Laurence Olivier Awards

Najpierw było Cafe Royal; niewielkie, ale popularne miejsce spotkań. Tu siedział niegdyś Oscar Wilde, Virginia Woolf, Brigit Bardot czy Winston Churchill. Ponad stuletni renomowany lokal był dobrym miejscem na rozdanie kilkunastu nagród; tak zapewne pomyśleli członkowie Zrzeszenia Teatrów Londyńskich, którzy w roku 1976 postanowili wyróżnić najlepsze brytyjskie spektakle, komedie i musicale. I nie mogli wiedzieć, że czterdzieści lat później owo wyróżnienie będzie najbardziej znaczącą nagrodą teatralną w całej Wielkiej Brytanii. 

Gdy myślą wracamy do wybitnych twórców filmowych i teatralnych, mamy przed oczyma wiele twarzy, a jedną z nich powinien być Sir Laurence Olivier, słynny aktor szekspirowski, autor jednej z najbardziej popularnych adaptacji Hamleta, a także zdobywca dwóch Oscarów; w tym za całokształt twórczości. O jego dorobku można by pisać niekończące się eseje, a rozmawiać – godzinami. Być może dlatego wymienione wyżej Zrzeszenie Teatrów Londyńskich zapragnęło go uhonorować. Był rok 1984, gdy Laurence Olivier zgodził się, aby jego imieniem nazwano powstałą osiem lat wcześniej nagrodę. W skrócie nazywamy ją Larrie.
Jak już wspomniałam, najpierw było Cafe Royal, dziś jest Royal Opera House, a wedle tego, co zapowiedział Michael Ball, w przyszłym roku ceremonia odbędzie się w Royal Albert Hall (swoją drogą to bardzo ciekawe, że nazwy większości ważnych instytucji w Anglii rozpoczyna przymiotnik: royal). Zrzeszenie Teatrów Londyńskich przeszło czterdziestoletnią drogę od znanej restauracji do sali koncertowej mieszczącej osiem tysięcy osób, a w międzyczasie stworzyło ważącą ponad półtora kilograma statuetkę z podobizną Oliviera jako Henryka V, która teraz stanowi ogromne wyróżnienie; skarb, będący marzeniem każdego brytyjskiego aktora. Na corocznej gali pojawiają się najsłynniejsi twórcy filmowi i teatralni, a także muzycy, komicy oraz przedstawiciele wielu instytucji. Trwająca ponad trzy godziny ceremonia jest pełna humoru, dynamiczna i ciekawa, ponieważ oprócz przemów laureatów i żartów prowadzących można zobaczyć na żywo fragmenty musicalów oraz inne występy muzyczne. 3 kwietnia 2016 – wyobraźmy sobie tę ilość ważnych osobistości rzucających promienne uśmiechy z czerwonego dywanu, wyobraźmy sobie wnętrze starej opery i poczujmy ten charakterystyczny niepokój związany z wyczekiwaniem. Gdy to się stanie, możemy usiąść między twórcami, których kariery śledzimy od lat i razem z nimi czekać, co się wydarzy na czterdziestej gali rozdania Nagród im. Laurence’a Oliviera.
Wydarzyło się wiele, co zapewne nikogo nie dziwi; przecież wszyscy wiemy, jaki charakter mają podobne gale. Ta jednak uwodziła swoją klasycznością – pozbawiona była porywających efektów specjalnych, multimediów i przepychu, nie miała też charakteru politycznego, jak chociażby ostatnie Oscary. Widz nie był odsyłany do czerwonego dywanu, a kamery nie pokazywały tysięcy fanów stojących przed operą. Ten brak fleszy, dziesiątków dziennikarzy i nieustannych krzyków powodował, że całe przedsięwzięcie bardzo zyskało na swym wydźwięku; stało się niemal kameralne i dla oglądającego poniekąd intymne, dzięki czemu mogliśmy czuć, że przebywamy w teatrze, a nie w komercyjnej machinie. Ceremonię otworzył występ Imeldy Staunton, która wykonała jedną z piosenek z musicalu Gypsy. Znana m.in. z roli Dolores Umbridge w serii filmów o Harrym Potterze aktorka zaprezentowała wspaniały pokaz swych umiejętności wokalnych; jej mocny, wypełniający całą operę głos, wzbudzał dreszcze. Za swój występ otrzymała owacje na stojąco. Wszystkich obecnych na gali przywitała wdowa po Sir Laurence’ie Olivierze – Joan Plowright. Choć sama była nieobecna, przemawiała z ekranu, gratulując nominowanym, życząc im powodzenia i wspominając swojego zmarłego męża. Później scenę przejął prowadzący Michael Ball, aktor musicalowy i laureat nagrody z roku 2006. Jego wypowiedzi były zabawne, lecz żarty zawsze mieściły się w granicach dobrego smaku. Nie przeciągał wypowiedzi, a jednocześnie urozmaicał zapowiedzi kolejnych występów, wkładając różne elementy strojów, które kojarzyły się z danym musicalem. W ten sposób mogliśmy go zobaczyć zarówno w roli kowboja, jak i udekorowanego ogromnymi pióropuszami czy chodzącego w wysokich czerwonych butach na obcasie. Wszystkiemu towarzyszyły oczywiście zabawne komentarze Balla; bez wątpienia dbał on o płynny przebieg gali. Interesujące były również same występy, wśród których największe brawa zebrały: wspomniana już Imelda Staunton, która później otrzymała nagrodę w kategorii Najlepsza Aktorka w Musicalu, oraz obsada Kinky Boots z Mattem Henry; laureatem w kategorii Najlepszy Aktor w Musicalu. Ich dynamiczny, szczegółowo dopracowany choreograficznie taniec do piosenki Sex is in the Heel wywierał ogromne wrażenie; aż trudno uwierzyć, że mężczyźni potrafią poruszać się w taki sposób, mając na sobie szpilki! Nie były to jednak jedyne występy tego wieczoru. Widzowie zostali uraczeni fragmentami takich musicali, jak: Bugsy Malone, Guys and Dolls, czy In The Heights, które również dostarczyły nie lada rozrywki. Organizatorzy ceremonii zadbali o to, aby stojący przed operą fani oglądający przedstawienia i koncerty na scenie portalu ITV mogli stać się częścią uroczystości. Nagroda publiczności została wręczona właśnie tam, a otrzymał ją musical Upiór w Operze
Statuetki przyznawano w dwudziestu siedmiu kategoriach. Rozpoczynając od teatru, przez operę i widowiska taneczne, aż po musicale. Za najlepszą wznowioną sztukę uznano Ma Rainey’s Black Bottom, która pokonała m.in. Hamleta z Benedictem Cumberbatchem, Niebezpieczne Związki z teatru Donmar Warehouse, czy Zimową Opowieść w reżyserii Kennetha Branagh’a. W kategorii komediowej zwyciężyła sztuka Nell Gwynn, a za największe osiągnięcie w teatrach afiliowanych uznano rolę Pata Kinevana w Fishamble for Silence. W czterech konkurencjach niezrównany okazał się musical Gypsy; otrzymał statuetki za najlepszą reżyserię świateł, najlepszą aktorkę w musicalu, najlepszą drugoplanową aktorkę w musicalu oraz najlepszy wznowiony musical. Za choreografię, największe osiągnięcie muzyczne oraz najlepszego aktora drugoplanowego w musicalu (David Bedella) wyróżniony został In The Hights. Trzy statuetki otrzymał również mówiący o akceptacji Kinky Boots – za najlepszy musical, kostiumy oraz aktora pierwszoplanowego. Piosenki do przedstawienia napisała sama Cyndi Lauper, która – obecna na gali – zaśpiewała na żywo jeden ze swych największych przebojów True Colors. W krótkiej przemowie twórcy musicalu apelowali, aby każdy z nas uczył się akceptować siebie samego i innych, gdyż tylko dzięki temu świat może być lepszy. Zaskoczeniem nie okazała się nagroda dla Denise Gough jako najlepszej aktorki w traktującym o problemie uzależnienia spektaklu People, Places & Things, który został wyróżniony także za dźwięk. Za najlepszą sztukę uznano Hangmena. Ten sam spektakl wygrał w kategorii na najlepszą scenografię. Najlepszym drugoplanowym aktorem okazał się Mark Gatiss (Three Days in the Country). Pokonał m.in. znanego z roli Herkulesa Poirota – Davida Sucheta. W kategorii na najlepszego aktora pierwszoplanowego wygrał natomiast Kenneth Cranham za rolę w spektaklu The Father, pokonując tym samym Cumberbatcha, Branagha i tegorocznego zdobywcę Oscara – Marka Rylance’a. Największe brawa otrzymała jednak jedna z najwybitniejszych brytyjskich aktorek – Judi Dench, która w tym roku zdobyła swą ósmą (sic!) statuetkę, tym samym ustanawiając rekord. Zwyciężyła w kategorii na najlepszą aktorkę drugoplanową rolą w Zimowej Opowieści
Nagrody przyznano również operom. Bezkonkurencyjna okazała się Cavalleria Rusticana/Pagliacci, produkcji Royal Opera House. Największym osiągnięciem operowym okrzyknięto natomiast chór i orkiestrę English National Opera. W kategoriach tanecznych zwyciężyły: Woolf Works za najlepszy spektakl taneczny oraz Alessandra Ferri za swój występ w Cheri. Najlepszym spektaklem familijnym został Showstopper! The Improvised Musical
Choć większość uroczystości utrzymana była w pogodnym nastroju, pełnym żartów i zabawnych anegdot, nie odbyło się bez kilku poważnych momentów. Jednym z nich było kilkuminutowe wspomnienie wszystkich zmarłych twórców ostatniego roku, wśród których wymieniono m.in. Alana Rickmana. Na ważne sprawy zwróciła także uwagę jedna z prezenterek – Juliet Stevenson, oddając hołd organizacji Good Chance, która stworzyła – jak sami to nazywają – teatr nadziei w obozie dla uchodźców w Calais, gdzie mogą oni oglądać filmy, przedstawienia, napić się ciepłej herbaty i spędzić wspólnie czas, zapominając o tragedii, którą przeżyli. 
Jednym z najpiękniejszych momentów gali było nawiązanie do odbywającej się w tym roku 400. rocznicy śmierci Williama Szekspira. Z tej okazji mowę wygłosił Rory Kinnear, aktor teatralny i filmowy, znany m.in. z roli w serialu Dom Grozy. W pięknych słowach wymienił, ilu aktorów spośród zwycięzców otrzymało statuetkę Laurence’a Oliviera właśnie za role szekspirowskie, wspomniał o wielkości Szekspira mówiąc, że po czterystu latach jego sztuki nadal uwodzą. Stwierdził też, że dobytek tego wybitnego pisarza jest wart każdej ceny, a na końcu wspomniał Alana Rickmana i jego wyjątkową inicjatywę – stworzenia albumu z sonetami Szekspira, którego tytuł brzmi When Love Speaks (ang. gdy miłość przemawia). Jego mowę zwieńczył występ Jack’a Savorettiego, który wzruszająco zaśpiewał Sonet XVIIII. 
Ponieważ Nagrody im. Laurence’a Oliviera obchodziły czterdziestolecie, nie mogło zabraknąć wielu nawiązań do tej liczby. Przede wszystkim, podczas imprezy wyemitowano dwa kilkuminutowe filmy, wracające wspomnieniami do zwycięskich produkcji z poprzednich lat. Wymienione spektakle komentowali reżyserzy teatralni oraz aktorzy. Całą uroczystość natomiast zwieńczył zbiorowy występ wielu musicalowych gwiazd, które wspólnie zaśpiewały piosenkę What I Did For Love z przedstawienia The Chorus Line, które zwyciężyło podczas pierwszego rozdania nagród w roku 1976. Trudno wyobrazić sobie bardziej wzruszające zakończenie uroczystości niż wspólne cofnięcie się myślami o cztery dekady wstecz. Zwłaszcza, gdy piosenkę wykonało kilkanaście kobiet w różnym wieku, z różnych pokoleń i reprezentujących różne teatry. Ich występ na te kilka minut zjednoczył te pokolenia we wspólnej refleksji. I w tym wszystkim najpiękniejsza była pewna naturalność; brak wyćwiczonych ruchów, spontaniczne złapanie za dłonie czy obrót w czyjąś stronę. I choć przebieg ceremonii na pewno był ćwiczony, nie zdawał się wystudiowany. Nikt nie próbował na siłę wywoływać emocji, mowy zwycięzców były bardziej spontaniczne, niż zaplanowane, a prezenter niemal w ogóle nie poruszał tematu polityki. Tu najważniejsza była sztuka. I to sztuka najwyższej próby; taka, którą ludzie są szczerze zainteresowani, bo jak powiedział prowadzący – w ostatnim roku więcej ludzi w Anglii obejrzało spektakle teatralne, niż mecze Premier League.

Judi Dench

 

I gdzie ten marazm, gdzie uśpienie…?











Wesele Stanisława Wyspiańskiego to jeden z najbardziej znanych, ale i najtrudniejszych dramatów. Ta poetycka opowieść o weselu Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną doczekała się wielu inscenizacji teatralnych, a jej popularność nie słabnie. Każdego roku nowi reżyserzy sięgają po dzieło Wyspiańskiego, przedstawiając je wedle własnej wizji. Nieco inaczej zrobił Krzysztof Jasiński, który w roku 2013 postanowił wystawić tryptyk o tytule Wędrowanie, na który składają się: Wesele, Wyzwolenie i Akropolis. Zrealizowanie tak ogromnego przedsięwzięcia co prawda zasługuje na podziw i uznanie, ale nieco przerosło samego reżysera, przynajmniej jeśli chodzi o Wesele.

Zaczyna się dobrze. Piękne stroje z epoki, skoczna muzyka skomponowana przez dwóch weselnych grajków i minimalistyczna scenografia w postaci okrągłego stolika, dwóch wysokich krzeseł przy filarach oraz tła złożonego z wysokich szyb i pojedynczych drzwi – to wszystko wprowadza widza w swojski, wesoły klimat wywołujący uśmiech na twarzy. Ten specyficzny folklor jest tu bardzo dobrze odtworzony. I właśnie z tego powodu zawód widza jest większy, gdy nagle skoczną muzykę zastępują polskie utwory takie, jak My, Słowianie, Jesteś Szalona czy Bierz, co chcesz. Można to wytłumaczyć próbą uwspółcześnienia dramatu, wykreowania wiarygodnego wizerunku nowoczesnej polskiej wsi. Ten zabieg jednak bardziej zaszkodził sztuce niż się jej przysłużył. Przez użycie zarówno klasycznych utworów, jak i hitów disco-polo na scenie zapanował chaos. Reżyser nie sprecyzował stworzonej przez siebie konwencji, pozostawiając widza z konsternacją, ponieważ dobrane piosenki ani trochę nie pasują do całokształtu, mimo że czasem wywołują śmiech. 

Mocną stronę spektaklu są efekty specjalnie. W tej dziedzinie Teatr Stu nie ma sobie równych. O ile w Rozmowach z Diabłem mieliśmy do czynienia z żywym ogniem trawiącym tron, o tyle w Weselu możemy ujrzeć bardzo realistyczne błyskawice, deszcz spływający po szybach czy projekcję nadlatujących kruków, które okazują się coraz bliżej i bliżej… Wywiera to naprawdę ogromne wrażenie i jest dobrze wkomponowane w całość.

Gra aktorska utrzymana jest na wysokim poziomie. Szczególną uwagę zwraca Krzysztof Kwiatkowski, odtwórca roli Poety, oraz Andrzej Róg jako Żyd. Aktorzy grają płynnie, używają charakterystycznej gwary, doskonale wykorzystują przestrzeń. W połączeniu z pięknymi strojami wyglądają na przeniesionych z początku dwudziestego wieku, aby zaprezentować się publiczności. Niestety z całego dramatu zachowano jedynie dwanaście postaci (podczas gdy w oryginale jest ich dwadzieścia pięć), a wiele scen zostało skróconych lub niemal całkowicie wyciętych. Zdecydowanie zubaża to całą sztukę i wywołuje poczucie niedosytu. W moim mniemaniu największym błędem jest brak chocholego tańca, który stanowi kwintesencję dramatu. Tu nie ma rytuału odprawionego przez Jaśka, nie ma tańczących postaci ani słynnego raz do koła, raz do koła… Cały spektakl zamyka monolog Jaśka przy dźwiękach dubstepu i dyskotekowych światłach. Potem wszystko gaśnie. 

Wesele w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego przywodzi na myśl nieudany eksperyment, próbę jednoczesnego uwspółcześniania dramatu i zachowania tradycji. W ostatecznym rozrachunku nie ma ani jednego, ani drugiego. Odnosi się wrażenie, że reżyser nie był do końca pewien, co chce zrobić. Miał wizję, ale nieprecyzyjną. Zadbał o ogół, porzucając szczegóły. Zbyt drastycznie skrócił tekst, pozostawiając go nieco ubogim, pustym. Rezygnując ze sceny końcowej, pozbawił dramat symboliki i podsumowania. Aż chciałoby się zapytać: i gdzie ten marazm, gdzie to uśpienie…? Spektakl ma jednak swoje plusy. Warto usłyszeć głos Jerzego Treli jako chochoła, zobaczyć świetną grę aktorską, doskonałe efekty czy kostiumy, ale nie za cenę zupełnie nieadekwatną do wartości przedstawienia.

Wszystkie drogi Alana Rickmana

źrodło
Teatr traktował jak religię. Aktorstwo – niczym powołanie. Do pracy podchodził z należytą powagą, do siebie i własnych słabości niekoniecznie. Kim był Alan Rickman? Bo na pewno nie jedynie Severusem Snape’em czy Hansem Gruberem. Jeśli chcesz wiedzieć kim jestem – mawiał – wszystko znajdziesz w mej pracy. A jego praca była niezwykle piękną, kolorową podróżą przez film, teatr i telewizję.

Miał siedem lat, gdy zrozumiał, że zostanie aktorem. Jednak dopiero w wieku dwudziestu pięciu postanowił aplikować do Royal Academy of Dramatic Art, ponieważ – jak sam twierdził – były też inne drogi, które musiał przejść w pierwszej kolejności. Jedną z tych dróg było studiowanie grafiki na Chelsea College of Art And Designe, gdzie poznał swą przyszłą partnerkę – Rimę Horton. Spędzili razem całe życie, mimo że potajemny ślub odbył się dopiero kilka lat temu. Ceremonia miała miejsce w Nowym Jorku, a wzięli w niej udział tylko oni dwoje; bez rodziny, przyjaciół, a nawet obrączek. 
Najprościej można powiedzieć, że Alan Rickman mógł być każdym. Różnorodność ról, które przyjmował, nie pozwoliła go sklasyfikować ani zamknąć w konkretnej szufladzie. Podróż przez kolejne postacie nie musiała mieć końca, bo nigdy nie stawiał sobie ograniczeń. Zawsze twierdził, że drogą do poważnego traktowania swojego zawodu, jest niepoważne traktowanie samego siebie; i właśnie tak robił. Dzięki temu wszystkim rolom mógł poświęcić cały swój talent i odpowiedzialność, a każdy film, w którym występował, stawał się częścią nie tyle jego kariery, co życia. Zachwycał nie tylko umiejętnościami, ale także głosem. Był aktorem, którego filmowe kwestie stawały się przedmiotem kultu, niekoniecznie ze względu na ich głębię, ale sam głos Rickmana; chociażby słynne „turn to page 394” będące częścią wypowiedzi Severusa Snape’a w Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu. 


Pięćdziesiąt twarzy Rickmana

Miał trzydzieści jeden lat, gdy po raz pierwszy wystąpił w telewizji. Przez następne trzydzieści siedem zdołał wcielić się w ponad pięćdziesiąt postaci, a pierwszą z nich był odziany w obcisłe rajtuzy Tybalt z Romea i Julii, spektaklu zrealizowanego na potrzeby BBC w roku 1978. Cztery lata później otrzymał główną rolę w miniserialu The Barchester Chronicles, gdzie wystąpił jako wielebny, Obadiah Slope. Jednak to nie rola księdza przyniosła mu światową sławę.
W 1988 roku na ekrany kin weszła – uważana dziś za klasykę kina akcji – Szklana pułapka. U boku Bruce’a Willisa Rickman wcielił się w postać niemieckiego terrorysty, Hansa Grubera. Rola ta przyniosła mu zaszczytne czterdzieste szóste miejsce na liście 100 największych filmowych bohaterów i złoczyńców. Jako czarny charakter zabłysnął po raz kolejny przy okazji filmu Robin Hood: Książę Złodziei (1991). Za doskonałe wykreowanie postaci Szeryfa Nottingham otrzymał nagrodę BAFTA. Nie było to jego pierwsze spotkanie z tą nagrodą, gdyż rok wcześniej był już do niej nominowany. W melodramacie Anthony’ego Minghella „głęboko, prawdziwie, do szaleństwa” zagrał zmarłego mężczyznę, który pod postacią ducha wraca na Ziemię, aby pocieszyć zrozpaczoną żonę. 
Alan Rickman jako Hans Gruber


Każda postać, którą gram, ma inny wymiar. 

Aktor jest agentem przemiany. 

Po świetnych rolach w Szklanej pułapce i Robin Hoodzie Alan Rickman był utożsamiany głównie z czarnymi charakterami. W przyszłości już nigdy nie zagrał jednoznacznie złej postaci, za to jego role stawały się coraz bardziej różnorodne. W 1995 roku wystąpił pod postacią nieśmiałego romantyka – pułkownika Brandona – w obsypanej nagrodami adaptacji powieści Jane Austen pt. Rozważna i romantyczna. Rok później, za tytułową rolę w filmie telewizyjnym Rasputin, otrzymał Złotego Globa i nagrodę Emmy. Nie ograniczał się tylko do poważnych ról: w 1999 mogliśmy zobaczyć Rickmana w komedii science fiction, Kosmiczna załoga z Sigourney Weaver i Timem Allenem, a następnie u boku Bena Afflecka i Matta Damona w hollywoodzkiej komedii fantasy Dogma. 

Rickman jako dr Lazurus w Kosmicznej załodze
Kolejny przełom w jego karierze nastąpił przy okazji roli Severusa Snape’a w serii filmów o Harrym Potterze. Aktor był związany z produkcją przez dziesięć lat, a grany przez niego bohater stał się przedmiotem powszechnego uwielbienia, nie tylko ze względu na samą postać, ale właśnie na Alana Rickmana, który wykreował ją doskonale. Co ciekawe, J.K. Rowling nigdy nie zdradziła mu szczegółów dotyczących Severusa Snape’a. Udzieliła mu jedynie strzępka informacji, które pozwoliły mu myśleć, że mistrz eliksirów nie jest tak jednoznaczny i prostolinijny, jak wydaje się w pierwszych częściach sagi. W wywiadzie przyznał, że przeczytał wszystkie części Harry’ego Pottera, gdyż tylko one są wykopaliskiem wiedzy na temat bohaterów, jednak nieprawdą jest, aby kiedykolwiek użył krążących w internecie słów: Mając osiemdziesiąt lat, będę siedział w mym bujanym fotelu, czytając Harry’ego Pottera, a rodzina zapyta mnie: przez te wszystkie lata…? Odpowiem: Zawsze. W rzeczywistości, ów cytat został wymyślony przez jednego z fanów i w tajemniczy sposób przypisany Rickmanowi. Niestety, rola Snape’a sprawiła, że został łatwo zaszufladkowany, przez co fani, piszący do niego listy, nie powinni o niej wspominać, jeśli chcieli uzyskać odpowiedź. Co prawda, dla Harry’ego Pottera odrzucił możliwość podkładania głosu lordowi Farquadowi ze Shreka, ale w międzyczasie wcielał się również w inne role.
Alan Rickman jako Severus Snape
Jedną z nich była postać zazdrosnego męża Emmy Thompson w komedii romantycznej To właśnie miłość z 2003 roku. Natomiast za rolę kardiochirurga, Alfreda Blalocka, w filmie telewizyjnym W rękach Boga otrzymał kilka nominacji do prestiżowych nagród. Zagrał także w cenionym filmie Toma Tykwera: Pachnidło: historia mordercy, gdzie pod postacią zamożnego szlachcica, a przede wszystkim zatroskanego ojca, pragnął ochronić córkę przed morderstwem. Wraz z Johnnym Deppem i Heleną Bonham-Carter sprawdził się nie tylko aktorsko, ale i wokalnie w mrocznym musicalu Tima Burtona Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street. Współpraca ze znanym reżyserem nie skończyła się na jednej produkcji: w 2010 roku Alan Rickman użyczył głosu Absolemowi, palącej shishę gąsienicy z Alicji w Krainie Czarów. Podczas ostatnich lat swej kariery był też kochającym sztukę magnatem oszukanym przez Colina Firtha w komedii kryminalnej Gambit, czyli jak ograć króla oraz Ronaldem Reaganem w Kamerdynerze
Alan Rickman był terrorystą. A oprócz tego nauczycielem eliksirów, złym mężem, chirurgiem, sędzią, kosmitą, gąsienicą, szlachcicem i prezydentem. Przywołując więc kwestię sprzed kilku akapitów, najprościej można powiedzieć, że mógł być wszystkim. Jednak jego kariera filmowa nie polegała jedynie na aktorstwie. W 1997 roku wyreżyserował Zimowego gościa – dramat opowiadający nie tylko o srogiej zimie w małej, szkockiej miejscowości, ale także o trudach starości i rodzinnych relacjach matki z córką. Film doczekał się trzech nagród na festiwalu w Wenecji i czterech nominacji. Sam Rickman wcielił się w nim w rolę zwykłego przechodnia, który niepostrzeżenie wpada na główną bohaterkę na ulicy. Z kolei w 2014 roku został Ludwikiem XIV w wyreżyserowanym przez siebie kostiumowym komediodramacie Odrobina chaosu z Kate Winslet i Helen McCrory. 
Alan Rickman jako sędzia Turpin

Nie samym filmem żyje aktor 

Alan Rickman powiedział kiedyś, że teatr jest jego religią. Było to miejsce, od którego zaczął i do którego zawsze wracał. Zasłynął nie tylko jako aktor filmowy, ale przede wszystkim teatralny. Początkowo pracował nad Mewami Czechowa i The Grass Widow Wilsona w niezależnym teatrze Royal Court. Jego kariera teatralna zaczęła rozkwitać, gdy dołączył do Royal Shakespeare Company w 1978 roku. Trwająca dziesięć lat współpraca zaowocowała rolami w takich sztukach, jak: Burza, Jak wam się podoba, Stracone zachody miłości, Troilus i Kresyda czy Antoniusz i Kleopatra. Jednak Rickman nie był z tego zadowolony. RSC uważał za fabrykę, w której produkuje się zbyt wiele sztuk na raz, nie poświęcając uwagi żadnej z nich i nie pomagając młodym aktorom w rozwijaniu się. 
Za przełom w jego teatralnej karierze uważa się główną rolę Hrabiego de Valmonta w adaptacji Niebezpiecznych związków napisanej przez Christophera Hamptona. Dwa lata po premierze w 1985 roku spektakl został przeniesiony na Broadway, gdzie został uhonorowany nominacją do nagrody Tony (Antoinette Perry Award for Excellence in Theatre) i Drama Desk Awards. 
Niebezpieczne związki, 1985
Alan Rickman jako Hamlet, 1992

W 1986 zagrał Hendrika Höfgena w dramacie Klausa Manna – Mephisto. Premiera spektaklu odbyła się w londyńskim teatrze Barbican. Nie ograniczał się jedynie do brytyjskiego teatru; w japońskiej sztuce pt. Tango at the End of Winter wykreował postać słynnego aktora. Rok później wcielił się w rolę księcia Hamleta w Riverside Theatre Nottingham. Mimo powszechnego przekonania, że rola w tym szczególnym dramacie jest dla każdego aktora wisienką na torcie, Alan Rickman wcale nie spoczął na laurach. Pozostawał w teatrze, bo właśnie tu czuł się najlepiej. W 1998 roku występował jako Marek Antoniusz w Antoniuszu i Kleopatrze, mimo iż dwadzieścia lat wcześniej, w tej samej sztuce, grał jedynie żołnierza. Rok 2001 na nowo przeniósł Rickmana na Broadway po sukcesie komedii romantycznej Private Lives zrealizowanej w Albery Theatre w Londynie. W samym Nowym Jorku sztuka została wystawiona sto dwadzieścia siedem razy, przynosząc twórcom wiele prestiżowych nagród, w tym nagrodę Tony, do której były już nominowane Niebezpieczne związki.
W branży teatralnej Alan Rickman również zasłynął jako reżyser. Głośnym echem odbiła się zrealizowana przez niego sztuka My Name Is Rachel Corrie bazująca na pamiętniku i wiadomościach samej Rachel – amerykańskiej studentki i aktywistki, która zginęła, zmiażdżona przez buldożer, podczas jednego z protestów w Palestynie. Spektakl zdobył Theatregoers’ Choice Award dla Najlepszego reżysera i Najlepszej nowej sztuki. 

Nigdy nie byłem zdolny do tworzenia planów w moim życiu. 

Po prostu wędrowałem od rozterki do rozterki.

Podróż Alana Rickmana trwała niespełna siedemdziesiąt lat. Od krótkiej kariery grafika przez studia aktorskie, występy teatralne, telewizyjne i filmowe aż po reżyserię. Każda produkcja, w której występował, niosła ze sobą coś nowego, a każdy bohater był inny od poprzedniego. Doskonale sprawdzał się zarówno w rolach tragicznych, jak i komediowych. Co więcej, był jednym z najlepszych aktorów szekspirowskich w dzisiejszej Anglii. I wciąż podróżował: od kapłana do Marka Antoniusza, a potem jeszcze dalej.
To role zdobywają nagrody, nie aktorzy – powiedział podczas jednego z wywiadów. Prawdą jest, że Alan Rickman nigdy ról nie selekcjonował, bo żadna nie była ważniejsza od drugiej. Do każdej podchodził z jednakowym zaangażowaniem, gdyż aktorstwo nie było jedynie jego pasją, ale i rzemiosłem. I tak, jak obiecał: swą pracę traktował bardzo poważnie, siebie – z dużym dystansem. Odgrywanie prostych postaci nie uwłaczało jego godności, a wcielanie się w wybitne jednostki nie napawało go dumą. Być może dlatego, że życie Alana Rickmana nigdy nie było pogonią za wspaniałą karierą czy światową sławą. Było po prostu podróżą przez kolejne drogi, które zechciał przejść.

Mamma mia!

źródło

Sophie ma marzenie. Wielkie marzenie. Jest wychowywana przez samotną matkę, która prowadzi hotel na greckiej wyspie. Donna – matka Sophie – jest niezależną kobietą, która pragnie dobra dla swojej córki i jest gotowa na każde poświęcenie, lecz nie chce zdradzić, kto jest ojcem Sophie. Dziewczyna niedługo wychodzi za mąż i chciałaby, żeby jej tata poprowadził ją do ołtarza. Przypadkowo znajduje pamiętnik Donny i odkrywa… Są trzej kandydaci na jej ojca! Nie może w to uwierzyć, ale mimo to postanawia zaprosić w tajemnicy przed matką wszystkich trzech. Jest pewna, że rozpozna tego prawdziwego. Przychodzi dzień ślubu i zaproszeni mężczyźni spotykają się na ślubie przekonani, że ich dawna miłość chce odnowić kontakty. Tymczasem spotykają entuzjastycznie nastawioną Sophie. Jednak jej pozytywne myśli szybko znikają, gdy nadal nie wie, który z nich może być jej ojcem. Czy Sophie rozpozna swojego rodzica? Co powie Donna, gdy spotka swoich dawnych kochanków? Czy ślub to na pewno dobry pomysł?




Tytuł: Mamma mia
Reżyser: Wojciech Kępczyński
Teatr: Roma
Mamma mię zna chyba każdy z nas. I nie mówię w tym momencie o filmie czy sztuce, tylko sławnej piosence Abby. Tyle lat temu Abba występowała i robiła furorę wśród muzyków i słuchaczy. Jednak mimo tego czasu każde dziecko zna tę piosenkę i bez zastanowienia jest w stanie powiedzieć, jaki zespół ją wykonywał. To niesamowite… Poza tym pojawił się jeszcze film, gdzie wszystkie najsłynniejsze utwory tej grupy komponują się z fabułą. Lecz tym razem przyszedł czas na jeszcze coś innego – spektakl teatralny. Teatr Roma w Warszawie przedstawia historię Sophie, Donny i w pewnym sensie Abby na scenie. Już dawno chciałam obejrzeć tę sztukę, więc gdy tylko pojawiła się okazja na kupno biletów, bez zastanowienia postanowiłam pojechać do Warszawy. Czy było warto? Jak najbardziej.
Nigdy nie obejrzałam filmu Mamma mia. Podejrzewam, że wiele osób nie może zrozumieć, jak to możliwe. Tak bardzo popularna produkcja, często emitowana w telewizji, a ja jej nie oglądałam. Przecież to niemożliwe… A jednak. Właśnie dlatego, oglądając sztukę, poznawałam całkiem nową dla mnie historię, który opiera się na ciekawym pomyśle. Nie przepadam za tego typu opowieściami, ponieważ wydają mi się ckliwe i często przesłodzone. Nigdy nie ukazują prawdziwej rzeczywistości, choć podobno każda historia wydarzyła się naprawdę, tylko została trochę ubarwiona. Mimo to bardzo chciałam poznać zakończenie. Do czego to wszystko zmierza? Który z tych mężczyzn jest ojcem Sophie? Takich pytań pojawiało się tysiące. Nie otrzymałam wszystkich odpowiedzi, lecz i tak zakończenie spodobało mi się.
Natomiast gra aktorska mnie zaskoczyła. Była tak bardzo realistyczna. Czułam się, jakbym podglądała życie innych ludzi. To było niesamowite uczucie. Dotychczas byłam tylko na jednym spektaklu, gdzie miałam podobne odczucia. Ta sztuka nie miała porównania z wieloma filmami. Po prostu była lepsza. Zadziałała moja wyobraźnia i wszystko działo się wokół mnie. To trochę jak książka. Mamy gotową historię, ale to od nas zależy, jak ją wykorzystamy.
Mam pewne zastrzeżenia co do muzyki. Uwielbiam piosenki Abby, choć nie słucham ich często. Są dla mnie swoistą tradycją, o której co jakiś czas sobie przypominam. Aktorzy wczuli się w swoje role i w większości przypadków utwory Abby dobrze brzmiały w ich wykonaniu. Jednakże były przetłumaczone na polski. Te mniej znane dobrze komponowały się z fabułą i doskonale pasowały do opowieści. Lecz takie, jak Mamma mia, Honey, honey czy Dancing Queen brzmiały nienaturalnie w tłumaczeniu na polski. Rozumiem, że część osób nie zna tego języka na tyle dobrze, by je zrozumieć (zaliczam się do nich), ale jestem pewna, że było inne rozwiązanie. Można było na przykłada wyświetlać tłumaczenie przez projektor.
Scenografia była bardzo dopracowana, choć prosta. Jestem zaskoczona wyposażeniem teatru. Przede wszystkim pojawił się projektor, który poszerzał perspektywę oraz ruchome ściany, dzięki którym sceny w szybki i nienarzucający sposób zmieniały się. Głównym ośrodkiem sceny był dom, w którym odgrywała się akcja.
Mamma mia jako spektakl zrobiła na mnie naprawdę niesamowite wrażenie. Jest to jedna z tych sztuk, która sprawia, że chcesz chodzić do teatru i zaczynasz doceniać tę rozrywkę bardziej niż te popularne. Gdyby tylko bilety do teatru były tańsze, jestem pewna, że ten rodzaj kultury zostałby bardziej doceniony.

Skąd wzięły się jasełka?

Pragnę uczcić pamięć o narodzinach owego Dziecięcia… pokazać niewygody i wyrzeczenia, jakie musiało znosić złożone w żłobie, leżąc w sianie w obecności wołu i osła. Pragnę pokazać to oczom tych, którzy przyjdą do groty, w żywych postaciach ludzi i dzieciątka i również przy żywych zwierzętach.
Kto z nas nie widział jasełek? Towarzyszą nam one już od dzieciństwa. Wystawia się je w przedszkolach i szkołach, domach kultury i kościołach. Są nieodłącznym elementem świątecznej tradycji, przypominającym ludziom o tym, jak i gdzie narodził się Jezus oraz co do tego doprowadziło. Chociaż traktujemy je pozagatunkowo, są one jedną z najsłynniejszych form teatralnych, łączącą elementy spektaklu i musicalu. Mamy tu przecież nie tylko aktorów wygłaszających udramatycznione dialogi, ale także scenografię, kostiumy oraz oprawę muzyczną, często wiodącą prym w całym przedstawieniu. 
źródło
Oglądając jasełka, możemy odnieść wrażenie, że są one tradycją iście polską. No bo gdzie indziej znajdziemy górali z ciupagami, składających przy żłobie oscypek i wełnę? Gdzie indziej posłuchamy charakterystycznych regionalnych gwar? Jasełka wystawiane w Polsce są wręcz przesiąknięte naszym folklorem, ale po raz pierwszy pokazano je tutaj dopiero pod koniec XIII wieku na dworze św. Kingi. 
źródło
Tymczasem owa forma narodziła się kilkadziesiąt lat wcześniej… we Włoszech. Zapoczątkował ją Franciszek z Asyżu – duchowny katolicki i założyciel zakonu franciszkanów, a dzisiejszy patron m.in. aktorów. To on jest autorem słów, które przywołałam we wstępie. W roku 1223, w miejscowości Greccio, Franciszek zapragnął uczcić w wyjątkowy sposób narodziny Jezusa, o czym powiedział swemu przyjacielowi Janowi. Przygotował pierwszą w historii żywą szopkę, którą Tomasz z Celonu opisuje tak:
Grota oświetlona jakby za dnia. Przybywają ludzie, przeżywają radośnie coś czego jeszcze nie było, nowe misterium. Pobliski las wypełnia się głosami, skały odpowiadają echem radującym się. Śpiewają bracia, oddając należną chwałę Panu. Franciszek położył małe dziecię na sianie, przypomniał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana, wygłosił kazanie, odprawiono Eucharystię.
Właśnie ten dzień zapoczątkował w Europie tradycję budowania szopek, a nawet wystawiania przedstawień związanych z narodzinami Chrystusa. Do Polski dotarł znacznie później, a w XVIII wieku został chwilowo zakazany przez kościół ze względu na zbyt wiele elementów ludowych, które przedstawiający wplatali w spektakle. Wtedy właśnie jasełka nabrały charakteru mieszczańskiego, wpadając w ręce ulicznych trup teatralnych. Teraz trudno wyobrazić sobie święta bez żywych szopek w kościołach, jasełek w szkołach bądź krakowskiego konkursu na najpiękniejszą szopkę, organizowanego co rok. Coś, co nie było polskim wymysłem, na stałe zakorzeniło się w naszej tradycji i ewoluowało na wiele sposobów. Może dlatego możemy wyróżnić wiele typów jasełek, w zależności od regionu, w którym są wystawiane. 
Źródło
Sama nazwa przedstawienia pochodzi natomiast od staropolskiego słowa „jasło”, które oznaczało żłób. Wzorowane na misteriach franciszkańskich przedstawienia, w Polsce zawsze cieszyły się popularnością ze względu na swój charakter oraz mnogość postaci. Popularne były nie tylko postacie Maryi, Józefa i króli, ale także polskich bohaterów narodowych czy Polaków w strojach ludowych.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia