Skąd wzięły się jasełka?

Pragnę uczcić pamięć o narodzinach owego Dziecięcia… pokazać niewygody i wyrzeczenia, jakie musiało znosić złożone w żłobie, leżąc w sianie w obecności wołu i osła. Pragnę pokazać to oczom tych, którzy przyjdą do groty, w żywych postaciach ludzi i dzieciątka i również przy żywych zwierzętach.
Kto z nas nie widział jasełek? Towarzyszą nam one już od dzieciństwa. Wystawia się je w przedszkolach i szkołach, domach kultury i kościołach. Są nieodłącznym elementem świątecznej tradycji, przypominającym ludziom o tym, jak i gdzie narodził się Jezus oraz co do tego doprowadziło. Chociaż traktujemy je pozagatunkowo, są one jedną z najsłynniejszych form teatralnych, łączącą elementy spektaklu i musicalu. Mamy tu przecież nie tylko aktorów wygłaszających udramatycznione dialogi, ale także scenografię, kostiumy oraz oprawę muzyczną, często wiodącą prym w całym przedstawieniu. 
źródło
Oglądając jasełka, możemy odnieść wrażenie, że są one tradycją iście polską. No bo gdzie indziej znajdziemy górali z ciupagami, składających przy żłobie oscypek i wełnę? Gdzie indziej posłuchamy charakterystycznych regionalnych gwar? Jasełka wystawiane w Polsce są wręcz przesiąknięte naszym folklorem, ale po raz pierwszy pokazano je tutaj dopiero pod koniec XIII wieku na dworze św. Kingi. 
źródło
Tymczasem owa forma narodziła się kilkadziesiąt lat wcześniej… we Włoszech. Zapoczątkował ją Franciszek z Asyżu – duchowny katolicki i założyciel zakonu franciszkanów, a dzisiejszy patron m.in. aktorów. To on jest autorem słów, które przywołałam we wstępie. W roku 1223, w miejscowości Greccio, Franciszek zapragnął uczcić w wyjątkowy sposób narodziny Jezusa, o czym powiedział swemu przyjacielowi Janowi. Przygotował pierwszą w historii żywą szopkę, którą Tomasz z Celonu opisuje tak:
Grota oświetlona jakby za dnia. Przybywają ludzie, przeżywają radośnie coś czego jeszcze nie było, nowe misterium. Pobliski las wypełnia się głosami, skały odpowiadają echem radującym się. Śpiewają bracia, oddając należną chwałę Panu. Franciszek położył małe dziecię na sianie, przypomniał fragment Ewangelii o narodzeniu Pana, wygłosił kazanie, odprawiono Eucharystię.
Właśnie ten dzień zapoczątkował w Europie tradycję budowania szopek, a nawet wystawiania przedstawień związanych z narodzinami Chrystusa. Do Polski dotarł znacznie później, a w XVIII wieku został chwilowo zakazany przez kościół ze względu na zbyt wiele elementów ludowych, które przedstawiający wplatali w spektakle. Wtedy właśnie jasełka nabrały charakteru mieszczańskiego, wpadając w ręce ulicznych trup teatralnych. Teraz trudno wyobrazić sobie święta bez żywych szopek w kościołach, jasełek w szkołach bądź krakowskiego konkursu na najpiękniejszą szopkę, organizowanego co rok. Coś, co nie było polskim wymysłem, na stałe zakorzeniło się w naszej tradycji i ewoluowało na wiele sposobów. Może dlatego możemy wyróżnić wiele typów jasełek, w zależności od regionu, w którym są wystawiane. 
Źródło
Sama nazwa przedstawienia pochodzi natomiast od staropolskiego słowa „jasło”, które oznaczało żłób. Wzorowane na misteriach franciszkańskich przedstawienia, w Polsce zawsze cieszyły się popularnością ze względu na swój charakter oraz mnogość postaci. Popularne były nie tylko postacie Maryi, Józefa i króli, ale także polskich bohaterów narodowych czy Polaków w strojach ludowych.

ZADUSZKI W ESSENTII Nigdy nie umieraj przed premierą…

źródło
Tadeusz Kantor – reżyser, scenograf, malarz, geniusz, wizjoner. Przez wielu niezrozumiany, powszechnie uznawany za fenomen. Wybitna postać kultury XX wieku. Autor setek wykładów i manifestów, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych, a także poeta i miłośnik ambalaży, znany przede wszystkim z działalności Teatru Cricot2. W roku 2015 przypada setna rocznica jego urodzin, a zarazem 25. rocznica jego śmierci. 

Artysta przyszedł na świat w Wielopolu Skrzyńskim, gdzie podczas drugiej wojny światowej wymordowano większość ludności. Wielopole jest dzisiaj miejscem, w którym to, co nowe, miesza się z widmem przeszłości. W starych, przedwojennych domostwach żyją nowi ludzie, podejrzliwie obserwujący turystów. To miejsce wzbudza wiele emocji, przyciąga i zwodzi. Każdy ma swoje Wielopole i Kantor również je miał. Często zresztą do niego wracał w swoich spektaklach, które stanowiły jedną wielką biografię artysty. Postacie występujące w jego przedstawieniach były portretami tych, których pamiętał z rodzinnej miejscowości.
Najsłynniejszym, a jednocześnie ostatnim okresem w jego twórczości było tworzenie teatru śmierci, w ramach którego powstały najbardziej znane spektakle Kantora, w tym: Niech Sczezną Artyści, Wielopole, Wielopole, Umarła Klasa, Nigdy Tu Już Nie Powrócę, a także Dziś Są Moje Urodziny. Wszystkie te spektakle odniosły światowy sukces, a nazwisko Kantora błądziło nie tylko po Europie, ale także po wielu innych zakątkach świata. Dziś możemy czytać recenzje jego przedstawień w kilkunastu językach z kilkudziesięciu państw, a wszyscy zgodnie twierdzą, iż Tadeusz Kantor zmienił oblicze sztuki XX wieku, na stałe wpisując się w karty historii.
Nazywano go tyranem. Twierdzono, że traktował aktorów jak przedmioty lub rekwizyty. W podobnych opiniach bardzo łatwo zgubić jeden istotny fakt: dla Kantora rekwizyt był tak samo ważny, jak aktor. Wystarczy spojrzeć na stworzone przez niego instalacje i elementy scenografii, które zawsze czemuś służyły, nie będąc jedynie elementem ozdobnym. Tu wszystko miało swoje miejsce. Tu wszystko było scaloną wizją artysty. Artysty, który bardzo często bywał niezrozumiały, ale wciąż poruszający. Na pytanie, jak podobał się spektakl, jedna z widzek odpowiedziała mu tak: Nic żem nie zrozumiała, ale co żem się napłakała tom się napłakała… 
źródło
Kantor był niczym widmo. Podczas trwania spektakli pojawiał się na scenie, przypominając o swej obecności. Był obrazem, siedział na krześle, przechadzał się i leżał. Ingerował, gdy istniała taka potrzeba, a widz nie do końca wiedział… czy to reżyser, który pilnuje porządku, a może człowiek, który z bliska obserwuje wspomnienia ze swego życia? Bo przecież na scenie odgrywano właśnie jego życie, żywe wizualizacje wspomnień. Te dwa obrazy Kantora nachodziły na siebie, mieszały się nawzajem. Obecność twórcy na scenie zwracała uwagę i prowokowała pytanie: dlaczego tu jesteś? A z drugiej strony nikt nie wyobrażał sobie spektaklu bez niego.
Ostatnim spektaklem Kantora był Dziś Są Moje Urodziny. Przedstawienie, w którym artysta wyreżyserował swoją własną śmierć i swój własny pogrzeb. Nigdy jednak nie stanął na scenie jako Właściciel Biednego Pokoju Wyobraźni, ponieważ zmarł niespodziewanie, tuż przed premierą, po jednej z prób. 8 grudnia 1990 roku Tadeuszowi Kantorowi pękło serce, czego nawet aktorzy Teatru Cricot2 nie mogli pojąć. W jednym momencie zostali sami ze spektaklem dotyczącym śmierci jego twórcy i Kantor już nigdy nie miał stanąć z nimi na scenie. Do premiery doszło w styczniu 1991 roku w Tuluzie, jednak spektakl nie odniósł sukcesu na miarę wcześniejszych. Może brak reżysera był aż nazbyt odczuwalny?
Tadeusz Kantor żył 75 lat. Podczas swojego życia nieustannie pracował, zmieniając oblicze sztuki. Dziś pamięć o nim pielęgnuje krakowskie muzeum Cricoteka, gdzie można podziwiać imponujące instalacje, wziąć udział w licznych spotkaniach z aktorami, a także skorzystać z bogatego archiwum działalności twórcy. W tym roku wystartowały również zdjęcia do filmu biograficznego o tytule Nigdy Tu Już Nie Powrócę. UNESCO ustanowiło rok 2015 rokiem Tadeusza Kantora.
 źródło

Marii Stuart taniec za śmiercią

archiwum teatru Ateneum
W ostatnich dniach Warszawę spotkało coś niesamowitego – na deskach teatru Ateneum została wskrzeszona królowa Szkotów – Maria Stuart. Przywołana z martwych, ponownie zasiadła w swej celi, a wraz z nią powróciła jej służba, której zadaniem było pomóc królowej w przygotowaniach do śmierci.

Maria Stuart została stracona w roku 1587 po dwudziestu latach niewoli. Niespełna czterysta lat później niemiecki autor Wolfgang Hildesheimer napisał dramat o ostatnich godzinach jej życia. Dzisiaj Agata Duda-Gracz stworzyła spektakl, którym przywołała królową do świata żywych po to, abyśmy i my ujrzeli to groteskowe widowisko, jakim była jej śmierć.
Wchodzimy więc na salę pewni, że obejrzymy teatralne przedstawienie. Nic bardziej mylnego. Wkrótce dowiemy się, że w rzeczywistości jesteśmy świadkami publicznej egzekucji; tym szesnastowiecznym ludem, który przybył, aby obserwować ścięcie. W ten sposób nawiązujemy trwałą, niemal intymną relację z postaciami – poznajemy ich osobowości: często okrutne, kłamliwe i przewrotne. Widzimy przebieg wydarzeń, celowe działania, które mają doprowadzić do rychłej śmierci królowej. I wreszcie widzimy ją samą – przerażoną, załamaną, pobudliwą… I z godziny na godzinę coraz bardziej milczącą.
Patrzymy na niewielkie, prawie puste pomieszczenie. Czarne kraty pną się pod sam sufit, a w pobliżu stoi krzesło, będące jednocześnie nocnikiem. Jasne światło rzuca jaskrawą poświatę na mizerną, niemal łysą kobietę odzianą w brudną, poplamioną krwią koszulę. W tej starej, zniszczonej życiem więźniarce bardzo trudno rozpoznać Agatę Kuleszę. Charakteryzacja postaci jest dokładna i wiarygodna, świetnie dopracowana. Przyciąga uwagę, ale nie zaskarbia jej w całości, ustępując miejsca innym elementom spektaklu. 
Na początku słychać krzyk. Maria Stuart przeraża nas rozpaczliwym, pełnym emocji i strachu wyciem, które pojawia się nagle, bez zapowiedzi. Trwa długo, przenika całą salę i wszystkich obecnych. Niewzruszony pozostaje jedynie kat, który od samego początku stoi w kącie sceny. Przedstawienie rozpoczyna rozmowa kobiety z jej oprawcą. Następnie pojawiają się kolejni przedstawiciele służby królowej – ekspresyjni, pełni wigoru i zapału. Zdają się uważać śmierć ich władczyni za wielkie wydarzenie. Stroją ją, karmią, przygotowują. Widz może odnieść wrażenie, iż traktują egzekucję jako widowisko pełne rozmachu, jako przyjęcie bądź znaczącą w życiu Marii ceremonię. Mówią, jak powinna wyglądać, jak reagować. Zupełnie tak, jakby w ich mniemaniu miało to dla królowej znaczenie… Sprawują nad nią dobrą opiekę, odnoszą się z należytym szacunkiem i pokorą, a za plecami klną i wyzywają, pełni niecierpliwości, aż kobieta zginie. Nienawidzą jej. Pełni fałszu i zakłamania dbają jedynie o własne interesy, chcąc zlikwidować stojące im na drodze przeszkody. 
Agata Duda-Gracz nie po raz pierwszy sięga do psychiki człowieka, wyciągając z niej najgorsze i najmroczniejsze cechy. Przedstawia zakłamanie i dwulicowość, porusza zjawisko antysemityzmu, traktuje wokół prób samousprawiedliwienia; tak bliskich człowiekowi, który popełnił błąd. Tytułowa bohaterka od samego początku stara się bowiem przekonać nie tylko własne otoczenie, ale i siebie, że była dobrym, sprawiedliwym człowiekiem. Człowiekiem, który po dwudziestu latach niewoli zasługuje na miano męczennika, a po śmierci na miano świętego. Wyrzeka się swych błędów i usprawiedliwia je w irracjonalny, często niepoważny sposób. Wierzy w słuszność swych czynów, albo po prostu pragnie uwierzyć, aby pokonać rosnący w niej strach przed śmiercią. 
Co fascynujące, w owym spektaklu mamy do czynienia z odwróceniem pewnego schematu. Zwykle jesteśmy świadkami rosnącego napięcia, które w pewnym momencie znajduje swe ujście w nagłym wybuchu. Tutaj jest odwrotnie. W pierwszych minutach sztuki poznajemy roztrzęsioną i pełną emocji królową, która w miarę upływu przedstawienia cichnie. Staje się coraz spokojniejsza, coraz bardziej nieprzenikniona, ma coraz mniej do powiedzenia. Aż wreszcie jest gotowa na przyjęcie śmierci z należytą godnością. 
Mary Stuart to koncert gry aktorskiej. Agata Kulesza na dwie godziny wcieliła się w postać królowej, a potem wraz z nią poszła na śmierć, zdolna do przekazania wszystkich emocji widzowi. Swą rolę odegrała wybitnie, pozwalając, aby odbiorca uwierzył, iż nie ma do czynienia z aktorem, ale z prawdziwą historyczną postacią, która po ziemi stąpała niemal pięćset lat temu. Na uwagę zasługuje również wykreowany przez Tomasza Schuchardta Głąb. Aktor bardzo emocjonalnie odegrał postać niemowy, nadając jej wyjątkowy charakter i nie ulegając trudnościom fizycznym, które rola ze sobą niosła. Nie można także zapomnieć o Kacie; Przemysław Bluszcz zdołał pozostać w bezruchu przez większość spektaklu, na końcu porywając królową do zachwycającego tańca – tańca ze śmiercią. 
Oglądając spektakl, nie można nie zauważyć, iż każdy element idealnie ze sobą współgra; świetna charakteryzacja i kostiumy, doskonała gra aktorska, muzyka skomponowana przez Maję Kleszcz i Wojciecha Krzaka, reżyseria świateł Katarzyny Łuszczyk, a także scenografia; pomysłowa, mroczna, wspólnie z innymi elementami przywodząca na myśl malarstwo Pietera Bruegla. Sztuka jest przemyślana i dopracowana, urozmaicona krótkimi retrospekcjami z życia królowej przedstawionymi w postaci etiud odgrywanych przez postacie Głąba i Gervaisa. W Mary Stuart każdy przedmiot jest elementem świetnie skomponowanej układanki. I nie ma tu miejsca na błąd.
Alfred Hitchcock powiedział kiedyś: Film powinien zaczynać się od trzęsienia ziemi, potem zaś napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Tutaj jesteśmy świadkami czegoś niesamowitego, o ile bowiem napięcie w duszy królowej nieustannie spada, o tyle my – spragnieni kolejnych trzęsień ziemi – przeżywamy tę sztukę długo po jej zakończeniu.
Bez wątpienia nie jest to sztuka łatwa ani prosta w odbiorze. Oglądając ją, musimy zmierzyć się z tragedią więzionej kobiety, która raz jeszcze rozlicza swe życie. Musimy obserwować najgorsze cechy człowieka i zastanawiać się, czy aby na pewno sami ich nie mamy. Warto jednak odwiedzić warszawski teatr Ateneum i poznać tę historię chociażby po to, aby na dwie godziny przenieść się do roku 1587 i być świadkiem wielkiego, podniosłego wydarzenia – śmierci królowej Szkotów, Marii Stuart.

Jak się ma kultura w naszym kraju?


Teksty kulturalne w naszym kraju na dłuższą metę nie mają racji bytu, jeśli weźmiemy pod uwagę zainteresowanie statystycznego Polaka jakąkolwiek formą takowych. I nie mam tutaj na myśli wyłącznie literatury, bo przecież wszyscy wiemy o naszych statystycznych „rekordach” czytelniczych, z którymi możemy się zapoznać zarówno w internecie, jak i w licznych gazetach nagłaśniających problem małej liczby (a u niektórych nawet braku) przeczytanych rocznie książek. Nie tylko literatura jest niedoceniana w naszym kraju – niewiele słyszy się u nas także o roli teatru czy sztuki. Tematy te chętnie podejmowane są za to w najnowszym czasopiśmie „Fragile”, które traktuje niemal o wszystkich możliwych tekstach kultury – od muzyki począwszy, na teatrze skończywszy.

Pierwsze spojrzenie na okładkę natychmiast intryguje czytelnika – nie jest to bowiem taki typ grafiki, który możemy spotkać w licznych czasopismach dostępnych na rynku. Od razu widać, że ktoś włożył sporo pracy w utworzenie koncepcji wizualnej, przez co czytelnik ma ogromną ochotę sięgnąć do środka magazynu, by sprawdzić, czy kolejne strony zostały przedstawione w równie atrakcyjny sposób.

„Fragile” podzielony jest na 5 kategorii – w każdej znajdziemy osobny artykuł (bądź artykuły) dotyczące danej dziedziny. Na pierwszy ogień poszła Muzyka, w której przeczytać możemy m.in. o  trudnym zagadnieniu dotyczącym umiejętności kompozytora, a także o roli koncepcji w tworzeniu utworu. W tym samym tekście znajdziemy także wzmianki o idei powstawania muzyki, a także o charakterystyce dobrego twórcy. Artykuł jest dość ciekawy, z pewnością zasługuje na uwagę tych, którzy interesują się takimi zagadnieniami, jednak muszę przyznać, że trochę przeszkadzał mi język, używany zresztą nie tylko w tym, ale także pozostałych artykułach. Rozumiem, że pismo kulturalne musi być utrzymane na zdecydowanie wyższym poziomie, niż ma to miejsce w przypadku wszystkich tych kolorowych, świecących się na sklepowych półkach czasopism, jednak język i styl pisania powinien jednocześnie trafiać do każdego, wzbudzać zainteresowanie tematem i zachęcać do sięgnięcia w głąb problemu.

Jeśli ktoś pasjonuje się muzyką, znajdzie w tej kategorii jeszcze wiele wyczerpujących tematów, dotyczących m.in. krytyki muzycznej w internecie czy parę słów o studiach muzycznych, rozumianych jako warsztaty. Przejdźmy jednak dalej, do działu Film, w którym znajdziemy jedynie dwa artykuły, które mnie osobiście średnio zainteresowały. Jeden z nich traktował w dużej mierze o historii kina, trochę także o samej jego istocie. Drugi także nie przykuł mojej uwagi – poświęcony był roli dźwięku w filmie, jego wpływowi na historię. Z pozoru ciekawy temat, jednak sposób, w jaki został przedstawiony w artykule, sprawił, że nie zostałam do niego do końca przekonana.

Idąc dalej, do działu Sztuki, możemy m.in. poczytać o roli języka w sztuce w artykule zatytułowanym Uczeń czarnoksiężnika. Przewracając dalej strony, natkniemy się również na wywiad z Moniką Niwelińską, której dzieła indywidualne były wystawiane do tej pory w Jan Fejkiel Gallery. Jest autorką nie tylko obrazów, ale także fotografii, licznych rysunków czy grafik.
Kartkując strony, w końcu natrafiłam na dział, który osobiście przypadł mi do gustu najbardziej, czyli na Literaturę. Zdecydowanie czekałam na te artykuły najbardziej, dlatego byłam nieco zawiedziona ich małą liczbą. Najciekawszy okazał się tekst zatytułowany Creative writing – wybawienie czy pułapka?. Autor traktował w nim o możliwości nauczenia się kunsztu pisania – czy jest to możliwe, czy to jedynie płonne nadzieje? Esej niewątpliwie interesujący, czyta się go bardzo szybko, przechodząc przez wszystkie rozpatrywane w nim „za” i „przeciw”.
W dziale Teatr znajdziemy tylko jeden tekst, poświęcony z kolei metodzie verbatim play, czyli spektaklowi opartemu na autentycznych wydarzeniach, który to konstruowany jest poprzez nagrywanie rozmów z osobami należącymi do danej kategorii społeczeństwa, a następnie przez montowanie i redagowanie tych rozmów. Mnie osobiście artykuł zaintrygował, ale nie pozostawił po sobie głębszych odczuć. A szkoda, bo potencjał przebijał się przez niego od samego początku.

Magazyn „Fragile” to pismo dla cierpliwych i żądnych konkretnych informacji z dziedziny kultury. Dla tych, którzy są w stanie poświęcić popołudnie, by w ciszy i spokoju zanurzyć się w lekturę licznych, rozbudowanych pod względem treści artykułów, okraszonych małą liczbą fotografii, które ograniczone zostały do absolutnego minimum. Z jednej strony to dobrze, z drugiej pismo wygląda przez to na jeszcze bardziej „fachowe” i może odstraszać niezorientowanego w temacie czytelnika, który chciałby jedynie poczytać o newsach, m.in w literaturze, teatrze czy filmie. Magazyn ma duży potencjał, biorąc pod uwagę wysoką jakość artykułów i ich poziom zaprezentowany w tym numerze, brakuje mu jednak czegoś bardzo istotnego, czegoś, co przyciągnęłoby uwagę potencjalnego czytelnika. Sama zastanawiam się, czy widząc to czasopismo w kiosku, sięgnęłabym po nie bez wahania – i muszę powiedzieć, że skłaniam się raczej ku stwierdzeniu „nie”. Dlatego, jeśli macie ochotę na poważniejsze, może nawet nieco trudniejsze artykuły, które wprowadzą nas w świat kultury trochę bardziej niż jedynie powierzchownie, to zachęcam do sięgnięcia. Jeśli zaś szukacie jedynie czegoś lekkiego i przyjemnego, czegoś, co zajmie wam chwilę w drodze autobusem/w kafejce, to stanowczo odradzam kupowanie „Fragile”.

Muzyka życia

źródło
Mała miejscowość w Rosji, Anatewka, jest spokojnym miejscem, gdzie tradycja króluje nad rozwojem i techniką. Wszyscy się znają i razem wiodą spokojne życie. Twierdzą, że to żydowska tradycja pozwala im przetrwać i cieszyć się tym, co mają. Główny bohater, Tewi, ma pięć córek, które są jego błogosławieństwem. Mimo sporów, kłótni i przepychanek bardzo je kocha i  jest gotów zrobić dla nich wszystko. Córki dostarczają ojcu dużo powodów do rozmyślań i podejmowania ciężkich decyzji. W tym samym czasie po okolicy krążą plotki, że na małą Anatewkę idzie pogrom, jednak ludzie się nimi nie przejmują, bo niby dlaczego coś miałoby się stać w ich małej miejscowości, gdzie nikomu nie wadzą? Jaki los spotka mieszkańców Anatewki? Co wymyślą córki Tewiego? Dlaczego Skrzypek na dachu?


Tytuł: Skrzypek na dachu
Reżyser: Jan Szurmiej
Miejsce: Teatr Żydowski (Warszawa)
Muszę przyznać, że rzadko bywam w teatrze. W mojej małej miejscowości – co prawda – takowy jest, ale bardziej amatorski. Teraz trwa remont Domu Kultury, a raczej całkowita przebudowa, więc liczę na prawdziwy teatr. Tymczasem jednak udałam się z wycieczką szkolną do Warszawy na spektakl Skrzypek na dachu w Teatrze Żydowskim. Wiele dobrego słyszałam o nim wcześniej i bez zastanowienia postanowiłam sama sprawdzić, czy te wszystkie pozytywne opinie są uzasadnione. Czy było warto? Muszę przyznać, choć to niebezpieczne, że jest to najlepszy spektakl, jaki w swoim życiu obejrzałam. Warto było poświęcić ponad trzy godziny, by obejrzeć tę sztukę.  
Na scenie pojawiło się bardzo dużo aktorów i wszyscy wykazali się talentem aktorskim. Bardzo podobało mi się to, że starali się dobrze grać. Było widać, że włożyli w to całą swoją duszę i sprawiało im to przyjemność. Miałam wrażenie, że jest to również moja historia, dlatego jestem winna tym ludziom skupienie i zrozumienie opowieści, która rozegrała się przed moimi oczami. W dodatku wspaniała scenografia nadała niepowtarzalną atmosferę, którą czułam jeszcze długo po wyjściu z teatru. Na scenie pojawili się również tancerze i kaskaderzy, co bardzo ubarwiło spektakl.
Również bardzo spodobała mi się fabuła sztuki. Pierwsza część spektaklu pozwoliła poznać dokładnie mieszkańców Anatewki oraz ich zwyczaje. W humorystyczny sposób pokazała tradycyjne życie Żydów – spokojne i stateczne, pełne tradycji, ale czasami i buntu, który powodował liczne plotki. Spektakl pokazał widzom, jak mimo biedy można żyć dobrze i szczęśliwie. Druga część w pewnym momencie stała się kontrastem pierwszej. Wszystko zaczęło się zmieniać. Szczęście nigdy nie trwa wiecznie…
Po wyjściu z teatru nawet nie pomyślałam o tytule sztuki. Dopiero po jakimś czasie zaczęłam się nad nim zastanawiać i odkryłam jego metaforyczne znaczenie, co wprowadziło mnie w nastrój refleksyjny, ale sprawiło też, że zrozumiałam lepiej sztukę. Skrzypek na dachu – w tych słowach można zawrzeć całą historię ludzkości.
Jak pisałam wcześniej, rzadko chodzę do teatru, więc moja opinia jest bardzo amatorska. Jednak stwierdziłam, że warto napisać tę „recenzję”. Wielu ludzi omija teatr szerokim łukiem – czasami jest to spowodowane wysokimi cenami, co rozumiem, bo również biorę je pod uwagę. Lecz czasami ludzie twierdzą, że po prostu nie warto. W kinie jest więcej efektów specjalnych i nieporównywalna „scenografia”. Jest to błąd, bo kino i teatr to dwie różne rzeczy. Zachęcam wszystkich do chodzenia do teatru, a musical Skrzypek na dachu serdecznie polecam.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia