Ahoj, szczury lądowe!

Teraz przyznajcie się, ile razy w życiu zamarzyło się wam bycie piratem? Od lat filmy i bajki dla dzieci przedstawiają te postacie jako okrutne, lecz ostatecznie dobre osoby, które mimo że nie przestrzegają prawa, walczą o wolność i swoje poglądy. Starsi czytelnicy zapewne wiedzą, że istnieją dwie strony medalu. Jednak sami pomyślcie – przepiękny ocean, drewniany statek, różne dziwne zwierzęta i poczucie bezkarności i niezależności. Czyż to nie brzmi pięknie? Właśnie w takim świecie żyje Cyryl – dziecko, które wychowało się na pirackim statku z mamą kapitanką. Całe życie podróżowało po hiszpańskich wodach, obserwując jak załoga, która stała się jego rodziną, uwalnia niewolników. Jednakże Cyryl pragnie czegoś innego. Od najmłodszych lat uwielbia czytać i poznawać nowe rzeczy, ale możliwości są ograniczone, gdy cały czas przebywa się na morzu. Dlatego chłopiec pragnie iść do szkoły i zmierzyć się z prawdziwym światem – ze współczesnością. Ten pomysł nie podoba się załodze, lecz mama chłopca pragnie spełnić jego wszystkie marzenia. Jak Cyryl poradzi sobie wśród innych dzieci? Czy jego odmienność będzie miała znaczenie? Jak powiedzieć kolegom, że ma się mamę piratkę?
 
Tytuł: Moja matka piratka
Cykl: Zwariowane rodzinki
Autor: Jackie French
Wydawnictwo: Wilga
 
Niektórzy twierdzą, że w poprzednim wcieleniu byłam piratem. Nie pasuję charakterem do tej postaci, bynajmniej nie mogę zaprzeczyć, że od lat dziecięcych pasjonuję się tym tematem. Czytałam wiele książek z tym motywem i oglądałam jeszcze więcej filmów. Znam niesamowite opowieści, ale również znam te prawdziwe historie, które wydarzyły się wieki temu. Gdy dostałam możliwość zrecenzowania tej książki, nie miałam wątpliwości, że muszę ją przeczytać. I nie przeszkadzało mi, że jest to powieść dla dzieci. Część z was pewnie wie, że właśnie ten gatunek cenię najbardziej. Jak sprawdziła się ta książeczka?
 
Bardzo spodobał mi się styl autora. Oczywiście nie można go porównywać z wybitnymi pisarzami, ponieważ jest to w końcu książka dla dzieci. Słyszałam opinie, że są to najbardziej wymagający czytelnicy. Czy tak jest w rzeczywistości? Nie mam pojęcia. Lecz bez wątpienia bardzo trudno jest napisać powieść dla młodszych czytelników. Język musi być na tyle prosty, by dziecko mogło go zrozumieć, ale mogło też nauczyć się nowych słów, które na pewno przydadzą mu się w życiu. A to właśnie jeden z głównych celów, dla których dzieci powinny czytać książki. Jackie French bardzo dobrze sprawdził się na tym polu, choć muszę przyznać, że pojawiało się zbyt dużo potocznych słów.
 
Fabuła Mojej matki piratki jest wyjątkowo interesująca. Nie ma co ukrywać, że sama z pasją oddałam się tej opowieści. Jest banalna jak dla starszego i doświadczonego czytelnika, jednakże nie zmienia to faktu, że wciąga i pozwala na przeniesienie się do dziecięcych lat. Podejrzewam więc, że dla naszych młodszych koleżanek i kolegów również okaże się intrygująca. W dodatku jest zabawna. Oczywiście nie znajdziecie tu wyrafinowanych dowcipów, tylko komizm sytuacyjny, który wywoła niepohamowany śmiech. 
 
Również przypadła mi do gustu tematyka. W tej chwili jest ona bardzo istotna dla dzieci, gdyż prawie każdy malec w swoim życiu musi się zmierzyć z podobnymi wydarzeniami. Dzieci są urocze, ale nie można ukrywać, że potrafią być dla siebie nawzajem okrutne. Ta książka ukazuje, jak sobie z tym poradzić, i zwraca ponadto uwagę na akceptację, która jest wyjątkowo ważna. Jest w tej powiastce wiele emocji, które na pewno w jakimś stopniu wpływają na nasze życie.
 
Powinnam również zwrócić uwagę na grafikę. Jej autorem jest Stephen Michael King. Ostatnimi czasy zauważyłam tendencję do kiczowatych ilustracji w literaturze dziecięcej, które nie podobają się ani dorosłym, ani małym czytelnikom. Nie rozumiem, dlaczego tak bardzo jest zaniedbywany ten wyjątkowo ważny aspekt. Dzieci powinny mieć obrazki w opowieściach, ponieważ właśnie po tym wybierają książki i łatwiej im wyobrazić sobie świat wykreowany. Na szczęście ilustrator w tym przypadku nie zawiódł. Grafika jest bardzo dopracowana, choć na pozór wydaje się chaotyczna, ale właśnie to nadaje odpowiednią atmosferę powieści.
 
Sama jestem zaskoczona, jak bardzo spodobała mi się Moja matka piratka. Jeśli macie dzieci lub ubarwiają wam one życie w waszym otoczeniu, polecam, by dać im do przeczytania tę książeczkę. Jestem pewna, że im się spodoba. A jeśli macie takie zamiłowanie do literatury dziecięcej jak ja, zachęcam was, byście sami poświęcili jej chwilkę.

Dzikie serca

Bardzo łatwo jest się stoczyć i kompletnie zrujnować sobie życie. Cóż, nawet nie trzeba się do tego zbytnio przyczyniać. Wystarczy roztrzaskana rodzina i poczucie beznadziejności. A gdy utraci się nawet wsparcie osób, które darzy się miłością… Wtedy już naprawdę jest źle. Pozostaje jedno zasadnicze pytanie: w jaki sposób wydostać się z tego bagna i przetrwać?

Tytuł: Dzikie serca
Autor: Suzanne Young
Wydawnictwo: Feeria

Savannah jest idealnym przypadkiem dziecka pochodzącego z rozbitej rodziny: jej ojciec pije, mama odeszła, a ona sama musi zajmować się chorym bratem. Wszystko wydaje się okropne. A przynajmniej do chwili, gdy w szkole specjalnej spotyka Camerona. Chłopak jest kompletnie inny niż reszta, a co najgorsze: pragnie zburzyć mury, które dziewczyna wokół siebie zbudowała z obawy przed ponownym zranieniem. Czy ta odważy się wpuścić go do swojego serca?

Szczerze powiedziawszy, to nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać po tej książce, ze względu na to, że nie miałam wcześniej styczności z twórczością Suzanne Young. Byłam zaskoczona tym, jak łatwo dałam się wciągnąć, i to już od pierwszych stron. I wyszło na to, że skończyłam jeszcze tego samego dnia, którego zaczęłam.

Lubię młodzieżówki napisane prostym i przyjemnym językiem, z solidną dawką miłości i problemów. A Dzikie serca to jedna z takich pozycji. Autorka poruszyła dosyć ciężkie tematy, między innymi problemy rodzinne i alkoholowe, a także odrzucenie i samotność, ale ujęła je w taki sposób, że nie miałam najmniejszego problemu z odbiorem treści.

Bohaterowie zostali dobrze wykreowani. Jeśli chodzi o Savannah, to miałam do niej kilka zastrzeżeń: momentami nie pasowało mi jej zachowanie, ale było to zrozumiałe: wiele przeszła w swoim życiu i nie potrafiła zachowywać się tak jak dawniej. Przeszłość miała na nią ogromny wpływ, ale jedno trzeba było jej przyznać: jej przywiązanie do młodszego brata było godne podziwu.

Cameron okazał się najbardziej lubianą przeze mnie postacią. Można powiedzieć, że był jednym z niewielu jasnych stron rzeczywistości, w której egzystowała Savvy. Uroczy, błyskotliwy, intrygujący i co najważniejsze – oddany.

Nie mogło zabraknąć również wątku romantycznego. Cała relacja rozwijała się stopniowo. Spodobało mi się to, że autorka nie rzuciła postaci od razu na głęboką wodę po tym, co przeszła Savannah. Z zaciekawieniem obserwowałam, jak kolejne bariery znikają i rodzi się prawdziwe uczucie – kruche, delikatne, ale jednocześnie tak potrzebne obojgu w odbudowie swojego świata.

Dzikie serca to opowieść o zmaganiu się z problemami i tworzeniu własnego życia od podstaw, ale także o miłości, która potrafi rozjaśnić mroki codzienności. Autorka w lekki i ciekawy sposób opisała młodych ludzi, których los nawet nie starał się oszczędzać. Przyjemnie mi się tę książkę czytało i myślę, że powinna spodobać się fanom Young Adult. Może nie jest to powieść wybitna, ale z pewnością idealnie sprawdzi się w roli przerywnika od codzienności.

Podobny obraz

Córki słońca

Życie owadów z rodziny pszczołowatych, zaliczanych do rzędu błonkoskrzydłych, wydaje się proste. Mają cel i do niego dążą. Okazuje się, że życie w zorganizowanym społeczeństwie pszczół wyznacza nic innego jak tajemniczy duch ula… Wraz z Maeterlinckiem możemy spojrzeć na świat kilkoma tysiącami fasetek…

Tytuł: Życie pszczół
Autor: Maurice Maeterlinck
Wydawnictwo: MG

Wydaje nam się, że poznaliśmy wszystko, i nie pytamy o więcej (…). Ale gdy tylko zbliżymy się do przedmiotu naszych badań, niezwłocznie uderza nas niesłychana złożoność najnaturalniejszych zjawisk i stajemy wobec zagadki inteligencji (…). Obezwładnia nas ta niepoznawalna organizacja najdrobniejszych przejawów życia.

Apidologia, czyli nauka o pszczołach, mogłaby się wydawać nudna. Wystarczy jednak sięgnąć do przepięknego wydania Życia pszczół, aby szybko zmienić zdanie. Ta książka łączy w sobie zarówno świat pszczelarski, jak i filozofię oraz naukę. Czytając poszczególne rozdziały, zanurzamy się w świecie, który dla wielu z nas jest prosty. Co robi pszczoła? Zbiera nektar i pyłek kwiatów, zapylając tym samym rośliny owadopylne. Ale nie tylko. W samym ulu istoty te pełnią różne funkcje! Ktoś przecież musi go wentylować, budować, sprzątać, bronić…

Najbardziej zaciekawił mnie fakt, że pszczoły opuszczenie roju – prawo wyższe – przedkładają nawet nad prawo własnego szczęścia. Życie w ulu to obowiązek względem przyszłości każdej pojedynczej jednostki, dlatego każda z nich wyrzeka się przynajmniej połowy własnego szczęścia. Ponadto zamiłowanie do porządku sięga manii, co z jednej strony jest zabawne, a z drugiej – budzi podziw. Komu z nas chciałoby się sprzątać bez przerwy nawet najmniejsze ziarenko brudu?

Życie człowieka to wielki eksperyment. Życie zwierząt, w tym pszczół, także. Maurice Maeterlinck pozwala nam przyjrzeć się wynikom tych wielu doświadczeń, ale nie tylko pszczelich. Zafascynował go także świat kwiatów, mrówek czy termitów. Środki poetyckie, jakimi posługuje się autor, w dobitny sposób opisują piękno przyrody. Klasyka i kunszt tej pozycji daje poczucie bliskości z otaczającym światem. Zagłębienie się w szczegóły nabiera nowego wymiaru, a ten mikroskopijny kawałek świata staje się czymś dużo bardziej rozległym.

Nie jest to prosta lektura, ale wyróżnia się na tle innych książek popularnonaukowych. Czyż trzeba rozumieć wszystko, aby znać sens? Staranne i bogate w wiele ciekawych schematów wydanie samo z wielką chęcią ląduje w dłoniach. Lekcje przyrody wydawały się nudne? Nie z taką garścią ciekawych rozdziałów… Życie pszczół intryguje. Zachęca do rozmyślań i dyskusji. Chyba właśnie o to chodziło autorowi.

Pszczoła zanurza się w toniach kwiatów, niby nurek poszukujący pereł w głębi oceanu. Pozwól, aby również ciebie pochłonął ten świat. Książka zdecydowanie otwiera i poszerza horyzonty. Warto skorzystać z okazji i sięgnąć po taką lekturę. Zwłaszcza że lato ma się ku końcowi, a życie pszczół na jakiś czas stanie się mniej widowiskowe i utajnione…

Powrót do magii i dzieciństwa

Pamiętacie te czasy, kiedy z utęsknieniem czekaliście na wieczór, by wysłuchać pasjonujących baśni na dobranoc? Mam nadzieję, że tak, ponieważ ja pamiętam to bardzo dobrze i jest to wyjątkowe wspomnienie. Zawsze wieczorem moja mama czytała lub opowiadała mi najróżniejsze historie. Znałam je na pamięć, więc każda pomyłka czy próba skrócenia opowieści skutkowała moją szybką interwencją. W końcu sami pomyślcie – skracać bajkę?! To wręcz niedorzeczne. Zastanawiające jest to, że wbrew pozorom wszystkie historie księżniczek nie fascynowały mnie jakoś bardzo. Oczywiście lubiłam je, ale wolałam wróżki, jakieś absurdalne przygody i emocje. Pewnie dlatego, czytając tę książeczkę, bawiłam się bardzo dobrze. Bo wiecie – czarodzieje też mają swoje baśnie, które towarzyszyły im od najmłodszych lat.

Tytuł: Baśnie Barda Beedle’a
Seria: Harry Potter
Autor: J.K. Rowling
Wydawnictwo: Media Rodzina

Gdy pierwszy raz usłyszałam o tych wszystkich dodatkach do cyklu o Harrym Potterze, byłam w siódmym niebie. Lecz po jakimś czasie przypomniało mi się, że dodatkowe tomy z opowiastkami najczęściej nie mają nic wspólnego z głównymi powieściami i są po prostu słabe. Dlatego zaczęłam się ich obawiać. Z serii Harry’ego Pottera przeczytałam już Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć, a teraz przyszedł czas na Baśnie Barda Beedle’a i muszę wam powiedzieć, że warto było się z nimi zapoznać. 

W ogóle bardzo mi się podoba pomysł na wydanie baśni czarodziejów. Jest to coś niespotykanego i przede wszystkim niekonwencjonalnego. Świat, w którym żyje Harry, jest bardzo rozbudowany, co zawsze podziwiałam w powieściach Rowling, więc to daje olbrzymie możliwości. Czemu właśnie nie pokazać, na czym bazują najmłodsi czarodzieje? To jakby zacząć od samych korzeni, a żaden fan nie będzie mógł czegoś takiego przeoczyć.

Bardzo lubię styl pisarki. Jest lekki, taki niezobowiązujący, ale przy tym nie czuć w nim infantylizmu, co bardzo cenię. Tym bardziej że jest on dla niej bardzo charakterystyczny, więc nie miałabym problemu z tym, żeby go rozpoznać, a to jest kolejny plus. Dzięki temu bajki czyta się przyjemnie i można przenieść się do świata, w którym wszystko jest możliwe, a zwykłe historie przynoszą pokłady wiedzy. Choć niestety zauważyłam pewną tendencję – język Rowling w tej książce nie jest już tak bardzo dopracowany jak w głównych z serii, więc niestety mam pewne poczucie, że autorka nie brała tego dodatku jakoś bardzo na poważnie.  

Bajki są bardzo krótkie. Nawet zaryzykuję stwierdzenie, że sporo za krótkie. Na szczęście mimo tego faktu czyta się je bardzo dobrze. Czasami czułam pewien niedosyt, ale nie na tyle, by na dłużej pozostało we mnie negatywne odczucie. Gdyby były bardziej rozbudowane, można by z nich stworzyć kolejne olbrzymie historie, które na każdym kroku by zaskakiwały. 

Niesamowitą zaletą jest to, że książeczka jest podzielona na części – baśń i osobisty komentarz Dumbledore’a. Jak dla mnie to raj. Te wypowiedzi dyrektora Hogwartu były bardzo zabawne i pouczające. Szczerze mówiąc, już po przeczytaniu pierwszego komentarza miałam ochotę sięgnąć po Harry’ego Pottera i dla tej niesamowitej postaci przeczytać od początku cykl, mimo że robiłam to wielokrotnie. Dumbledore zwraca uwagę na szczegóły, które umykają, i dodaje pewne historie z Hogwartu, które ubarwiają uniwersum.

Bardzo istotną rolę odgrywa tematyka. Każda z pięciu baśni porusza inny temat, co daje cykl pouczających opowieści. Autorka zwraca uwagę na problemy miłosne i to w innym kontekście, niż zwykle spotykamy je w naszych rodzimych baśniach. Dlatego właśnie najbardziej spodobała mi się historia Włochate serce czarodzieja. Tak wstrząsającej baśni brak wśród naszych, choć Andersen też potrafił szokować. Możemy przeczytać opowiadania o braku tolerancji, zbytniej pewności siebie, magii słów i nadziei. Jednak najdłużej czekałam na tę dobrze znaną nam historię o trzech braciach. Czy wy też z takim zafascynowaniem poznawaliście ją w Insygniach Śmierci?

Nie mogę też nie wspomnieć o przecudownym wydaniu. Twarda, nieco mroczna okładka i ilustracje, które za każdym razem zachwycają. Kiedy wzięłam tę książkę do ręki pierwszy raz, byłam zachwycona, a gdy już ją czytałam i trafiałam na wcześniej niezauważone rysunki, mój zachwyt z każdą chwilą się pogłębiał.

Baśnie Barda Beedle’a zaskoczyły mnie bardzo pozytywnie. Jestem zadowolona, że się z nimi zapoznałam że mam je w swojej kolekcji Harry’ego Pottera. Jeśli jesteście fanami cyklu o przygodach tego chłopca, to nie macie się nad czym zastanawiać – musicie je przeczytać. Natomiast jeśli tylko go lubicie, to nie jest dla was jakaś pozycja obowiązkowa, choć zapewniam, że będziecie się przy niej dobrze bawić.    

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia