Tak się po prostu mówi!

źródło
W latach 1996-2000 Telewizja Polonia emitowała program  zatytułowany Mówi się… Na jego podstawie stworzono poradnik poruszający często sporne kwestie i wątpliwości językowe.

 

Jerzy Bralczyk jest językoznawcą, specjalistą w zakresie języka mediów, polityki i reklamy. Aktualnie wykłada w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. * Jak sam pisze o sobie, oprócz językoznawstwa interesuje się… życiem. 

Poradnik Mówi się zredagowała i opracowała Irena Sroczyńska-Niwicz w porozumieniu z profesor Hanną Jadacką oraz doktorem Mirosławem Bańko. Zawiera on niektóre pytania i odpowiedzi, które pojawiły się w programie. Pani Sroczyńska-Niwicz tłumaczy, że nie zamieściła w książce większości pytań czysto gramatycznych oraz dotyczących pisowni, gdyż odpowiedź na nie można znaleźć w każdym słowniku poprawnej polszczyzny czy ortograficznym. Skupiła się jednak na zagadnieniach stylistycznych, etykietach językowych, przesunięciach znaczeniowych i innych, z racji tego, że omówienie tych tematów – zwłaszcza w przystępny, dowcipny sposób, charakterystyczny dla profesora Bralczyka – trudno znaleźć w jakimkolwiek słowniku.
Profesor Bralczyk ma swój styl – całkowicie nie do podrobienia. I dzięki temu stał się tak popularny wśród językoznawców. Do dziś wiele osób łaknących wyczerpujących odpowiedzi pisze do niego z pytaniami dotyczącymi różnych zagadnień z dziedziny języka polskiego. W Przedmowie pani Irena Sroczyńska-Niwicz wskazuje, że autorytet profesora Bralczyka sprawił, że warto było dzwonić i pisać do Polski nawet z Kanady czy Izraela. Teraz również tak jest. Profesor prowadzi własny blog Co na języku to w głowie, na którym publikuje tzw. WGAD-y, czyli krótkie nagrania, w których rozwiewa wątpliwości dotyczące języka polskiego.
Poradnik został zredagowany niezwykle dokładnie. Jest on przystępny dla każdego. Profesor Bralczyk zadbał o to, by czytelnicy zrozumieli, co chce im przekazać, dlatego też każda porada została napisana językiem prostym, z odpowiednimi wyróżnieniami, które ułatwiają czytelnikowi dokonanie indywidualnej analizy poruszanej kwestii językowej. W odpowiedziach zawarto konkretne przykłady, dzięki którym rozstrzygnięcie wątpliwości staje się prostsze. 
Porady zawarte w tej publikacji nie są w żaden sposób lakoniczne. Wręcz przeciwnie – profesor wskazuje konteksty, w których należy rozpatrywać daną kwestię, wyjaśnia wątpliwości, posługując się tym, w jaki sposób on sam wypowiada się w niektórych sytuacjach. Trudno się dziwić – w końcu czytelnicy chcą poznać jego spojrzenie na język polski. 
Warto dodać, że językoznawca językoznawcy nierówny – i to można wywnioskować również z tego poradnika. Profesor Bralczyk jest niezwykle tolerancyjny. Zdarza się, że niektórzy nie dopuszczają pewnych kwestii, uznając je za niepoprawne, tymczasem Profesor stara się znaleźć argumenty za i bardziej otworzyć się na ludzi. Dla niego język polski nie jest kompozycją zamkniętą, ograniczoną. Jak go nie rozumieć, skoro wyrażenie tylko i wyłącznie  kiedyś było uważane za pleonazm, a teraz jest już poprawne… Cenię sobie profesora Jerzego Bralczyka właśnie z tego powodu, że nie zamyka Polaków w klatce. Owszem, niektóre stwierdzenia wyraźnie neguje (jakim byłby językoznawcą, gdyby dopuszczał chociażby w każdym bądź razie), ale nie jest językowym terrorystą. Niektórzy twierdzą, że odpowiada na pytania ironicznie. Nic bardziej mylnego. Należy przeczytać jego poradniki bardzo dokładnie, by móc zrozumieć cel, do którego dąży. Ja zrozumiałam i na swój sposób pokochałam ów styl. 
Uważam, że Mówi się to publikacja przydatna dla wszystkich. Polecam ją uczniom, którzy pragną poznać język polski lepiej niż na lekcjach w szkole, ale także osobom, które chcą po prostu poczytać coś mądrego i przy okazji dokształcić się. 
Nie bójcie się poradników – one nie gryzą! 

Szczęścia nie można odłożyć na później…

źródło

Czym jest szczęście? 
Czym jest miłość?
Czym jest przyjaźń? 
I w końcu – jak połączyć wszystko w jedną całość?

Niki i Alex wciąż wspólnie cieszą się każdą małą rzeczą w swoim życiu. Dziewczyna rozpoczyna studia humanistyczne, a mężczyzna kontynuuje swoją pracę jako dyrektor kreatywny. W końcu przychodzi dzień, który zmienia ich życie o całe 180 stopni. Najpierw prywatny helikopter i łzy szczęścia, następnie kręgielnia, wreszcie list… i sielanka zmienia się w monotonię.

Moccia po raz kolejny dał popis swojej fantazji i stworzył powieść niemal idealną. Niestety chyba aż za bardzo idealną, gdyż nie sądzę, by opisana przez niego historia miała szansę wydarzyć się w normalnych, rzeczywistych warunkach, chociaż mogę się mylić. Pomimo wszystko fabuła przykuwa uwagę, a dalsze losy nie są przewidywalne, co stanowi niezwykłą wartość książki.

Styl autora, jak wspomniałam w recenzji pierwszej części, Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie, jest lekki, dlatego też powieść czyta się swobodnie, i właśnie jej prostota tak naprawdę urzeka czytelnika, który zagłębia się w opisywaną historię z niezwykłą ciekawością, łaknąc kolejnych wspaniałych wrażeń, które autor gwarantuje każdemu, kto przekłada poszczególne kartki książki i poznaje losy bohaterów.

Autor posługuje się językiem prostym, bez zbędnych wyróżników. Cytaty zostały umiejętnie wplecione w treść powieści, dzięki czemu wzbogacają ją, a przede wszystkim świadczą o doświadczeniu pisarza. Ponadto książka ukazuje wartości, które warto pielęgnować we własnym życiu. Niezłomna przyjaźń (Fale ponad wszystko), miłość, która łamie wszelkie stereotypy, oraz rodzina, dzięki istnieniu której można osiągnąć pełnię szczęścia oraz wsparcie zarówno w trudnych, jak i przyjemnych chwilach w życiu.

Kocham Cię, kiedy się śmiejesz. Kocham Cię, kiedy się wzruszasz. Kocham
Cię, kiedy jesz. Kocham Cię w soboty wieczorem, kiedy idziemy do pubu.
Kocham Cię w poniedziałki rano, kiedy jesteś jeszcze śpiąca. Kocham Cię,
kiedy śpiewasz do zdarcia gardła na koncertach. Kocham Cię rankiem,
kiedy po wspólnie przespanej nocy nie możesz znaleźć swoich kapci, żeby
iść do łazienki. Kocham Cię pod prysznicem. Kocham Cię nad morzem.
Kocham Cię w nocy. Kocham Cię o zachodzie słońca. Kocham Cię w południe.
Kocham Cię teraz…
Na poszczególnych kartach powieści nie śledzimy jedynie losów Niki i Alexa, ale również przyjaciółek kobiety Fal znajomych z pracy oraz przyjaciół mężczyzny oraz rodzin tych dwojga. Zachowanie Niki czyni sentencję Kobieta zmienną jest jak najbardziej prawdziwą i aktualną. Czytelnik może utożsamić się z konkretnym bohaterem i wraz z nim przeżywać chwile smutku i radości. 

Powieść przesycona jest różnorodnymi emocjami od radości, przez namiętność, aż po lęk i  rozczarowanie. Federico Moccia ubiera rzeczywistość w niecodzienny kostium. Fabuła nie obfituje jedynie w opisy pięknej miłości dwojga ludziautor prezentuje przede wszystkim typowe zachowania ludzi XXI w.: zdrady, romanse, przygody, które napotykamy na każdym kroku. Dopełnieniem jest oczywiście humor, który stosuje pisarz dla urozmaicenia treści, ale w książce nie brakuje chwil smutku, które przeżywają bohaterowie.

Niesamowite jest przeplatanie wątków raz autor opisuje spotkanie Niki z Alexem, w kolejnym rozdziale przyglądamy się już losom przyjaciół Alexa czy przyjaciółek Niki. Taki zabieg zdecydowanie sprawia, że czytelnik nie nudzi się, czytając powieść, i przygląda się bohaterom bardzo dokładnie, poznając ich sytuacje i zachowania.

Okładka książki przykuwa uwagę. Barwy kontrastują ze sobą, sprawiając, że całość zwraca uwagę czytelników.

Ogromnym minusem powieści jest podobnie jak w przypadku pierwszej części – ciągłe przeplatanie zwykłych spotkań bohaterów chwilami miłosnych uniesień. Mogę się jedynie domyślać, że miało to służyć wyjaskrawieniu codzienności i miłosnych potyczek, ale moim zdaniem pojawiały się one zbyt często i stawały się finałem każdego wątku miłosnego.

Muszę przyznać, że powieść ta była dla mnie jedną wielką tajemnicą. Raz zaskakiwała, a raz sprawiała, że miałam ochotę ominąć kilkanaście stron, by dowiedzieć się, jak potoczy się historia, jednak dopiero po przeczytaniu jej zrozumiałam, że popełniłabym ogromny błąd.

Może i cała opowieść jest nierealna i słodka, wręcz cukierkowa, ale nie mam tego za złe autorowi. Książka doskonale odstresuje. Ponadto zawiera wyraźny przekaz, który trafi do każdego czytelnika, nawet tego najmniej zorientowanego. Nie jest to książka przeznaczona jedynie dla młodzieży, choć uważam, że właśnie ona zrozumie ją najlepiej. Nie ukrywam, że Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić momentami trzyma w napięciu, mimo że jest to lekka powieść, idealna na długie upalne popołudnia

Poznaj świat ludzi zrodzonych z mroku

źródło
Na Ziemi istnieje wiele ras ludzi. Czasem,
by je dostatecznie poznać, należy przebyć cały świat. Wizja
autorki ukazuje, że Ziemią rządzą dwie rasy żyjące ze sobą
w przyjaźni. Zarówno Ciemnorodni, jak i Światłorodni traktują
się z wielkim szacunkiem. Niestety los sprawia, że do ich
poukładanego życia wkracza trzecia rasa. To nie wróży niczego
dobrego…


Do młodego mężczyzny, zajmującego
się naukami ścisłymi, przed wschodem słońca przychodzi ciężarna
kobieta. Balthasar nie może jej odprawić, gdyż oboje należą do
rasy, gdzie światło dnia zabija ich w strasznych męczarniach. W
ten sposób dochodzi do sytuacji, w której Bal odbiera poród swojej
dawnej znajomej. Dzieci nie należą jednak do końca, do rasy
Ciemnorodnych. Wszystko to powoduje, że należy je chronić.
Niedługo po tym mężczyzna zostaje pobity. O jego zdrowie i życie
walczy jego żona. Pomimo tego, że magia jest przez Ciemnorodnych uważana za coś
strasznego, kilkoro ludzi ją posiada. Jedna z takich osób to żona Bala. Czy kobieta zdoła wyznać skrywaną prawdę
mężczyźnie swojego życia?
Pojawienie się w życiu maga, który
pomaga Telmaine pojąć siły magii, miesza w jej życiu uczuciowym. Do
tego dochodzą też zamachy na życie rodziny Bala, spowodowane
chęcią odnalezienia urodzonych bliźniąt. Bala i Telmaine spotka
przykra sytuacja. Ich córka zostaje porwana i przetrzymywana.
Złoczyńcy chcą jedynie odzyskać bliźnięta. Dlaczego są one dla
nich takie ważne? Czy rodzina Bala zazna spokoju? Jaką walkę muszą podjąć ludzie, by odzyskać własne dziecko? Pozostaje mieć nadzieję, że bój ten będzie wyrównany.
Odkąd zaczęłam czytać tę książkę, miałam
wrażenie, że nie należy ona do pozycji łatwych w odbiorze. By ją
dostatecznie zrozumieć i poznać, należy skupić się na niej całkowicie. Autorka miała jak najbardziej udany pomysł na książkę, lecz niestety jej styl pisania źle kontrastuje z
całą pozycją. Język, którym napisana została powieść, jest dość skomplikowany, przez
co lekturę czyta się ciężko. Niby fabuła wydaje się bardzo
przekonująca i interesująca, aczkolwiek niekiedy czułam przy niej
znużenie. Wplecenie w akcję przez samą autorkę różnych przeciwności losu bohaterów jest dobrym posunięciem. Jednakże,
o ile zagadki potęgują akcję, o tyle liczba rożnych zagadnień
doprowadza czytelnika do bólu głowy.
Przyznam jednak, że pomimo tego, że
książka jest trudna w odbiorze, posiada w sobie coś takiego,
iż chce się ją czytać. Poświęcić jej jednak należy dużo
więcej czasu niż innej, przeciętnej powieści o tej samej objętości. Nie sposób jest ją przeczytać przez jeden wieczór.
Niestety na tę pozycję potrzeba czasu.

Nie rusza się do akcji, pozostawiając myślenie o odwrocie na później.

Dużym atutem w tej pozycji są
rozdziały podzielone na podtytuły z dominującym bohaterem. Każdy podtytuł wskazuje bowiem czytelnikowi, z kim należy się w danym
momencie utożsamić. W książce można znaleźć sceny związane
bezpośrednio z Balthasarem, Telmaine, jak i również magiem,
Ishmaelem. Dzięki takiemu podziałowi lepiej poznajemy danego
bohatera i jego uczucia. To przekonało mnie do tej publikacji.
Myślę, że sama fabuła jest dość
przekonująca, lecz niestety książka w niektórych momentach bardzo
nudzi. Osobiście nie wiem, czy zdobędę się na odwagę, by
przeczytać kolejną część tej trylogii. Przeważa w niej bowiem
taki styl, który naprawdę męczy. Jako książka fantastyczna
powinna w całkowity sposób porywać czytelnika w wir przygód, ta pozycja jednak tego nie czyni.
Podsumowując, pragnę powiedzieć, że
pomimo tego, że książkę przeczytałam w całości i przyswoiłam,
niestety nie polecam jej wszystkim. Ciemnorodni to seria dla
osób, które nie męczy długie oczekiwanie na posunięcie akcji do przodu. O ile intrygująca oprawa książki przykuwa uwagę, o
tyle samo wnętrze nie do końca. Uważam, że wybór tej serii na
wakacyjny dzień powinien być przemyślany z rozwagą. Nie
wszystkim bowiem ta książka przypadnie do gustu.

Typowy amerykański kryminał. Nie taki zły

źródło
Pierwszy raz czytałem tego
typu powieść. Na rynku zalewają nas tanie i beznadziejne kryminały,
których fabuła skraca się do morderstwa i banalnego śledztwa
okraszonego tajemniczą tajemnicą łączącą wszystkich podejrzanych.
W takich książkach główny inspektor/detektyw/porucznik to zwyczajny
idiota, którego iloraz inteligencji zatrzymał się gdzieś w 15. roku
życia. Pocałunek śmierci J. T. Ellison zahacza o kanon takiej
powieści, jednak ma kilka aspektów, które skutecznie utrzymują ją nieco
powyżej ogólnego szamba, ba! niektóre pomysły i zwroty akcji zasługują
na oklaski, przez co książka autorki mogłaby konkurować z najlepszymi.
Zawsze znajdzie się jakieś ale, i w tym przypadku nie było inaczej – albo tłumacza poniosło, albo autorka ma naprawdę lekki i niewymagający styl.

Zaczyna się typowo dla przeciętnego filmu grozy od 12 lat, puszczanego
na jedynce w każdy wtorek o 20.15. Pani porucznik Taylor Jackson
otrzymuje do rozwiązania na pozór łatwą sprawę. Na podłodze leży martwa
Corinne (w siódmym miesiącu ciąży), wszędzie odbite są krwawe ślady stóp
półtorarocznej Hayden – córki denatki. Dziecko spędziło tak dwa dni,
leżąc przy martwej mamie, próbując ratować ją zestawem małego chirurga,
przylepiając do ramienia plaster opatrunkowy. Scena chwyta za serce, bo
pani Ellison ma dar do opisów, ale o tym później. Zaczyna się nieźle,
zwłaszcza że mamy dobry obraz całej sytuacji – załamana rodzina,
zdruzgotany mąż, węszące za tanią sensacją media dopełniają typowy
amerykański obraz taniego kryminału. Jednak najjaśniejszą postacią
tej książki jest jej główna bohaterka, wspomniana pani porucznik, której
kariera przebiegła w ekspresowym tempie: ma na koncie kilka
spektakularnych sukcesów (Pocałunek śmierci to już trzeci tom
opisujący przygody Taylor). Tak naprawdę to ona pcha całą sprawę do
przodu, stawia sobie za punkt honoru jej rozwiązanie, nawet wtedy, gdy
zewsząd pojawiają się fałszywe tropy, nowe dowody, stawiające państwa
Wollfów w kompletnie innym świetle.

Autorka zastosowała ciekawy zabieg, wplatając kilka innych wątków,
postanowiła połączyć sprawy zawodowe głównej bohaterki, jej męża i
wcześniejszych spraw, które prowadzili. Ciąg przyczynowo-skutkowy stoi
na bardzo dobrym poziomie, nieraz ułatwiając życie postaciom, wtedy gdy
najbardziej tego potrzebują, jednak w większości przypadków atmosfera
staje się mroczna i gęsta od podejrzeń. Ellison świetnie operuje
umiejętnością łączenia wątków – wychodzi jej to po mistrzowsku,
stopniowo ukazując nam kolejne ważne dowody w sprawie zamordowanej
matki. Kolejny plus to poruszenie odważnych i często z nalepką tabu tematów.
Już sam początek daje nam obraz autorki jako pisarki odważnej i niebojącej się tematów trudnych. Zamordowana, ciężarna matka, załamania
nerwowe, pornobiznes, pedofilia, gwałty, brutalne morderstwa, nastolatki
marzące o karierze gwiazdy porno – znajdziemy tutaj tego sporo, w
mniejszych lub większych dawkach, a wszystko jest okraszone aurą
tajemnicy związanej z tożsamością zabójcy.

No właśnie, byłoby pięknie, ale wyszło jak zwykle, gdzieś coś musiało
szwankować. Owszem, mamy tę brutalność, brudny świat alfonsów i
morderców, jednak brakowało mi tutaj soczystych i wyrazistych opisów. A
jeśli już są, to delikatne i lekko zahaczające o temat – no tak nie
można! Prosty przykład – Taylor uczestniczy w sekcji Corrine, wszystkie
czynności są dokładnie opisywane, ale brak jakichkolwiek opisów stanu
organów wewnętrznych – tego, w jaki sposób ciało denatki zachowało się po
morderstwie. Najgorszym błędem w tej scenie było całkowite pominięcie
aspektu martwego płodu – tak obiecująca scena, dająca nadzieję na
książką co najmniej świetną, zostaje zaprzepaszczona, bo płód zostaje
wyjęty, i tyle o nim było słychać. Wiem, że się czepiam, ale zawsze
wymagam od autora, by wycisnął ze swojej powieści jak najwięcej, nie bał
się niekonwencjonalnych zagrań, był brutalny i realistyczny. A tutaj
tego brakuje, mimo że pisarka należy do osób odważnych.

Dwa zarzuty, które zaważyły na mojej ogólnej ocenie powieści
towarzyszyły mi przez całą jej długość, choć nie jestem pewien co do intencji autorki w jednym z nich. Książka ma około 350 stron. Na moje
oko mogłaby mieć spokojnie o sto mniej, dlaczego? Jak już wspomniałem,
Ellison jest mistrzynią opisów, scena zbrodni była opisana naprawdę
bardzo dobrze, jednak wszystko inne jest niepotrzebne i nic nie wnosi do
lektury. Podróż pani porucznik z domu na posterunek policji zajmuje
około 10 minut, w ciągu przejażdżki dowiemy się, jakie kwiaty mają w
ogrodzie sąsiedzi, kiedy wprowadzili się do swoich domów, kiedy zostały
wybudowane, dlaczego Taylor nie lubi impali, co myśli o swoich kolegach z
zespołu, jak żółte kielichy kwiatów majestatycznie uginały się pod
lekkim naporem porannego wiaterku. Każda osoba, każde miejsce (przy
Partenonie musiałem opuścić jego wnikliwą historię), każde zdarzenie,
wszystko, co się rusza i żyje (lub nie), jest wnikliwie opisywane, a
wszyscy wiemy, do czego to prowadzi. Akcja nieprawdopodobnie zwalnia,
nużąc nas swoim tempem, zmuszając do przebiegnięcia wzrokiem po
dłuższym tekście, tak by sprawdzić, czy coś ciekawego się nie wydarzy.
Jeśli chcecie, by coś zostało pięknie i mozolnie opisane – czytajcie
książki pani Ellison!

Drugi zarzut, o którym nie wiem, czy jest to celowy zabieg autorki, czy po prostu tłumacz poczuł flow
i dał się ponieść emocjom. Styl i język książki jest tragiczny. Nie tak
zły, by nie dało się tego czytać, wręcz przeciwnie – takie powieści
czyta się nad wyraz szybko i bezboleśnie! Jednak czytając o przebiegu
dochodzenia i kolejnych, nowych dowodach, a już w ogóle podczas dialogów
bohaterów, czułem, że jestem zabawiany przez jakiegoś clowna na
żenującym, amerykańskim przyjęciu urodzinowym. Styl błaga o litość,
metafory, wyrażenia i język są tak skonstruowane i napisane, że nic,
tylko zasiąść i zapłakać. Fakt, czyta się szybko i łatwo, ale od każdej
powieści trzeba czegoś wymagać! Co powiecie na metaforę typu wyrzygała swoją duszę pod delikatnym, pączkującym dereniem albo odzywki typu spokojna twoja rozczochrana albo luzik spoko?
Miało być śmiesznie i rozluźniająco, a wyszło żenująco.
Chciałbym wiedzieć, czy faktycznie autorka użyła takich słów, a jeżeli
nie, to jakich – no bo jak po engliszu powiedzieć spokojna twoja
rozczochrana
?

Z tego wszystkiego wyłania nam się obraz książki niezłej, mającej swoje
wady, ale i jaśniejsze strony – jak chociażby splatanie wątków i ich
rozwiązywanie (najlepsza strona powieści). Z typowego beznadziejnego
kryminału rodem z ju es ej propozycja J. T. Ellison przekształca się w
kawał dobrego czytania, w które łatwo dacie się wciągnąć. Na uwagę
zasługuje fakt obycia autorki w temacie śledczej. Wszystko działa
sprawnie, i choć funkcjonariusze nie zajadają się pączkami, zbiegi
okoliczności działają na ich korzyść, to i tak dostajemy niezły opis
pracy amerykańskich śledczych.

Czy polecam? Na pewno się nie zawiedziecie; dowiecie się, do czego prowadzi
ślepe dążenie za karierą, ile wysiłku trzeba włożyć, by kogoś
przyskrzynić, i dlaczego Taylor nie lubi impali. Mając do wyboru książkę
Ellison i seans z jedynką i jej kinem grozy, wybieram to pierwsze.

W poszukiwaniu swojej pasji

źródło
Kiedyś potrzebowałam wyciszenia. W sumie… teraz też często się ono przydaje. Bo przecież każdy z nas może mieć gorszy dzień bądź zły humor. Tak bardzo jest wtedy potrzebne coś, co robi się z miłością, zaangażowaniem i nieposkromioną satysfakcją.


Muzyka tak naprawdę towarzyszyła mojemu życiu od zawsze. Odkąd pamiętam, w moim domu słuchało się wszelakich jej rodzajów. Kiedyś nawet lubiłam śpiewać; później jednak moją pasją stało się zupełnie coś innego…
Kilka lat temu tata przyniósł do domu pewną skrzynkę. Będąc małą dziewczynką, zajrzałam do środka z ciekawości – tak po prostu. W środku leżał zapakowany saksofon. Poprosiłam tatę, żeby zagrał cokolwiek. Niesamowicie mi się spodobało. Jednak… problem polegał na tym, że byłam zdecydowanie za mała.
Mijały lata. Ciągle przyglądałam się, jak mój ojciec oddaje się swojej pasji, którą (było widać) kocha nad życie. Zazdrościłam mu, że jest coś, dzięki czemu potrafi się wyluzować, uspokoić, opanować emocje. Któregoś razu stwierdziłam, że właściwie sama mogłabym spróbować. Początki były naprawdę trudne…
Dokładnie półtora roku temu zaczęła się moja przygoda. Tata zaprowadził mnie do świetlicy orkiestry i dostałam saksofon altowy. Myślałam, że wydobycie dźwięku z tego instrumentu będzie proste jak bułka z masłem. Nic bardziej mylnego. Opanowanie podstaw trwało długo. Była to ciężka i mozolna praca, wymagająca cierpliwości i wyciszenia. Z reguły nie należę do cichych i spokojnych osób, dlatego też było mi bardzo ciężko. Ale – dla chcącego nic trudnego.
Teraz gram regularnie, uczę się coraz trudniejszych rzeczy, opanowuję wszystko od początku do końca i nie zamierzam przestać. Dzięki temu poznałam również przecudownych ludzi, którzy stali mi się bardzo bliscy. Grając razem w orkiestrze, musimy być dla siebie wsparciem, musimy obdarzać siebie zaufaniem; bez tego nic się nie uda. Pasje są po to, by było w życiu łatwiej. Mam co robić, gdy pogoda nie odpowiada, bliscy denerwują albo mam zły dzień. Każdy człowiek powinien mieć coś takiego, wówczas wszystko staje się prostsze. A grę na saksofonie polecam wszystkim – jest to coś niesamowitego i wyjątkowego. Uwielbiasz muzykę orkiestr dętych? TA PASJA JEST STWORZONA DLA CIEBIE!

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia