Ach, ten przeklęty Potter!

Pamiętam, że kiedy stałam w szkolnej bibliotece, aby wypożyczyć egzemplarz Harry’ego Pottera i Kamienia Filozoficznego, musiałam zapisać się na dosyć długą listę oczekujących. Nie pamiętam, gdzie zasłyszałam wzmiankę o książce, lecz wiem, że przyciągnęło mnie do niej zainteresowanie innych dzieci. Miałam niecałe osiem lat, buka na punkcie czytania i brak ulubionych pozycji, nie licząc słynnego Na jagody Marii Konopnickiej (dopiero w szkole średniej odkryłam, że zainteresowanie literaturą dziecięcą autorstwa Konopnickiej było wprost proporcjonalne do znudzenia, które żywiłam względem jej „dorosłych” tworów). Dopiero co przeprowadziłam się z jednego osiedla na drugie, droga do sklepu była dla mnie labiryntem, a dzieci na podwórku kolejnymi Minotaurami, z którymi trzeba było się zmierzyć. Gdy na liście oczekujących przyszła wreszcie pora na moje nazwisko, byłam w trudnej fazie życia, gdy każdego dnia o godzinie dwudziestej pierwszej musiałam odkładać książkę i gasić światło. Pierwsza część z serii przygód o Harrym Potterze była najobszerniejszą powieścią, jaka trafiła wtedy w moje ręce.

Każdy ma coś, co utkwiło mu w pamięci z okresu dzieciństwa. Pamiętamy wyjątkowe smaki, setki gier, zabawę w gumę i robienie fikołków na trzepaku. Ja pamiętam też zupę pomidorową, którą jadłam z tatą z jednego talerza. I pamiętam jeszcze jeden moment: gdy po raz pierwszy wzięłam do ręki powieść o młodym czarodzieju. Wiele książek trzymałam w dłoniach, ale właśnie ta ukształtowała całe moje dzieciństwo i uczyniła je zapamiętanym. Co więcej – sprawiła, że przetrwało ono we mnie do dziś, i to wcale nie skryte bardzo głęboko. Więc gdy po blisko trzynastu latach od „pierwszego razu” ściągnęłam ze sklepowej półki Harry’ego Pottera i przeklęte dziecko byłam tak samo podekscytowana jak wtedy. Po dziewięciu latach od ostatniego tomu powieści wszystko wróciło. Ach, ten przeklęty Potter! Ciągle powraca…

Od kilku miesięcy spotykam się z dziesiątkami opinii na temat nowego tworu J.K. Rowling, Jacka Thorne’a i Johna Tiffany’ego. Wielu czytelników sięgnęło do oryginalnej wersji dramatu, nie czekając na polską premierę. Ja – mimo dziesiątek spoilerów, którymi zostałam obdarowana – czekałam na 22 października. Mimo wielu zawiedzionych głosów byłam podekscytowana. Z tą ekscytacją poszłam na premierę w krakowskim Empiku, z której wyszłam po godzinie – organizacja przedsięwzięcia była nieciekawa i skorygowana pod najmłodszych odbiorców, co bardzo mnie zawiodło, lecz o tym innym razem. Ostatecznie książkę kupiłam wczoraj. Zaczęłam czytać również wczoraj. I skończyłam… też wczoraj. Zapewne wielu czeka, aż dosadnie napiszę, jak bardzo zawiedziona jestem. Problem w tym, że nadal jestem podekscytowana. Umówmy się: Harry Potter i przeklęte dziecko jest ogromnym problemem dla milionów fanów i antyfanów oryginalnej powieści. Zupełnie nie pasuje do tego, co było wcześniej, wyróżnia się, odstaje. Nie do końca wiadomo, jak to sklasyfikować i gdzie przyporządkować. Ani to prequel, ani sequel. Ba! to nawet Harry Potter nie jest! W dodatku podany w zupełnie nowej formie z fabułą, która – wedle zarzutu – bardziej przypomina fan fiction niż kontynuację rzeczywistych losów głównego bohatera. Przy takim natłoku nowości i zmian jest całkiem normalnym zjawiskiem, że tworzą się dwa obozy fanowskie: jeden, który na przekór wszystkiemu kocha nową książkę, bo to Potter i zbrodnią byłoby powiedzieć złe słowo na jego temat, oraz drugi – dyplomatycznie wyjaśniający, że autorka zapragnęła kolejnego przypływu gotówki, a nowy twór w niczym nie umywa się do poprzednich powieści. Bo tak. I już.

W takim wypadku warto zastanowić się, gdzie leży problem, bo przecież gdzieś musi. I nie mówię tu o opiniach nadmiernie pozytywnych, bo bezkrytyczne spojrzenie względem ulubionych autorów, muzyków czy innych idoli jest bardzo powszechne i zauważalne w każdej fanowskiej grupie. Mówię jednak o fali zawodu, która zalała internet po premierze angielskiej wersji Przeklętego dziecka. Z początku nieco mnie ona zaskakiwała, lecz odkąd sama sięgnęłam po sztukę, moje zdziwienie zniknęło szybciej, niż się pojawiło. Po pierwsze, dramat jest specyficznym gatunkiem, który po prostu trzeba umieć czytać. I jeśli wcześniej nie miało się w ręce żadnego innego (a przypuszczam, że Przeklęte dziecko było pierwszą sztuką, jaką niektórzy czytelnicy widzieli), a wybierano z reguły powieści, to lektura wcale nie będzie prosta, bo – niestety – dramatu nie można czytać bezmyślnie jednym ciągiem. Tu nie ma opisu emocji bohaterów, nie ma wykreowanego otoczenia, nie ma narratora ani nikogo innego, kto przedstawi nam zapisaną historię. Są tylko didaskalia, przybliżające scenografię oraz ewentualnie kostiumy. Oprócz tego dialogi – i na ich podstawie musimy wywnioskować, co bohaterowie czują, w jakim znajdują się stanie emocjonalnym i co myślą. To pierwsza i w zasadzie największa trudność, z jaką czytelnik musi się zmierzyć, chcąc bezpiecznie przebrnąć przez sztukę Rowling, Thorne’a i Tiffany’ego. Niestety, wielu zapomina, że scenariusza nie można oceniać przez pryzmat powieści. Ci, którzy w Przeklętym dziecku szukają klimatu wykreowanego w siedmiotomowej serii, znajdą jedynie rozczarowanie; z kolei ci, którzy zechcą poszerzyć spektrum doświadczeń i popatrzą na tekst przez pryzmat sceny, próbując wyobrazić sobie zaistniałe sytuacje i nadać im charakter – znajdą się znacznie bliżej odnalezienia satysfakcji. Oprócz tego za problem uznano również fabułę, która według wielu fanów bardziej przypomina fan fiction, a nie kontynuację oryginalnej myśli autorki. Nie można temu zaprzeczać, lecz nie sądzę, aby było w tym coś złego; w końcu fan fiction jest małym grzeszkiem wielu z nas. Lubimy je czytać, a nawet jeśli nie, to przynajmniej lubimy sobie wyobrażać alternatywne zakończenia, wymyślne kontynuacje czy ciekawe powiązania między bohaterami.

Sama fabuła dramatu jest naprawdę ciekawa. Na śniadanie otrzymujemy syna Harry’ego, który ku ogólnemu zdziwieniu trafia do Slytherinu, gdzie jako kompana odnajduje sobie potomka Draca Malfoya – Scorpiusa. Do tego dochodzą trudne relacje rodzinne. Albus uważa, że przynosi wstyd sławnemu ojcu, nie znosi Hogwartu i wyraźnie izoluje się od społeczeństwa, cały wolny czas spędzając tylko z młodym Malfoyem. Ten drugi natomiast też za swoim tatą nie przepada, uważając, że najwidoczniej nie jest godny tytułu dziedzica. Przychodzi moment, w którym Potter ma dość bezczynności i chcąc naprawić błędy Harry’ego, postanawia cofnąć się w czasie i przywrócić do żywych Cedrika Digorry’ego. Do swego planu udaje mu się przekonać nawet Scorpiusa, który początkowo wyraźnie stroni od podobnych szaleństw. Po tym, jak beztrosko włamują się do Ministerstwa Magii, by wykraść ostatni zmieniacz czasu, zaczyna się właściwa historia: szalone, nieumiejętne i przede wszystkim niebezpieczne igranie z czasem, które okazuje się bardzo opłakane w skutkach. Jakby tego było mało – na jaw wychodzi, że dziewczyna, której obaj zaufali, w rzeczywistości jest córką samego Czarnego Pana i Bellatrix Lestrange, a jej planem jest przywrócić ojcu życie. Rzeczywiście, brzmi to zgoła fanficowo, nawet niedorzecznie, lecz na pewno ciekawie. Przyjaźń między synami Malfoya i Pottera zawsze była spełnieniem moich fanowskich marzeń (drarry i inne zboczenia), a przedstawienie młodych bohaterów jako zbuntowanych przeciw rodzicom chłopców wydawało mi się jeszcze ciekawsze. Na tej linii nie mogłam odczuć zawodu: Harry Potter i przeklęte dziecko jest kolejną opowieścią, w której jednym z głównych wątków jest siła przyjaźni, w dodatku pięknej i niewinnej, mimo że naznaczonej wieloma dwuznacznościami sprawiającymi, że relacji chłopców można nadawać znaczenie romantyczne. To niedopowiedzenie (nieco zakryte platonicznym uczuciem Scorpiusa do Rose Weasley) fascynuje i przyciąga. Czytelnik z zainteresowaniem czeka na kolejne wydarzenia, zastanawiając się, jak głęboko Albus i Scorpius posuną się w swojej relacji. Osobiście miałam wrażenie, że pociąg młodego Malfoya do córki Rona jest swego rodzaju przykrywką, która ma odciągać myśli od głównej relacji przedstawionej w dramacie. I tu pojawiają się wątpliwości: czy autorzy dokonali tego nieświadomie? Czy może jednak ulegli społecznej presji i nie poruszali tematu tabu, jakim jest seksualność? Teraz i tak nie ma to większego znaczenia, lecz ja kupuję tę subtelność przekazu. Subtelność, która niestety nie objawia się w dialogach między postaciami. Choć relacja nastolatków jest niejasna, wszystkie rozmowy bohaterów nie pozostawiają złudzeń co do ich zamiarów. Słowem: bohaterowie wszystko mówią wprost. Są wylewni, a ich portrety psychologiczne są bardzo wybrakowane. Choć Złotą Trójcę, jaką jest Harry, Ron i Hermiona, znamy od dawna i dzięki powieściom mogliśmy zrozumieć ich charaktery, to nowe postacie poznajemy jedynie pobieżnie, a szkoda, gdyż są to tym razem bohaterowie główni, ciekawi i na pewno warci tego, aby powiedzieć o nich więcej. To zrozumiałe, że za pomocą sztuki trudniej wyciągnąć na wierzch osobowość, jednak nie oszukujmy się – jest to jak najbardziej możliwe. I tu wkrada się mój największy zawód, a jednocześnie zarzut. Mianowicie: tym, co w Harrym Potterze i przeklętym dziecku widać aż za bardzo, jest brak pióra J.K. Rowling. Myślę, że każdy fan jej powieści (nie tylko potterowskich) jest w stanie zauważyć, kiedy za dzieło odpowiada ona, a kiedy nie. Jej przepiękny, obrazowy styl jest powodem, dla którego jej dzieła czyta się szybko i przyjemnie, rozwijając wyobraźnię i nie męcząc umysłu. Tu go brakuje. Obawiam się się również, że nie wszystkie pomysły wyszły spod jej pióra, gdyż szczerze wierzę, że Rowling nadałaby im większe znaczenie. To nie w jej stylu tak szybko rozwiązywać wątki. Nie w jej stylu wykładać wszystko czarno na białym. Nie w jej stylu sprawiać, że bohaterowie wychodzą zwycięsko z każdego zadania. Wykreowana fabuła jest ciekawa i wciągająca, lecz płynie zbyt łatwo. Ach, jak chciałabym się wgłębić w historię Delphini tak, jak niegdyś wciągnięto mnie w życie Toma Riddle’a. Jak chciałabym zobaczyć więcej wydarzeń z perypetii Harry’ego i jego syna. Nie wątpię, że gdyby nowy twór był powieścią, a jego autorstwo w stu procentach przysługiwałoby J.K. Rowling, mogłabym to wszystko otrzymać. Lecz umówmy się: my, jako fani, byliśmy w błędzie. Co gorsza – sami się w ten błąd wprowadziliśmy. Autorka od początku mówiła, że zbliżająca się publikacja to tylko scenariusz, prosta wersja sceniczna. Więcej – nigdy nie mówiła, że to kontynuacja losów Pottera. Przeklęte dziecko nie jest kontynuacją, lecz – wydaje mi się – jednorazową (w słownictwie fan fiction: one-shot) historią. Takim skrawkiem z całego przyszłego życia Harry’ego, który ma być ciekawy i emocjonujący na scenie, który ma być sztuką dostarczającą rozrywki. I właśnie to jest argument, który w zupełności broni nieszczegółowej historii opowiedzianej w dramacie. 

Tu warto powtórzyć co nieco o gatunku, jakim jest dramat, i stwierdzić wprost, że wymaga on od nas więcej. Bo choć zubaża całą warstwę obrazową utworu, ma w gruncie rzeczy wiele plusów. Co piękne w Harrym Potterze i przeklętym dziecku  to nacechowane emocjonalnie dialogi. Choć nie wiemy, jak czuli się bohaterowie, wypowiadając dane słowa, możemy to sobie z łatwością wyobrazić. Dialogi są tak skonstruowane, abyśmy mogli wejść w skórę każdej z postaci. I byłoby to jeszcze lepsze, gdyby bohaterowie rzeczywiście zostali rozwinięci psychologicznie. Mimo zauważalnych braków Harry Potter wciąż wzrusza, śmieszy i wciąga, wciąż przekazuje wartości, a nawet w nienachalny sposób umoralnia. Co więcej – w ciekawy sposób gra z kanonem. Choć możemy się spodziewać, że Harry Potter, słynny czarodziej i bohater, będzie rewelacyjnym ojcem, wcale taki nie jest. Jest po prostu człowiekiem. I to, że sam stracił rodziców, wcale nie oznacza, że będzie tatą idealnym. To, że jest bohaterem świata czarodziejów, nie sprawi, że będzie bohaterem w ojcostwie. Więcej: jego przeszłość odciska trwałe piętno na relacji z dziećmi. Mimo że zło zostało pokonane, on sam żyje we własnej przeszłości, gdyż zbyt wielki ślad na nim pozostawiła. Swoje dzieci natomiast chce przed własną przeszłością uchronić, czym robi im krzywdę. A największą Albusowi, który za żadne skarby nie chce być kojarzony z własnym ojcem. Ta intrygująca gra z kanonem objawia się również w sposobie przedstawienia innych postaci. Mamy tu do czynienia z – o zgrozo! – uprzejmym Severusem Snape’em czy nieco spłyconą Ginny w roli świetnej matki, która swoje dzieci rozumie bardziej niż jej mąż. Widzimy też Dracona, który – choć wciąż odznaczający się niechęcią do Pottera – ma dojrzałe podejście do życia i podobnie jak w Księciu Półkrwi ukazuje swoje emocje szerszej publiczności. Szczególnie wzrusza jego opowieść o utracie ukochanej żony. Tym samym Rowling pokazuje nam obraz Malfoya „nawróconego”, który miał wiele lat, aby przemyśleć błędy przeszłości i nie pójść w ślady rodziców. Przy okazji, dzięki żonie, nabrał pokory. Nie powiem: zobaczenie Draca w tym wydaniu cieszy. Zwłaszcza gdy pokładało się wiarę w jego człowieczeństwo przez wiele lat.

Największym problemem dramatu wydaje się obszerność samej fabuły. Zakłada ona bardzo dużą liczbę wydarzeń, pojawienie się wielu nowych bohaterów, zwroty akcji, a nawet ukazanie alternatywnych światów. Takiej liczby wątków nie sposób przedstawić w jednej sztuce, która przecież nie może trwać cały dzień, która musi być dynamiczna i ciekawa dla odbiorcy cały czas. Twórcy zbyt wiele chcieli umieścić w jednym scenariuszu; wszystkie wątki zaczęli, lecz żadnego nie rozwinęli wystarczająco, pozostawiając czytelnika w świecie domysłów. Paradoksalnie więc całokształt jest ubogi ze względu na jego bogactwo. Sceny zmieniają się szybko, wydarzenia mijają w mgnieniu oka. Twórcy chcieli dać nam wszystko, ostatecznie  nie dając niczego w całości. A gdyby tylko oddać wodze samej J.K. Rowling, nie ingerować w jej twórczość i nie dawać sobie ograniczeń objętościowych – wtedy byłoby to dzieło godne siedmiotomowej serii o młodym czarodzieju. 

W tym wszystkim trzeba przyznać, że pomysł z manewrowaniem czasem jest fascynujący. I tu powiem, że zupełnie nie kupuję zarzutów fanów, wedle których Rowling zmieniła funkcjonowanie Zmieniacza Czasu. Jak dla mnie rozwinęła historię tego przedmiotu, zróżnicowała go i dosadnie wyjaśniła, dlaczego niektóre działają inaczej niż inne. Co więcej – dzięki Zmieniaczowi Czasu czytelnicy mogli ujrzeć coś bardzo interesującego, a mianowicie: alternatywne światy. Między innymi ten rządzony przez Voldemorta lub taki, w którym zbawca czarodziejskiego świata nie żyje. I tu znów pojawiał się zarzucany już błąd: światy były interesujące, lecz pobyt w nich krótki, przez co one same nie zostały wystarczająco rozwinięte. A szkoda. 

Harry Potter i przeklęte dziecko jako dramat jest nie tyle zły, ile niedokończony. Tyczy się to również didaskaliów – skąpych i ubogich, niedających czytelnikowi pojęcia o wyglądzie świata, w którym jesteśmy. Jednak Harry Potter i przeklęte dziecko jako kolejny rozdział z życia czarodzieja wciąga, fascynuje, cieszy,  a nawet wzrusza. Pozwala myślami powrócić do dzieciństwa, wzbudza refleksje i swego rodzaju tęsknotę. Czy naprawdę od tego momentu, kiedy Harry był jedenastoletnim chłopcem, minęło tyle czasu…? Nawet jeśli przypomina fan fic, to ja taki fan fic kupuję z wszystkimi jego błędami. Bo bardzo mnie cieszy, że świat Harry’ego Pottera wciąż jest tak znany i wielki, że wciąż budzi takie emocje, że wciąż nie gaśnie  w zasypie innej literatury. Że nadal są ludzie, którzy chcą go odkrywać, oraz twórcy, którzy chcą nam go dawać. Cieszy mnie popularność tego fandomu i rosnąca liczba fan fiction na jego temat. I w zupełności rozumiem autorkę, która nie umie i nie chce się rozstać ze swoim dziełem. Zwłaszcza jeśli to dzieło było przełomem literatury i wychowało pewne pokolenie. 

PS Draco ma długie włosy!

Les Misérables z perspektywy laika

Pójście na Nędzników do Queen’s Theatre w dzień samego przyjazdu do Londynu było najgorszym pomysłem, na jaki mogłam wpaść. I nie chodzi o jakość przedstawienia, ale o prosty fakt, jakim jest zmęczenie. Blisko trzygodzinne przedstawienie żąda dużych pokładów uwagi, każe mieć otwarte oczy i umysł, a panująca w teatrze ciasnota i duchota wcale w tym nie pomagają. Teraz wiem, że nigdy więcej nie popełnię tego błędu, lecz na pewno jeszcze raz pójdę na ten spektakl.

Les Misérables jest najdłużej granym musicalem na świecie (zaraz za broadwayowskim The Fantasticks). Jego dobra passa trwa nieprzerwanie od trzydziestu lat, w którym to czasie odbyło się ponad dziesięć tysięcy przedstawień (musical świętował dziesięciotysięczne przedstawienie w roku 2010), a obsada wielokrotnie się zmieniała. Obecnie na scenie można podziwiać Petera Lockyera jako Jeana Valjeana, Jeremy’ego Secomba jako Javerta, Craiga Mathera jako Mariusa, Fantynę w wykonaniu Rachelle Ann Go czy Kozetę wykreowaną przez Zoego Doana. Za przedstawienie komicznego małżeństwa Therandierów odpowiadają David Langham i Katy Secombe. A to i tak nie są wszyscy.

Mając wiele doświadczeń z polskim teatrem i nie znając gatunku, jakim jest musical (gdyż nigdy nie widziałam go na żywo), nie wiedziałam, czego się spodziewać. Lecz po obejrzeniu kilku transmisji National Live Theatre w Multikinie miałam choćby podstawowe pojęcie na temat ogromu przedsięwzięcia, jakim jest spektakl na West Endzie. Nie pomyliłam się. 

Samemu West Endowi oraz każdemu ze znajdujących się tam teatrów można by poświęcić osobny tekst. Teatrowi Queen’s, w którym grani są Nędznicy – również. Kolejki po odbiór biletów ustawiają się na długo przed rozpoczęciem przedstawienia, liczba widzów jest tak duża, że wielu z nich stoi przed wejściem. Nic dziwnego – teatr jest ogromy, jego widownia także. Ja sama siedziałam wysoko nad sceną, mając nieco ograniczony widok na scenę. Nie przeszkodziło mi to jednak w odbiorze spektaklu, mimo że na wyższych partiach widowni jest dosyć ciasno, przede wszystkim miejsce na nogi jest mocno ograniczone.  Dźwięk jednak docierał bez problemu, a ja, lekko się wychylając, mogłam dostrzec wszystko, co dzieje się na scenie. 

To przejmujące uczucie – gdy po raz pierwszy widzi się prawdziwą orkiestrę. Tu żaden dźwięk nie jest bowiem sztucznie wygenerowany. Twórcy operują instrumentami i głosem – bez nagrań i dodatkowych efektów. Robi to ogromne wrażenie i wywołuje dreszcze, zwłaszcza że muzyka – nawet nagrana – jest medium, które najprościej manipuluje uczuciami. Trudno mi powiedzieć, jak podekscytowana byłam, gdy na scenie zabrzmiały pierwsze dźwięki Chóru Więźniów (Look Down) i usłyszałam całą gamę mocnych, ekspresyjnych głosów, z których każdy kolejny był piękniejszy od poprzedniego. Pamiętam tylko, że na całe przedsięwzięcie patrzyłam urzeczona i choć słuchając muzyki, najchętniej zamknęłabym oczy, aby wyobrażać sobie jej uosobienie, tu nie mogłam tego zrobić. Bo muzyka tworzyła obrazy na moich oczach – kolorowe, ogromne, idealnie zsynchronizowane. 

Postaci było wiele, lecz żadnej nie potraktowano z mniejszą uwagą, jeśli chodzi o kostium, czy makijaż. Zdawać by się mogło, że w tej mnogości aktorów każdy miał prywatnego stylistę, który zadbał o idealną charakteryzację. Podobał mi się brak uwspółcześniania, którego niesłusznie się spodziewałam, przyzwyczajona do dzisiejszej stylistyki teatralnej i ciągłych prób przeniesienia konkretnych utworów do czasów współczesnych. Nędznicy pozostali tacy sami jak ponad trzydzieści lat temu, gdy wystawiono ich po raz pierwszy. Co prawda z drobnymi scenograficznymi i kostiumowymi zmianami, ale wciąż oddający ducha osiemnastowiecznej Europy. W swym przepychu przedstawienie jest bardzo klasyczne, co tylko czyni je piękniejszym.

Pamiętam, że przywiązanie do scenografii w West Endowskich teatrach urzekało mnie już na samych nagraniach. Lecz oglądając Nędzników, uświadomiłam sobie, że nagranie jest niczym w porównaniu z prawdziwym doświadczeniem. Ruchoma gospoda Therandierów czy fort rebeliantów zachwycały swoim ogromem. Przyłapywałam się na pytaniu: jak to właściwie jest zrobione? Niemożliwe dla mnie było, by człowiek własnoręcznie wykonał tak misterne budowle i rekwizyty, które w dodatku można było zmieniać tak dynamicznie, bez żadnych trudności, mimo ich wielkości. Przepraszam, jeśli moja wypowiedź jest monotonna w swym zachwycie, jednak proszę o wyrozumiałość – to pierwszy spektakl, jaki widziałam w Londynie, a jednocześnie pierwszy musical, jaki widziałam w ogóle. To przedstawienie utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę więcej. I o ile dobrze czytam zagraniczne recenzje… nie tylko mnie. 

Jeśli musical miał zachęcić do dalszego odkrywania i badania Nędzników, spełnił swoją rolę doskonale. Od tamtej pory trudno mi zapomnieć o tej wspaniałej muzyce i wyjątkowych głosach. Nie potrafię też zapomnieć o powieści, w której wir dałam się wciągnąć zaraz po obejrzeniu przedstawienia. Słuchanie dziesiątek wersji tych samych utworów stało się moim uzależnieniem. Nie skłamię, jeśli powiem, że znam większość wykonań Empty Chairs at Empty Tables, który jest moim ulubionym utworem i na który czekałam z utęsknieniem przez większość spektaklu, a który ani trochę mnie nie zawiódł.

Tak naprawdę trudno powiedzieć, aby w Les Misérables były minusy. Przedstawienie zdaje się idealnie dopracowane przez całe lata praktyki. Piękna jest zarówno warstwa wizualna czy techniczna, jak i aktorska oraz ta najważniejsza – muzyczna. Przedstawienie bawi, wzrusza, momentami przeraża, cieszy i smuci. Tym, co według mnie stanowi ogromny plus, jest nienaganna dykcja aktorów, którzy śpiewali wyjątkowo wyraźnie. Umówmy się: perfekcyjna wymowa nie jest prosta w śpiewie, a tymczasem mogłam bez problemu zrozumieć każde słowo, siedząc bardzo daleko od sceny. 

Choć zazwyczaj jestem zwolenniczką minimalizmu, tu urzekały mnie wspomniany już przepych i wielość kolorów. Łatwo można ulec wrażeniu, że sceny zmieniają się jak w kalejdoskopie, mnogość wrażeń jest trudna do opisania. Tu naprawdę dzieje się bardzo dużo. I bardzo wiele się również zmienia, trzeba więc spektakl oglądać z uwagą, aby niektóre ważne wątki nie zdążyły nam umknąć. Lecz ta wyjątkowa dynamika buduje swojski klimat przedstawienia, które ostatecznie nie przytłacza, ale pozostawia same pozytywne wrażenia. Myślę, że wszyscy tego czasem potrzebujemy: aby  po wyjściu z teatru nie czuć ciężaru, tylko skłonność do refleksji i zadowolenie z tak, a nie inaczej spędzonego wieczoru. 

Ale to wcale nie oznacza, że spektakl nie zostawia po sobie śladu, wręcz przeciwnie. Zagnieżdża się w sercu i stawia pytania o ludzką naturę, o chęć zmiany i odkupienia win, o wybaczenie, upór i determinację, o poświęcenie. A to wszystko wyrażone w śpiewie uderza podwójnie. Spektakl obdarowuje prawdziwą energią, z której można korzystać długo po jego obejrzeniu. Jest widowiskiem niezapomnianym dla każdego, kto je obejrzy. Znam osoby, które mimo miłości do całego angielskiego teatru na ten jeden musical chodzą za każdym razem, gdy odwiedzają Londyn, nigdy nie żałując wydanych pieniędzy. To tylko świadczy o mocy tego przedstawienia, o jego działaniu na umysł i serce człowieka. To jeden ze spektakli, który pokazuje, jak potężną wartością jest teatr, jak wpływającą na ludzkie życie i jak je zmieniającą. Warto choć raz w życiu zobaczyć tę energię i moc płynącą ze sceny, bo jest ona warta więcej niż dziesięć innych przyjemnych zajęć, które ostatecznie nie pozostawiają po sobie śladu. 

Powrót do przeszłości

Weszliśmy do Krainy Czarów bocznym wejściem. Już stojąc w drzwiach, możemy ujrzeć czarną, lekko oświetloną norę, której końca nie widać. Czujemy się pewnie, bo wszyscy znamy wyjście. Racjonalizm podpowiada nam, że możemy opuścić to miejsce w każdej chwili. Możemy powrócić do przyziemnego świata, z którego przybyliśmy tylko na chwilę, jakby w odwiedziny. Urzekająca i niepokojąca sceneria trzyma nas jednak w miejscu, a potem już jest za późno.
 
Czekamy na Nią. Przecież dla Niej tu przyszliśmy. Jak będzie wyglądać? Czy przeżyje kolejne przygody? Może zje ciasteczko i stanie się bardzo mała. Albo pobiegnie za królikiem, który nieustannie będzie odmierzał czas. To pełne napięcia czekanie. Coś słychać z góry. Jakiś huk i narzekanie. Ktoś idzie. I w końcu Ją widzimy. Ale nie ma dziewczęcej sukienki, długich blond włosów i dziewiczego uśmiechu. Przychodzi ze sklepowym wózkiem i widoczną siwizną. Garbi się i skrzeczy. To nie ta Alicja, którą poznaliśmy kiedyś. 
 
Alicja ma siedemdziesiąt sześć lat i ponownie trafia do Krainy Czarów. Z początku nie wie, gdzie jest. Widzi porozrzucane papiery i różnorodne przedmioty, których nikt od dawna nie dotykał. Otacza ją bałagan, lecz paradoksalnie jest to bałagan bardzo uporządkowany. Wystawia oczom Alicji wszystko to, co powinna zobaczyć. I gdy patrzy na rzeczy, które już kiedyś widziała, zaczyna sobie przypominać. Przez następną godzinę mamy do czynienia z Alicją, która jeszcze raz próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, lecz ciągle wpada w jej sidła, nie mogąc się z nią uporać. 
 
 

Krakowski Teatr Odwrócony to bardzo klimatyczne, choć niewielkie miejsce, kreowane przez ludzi z pasją. Przychodząc do przyjemnego zaułka, rozmawiając z dyrektorem – Szymonem Budzykiem – i wreszcie oglądając kolejne spektakle, trudno zaprzeczyć słowom, którymi twórcy Odwróconego określają swój teatr. Wizja. Tu wszystko jest konsekwentnie realizowaną wizją. Ich najnowsze dzieło – A7ICJ6 – również. Ten konkretny spektakl, będący pełną zmyślnej narracji wystawą lalek, jest dosyć wyjątkowy dla samego teatru. Lalki pojawiają się tu po raz pierwszy. Co więcej – zdają egzamin. I gdyby na stałe wpisały się w repertuar Odwróconego, nikt nie powinien narzekać. Zwłaszcza że zostały stworzone z zamiłowaniem do szczegółów, dokładnie i wiernie odzwierciedlając ich prototypy. Autorka lalek, a jednocześnie pomysłodawczyni spektaklu i aktorka – Helena Osak – stworzyła m.in. Kapelusznika, Marcowego Zająca i Kota z Cheshire. 

 
 

Większość z nas zna historię Alicji – jasnowłosej dziewczynki, która przez przypadek trafia do dziwnej krainy, gdzie zaprzyjaźnia się ze zwariowanymi bohaterami, a jednocześnie otrzymuję misję zwalczenia panującego w owej krainie zła. Historia okraszona jest niespotykanymi wydarzeniami, absurdalnymi dialogami oraz aluzjami dotyczącymi wyobraźni i snu. Pierwotnie opisana przez Lewisa Carolla, doczekała się wielu ekranizacji; ostatnia z nich dopiero co widniała na afiszach kinowych.

 
W spektaklu Teatru Odwróconego nie uraczymy jednak tej znanej nam historii, ale jej dotkliwe konsekwencje. W efekcie ujrzymy obraz smutny i melancholijny w całej swej wesołości. Alicję, która wspominając swoją przeszłość, przeżywa chwile gwałtownej radości, lecz zaraz znów podupada, przytłoczona mnogością obrazów i głosów. Próbuje ignorować irytujące wołania, lecz ulega im, wyciągając z szafy zakurzone postacie, o których chciała zapomnieć. Ustawia lalki i pozwala im mówić –poddaje się za każdym razem. A potem spełnia ich prośby, licząc na to, że może zmienić przeszłość, w której popełniła wiele błędów. Nie wie, że prawdziwy powrót nie jest możliwy. Nie wie, że to miejsce dawno zgasło, stając się więzieniem dla jej umysłu, które ogranicza ją od lat. To przez nie jest nieszczęśliwa i zgorzkniała. 
 
 

W tym wszystkim lalki stanowią element iście metafizyczny. Ich odbijający się echem od ścian głos hipnotyzuje. Wszystkie wprowadzają widza w wyjątkowy klimat. I nie ma już dla niego ratunku, nie ma wyjścia. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w Krainie Czarów ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo lalki nie mówią do Alicji. Mówią do nas. O początku i końcu, dobru, złu i ostateczności, o realności i wyobraźni, o smutku, niewoli i zapomnieniu. Są niczym wewnętrzne głosy – nieruchome, odległe, a jednak siedzące wśród nas. Tak naprawdę to one budują panującą na dnie nory atmosferę.

 

Na największy podziw zasługuje Helena Osak – w świetnym stroju i charakteryzacji, odpowiednio modelując głos i przekonująco odgrywając swą rolę, każe nam pytać samych siebie, w jakim wieku może być stojąca przed nami aktorka. Trudno uwierzyć, że ona jedna była pomysłodawcą, reżyserem, aktorem i twórcą lalek dla tego spektaklu. Wkład pracy, jaki włożyła w ową realizację, jest namacalnie widoczny przez cały czas trwania przedstawienia. Naturalność aktorki urzeka, a ona sama wciąga nas w wir refleksji i wspomnień. Ze zgrozą odkrywamy, że każdy z nas wraca podświadomie do wydarzeń z przeszłości, które uwarunkowały to, kim jesteśmy teraz. Zapominamy, że przeszłość nie jest wyrokiem dla przyszłości, że nie stawia na niej krzyżyka. Wracamy do niej, bo nie umiemy się z nią rozliczyć, bo wolimy się umartwiać niż iść do przodu. Rzecz prosta, przedstawiania wielokrotnie za pomocą wielu dziedzin sztuki, lecz tutaj ukazana w wyjątkowej, chwytającej za serce narracji. Wykorzystanie Alicji w Krainie Czarów jako nośnika tak powszechnych prawd jest bez wątpienia czymś nowym i wyjątkowym, a dzięki bardzo dobremu wykonaniu – także poruszającym. 

 
Wiemy, że Alicja musi opuścić Krainę Czarów. Choć nie wiemy, czy jej pobyt tutaj trwa godziny czy dni, wiemy, że po raz kolejny odnajdzie drogę powrotną. Alicja znajduje lalkę, którą kochała, będąc dzieckiem. Znajduje ją wśród tych wszystkich przedmiotów z przeszłości i zabiera ze sobą, wychodząc. Siedzimy w pustej krainie, myśląc, że nie wzięła stąd jedynie zabawki, ale część siebie, którą zostawiła w tym miejscu przed laty. Czy to oznacza, że już nigdy nie wróci? Że po naszym wyjściu, Kraina Czarów legnie w gruzach, bo Alicja zabrała tę cząstkę, która raz po raz ściągała ją na dno nory? A może zostawiła uchylone drzwi, by jeszcze kiedyś powrócić po cichu i bez świadków? Być może ta lalka to fragment miejsca, z którym Alicja nie potrafi się rozstać. W końcu wszyscy potrzebujemy Krainy Czarów.

Kto za życia choć raz był w niebie, ten po śmierci nie trafi od razu…

Teatr nieustannie przekracza granice. Ten testuje wytrzymałość zarówno widzów, jak i aktorów. Głośne Dziady Michała Zadary zaangażowały niemal cały zespół Teatru Polskiego we Wrocławiu i zrzeszyły ogromną liczbę widzów niezłomnych, dla których spędzenie blisko czternastu godzin w teatrze jest jedynie przyjemnością. Oto Zadara jako pierwszy zdecydował się zrealizować czteroczęściowy dramat Adama Mickiewicza w całości, bez żadnych skrótów. W dodatku zrobił to z pomysłem, nieustannie bawiąc się konwencją. Twórcy wciągnęli widzów w niesamowity rytuał dziadów i towarzyszące mu zdarzenia, nie pozwalając nikomu zasnąć, nie pozwalając ulec zmęczeniu. I to akurat na kilka dni przed Świętem Zmarłych…

Lucky Man

Jest 22 lutego 2015 roku. Cate Blanchett wychodzi na scenę hollywoodzkiego Dolby Theatre, w ręku trzymając złotą kopertę. To już 87. gala rozdania Oscarów. W kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy” nominowanych jest pięciu aktorów. Gdy Blanchett czyta wyróżnione nazwisko, cała sala reaguje gromkimi brawami. Tylko zwycięzca nie do końca wierzy w to, co usłyszał. W jego reakcji widać szczere zaskoczenie, radość dziecka, które otrzymało najlepszy świąteczny prezent. Eddie Redmayne odbiera Oscara, wygłaszając chaotyczną, nieskładną i pełną uroku mowę. Chyba nadal nie wierzy, chyba nie wie, co ze sobą zrobić. Mówi o sobie lucky man, czyli po prostu szczęściarz. 
Eddie Redmayne nigdy nie studiował aktorstwa. Do uczęszczania na zajęcia teatralne namawiali go rodzice. Studiując historię sztuki na uniwersytecie w Cambridge, występował w National Youth Music Theatre. Choć jego debiut przypadł na rok 2002, w castingach zaczął uczestniczyć zdecydowanie wcześniej. W wieku dwunastu lat wziął udział w przesłuchaniu do Ryszarda III, jednak został odrzucony przez samego sir Iana McKellena, odtwórcę głównej roli. W jednym z wywiadów Redmayne wyjawił, że ujrzenie sir Iana w filmowej wersji dramatu ostatecznie rozbudziło jego zainteresowanie teatrem, które zaowocowało dziesięć lat później pierwszym profesjonalnym występem na deskach Shakespeare’s Globe. Właśnie tam dwudziestoletni wówczas aktor wcielił się w postać udającej chłopca Violi, bohaterki komedii Szekspira Wieczór Trzech Króli.
 
W przedstawieniu zrealizowanym wedle zasad sceny elżbietańskiej wszystkie role grali mężczyźni. Na pierwszy sukces Eddie Redmayne nie musiał czekać długo – po swym udziale w sztuce Edwarda Albee: Koza, albo kim jest Sylwia? został wyróżniony nagrodą Critics Circle Theatre Award dla najlepszego początkującego aktora. Natomiast w 2010 roku stał się szczęśliwym posiadaczem prestiżowej nagrody Laurence’a Oliviera za swą rolę w głośnej sztuce Red, która zyskała sławę nie tylko w rodzimej Wielkiej Brytanii, ale także na nowojorskim Broadwayu. Tamtejsi krytycy również docenili talent Redmayne’a wręczając mu statuetkę Tony.  
 
Od początku najważniejszy był teatr. Kino stanowiło jedynie rozrywkę, która ˜– jak do pewnego momentu twierdził sam Eddie – nie niosła za sobą żadnej nauki. W rodzinnym domu aktora nie oglądano wielu filmów, a i on nie przejawiał zainteresowania tą dziedziną. Odkąd zacząłem występować profesjonalnie, to zawsze był teatr. Jestem prawdziwym ignorantem, jeśli chodzi o filmy, ale robię postępy – powiedział w jednym z wywiadów, wspominając również, że podczas kręcenia Kochanic króla (2008) Scarlett Johansson skomponowała dla niego całą listę produkcji, które powinien obejrzeć. Torturowany przez kolegów aktorów zaczął zgłębiać swą wiedzę na temat filmów, a ich oglądanie stało się nie tylko wciągające, ale i inspirujące. Teraz Eddie Redmayne mówi wprost: Moje życie to film. 
 
Początki jego kariery filmowej sięgają 2006 roku. Po epizodycznej roli w miniserialu HBO Elżbieta I dołączył do obsady kryminału Like Minds, gdzie zagrał oskarżonego o morderstwo nastolatka. Rok później, u boku Julianne Moore, wystąpił w dramacie Uwikłani. Potem ponownie zmierzył się z osobą królowej Elżbiety w nagrodzonym Oscarem za najlepsze kostiumy filmie Elizabeth: Złoty Wiek. Nie opuszczając dworskich realiów, wcielił się w postać Williama Stanforda, bohatera dramatu historycznego Kochanice króla (2008). Do średniowiecza powrócił raz jeszcze trzy lata później, dzięki swemu udziałowi w nagradzanym serialu Filary Ziemi. W Błękitnym deszczu (2009) jako młody grabarz odwiedzał należący do Patricka Swayze klub ze striptizem, a w Czarnej śmierci (2010) przywdział habit mnicha. Jako asystent sir Laurence’a Oliviera w Moim tygodniu z Marilyn (2011) pokazywał hollywoodzkiej gwieździe uroki Anglii. Za tę rolę otrzymał pierwszą nominację do Nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej. Potem było już tylko lepiej.
 
W grudniu 2012 na ekrany kin wszedł nowy film Toma Hoopera – Les Miserables: Nędznicy. Był to musical pod pewnymi względami wyjątkowy, ponieważ wszystkie partie śpiewane nie zostały nagrane w studiu; aktorzy wykonywali je na żywo. Za rolę Mariusa Eddie Redmayne otrzymał kilka prestiżowych nagród i nominacji. Sam film został wyróżniony trzema Oscarami, trzema Złotymi Globami i aż pięcioma statuetkami BAFTA. Jednak przełom w karierze Brytyjczyka miał nastąpić dopiero wraz z wcieleniem się w postać słynnego astrofizyka Stephena Hawkinga w głośnej Teorii wszystkiego (2015). Na przygotowanie się do roli Eddie miał kilka miesięcy. Zdołał poznać całą rodzinę Hawkinga, a przy okazji wiele osób cierpiących na stwardnienie zanikowe boczne, znane jako ALS. Rozmawiał z nimi, uczył się, a ciało trenował z pomocą tancerza. Najbardziej stresujące było spotkanie z astrofizykiem. Po wielu miesiącach czytania na jego temat, po próbach zrozumienia jego teorii, a także czasie spędzonym z innymi chorymi Eddie przyszedł i przez pierwsze pół godziny starał się powiedzieć wszystko, co wie na jego temat. Potem zaczęli rozmawiać o chorobie. Dla twórców było ważne, aby przedstawić wszystkie jej aspekty, dlatego Eddie chciał jak najwięcej wiedzieć chociażby o głosie Stephena. Ważne było także ukazanie jego ogromnego poczucia humoru. Chociaż może poruszać tylko kilkoma mięśniami, emanuje witalnością, dowcipem i kokieterią – wyznał aktor w trakcie pracy nad filmem. Rola kosmologa przyniosła mu nie tylko sławę, ale także Oscara i aprobatę oraz dumę samego Hawkinga, który nie omieszkał wspomnieć o tym za pośrednictwem portalu społecznościowego.
 
Odbierając Nagrodę Akademii Filmowej, wiedział, że wkrótce czeka go kolejne wyzwanie. Trzy lata wcześniej, podczas kręcenia Les Miserables, otrzymał od Toma Hoopera scenariusz. To może być najlepszy tekst, jaki przeczytasz, usłyszał. Wrócił następnego dnia. Jego odpowiedź była krótka: Wchodzę w to. Od tamtej pory zaczęły się jego trzyletnie przygotowania do wyświetlanej obecnie w kinach Dziewczyny z portretu. Rola żyjącej na początku XX wieku Lili Elbe, która przez wiele lat funkcjonowała w ciele mężczyzny, zapewniła mu kolejną nominację do prestiżowej nagrody. Sam Eddie twierdzi, że owa rola była dla niego wyjątkowym darem – zdołał poznać wiele podobnych do Lili osób, które zmieniły jego postrzeganie transseksualizmu i transpłciowości, a także pomogły mu w kreowaniu postaci. Dzięki nim bardzo wiele się nauczył i bardzo wiele zrozumiał. W jednej z wypowiedzi wyraził nadzieję, że Dziewczyna z portretu, opowiadająca o wyjątkowej, pięknej miłości, uczyni życie ludzi transseksualnych lepszym. Tom Hooper zapytany o dobór obsady odpowiedział: Wielokrotnie myślałem, kogo jeszcze mógłbym zaangażować, ale mój instynkt zawsze podpowiadał mi Eddiego.
 
Wielu aktorów przez całą karierę czeka na role podobnej wagi. Eddie Redmayne ma trzydzieści cztery lata, zdołał zmierzyć się już z dwiema, a wiele jeszcze przed nim. Właśnie otrzymał główną rolę w produkcji Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć według scenariusza J.K. Rowling, autorki cyklu powieści o Harrym Potterze. Większość czasu spędza w rezerwatach przyrody z trenerami zwierząt. Nowym wyzwaniem jest bardzo podekscytowany. Pytany o swój sukces zawsze ma jedną skromną odpowiedź: I’m a lucky man (ang. Jestem szczęściarzem). Trudno nie odnieść wrażenia, że obsypywany laurami czuje się nieswojo. Rzadko też potrafi zachować powagę; jego radość jest naturalna i szczera, a przemowy – pełne uroku i niedowierzania we własny sukces. Z zaangażowaniem opowiada o postaciach, które zdołał wykreować. Widać, ile pracy włożył w ich poznanie i zrozumienie. Lubi grać interesujące osoby, ale jak sam żartobliwie twierdzi: pierwszym marzeniem aktora jest zatrudnienie. Nagły wzrost sławy nie zmienił jego codzienności. Dzień po otrzymaniu Oscara wrócił do rodzimej Anglii i poszedł na zakupy do supermarketu. I to jest moja rzeczywistość – mówi. – Robię normalne rzeczy, potem jadę na festiwale filmowe ubrany w pożyczone ciuchy, pojawiam się na premierach i opowiadam o swoich pasjach. Ale ostatecznie wracam do normalności; do rodziny i przyjaciół.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia