów. Głośne Dziady Michała Zadary zaangażowały niemal cały zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu i zrzeszyły ogromną liczbę widzów niezłomnych, dla których spędzenie blisko czternastu godzin w teatrze jest jedynie przyjemnością. Oto Zadara jako pierwszy zdecydował się zrealizować czteroczęściowy dramat Adama Mickiewicza w całości, bez żadnych skrótów. W dodatku zrobił to z pomysłem, nieustannie bawiąc się konwencją. Twórcy wciągnęli widzów w niesamowity rytuał dziadów i towarzyszące mu zdarzenia, nie pozwalając nikomu zasnąć, nie pozwalając ulec zmęczeniu. I to akurat na kilka dni przed Świętem Zmarłych…

Lucky Man

Jest 22 lutego 2015 roku. Cate Blanchett wychodzi na scenę hollywoodzkiego Dolby Theatre, w ręku trzymając złotą kopertę. To już 87. gala rozdania Oscarów. W kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy” nominowanych jest pięciu aktorów. Gdy Blanchett czyta wyróżnione nazwisko, cała sala reaguje gromkimi brawami. Tylko zwycięzca nie do końca wierzy w to, co usłyszał. W jego reakcji widać szczere zaskoczenie, radość dziecka, które otrzymało najlepszy świąteczny prezent. Eddie Redmayne odbiera Oscara, wygłaszając chaotyczną, nieskładną i pełną uroku mowę. Chyba nadal nie wierzy, chyba nie wie, co ze sobą zrobić. Mówi o sobie lucky man, czyli po prostu szczęściarz. 
Eddie Redmayne nigdy nie studiował aktorstwa. Do uczęszczania na zajęcia teatralne namawiali go rodzice. Studiując historię sztuki na uniwersytecie w Cambridge, występował w National Youth Music Theatre. Choć jego debiut przypadł na rok 2002, w castingach zaczął uczestniczyć zdecydowanie wcześniej. W wieku dwunastu lat wziął udział w przesłuchaniu do Ryszarda III, jednak został odrzucony przez samego sir Iana McKellena, odtwórcę głównej roli. W jednym z wywiadów Redmayne wyjawił, że ujrzenie sir Iana w filmowej wersji dramatu ostatecznie rozbudziło jego zainteresowanie teatrem, które zaowocowało dziesięć lat później pierwszym profesjonalnym występem na deskach Shakespeare’s Globe. Właśnie tam dwudziestoletni wówczas aktor wcielił się w postać udającej chłopca Violi, bohaterki komedii Szekspira Wieczór Trzech Króli.
 
W przedstawieniu zrealizowanym wedle zasad sceny elżbietańskiej wszystkie role grali mężczyźni. Na pierwszy sukces Eddie Redmayne nie musiał czekać długo – po swym udziale w sztuce Edwarda Albee: Koza, albo kim jest Sylwia? został wyróżniony nagrodą Critics Circle Theatre Award dla najlepszego początkującego aktora. Natomiast w 2010 roku stał się szczęśliwym posiadaczem prestiżowej nagrody Laurence’a Oliviera za swą rolę w głośnej sztuce Red, która zyskała sławę nie tylko w rodzimej Wielkiej Brytanii, ale także na nowojorskim Broadwayu. Tamtejsi krytycy również docenili talent Redmayne’a wręczając mu statuetkę Tony.  
 
Od początku najważniejszy był teatr. Kino stanowiło jedynie rozrywkę, która ˜– jak do pewnego momentu twierdził sam Eddie – nie niosła za sobą żadnej nauki. W rodzinnym domu aktora nie oglądano wielu filmów, a i on nie przejawiał zainteresowania tą dziedziną. Odkąd zacząłem występować profesjonalnie, to zawsze był teatr. Jestem prawdziwym ignorantem, jeśli chodzi o filmy, ale robię postępy – powiedział w jednym z wywiadów, wspominając również, że podczas kręcenia Kochanic króla (2008) Scarlett Johansson skomponowała dla niego całą listę produkcji, które powinien obejrzeć. Torturowany przez kolegów aktorów zaczął zgłębiać swą wiedzę na temat filmów, a ich oglądanie stało się nie tylko wciągające, ale i inspirujące. Teraz Eddie Redmayne mówi wprost: Moje życie to film. 
 
Początki jego kariery filmowej sięgają 2006 roku. Po epizodycznej roli w miniserialu HBO Elżbieta I dołączył do obsady kryminału Like Minds, gdzie zagrał oskarżonego o morderstwo nastolatka. Rok później, u boku Julianne Moore, wystąpił w dramacie Uwikłani. Potem ponownie zmierzył się z osobą królowej Elżbiety w nagrodzonym Oscarem za najlepsze kostiumy filmie Elizabeth: Złoty Wiek. Nie opuszczając dworskich realiów, wcielił się w postać Williama Stanforda, bohatera dramatu historycznego Kochanice króla (2008). Do średniowiecza powrócił raz jeszcze trzy lata później, dzięki swemu udziałowi w nagradzanym serialu Filary Ziemi. W Błękitnym deszczu (2009) jako młody grabarz odwiedzał należący do Patricka Swayze klub ze striptizem, a w Czarnej śmierci (2010) przywdział habit mnicha. Jako asystent sir Laurence’a Oliviera w Moim tygodniu z Marilyn (2011) pokazywał hollywoodzkiej gwieździe uroki Anglii. Za tę rolę otrzymał pierwszą nominację do Nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej. Potem było już tylko lepiej.
 
W grudniu 2012 na ekrany kin wszedł nowy film Toma Hoopera – Les Miserables: Nędznicy. Był to musical pod pewnymi względami wyjątkowy, ponieważ wszystkie partie śpiewane nie zostały nagrane w studiu; aktorzy wykonywali je na żywo. Za rolę Mariusa Eddie Redmayne otrzymał kilka prestiżowych nagród i nominacji. Sam film został wyróżniony trzema Oscarami, trzema Złotymi Globami i aż pięcioma statuetkami BAFTA. Jednak przełom w karierze Brytyjczyka miał nastąpić dopiero wraz z wcieleniem się w postać słynnego astrofizyka Stephena Hawkinga w głośnej Teorii wszystkiego (2015). Na przygotowanie się do roli Eddie miał kilka miesięcy. Zdołał poznać całą rodzinę Hawkinga, a przy okazji wiele osób cierpiących na stwardnienie zanikowe boczne, znane jako ALS. Rozmawiał z nimi, uczył się, a ciało trenował z pomocą tancerza. Najbardziej stresujące było spotkanie z astrofizykiem. Po wielu miesiącach czytania na jego temat, po próbach zrozumienia jego teorii, a także czasie spędzonym z innymi chorymi Eddie przyszedł i przez pierwsze pół godziny starał się powiedzieć wszystko, co wie na jego temat. Potem zaczęli rozmawiać o chorobie. Dla twórców było ważne, aby przedstawić wszystkie jej aspekty, dlatego Eddie chciał jak najwięcej wiedzieć chociażby o głosie Stephena. Ważne było także ukazanie jego ogromnego poczucia humoru. Chociaż może poruszać tylko kilkoma mięśniami, emanuje witalnością, dowcipem i kokieterią – wyznał aktor w trakcie pracy nad filmem. Rola kosmologa przyniosła mu nie tylko sławę, ale także Oscara i aprobatę oraz dumę samego Hawkinga, który nie omieszkał wspomnieć o tym za pośrednictwem portalu społecznościowego.
 
Odbierając Nagrodę Akademii Filmowej, wiedział, że wkrótce czeka go kolejne wyzwanie. Trzy lata wcześniej, podczas kręcenia Les Miserables, otrzymał od Toma Hoopera scenariusz. To może być najlepszy tekst, jaki przeczytasz, usłyszał. Wrócił następnego dnia. Jego odpowiedź była krótka: Wchodzę w to. Od tamtej pory zaczęły się jego trzyletnie przygotowania do wyświetlanej obecnie w kinach Dziewczyny z portretu. Rola żyjącej na początku XX wieku Lili Elbe, która przez wiele lat funkcjonowała w ciele mężczyzny, zapewniła mu kolejną nominację do prestiżowej nagrody. Sam Eddie twierdzi, że owa rola była dla niego wyjątkowym darem – zdołał poznać wiele podobnych do Lili osób, które zmieniły jego postrzeganie transseksualizmu i transpłciowości, a także pomogły mu w kreowaniu postaci. Dzięki nim bardzo wiele się nauczył i bardzo wiele zrozumiał. W jednej z wypowiedzi wyraził nadzieję, że Dziewczyna z portretu, opowiadająca o wyjątkowej, pięknej miłości, uczyni życie ludzi transseksualnych lepszym. Tom Hooper zapytany o dobór obsady odpowiedział: Wielokrotnie myślałem, kogo jeszcze mógłbym zaangażować, ale mój instynkt zawsze podpowiadał mi Eddiego.
 
Wielu aktorów przez całą karierę czeka na role podobnej wagi. Eddie Redmayne ma trzydzieści cztery lata, zdołał zmierzyć się już z dwiema, a wiele jeszcze przed nim. Właśnie otrzymał główną rolę w produkcji Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć według scenariusza J.K. Rowling, autorki cyklu powieści o Harrym Potterze. Większość czasu spędza w rezerwatach przyrody z trenerami zwierząt. Nowym wyzwaniem jest bardzo podekscytowany. Pytany o swój sukces zawsze ma jedną skromną odpowiedź: I’m a lucky man (ang. Jestem szczęściarzem). Trudno nie odnieść wrażenia, że obsypywany laurami czuje się nieswojo. Rzadko też potrafi zachować powagę; jego radość jest naturalna i szczera, a przemowy – pełne uroku i niedowierzania we własny sukces. Z zaangażowaniem opowiada o postaciach, które zdołał wykreować. Widać, ile pracy włożył w ich poznanie i zrozumienie. Lubi grać interesujące osoby, ale jak sam żartobliwie twierdzi: pierwszym marzeniem aktora jest zatrudnienie. Nagły wzrost sławy nie zmienił jego codzienności. Dzień po otrzymaniu Oscara wrócił do rodzimej Anglii i poszedł na zakupy do supermarketu. I to jest moja rzeczywistość – mówi. – Robię normalne rzeczy, potem jadę na festiwale filmowe ubrany w pożyczone ciuchy, pojawiam się na premierach i opowiadam o swoich pasjach. Ale ostatecznie wracam do normalności; do rodziny i przyjaciół.

Był albo nie był, oto jest pytanie…

Wierzę w Szekspira. Nie stawiam mu ołtarzy i nie odprawiam modłów nad jego dziełami, ale wierzę. Może dlatego, że wielu próbowało i próbuje podważyć jego istnienie. Słusznie czy niesłusznie, zdecydowanie jestem po stronie tych, którzy twierdzą, że Szekspir naprawdę żył. Trudno powiedzieć, na ile jest to prawdziwe przekonanie, a na ile usilne pragnienie, aby była to prawda. Obojętnie jednak, czy to prawda czy złudzenie – ja wierzę. A reszta jest milczeniem.

Laurence Olivier Awards

Najpierw było Cafe Royal; niewielkie, ale popularne miejsce spotkań. Tu siedział niegdyś Oscar Wilde, Virginia Woolf, Brigit Bardot czy Winston Churchill. Ponad stuletni renomowany lokal był dobrym miejscem na rozdanie kilkunastu nagród; tak zapewne pomyśleli członkowie Zrzeszenia Teatrów Londyńskich, którzy w roku 1976 postanowili wyróżnić najlepsze brytyjskie spektakle, komedie i musicale. I nie mogli wiedzieć, że czterdzieści lat później owo wyróżnienie będzie najbardziej znaczącą nagrodą teatralną w całej Wielkiej Brytanii. 

Gdy myślą wracamy do wybitnych twórców filmowych i teatralnych, mamy przed oczyma wiele twarzy, a jedną z nich powinien być Sir Laurence Olivier, słynny aktor szekspirowski, autor jednej z najbardziej popularnych adaptacji Hamleta, a także zdobywca dwóch Oscarów; w tym za całokształt twórczości. O jego dorobku można by pisać niekończące się eseje, a rozmawiać – godzinami. Być może dlatego wymienione wyżej Zrzeszenie Teatrów Londyńskich zapragnęło go uhonorować. Był rok 1984, gdy Laurence Olivier zgodził się, aby jego imieniem nazwano powstałą osiem lat wcześniej nagrodę. W skrócie nazywamy ją Larrie.
Jak już wspomniałam, najpierw było Cafe Royal, dziś jest Royal Opera House, a wedle tego, co zapowiedział Michael Ball, w przyszłym roku ceremonia odbędzie się w Royal Albert Hall (swoją drogą to bardzo ciekawe, że nazwy większości ważnych instytucji w Anglii rozpoczyna przymiotnik: royal). Zrzeszenie Teatrów Londyńskich przeszło czterdziestoletnią drogę od znanej restauracji do sali koncertowej mieszczącej osiem tysięcy osób, a w międzyczasie stworzyło ważącą ponad półtora kilograma statuetkę z podobizną Oliviera jako Henryka V, która teraz stanowi ogromne wyróżnienie; skarb, będący marzeniem każdego brytyjskiego aktora. Na corocznej gali pojawiają się najsłynniejsi twórcy filmowi i teatralni, a także muzycy, komicy oraz przedstawiciele wielu instytucji. Trwająca ponad trzy godziny ceremonia jest pełna humoru, dynamiczna i ciekawa, ponieważ oprócz przemów laureatów i żartów prowadzących można zobaczyć na żywo fragmenty musicalów oraz inne występy muzyczne. 3 kwietnia 2016 – wyobraźmy sobie tę ilość ważnych osobistości rzucających promienne uśmiechy z czerwonego dywanu, wyobraźmy sobie wnętrze starej opery i poczujmy ten charakterystyczny niepokój związany z wyczekiwaniem. Gdy to się stanie, możemy usiąść między twórcami, których kariery śledzimy od lat i razem z nimi czekać, co się wydarzy na czterdziestej gali rozdania Nagród im. Laurence’a Oliviera.
Wydarzyło się wiele, co zapewne nikogo nie dziwi; przecież wszyscy wiemy, jaki charakter mają podobne gale. Ta jednak uwodziła swoją klasycznością – pozbawiona była porywających efektów specjalnych, multimediów i przepychu, nie miała też charakteru politycznego, jak chociażby ostatnie Oscary. Widz nie był odsyłany do czerwonego dywanu, a kamery nie pokazywały tysięcy fanów stojących przed operą. Ten brak fleszy, dziesiątków dziennikarzy i nieustannych krzyków powodował, że całe przedsięwzięcie bardzo zyskało na swym wydźwięku; stało się niemal kameralne i dla oglądającego poniekąd intymne, dzięki czemu mogliśmy czuć, że przebywamy w teatrze, a nie w komercyjnej machinie. Ceremonię otworzył występ Imeldy Staunton, która wykonała jedną z piosenek z musicalu Gypsy. Znana m.in. z roli Dolores Umbridge w serii filmów o Harrym Potterze aktorka zaprezentowała wspaniały pokaz swych umiejętności wokalnych; jej mocny, wypełniający całą operę głos, wzbudzał dreszcze. Za swój występ otrzymała owacje na stojąco. Wszystkich obecnych na gali przywitała wdowa po Sir Laurence’ie Olivierze – Joan Plowright. Choć sama była nieobecna, przemawiała z ekranu, gratulując nominowanym, życząc im powodzenia i wspominając swojego zmarłego męża. Później scenę przejął prowadzący Michael Ball, aktor musicalowy i laureat nagrody z roku 2006. Jego wypowiedzi były zabawne, lecz żarty zawsze mieściły się w granicach dobrego smaku. Nie przeciągał wypowiedzi, a jednocześnie urozmaicał zapowiedzi kolejnych występów, wkładając różne elementy strojów, które kojarzyły się z danym musicalem. W ten sposób mogliśmy go zobaczyć zarówno w roli kowboja, jak i udekorowanego ogromnymi pióropuszami czy chodzącego w wysokich czerwonych butach na obcasie. Wszystkiemu towarzyszyły oczywiście zabawne komentarze Balla; bez wątpienia dbał on o płynny przebieg gali. Interesujące były również same występy, wśród których największe brawa zebrały: wspomniana już Imelda Staunton, która później otrzymała nagrodę w kategorii Najlepsza Aktorka w Musicalu, oraz obsada Kinky Boots z Mattem Henry; laureatem w kategorii Najlepszy Aktor w Musicalu. Ich dynamiczny, szczegółowo dopracowany choreograficznie taniec do piosenki Sex is in the Heel wywierał ogromne wrażenie; aż trudno uwierzyć, że mężczyźni potrafią poruszać się w taki sposób, mając na sobie szpilki! Nie były to jednak jedyne występy tego wieczoru. Widzowie zostali uraczeni fragmentami takich musicali, jak: Bugsy Malone, Guys and Dolls, czy In The Heights, które również dostarczyły nie lada rozrywki. Organizatorzy ceremonii zadbali o to, aby stojący przed operą fani oglądający przedstawienia i koncerty na scenie portalu ITV mogli stać się częścią uroczystości. Nagroda publiczności została wręczona właśnie tam, a otrzymał ją musical Upiór w Operze
Statuetki przyznawano w dwudziestu siedmiu kategoriach. Rozpoczynając od teatru, przez operę i widowiska taneczne, aż po musicale. Za najlepszą wznowioną sztukę uznano Ma Rainey’s Black Bottom, która pokonała m.in. Hamleta z Benedictem Cumberbatchem, Niebezpieczne Związki z teatru Donmar Warehouse, czy Zimową Opowieść w reżyserii Kennetha Branagh’a. W kategorii komediowej zwyciężyła sztuka Nell Gwynn, a za największe osiągnięcie w teatrach afiliowanych uznano rolę Pata Kinevana w Fishamble for Silence. W czterech konkurencjach niezrównany okazał się musical Gypsy; otrzymał statuetki za najlepszą reżyserię świateł, najlepszą aktorkę w musicalu, najlepszą drugoplanową aktorkę w musicalu oraz najlepszy wznowiony musical. Za choreografię, największe osiągnięcie muzyczne oraz najlepszego aktora drugoplanowego w musicalu (David Bedella) wyróżniony został In The Hights. Trzy statuetki otrzymał również mówiący o akceptacji Kinky Boots – za najlepszy musical, kostiumy oraz aktora pierwszoplanowego. Piosenki do przedstawienia napisała sama Cyndi Lauper, która – obecna na gali – zaśpiewała na żywo jeden ze swych największych przebojów True Colors. W krótkiej przemowie twórcy musicalu apelowali, aby każdy z nas uczył się akceptować siebie samego i innych, gdyż tylko dzięki temu świat może być lepszy. Zaskoczeniem nie okazała się nagroda dla Denise Gough jako najlepszej aktorki w traktującym o problemie uzależnienia spektaklu People, Places & Things, który został wyróżniony także za dźwięk. Za najlepszą sztukę uznano Hangmena. Ten sam spektakl wygrał w kategorii na najlepszą scenografię. Najlepszym drugoplanowym aktorem okazał się Mark Gatiss (Three Days in the Country). Pokonał m.in. znanego z roli Herkulesa Poirota – Davida Sucheta. W kategorii na najlepszego aktora pierwszoplanowego wygrał natomiast Kenneth Cranham za rolę w spektaklu The Father, pokonując tym samym Cumberbatcha, Branagha i tegorocznego zdobywcę Oscara – Marka Rylance’a. Największe brawa otrzymała jednak jedna z najwybitniejszych brytyjskich aktorek – Judi Dench, która w tym roku zdobyła swą ósmą (sic!) statuetkę, tym samym ustanawiając rekord. Zwyciężyła w kategorii na najlepszą aktorkę drugoplanową rolą w Zimowej Opowieści
Nagrody przyznano również operom. Bezkonkurencyjna okazała się Cavalleria Rusticana/Pagliacci, produkcji Royal Opera House. Największym osiągnięciem operowym okrzyknięto natomiast chór i orkiestrę English National Opera. W kategoriach tanecznych zwyciężyły: Woolf Works za najlepszy spektakl taneczny oraz Alessandra Ferri za swój występ w Cheri. Najlepszym spektaklem familijnym został Showstopper! The Improvised Musical
Choć większość uroczystości utrzymana była w pogodnym nastroju, pełnym żartów i zabawnych anegdot, nie odbyło się bez kilku poważnych momentów. Jednym z nich było kilkuminutowe wspomnienie wszystkich zmarłych twórców ostatniego roku, wśród których wymieniono m.in. Alana Rickmana. Na ważne sprawy zwróciła także uwagę jedna z prezenterek – Juliet Stevenson, oddając hołd organizacji Good Chance, która stworzyła – jak sami to nazywają – teatr nadziei w obozie dla uchodźców w Calais, gdzie mogą oni oglądać filmy, przedstawienia, napić się ciepłej herbaty i spędzić wspólnie czas, zapominając o tragedii, którą przeżyli. 
Jednym z najpiękniejszych momentów gali było nawiązanie do odbywającej się w tym roku 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira. Z tej okazji mowę wygłosił Rory Kinnear, aktor teatralny i filmowy, znany m.in. z roli w serialu Dom Grozy. W pięknych słowach wymienił, ilu aktorów spośród zwycięzców otrzymało statuetkę Laurence’a Oliviera właśnie za role szekspirowskie, wspomniał o wielkości Szekspira mówiąc, że po czterystu latach jego sztuki nadal uwodzą. Stwierdził też, że dobytek tego wybitnego pisarza jest wart każdej ceny, a na końcu wspomniał Alana Rickmana i jego wyjątkową inicjatywę – stworzenia albumu z sonetami Szekspira, którego tytuł brzmi When Love Speaks (ang. gdy miłość przemawia). Jego mowę zwieńczył występ Jack’a Savorettiego, który wzruszająco zaśpiewał Sonet XVIIII. 
Ponieważ Nagrody im. Laurence’a Oliviera obchodziły czterdziestolecie, nie mogło zabraknąć wielu nawiązań do tej liczby. Przede wszystkim, podczas imprezy wyemitowano dwa kilkuminutowe filmy, wracające wspomnieniami do zwycięskich produkcji z poprzednich lat. Wymienione spektakle komentowali reżyserzy teatralni oraz aktorzy. Całą uroczystość natomiast zwieńczył zbiorowy występ wielu musicalowych gwiazd, które wspólnie zaśpiewały piosenkę What I Did For Love z przedstawienia The Chorus Line, które zwyciężyło podczas pierwszego rozdania nagród w roku 1976. Trudno wyobrazić sobie bardziej wzruszające zakończenie uroczystości niż wspólne cofnięcie się myślami o cztery dekady wstecz. Zwłaszcza, gdy piosenkę wykonało kilkanaście kobiet w różnym wieku, z różnych pokoleń i reprezentujących różne teatry. Ich występ na te kilka minut zjednoczył te pokolenia we wspólnej refleksji. I w tym wszystkim najpiękniejsza była pewna naturalność; brak wyćwiczonych ruchów, spontaniczne złapanie za dłonie czy obrót w czyjąś stronę. I choć przebieg ceremonii na pewno był ćwiczony, nie zdawał się wystudiowany. Nikt nie próbował na siłę wywoływać emocji, mowy zwycięzców były bardziej spontaniczne, niż zaplanowane, a prezenter niemal w ogóle nie poruszał tematu polityki. Tu najważniejsza była sztuka. I to sztuka najwyższej próby; taka, którą ludzie są szczerze zainteresowani, bo jak powiedział prowadzący – w ostatnim roku więcej ludzi w Anglii obejrzało spektakle teatralne, niż mecze Premier League.

Judi Dench

 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia