I gdzie ten marazm, gdzie uśpienie…?











Wesele Stanisława Wyspiańskiego to jeden z najbardziej znanych, ale i najtrudniejszych dramatów. Ta poetycka opowieść o weselu Lucjana Rydla z Jadwigą Mikołajczykówną doczekała się wielu inscenizacji teatralnych, a jej popularność nie słabnie. Każdego roku nowi reżyserzy sięgają po dzieło Wyspiańskiego, przedstawiając je wedle własnej wizji. Nieco inaczej zrobił Krzysztof Jasiński, który w roku 2013 postanowił wystawić tryptyk o tytule Wędrowanie, na który składają się: Wesele, Wyzwolenie i Akropolis. Zrealizowanie tak ogromnego przedsięwzięcia co prawda zasługuje na podziw i uznanie, ale nieco przerosło samego reżysera, przynajmniej jeśli chodzi o Wesele.

Zaczyna się dobrze. Piękne stroje z epoki, skoczna muzyka skomponowana przez dwóch weselnych grajków i minimalistyczna scenografia w postaci okrągłego stolika, dwóch wysokich krzeseł przy filarach oraz tła złożonego z wysokich szyb i pojedynczych drzwi – to wszystko wprowadza widza w swojski, wesoły klimat wywołujący uśmiech na twarzy. Ten specyficzny folklor jest tu bardzo dobrze odtworzony. I właśnie z tego powodu zawód widza jest większy, gdy nagle skoczną muzykę zastępują polskie utwory takie, jak My, Słowianie, Jesteś Szalona czy Bierz, co chcesz. Można to wytłumaczyć próbą uwspółcześnienia dramatu, wykreowania wiarygodnego wizerunku nowoczesnej polskiej wsi. Ten zabieg jednak bardziej zaszkodził sztuce niż się jej przysłużył. Przez użycie zarówno klasycznych utworów, jak i hitów disco-polo na scenie zapanował chaos. Reżyser nie sprecyzował stworzonej przez siebie konwencji, pozostawiając widza z konsternacją, ponieważ dobrane piosenki ani trochę nie pasują do całokształtu, mimo że czasem wywołują śmiech. 

Mocną stronę spektaklu są efekty specjalnie. W tej dziedzinie Teatr Stu nie ma sobie równych. O ile w Rozmowach z Diabłem mieliśmy do czynienia z żywym ogniem trawiącym tron, o tyle w Weselu możemy ujrzeć bardzo realistyczne błyskawice, deszcz spływający po szybach czy projekcję nadlatujących kruków, które okazują się coraz bliżej i bliżej… Wywiera to naprawdę ogromne wrażenie i jest dobrze wkomponowane w całość.

Gra aktorska utrzymana jest na wysokim poziomie. Szczególną uwagę zwraca Krzysztof Kwiatkowski, odtwórca roli Poety, oraz Andrzej Róg jako Żyd. Aktorzy grają płynnie, używają charakterystycznej gwary, doskonale wykorzystują przestrzeń. W połączeniu z pięknymi strojami wyglądają na przeniesionych z początku dwudziestego wieku, aby zaprezentować się publiczności. Niestety z całego dramatu zachowano jedynie dwanaście postaci (podczas gdy w oryginale jest ich dwadzieścia pięć), a wiele scen zostało skróconych lub niemal całkowicie wyciętych. Zdecydowanie zubaża to całą sztukę i wywołuje poczucie niedosytu. W moim mniemaniu największym błędem jest brak chocholego tańca, który stanowi kwintesencję dramatu. Tu nie ma rytuału odprawionego przez Jaśka, nie ma tańczących postaci ani słynnego raz do koła, raz do koła… Cały spektakl zamyka monolog Jaśka przy dźwiękach dubstepu i dyskotekowych światłach. Potem wszystko gaśnie. 

Wesele w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego przywodzi na myśl nieudany eksperyment, próbę jednoczesnego uwspółcześniania dramatu i zachowania tradycji. W ostatecznym rozrachunku nie ma ani jednego, ani drugiego. Odnosi się wrażenie, że reżyser nie był do końca pewien, co chce zrobić. Miał wizję, ale nieprecyzyjną. Zadbał o ogół, porzucając szczegóły. Zbyt drastycznie skrócił tekst, pozostawiając go nieco ubogim, pustym. Rezygnując ze sceny końcowej, pozbawił dramat symboliki i podsumowania. Aż chciałoby się zapytać: i gdzie ten marazm, gdzie to uśpienie…? Spektakl ma jednak swoje plusy. Warto usłyszeć głos Jerzego Treli jako chochoła, zobaczyć świetną grę aktorską, doskonałe efekty czy kostiumy, ale nie za cenę zupełnie nieadekwatną do wartości przedstawienia.

Wszystkie drogi Alana Rickmana

źrodło
Teatr traktował jak religię. Aktorstwo – niczym powołanie. Do pracy podchodził z należytą powagą, do siebie i własnych słabości niekoniecznie. Kim był Alan Rickman? Bo na pewno nie jedynie Severusem Snape’em czy Hansem Gruberem. Jeśli chcesz wiedzieć kim jestem – mawiał – wszystko znajdziesz w mej pracy. A jego praca była niezwykle piękną, kolorową podróżą przez film, teatr i telewizję.

Miał siedem lat, gdy zrozumiał, że zostanie aktorem. Jednak dopiero w wieku dwudziestu pięciu postanowił aplikować do Royal Academy of Dramatic Art, ponieważ – jak sam twierdził – były też inne drogi, które musiał przejść w pierwszej kolejności. Jedną z tych dróg było studiowanie grafiki na Chelsea College of Art And Designe, gdzie poznał swą przyszłą partnerkę – Rimę Horton. Spędzili razem całe życie, mimo że potajemny ślub odbył się dopiero kilka lat temu. Ceremonia miała miejsce w Nowym Jorku, a wzięli w niej udział tylko oni dwoje; bez rodziny, przyjaciół, a nawet obrączek. 
Najprościej można powiedzieć, że Alan Rickman mógł być każdym. Różnorodność ról, które przyjmował, nie pozwoliła go sklasyfikować ani zamknąć w konkretnej szufladzie. Podróż przez kolejne postacie nie musiała mieć końca, bo nigdy nie stawiał sobie ograniczeń. Zawsze twierdził, że drogą do poważnego traktowania swojego zawodu, jest niepoważne traktowanie samego siebie; i właśnie tak robił. Dzięki temu wszystkim rolom mógł poświęcić cały swój talent i odpowiedzialność, a każdy film, w którym występował, stawał się częścią nie tyle jego kariery, co życia. Zachwycał nie tylko umiejętnościami, ale także głosem. Był aktorem, którego filmowe kwestie stawały się przedmiotem kultu, niekoniecznie ze względu na ich głębię, ale sam głos Rickmana; chociażby słynne „turn to page 394” będące częścią wypowiedzi Severusa Snape’a w Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu. 


Pięćdziesiąt twarzy Rickmana

Miał trzydzieści jeden lat, gdy po raz pierwszy wystąpił w telewizji. Przez następne trzydzieści siedem zdołał wcielić się w ponad pięćdziesiąt postaci, a pierwszą z nich był odziany w obcisłe rajtuzy Tybalt z Romea i Julii, spektaklu zrealizowanego na potrzeby BBC w roku 1978. Cztery lata później otrzymał główną rolę w miniserialu The Barchester Chronicles, gdzie wystąpił jako wielebny, Obadiah Slope. Jednak to nie rola księdza przyniosła mu światową sławę.
W 1988 roku na ekrany kin weszła – uważana dziś za klasykę kina akcji – Szklana pułapka. U boku Bruce’a Willisa Rickman wcielił się w postać niemieckiego terrorysty, Hansa Grubera. Rola ta przyniosła mu zaszczytne czterdzieste szóste miejsce na liście 100 największych filmowych bohaterów i złoczyńców. Jako czarny charakter zabłysnął po raz kolejny przy okazji filmu Robin Hood: Książę Złodziei (1991). Za doskonałe wykreowanie postaci Szeryfa Nottingham otrzymał nagrodę BAFTA. Nie było to jego pierwsze spotkanie z tą nagrodą, gdyż rok wcześniej był już do niej nominowany. W melodramacie Anthony’ego Minghella „głęboko, prawdziwie, do szaleństwa” zagrał zmarłego mężczyznę, który pod postacią ducha wraca na Ziemię, aby pocieszyć zrozpaczoną żonę. 
Alan Rickman jako Hans Gruber


Każda postać, którą gram, ma inny wymiar. 

Aktor jest agentem przemiany. 

Po świetnych rolach w Szklanej pułapce i Robin Hoodzie Alan Rickman był utożsamiany głównie z czarnymi charakterami. W przyszłości już nigdy nie zagrał jednoznacznie złej postaci, za to jego role stawały się coraz bardziej różnorodne. W 1995 roku wystąpił pod postacią nieśmiałego romantyka – pułkownika Brandona – w obsypanej nagrodami adaptacji powieści Jane Austen pt. Rozważna i romantyczna. Rok później, za tytułową rolę w filmie telewizyjnym Rasputin, otrzymał Złotego Globa i nagrodę Emmy. Nie ograniczał się tylko do poważnych ról: w 1999 mogliśmy zobaczyć Rickmana w komedii science fiction, Kosmiczna załoga z Sigourney Weaver i Timem Allenem, a następnie u boku Bena Afflecka i Matta Damona w hollywoodzkiej komedii fantasy Dogma. 

Rickman jako dr Lazurus w Kosmicznej załodze
Kolejny przełom w jego karierze nastąpił przy okazji roli Severusa Snape’a w serii filmów o Harrym Potterze. Aktor był związany z produkcją przez dziesięć lat, a grany przez niego bohater stał się przedmiotem powszechnego uwielbienia, nie tylko ze względu na samą postać, ale właśnie na Alana Rickmana, który wykreował ją doskonale. Co ciekawe, J.K. Rowling nigdy nie zdradziła mu szczegółów dotyczących Severusa Snape’a. Udzieliła mu jedynie strzępka informacji, które pozwoliły mu myśleć, że mistrz eliksirów nie jest tak jednoznaczny i prostolinijny, jak wydaje się w pierwszych częściach sagi. W wywiadzie przyznał, że przeczytał wszystkie części Harry’ego Pottera, gdyż tylko one są wykopaliskiem wiedzy na temat bohaterów, jednak nieprawdą jest, aby kiedykolwiek użył krążących w internecie słów: Mając osiemdziesiąt lat, będę siedział w mym bujanym fotelu, czytając Harry’ego Pottera, a rodzina zapyta mnie: przez te wszystkie lata…? Odpowiem: Zawsze. W rzeczywistości, ów cytat został wymyślony przez jednego z fanów i w tajemniczy sposób przypisany Rickmanowi. Niestety, rola Snape’a sprawiła, że został łatwo zaszufladkowany, przez co fani, piszący do niego listy, nie powinni o niej wspominać, jeśli chcieli uzyskać odpowiedź. Co prawda, dla Harry’ego Pottera odrzucił możliwość podkładania głosu lordowi Farquadowi ze Shreka, ale w międzyczasie wcielał się również w inne role.
Alan Rickman jako Severus Snape
Jedną z nich była postać zazdrosnego męża Emmy Thompson w komedii romantycznej To właśnie miłość z 2003 roku. Natomiast za rolę kardiochirurga, Alfreda Blalocka, w filmie telewizyjnym W rękach Boga otrzymał kilka nominacji do prestiżowych nagród. Zagrał także w cenionym filmie Toma Tykwera: Pachnidło: historia mordercy, gdzie pod postacią zamożnego szlachcica, a przede wszystkim zatroskanego ojca, pragnął ochronić córkę przed morderstwem. Wraz z Johnnym Deppem i Heleną Bonham-Carter sprawdził się nie tylko aktorsko, ale i wokalnie w mrocznym musicalu Tima Burtona Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street. Współpraca ze znanym reżyserem nie skończyła się na jednej produkcji: w 2010 roku Alan Rickman użyczył głosu Absolemowi, palącej shishę gąsienicy z Alicji w Krainie Czarów. Podczas ostatnich lat swej kariery był też kochającym sztukę magnatem oszukanym przez Colina Firtha w komedii kryminalnej Gambit, czyli jak ograć króla oraz Ronaldem Reaganem w Kamerdynerze
Alan Rickman był terrorystą. A oprócz tego nauczycielem eliksirów, złym mężem, chirurgiem, sędzią, kosmitą, gąsienicą, szlachcicem i prezydentem. Przywołując więc kwestię sprzed kilku akapitów, najprościej można powiedzieć, że mógł być wszystkim. Jednak jego kariera filmowa nie polegała jedynie na aktorstwie. W 1997 roku wyreżyserował Zimowego gościa – dramat opowiadający nie tylko o srogiej zimie w małej, szkockiej miejscowości, ale także o trudach starości i rodzinnych relacjach matki z córką. Film doczekał się trzech nagród na festiwalu w Wenecji i czterech nominacji. Sam Rickman wcielił się w nim w rolę zwykłego przechodnia, który niepostrzeżenie wpada na główną bohaterkę na ulicy. Z kolei w 2014 roku został Ludwikiem XIV w wyreżyserowanym przez siebie kostiumowym komediodramacie Odrobina chaosu z Kate Winslet i Helen McCrory. 
Alan Rickman jako sędzia Turpin

Nie samym filmem żyje aktor 

Alan Rickman powiedział kiedyś, że teatr jest jego religią. Było to miejsce, od którego zaczął i do którego zawsze wracał. Zasłynął nie tylko jako aktor filmowy, ale przede wszystkim teatralny. Początkowo pracował nad Mewami Czechowa i The Grass Widow Wilsona w niezależnym teatrze Royal Court. Jego kariera teatralna zaczęła rozkwitać, gdy dołączył do Royal Shakespeare Company w 1978 roku. Trwająca dziesięć lat współpraca zaowocowała rolami w takich sztukach, jak: Burza, Jak wam się podoba, Stracone zachody miłości, Troilus i Kresyda czy Antoniusz i Kleopatra. Jednak Rickman nie był z tego zadowolony. RSC uważał za fabrykę, w której produkuje się zbyt wiele sztuk na raz, nie poświęcając uwagi żadnej z nich i nie pomagając młodym aktorom w rozwijaniu się. 
Za przełom w jego teatralnej karierze uważa się główną rolę Hrabiego de Valmonta w adaptacji Niebezpiecznych związków napisanej przez Christophera Hamptona. Dwa lata po premierze w 1985 roku spektakl został przeniesiony na Broadway, gdzie został uhonorowany nominacją do nagrody Tony (Antoinette Perry Award for Excellence in Theatre) i Drama Desk Awards. 
Niebezpieczne związki, 1985
Alan Rickman jako Hamlet, 1992

W 1986 zagrał Hendrika Höfgena w dramacie Klausa Manna – Mephisto. Premiera spektaklu odbyła się w londyńskim teatrze Barbican. Nie ograniczał się jedynie do brytyjskiego teatru; w japońskiej sztuce pt. Tango at the End of Winter wykreował postać słynnego aktora. Rok później wcielił się w rolę księcia Hamleta w Riverside Theatre Nottingham. Mimo powszechnego przekonania, że rola w tym szczególnym dramacie jest dla każdego aktora wisienką na torcie, Alan Rickman wcale nie spoczął na laurach. Pozostawał w teatrze, bo właśnie tu czuł się najlepiej. W 1998 roku występował jako Marek Antoniusz w Antoniuszu i Kleopatrze, mimo iż dwadzieścia lat wcześniej, w tej samej sztuce, grał jedynie żołnierza. Rok 2001 na nowo przeniósł Rickmana na Broadway po sukcesie komedii romantycznej Private Lives zrealizowanej w Albery Theatre w Londynie. W samym Nowym Jorku sztuka została wystawiona sto dwadzieścia siedem razy, przynosząc twórcom wiele prestiżowych nagród, w tym nagrodę Tony, do której były już nominowane Niebezpieczne związki.
W branży teatralnej Alan Rickman również zasłynął jako reżyser. Głośnym echem odbiła się zrealizowana przez niego sztuka My Name Is Rachel Corrie bazująca na pamiętniku i wiadomościach samej Rachel – amerykańskiej studentki i aktywistki, która zginęła, zmiażdżona przez buldożer, podczas jednego z protestów w Palestynie. Spektakl zdobył Theatregoers’ Choice Award dla Najlepszego reżysera i Najlepszej nowej sztuki. 

Nigdy nie byłem zdolny do tworzenia planów w moim życiu. 

Po prostu wędrowałem od rozterki do rozterki.

Podróż Alana Rickmana trwała niespełna siedemdziesiąt lat. Od krótkiej kariery grafika przez studia aktorskie, występy teatralne, telewizyjne i filmowe aż po reżyserię. Każda produkcja, w której występował, niosła ze sobą coś nowego, a każdy bohater był inny od poprzedniego. Doskonale sprawdzał się zarówno w rolach tragicznych, jak i komediowych. Co więcej, był jednym z najlepszych aktorów szekspirowskich w dzisiejszej Anglii. I wciąż podróżował: od kapłana do Marka Antoniusza, a potem jeszcze dalej.
To role zdobywają nagrody, nie aktorzy – powiedział podczas jednego z wywiadów. Prawdą jest, że Alan Rickman nigdy ról nie selekcjonował, bo żadna nie była ważniejsza od drugiej. Do każdej podchodził z jednakowym zaangażowaniem, gdyż aktorstwo nie było jedynie jego pasją, ale i rzemiosłem. I tak, jak obiecał: swą pracę traktował bardzo poważnie, siebie – z dużym dystansem. Odgrywanie prostych postaci nie uwłaczało jego godności, a wcielanie się w wybitne jednostki nie napawało go dumą. Być może dlatego, że życie Alana Rickmana nigdy nie było pogonią za wspaniałą karierą czy światową sławą. Było po prostu podróżą przez kolejne drogi, które zechciał przejść.

Mamma mia!

źródło

Sophie ma marzenie. Wielkie marzenie. Jest wychowywana przez samotną matkę, która prowadzi hotel na greckiej wyspie. Donna – matka Sophie – jest niezależną kobietą, która pragnie dobra dla swojej córki i jest gotowa na każde poświęcenie, lecz nie chce zdradzić, kto jest ojcem Sophie. Dziewczyna niedługo wychodzi za mąż i chciałaby, żeby jej tata poprowadził ją do ołtarza. Przypadkowo znajduje pamiętnik Donny i odkrywa… Są trzej kandydaci na jej ojca! Nie może w to uwierzyć, ale mimo to postanawia zaprosić w tajemnicy przed matką wszystkich trzech. Jest pewna, że rozpozna tego prawdziwego. Przychodzi dzień ślubu i zaproszeni mężczyźni spotykają się na ślubie przekonani, że ich dawna miłość chce odnowić kontakty. Tymczasem spotykają entuzjastycznie nastawioną Sophie. Jednak jej pozytywne myśli szybko znikają, gdy nadal nie wie, który z nich może być jej ojcem. Czy Sophie rozpozna swojego rodzica? Co powie Donna, gdy spotka swoich dawnych kochanków? Czy ślub to na pewno dobry pomysł?




Tytuł: Mamma mia
Reżyser: Wojciech Kępczyński
Teatr: Roma
Mamma mię zna chyba każdy z nas. I nie mówię w tym momencie o filmie czy sztuce, tylko sławnej piosence Abby. Tyle lat temu Abba występowała i robiła furorę wśród muzyków i słuchaczy. Jednak mimo tego czasu każde dziecko zna tę piosenkę i bez zastanowienia jest w stanie powiedzieć, jaki zespół ją wykonywał. To niesamowite… Poza tym pojawił się jeszcze film, gdzie wszystkie najsłynniejsze utwory tej grupy komponują się z fabułą. Lecz tym razem przyszedł czas na jeszcze coś innego – spektakl teatralny. Teatr Roma w Warszawie przedstawia historię Sophie, Donny i w pewnym sensie Abby na scenie. Już dawno chciałam obejrzeć tę sztukę, więc gdy tylko pojawiła się okazja na kupno biletów, bez zastanowienia postanowiłam pojechać do Warszawy. Czy było warto? Jak najbardziej.
Nigdy nie obejrzałam filmu Mamma mia. Podejrzewam, że wiele osób nie może zrozumieć, jak to możliwe. Tak bardzo popularna produkcja, często emitowana w telewizji, a ja jej nie oglądałam. Przecież to niemożliwe… A jednak. Właśnie dlatego, oglądając sztukę, poznawałam całkiem nową dla mnie historię, który opiera się na ciekawym pomyśle. Nie przepadam za tego typu opowieściami, ponieważ wydają mi się ckliwe i często przesłodzone. Nigdy nie ukazują prawdziwej rzeczywistości, choć podobno każda historia wydarzyła się naprawdę, tylko została trochę ubarwiona. Mimo to bardzo chciałam poznać zakończenie. Do czego to wszystko zmierza? Który z tych mężczyzn jest ojcem Sophie? Takich pytań pojawiało się tysiące. Nie otrzymałam wszystkich odpowiedzi, lecz i tak zakończenie spodobało mi się.
Natomiast gra aktorska mnie zaskoczyła. Była tak bardzo realistyczna. Czułam się, jakbym podglądała życie innych ludzi. To było niesamowite uczucie. Dotychczas byłam tylko na jednym spektaklu, gdzie miałam podobne odczucia. Ta sztuka nie miała porównania z wieloma filmami. Po prostu była lepsza. Zadziałała moja wyobraźnia i wszystko działo się wokół mnie. To trochę jak książka. Mamy gotową historię, ale to od nas zależy, jak ją wykorzystamy.
Mam pewne zastrzeżenia co do muzyki. Uwielbiam piosenki Abby, choć nie słucham ich często. Są dla mnie swoistą tradycją, o której co jakiś czas sobie przypominam. Aktorzy wczuli się w swoje role i w większości przypadków utwory Abby dobrze brzmiały w ich wykonaniu. Jednakże były przetłumaczone na polski. Te mniej znane dobrze komponowały się z fabułą i doskonale pasowały do opowieści. Lecz takie, jak Mamma mia, Honey, honey czy Dancing Queen brzmiały nienaturalnie w tłumaczeniu na polski. Rozumiem, że część osób nie zna tego języka na tyle dobrze, by je zrozumieć (zaliczam się do nich), ale jestem pewna, że było inne rozwiązanie. Można było na przykłada wyświetlać tłumaczenie przez projektor.
Scenografia była bardzo dopracowana, choć prosta. Jestem zaskoczona wyposażeniem teatru. Przede wszystkim pojawił się projektor, który poszerzał perspektywę oraz ruchome ściany, dzięki którym sceny w szybki i nienarzucający sposób zmieniały się. Głównym ośrodkiem sceny był dom, w którym odgrywała się akcja.
Mamma mia jako spektakl zrobiła na mnie naprawdę niesamowite wrażenie. Jest to jedna z tych sztuk, która sprawia, że chcesz chodzić do teatru i zaczynasz doceniać tę rozrywkę bardziej niż te popularne. Gdyby tylko bilety do teatru były tańsze, jestem pewna, że ten rodzaj kultury zostałby bardziej doceniony.

Skąd wzięły się jasełka?

Pragnę uczcić pamięć o narodzinach owego Dziecięcia… pokazać niewygody i wyrzeczenia, jakie musiało znosić złożone w żłobie, leżąc w sianie w obecności wołu i osła. Pragnę pokazać to oczom tych, którzy przyjdą do groty, w żywych postaciach ludzi i dzieciątka i również przy żywych zwierzętach.
Kto z nas nie widział jasełek? Towarzyszą nam one już od dzieciństwa. Wystawia się je w przedszkolach i szkołach, domach kultury i kościołach. Są nieodłącznym elementem świątecznej tradycji, przypominającym ludziom o tym, jak i gdzie narodził się Jezus oraz co do tego doprowadziło. Chociaż traktujemy je pozagatunkowo, są one jedną z najsłynniejszych form teatralnych, łączącą elementy spektaklu i musicalu. Mamy tu przecież nie tylko aktorów wygłaszających udramatycznione dialogi, ale także scenografię, kostiumy oraz oprawę muzyczną, często wiodącą prym w całym przedstawieniu. 
źródło
Oglądając jasełka, możemy odnieść wrażenie, że są one tradycją iście polską. No bo gdzie indziej znajdziemy górali z ciupagami, składających przy żłobie oscypek i wełnę? Gdzie indziej posłuchamy charakterystycznych regionalnych gwar? Jasełka wystawiane w Polsce są wręcz przesiąknięte naszym folklorem, ale po raz pierwszy pokazano je tutaj dopiero pod koniec XIII wieku na dworze św. Kingi. 
źródło
Tymczasem owa forma narodziła się kilkadziesiąt lat wcześniej… we Włoszech. Zapoczątkował ją Franciszek z Asyżu – duchowny katolicki i założyciel zakonu franciszkanów, a dzisiejszy patron m.in. aktorów. To on jest autorem słów, które przywołałam we wstępie. W roku 1223, w miejscowości Greccio, Franciszek zapragnął uczcić w wyjątkowy sposób narodziny Jezusa, o czym powiedział swemu przyjacielowi Janowi. Przygotował pierwszą w historii żywą szopkę, którą Tomasz z Celonu opisuje tak:
Grota oświetlona jakby za dnia. Przybywają ludzie, przeżywają radośnie coś czego jeszcze nie było, nowe misterium. Pobliski las wypełnia się głosami, skały odpowiadają echem radującym się. Śpiewają bracia, oddając należną chwałę Panu. Franciszek położył małe dziecię na sianie, przypomniał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana, wygłosił kazanie, odprawiono Eucharystię.
Właśnie ten dzień zapoczątkował w Europie tradycję budowania szopek, a nawet wystawiania przedstawień związanych z narodzinami Chrystusa. Do Polski dotarł znacznie później, a w XVIII wieku został chwilowo zakazany przez kościół ze względu na zbyt wiele elementów ludowych, które przedstawiający wplatali w spektakle. Wtedy właśnie jasełka nabrały charakteru mieszczańskiego, wpadając w ręce ulicznych trup teatralnych. Teraz trudno wyobrazić sobie święta bez żywych szopek w kościołach, jasełek w szkołach bądź krakowskiego konkursu na najpiękniejszą szopkę, organizowanego co rok. Coś, co nie było polskim wymysłem, na stałe zakorzeniło się w naszej tradycji i ewoluowało na wiele sposobów. Może dlatego możemy wyróżnić wiele typów jasełek, w zależności od regionu, w którym są wystawiane. 
Źródło
Sama nazwa przedstawienia pochodzi natomiast od staropolskiego słowa „jasło”, które oznaczało żłób. Wzorowane na misteriach franciszkańskich przedstawienia, w Polsce zawsze cieszyły się popularnością ze względu na swój charakter oraz mnogość postaci. Popularne były nie tylko postacie Maryi, Józefa i króli, ale także polskich bohaterów narodowych czy Polaków w strojach ludowych.

ZADUSZKI W ESSENTII Nigdy nie umieraj przed premierą…

źródło
Tadeusz Kantor – reżyser, scenograf, malarz, geniusz, wizjoner. Przez wielu niezrozumiany, powszechnie uznawany za fenomen. Wybitna postać kultury XX wieku. Autor setek wykładów i manifestów, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych, a także poeta i miłośnik ambalaży, znany przede wszystkim z działalności Teatru Cricot2. W roku 2015 przypada setna rocznica jego urodzin, a zarazem 25. rocznica jego śmierci. 

Artysta przyszedł na świat w Wielopolu Skrzyńskim, gdzie podczas drugiej wojny światowej wymordowano większość ludności. Wielopole jest dzisiaj miejscem, w którym to, co nowe, miesza się z widmem przeszłości. W starych, przedwojennych domostwach żyją nowi ludzie, podejrzliwie obserwujący turystów. To miejsce wzbudza wiele emocji, przyciąga i zwodzi. Każdy ma swoje Wielopole i Kantor również je miał. Często zresztą do niego wracał w swoich spektaklach, które stanowiły jedną wielką biografię artysty. Postacie występujące w jego przedstawieniach były portretami tych, których pamiętał z rodzinnej miejscowości.
Najsłynniejszym, a jednocześnie ostatnim okresem w jego twórczości było tworzenie teatru śmierci, w ramach którego powstały najbardziej znane spektakle Kantora, w tym: Niech Sczezną Artyści, Wielopole, Wielopole, Umarła Klasa, Nigdy Tu Już Nie Powrócę, a także Dziś Są Moje Urodziny. Wszystkie te spektakle odniosły światowy sukces, a nazwisko Kantora błądziło nie tylko po Europie, ale także po wielu innych zakątkach świata. Dziś możemy czytać recenzje jego przedstawień w kilkunastu językach z kilkudziesięciu państw, a wszyscy zgodnie twierdzą, iż Tadeusz Kantor zmienił oblicze sztuki XX wieku, na stałe wpisując się w karty historii.
Nazywano go tyranem. Twierdzono, że traktował aktorów jak przedmioty lub rekwizyty. W podobnych opiniach bardzo łatwo zgubić jeden istotny fakt: dla Kantora rekwizyt był tak samo ważny, jak aktor. Wystarczy spojrzeć na stworzone przez niego instalacje i elementy scenografii, które zawsze czemuś służyły, nie będąc jedynie elementem ozdobnym. Tu wszystko miało swoje miejsce. Tu wszystko było scaloną wizją artysty. Artysty, który bardzo często bywał niezrozumiały, ale wciąż poruszający. Na pytanie, jak podobał się spektakl, jedna z widzek odpowiedziała mu tak: Nic żem nie zrozumiała, ale co żem się napłakała tom się napłakała… 
źródło
Kantor był niczym widmo. Podczas trwania spektakli pojawiał się na scenie, przypominając o swej obecności. Był obrazem, siedział na krześle, przechadzał się i leżał. Ingerował, gdy istniała taka potrzeba, a widz nie do końca wiedział… czy to reżyser, który pilnuje porządku, a może człowiek, który z bliska obserwuje wspomnienia ze swego życia? Bo przecież na scenie odgrywano właśnie jego życie, żywe wizualizacje wspomnień. Te dwa obrazy Kantora nachodziły na siebie, mieszały się nawzajem. Obecność twórcy na scenie zwracała uwagę i prowokowała pytanie: dlaczego tu jesteś? A z drugiej strony nikt nie wyobrażał sobie spektaklu bez niego.
Ostatnim spektaklem Kantora był Dziś Są Moje Urodziny. Przedstawienie, w którym artysta wyreżyserował swoją własną śmierć i swój własny pogrzeb. Nigdy jednak nie stanął na scenie jako Właściciel Biednego Pokoju Wyobraźni, ponieważ zmarł niespodziewanie, tuż przed premierą, po jednej z prób. 8 grudnia 1990 roku Tadeuszowi Kantorowi pękło serce, czego nawet aktorzy Teatru Cricot2 nie mogli pojąć. W jednym momencie zostali sami ze spektaklem dotyczącym śmierci jego twórcy i Kantor już nigdy nie miał stanąć z nimi na scenie. Do premiery doszło w styczniu 1991 roku w Tuluzie, jednak spektakl nie odniósł sukcesu na miarę wcześniejszych. Może brak reżysera był aż nazbyt odczuwalny?
Tadeusz Kantor żył 75 lat. Podczas swojego życia nieustannie pracował, zmieniając oblicze sztuki. Dziś pamięć o nim pielęgnuje krakowskie muzeum Cricoteka, gdzie można podziwiać imponujące instalacje, wziąć udział w licznych spotkaniach z aktorami, a także skorzystać z bogatego archiwum działalności twórcy. W tym roku wystartowały również zdjęcia do filmu biograficznego o tytule Nigdy Tu Już Nie Powrócę. UNESCO ustanowiło rok 2015 rokiem Tadeusza Kantora.
 źródło

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia