Poznaj świat ludzi zrodzonych z mroku

źródło
Na Ziemi istnieje wiele ras ludzi. Czasem,
by je dostatecznie poznać, należy przebyć cały świat. Wizja
autorki ukazuje, że Ziemią rządzą dwie rasy żyjące ze sobą
w przyjaźni. Zarówno Ciemnorodni, jak i Światłorodni traktują
się z wielkim szacunkiem. Niestety los sprawia, że do ich
poukładanego życia wkracza trzecia rasa. To nie wróży niczego
dobrego…


Do młodego mężczyzny, zajmującego
się naukami ścisłymi, przed wschodem słońca przychodzi ciężarna
kobieta. Balthasar nie może jej odprawić, gdyż oboje należą do
rasy, gdzie światło dnia zabija ich w strasznych męczarniach. W
ten sposób dochodzi do sytuacji, w której Bal odbiera poród swojej
dawnej znajomej. Dzieci nie należą jednak do końca, do rasy
Ciemnorodnych. Wszystko to powoduje, że należy je chronić.
Niedługo po tym mężczyzna zostaje pobity. O jego zdrowie i życie
walczy jego żona. Pomimo tego, że magia jest przez Ciemnorodnych uważana za coś
strasznego, kilkoro ludzi ją posiada. Jedna z takich osób to żona Bala. Czy kobieta zdoła wyznać skrywaną prawdę
mężczyźnie swojego życia?
Pojawienie się w życiu maga, który
pomaga Telmaine pojąć siły magii, miesza w jej życiu uczuciowym. Do
tego dochodzą też zamachy na życie rodziny Bala, spowodowane
chęcią odnalezienia urodzonych bliźniąt. Bala i Telmaine spotka
przykra sytuacja. Ich córka zostaje porwana i przetrzymywana.
Złoczyńcy chcą jedynie odzyskać bliźnięta. Dlaczego są one dla
nich takie ważne? Czy rodzina Bala zazna spokoju? Jaką walkę muszą podjąć ludzie, by odzyskać własne dziecko? Pozostaje mieć nadzieję, że bój ten będzie wyrównany.
Odkąd zaczęłam czytać tę książkę, miałam
wrażenie, że nie należy ona do pozycji łatwych w odbiorze. By ją
dostatecznie zrozumieć i poznać, należy skupić się na niej całkowicie. Autorka miała jak najbardziej udany pomysł na książkę, lecz niestety jej styl pisania źle kontrastuje z
całą pozycją. Język, którym napisana została powieść, jest dość skomplikowany, przez
co lekturę czyta się ciężko. Niby fabuła wydaje się bardzo
przekonująca i interesująca, aczkolwiek niekiedy czułam przy niej
znużenie. Wplecenie w akcję przez samą autorkę różnych przeciwności losu bohaterów jest dobrym posunięciem. Jednakże,
o ile zagadki potęgują akcję, o tyle liczba rożnych zagadnień
doprowadza czytelnika do bólu głowy.
Przyznam jednak, że pomimo tego, że
książka jest trudna w odbiorze, posiada w sobie coś takiego,
iż chce się ją czytać. Poświęcić jej jednak należy dużo
więcej czasu niż innej, przeciętnej powieści o tej samej objętości. Nie sposób jest ją przeczytać przez jeden wieczór.
Niestety na tę pozycję potrzeba czasu.

Nie rusza się do akcji, pozostawiając myślenie o odwrocie na później.

Dużym atutem w tej pozycji są
rozdziały podzielone na podtytuły z dominującym bohaterem. Każdy podtytuł wskazuje bowiem czytelnikowi, z kim należy się w danym
momencie utożsamić. W książce można znaleźć sceny związane
bezpośrednio z Balthasarem, Telmaine, jak i również magiem,
Ishmaelem. Dzięki takiemu podziałowi lepiej poznajemy danego
bohatera i jego uczucia. To przekonało mnie do tej publikacji.
Myślę, że sama fabuła jest dość
przekonująca, lecz niestety książka w niektórych momentach bardzo
nudzi. Osobiście nie wiem, czy zdobędę się na odwagę, by
przeczytać kolejną część tej trylogii. Przeważa w niej bowiem
taki styl, który naprawdę męczy. Jako książka fantastyczna
powinna w całkowity sposób porywać czytelnika w wir przygód, ta pozycja jednak tego nie czyni.
Podsumowując, pragnę powiedzieć, że
pomimo tego, że książkę przeczytałam w całości i przyswoiłam,
niestety nie polecam jej wszystkim. Ciemnorodni to seria dla
osób, które nie męczy długie oczekiwanie na posunięcie akcji do przodu. O ile intrygująca oprawa książki przykuwa uwagę, o
tyle samo wnętrze nie do końca. Uważam, że wybór tej serii na
wakacyjny dzień powinien być przemyślany z rozwagą. Nie
wszystkim bowiem ta książka przypadnie do gustu.

Typowy amerykański kryminał. Nie taki zły

źródło
Pierwszy raz czytałem tego
typu powieść. Na rynku zalewają nas tanie i beznadziejne kryminały,
których fabuła skraca się do morderstwa i banalnego śledztwa
okraszonego tajemniczą tajemnicą łączącą wszystkich podejrzanych.
W takich książkach główny inspektor/detektyw/porucznik to zwyczajny
idiota, którego iloraz inteligencji zatrzymał się gdzieś w 15. roku
życia. Pocałunek śmierci J. T. Ellison zahacza o kanon takiej
powieści, jednak ma kilka aspektów, które skutecznie utrzymują ją nieco
powyżej ogólnego szamba, ba! niektóre pomysły i zwroty akcji zasługują
na oklaski, przez co książka autorki mogłaby konkurować z najlepszymi.
Zawsze znajdzie się jakieś ale, i w tym przypadku nie było inaczej – albo tłumacza poniosło, albo autorka ma naprawdę lekki i niewymagający styl.

Zaczyna się typowo dla przeciętnego filmu grozy od 12 lat, puszczanego
na jedynce w każdy wtorek o 20.15. Pani porucznik Taylor Jackson
otrzymuje do rozwiązania na pozór łatwą sprawę. Na podłodze leży martwa
Corinne (w siódmym miesiącu ciąży), wszędzie odbite są krwawe ślady stóp
półtorarocznej Hayden – córki denatki. Dziecko spędziło tak dwa dni,
leżąc przy martwej mamie, próbując ratować ją zestawem małego chirurga,
przylepiając do ramienia plaster opatrunkowy. Scena chwyta za serce, bo
pani Ellison ma dar do opisów, ale o tym później. Zaczyna się nieźle,
zwłaszcza że mamy dobry obraz całej sytuacji – załamana rodzina,
zdruzgotany mąż, węszące za tanią sensacją media dopełniają typowy
amerykański obraz taniego kryminału. Jednak najjaśniejszą postacią
tej książki jest jej główna bohaterka, wspomniana pani porucznik, której
kariera przebiegła w ekspresowym tempie: ma na koncie kilka
spektakularnych sukcesów (Pocałunek śmierci to już trzeci tom
opisujący przygody Taylor). Tak naprawdę to ona pcha całą sprawę do
przodu, stawia sobie za punkt honoru jej rozwiązanie, nawet wtedy, gdy
zewsząd pojawiają się fałszywe tropy, nowe dowody, stawiające państwa
Wollfów w kompletnie innym świetle.

Autorka zastosowała ciekawy zabieg, wplatając kilka innych wątków,
postanowiła połączyć sprawy zawodowe głównej bohaterki, jej męża i
wcześniejszych spraw, które prowadzili. Ciąg przyczynowo-skutkowy stoi
na bardzo dobrym poziomie, nieraz ułatwiając życie postaciom, wtedy gdy
najbardziej tego potrzebują, jednak w większości przypadków atmosfera
staje się mroczna i gęsta od podejrzeń. Ellison świetnie operuje
umiejętnością łączenia wątków – wychodzi jej to po mistrzowsku,
stopniowo ukazując nam kolejne ważne dowody w sprawie zamordowanej
matki. Kolejny plus to poruszenie odważnych i często z nalepką tabu tematów.
Już sam początek daje nam obraz autorki jako pisarki odważnej i niebojącej się tematów trudnych. Zamordowana, ciężarna matka, załamania
nerwowe, pornobiznes, pedofilia, gwałty, brutalne morderstwa, nastolatki
marzące o karierze gwiazdy porno – znajdziemy tutaj tego sporo, w
mniejszych lub większych dawkach, a wszystko jest okraszone aurą
tajemnicy związanej z tożsamością zabójcy.

No właśnie, byłoby pięknie, ale wyszło jak zwykle, gdzieś coś musiało
szwankować. Owszem, mamy tę brutalność, brudny świat alfonsów i
morderców, jednak brakowało mi tutaj soczystych i wyrazistych opisów. A
jeśli już są, to delikatne i lekko zahaczające o temat – no tak nie
można! Prosty przykład – Taylor uczestniczy w sekcji Corrine, wszystkie
czynności są dokładnie opisywane, ale brak jakichkolwiek opisów stanu
organów wewnętrznych – tego, w jaki sposób ciało denatki zachowało się po
morderstwie. Najgorszym błędem w tej scenie było całkowite pominięcie
aspektu martwego płodu – tak obiecująca scena, dająca nadzieję na
książką co najmniej świetną, zostaje zaprzepaszczona, bo płód zostaje
wyjęty, i tyle o nim było słychać. Wiem, że się czepiam, ale zawsze
wymagam od autora, by wycisnął ze swojej powieści jak najwięcej, nie bał
się niekonwencjonalnych zagrań, był brutalny i realistyczny. A tutaj
tego brakuje, mimo że pisarka należy do osób odważnych.

Dwa zarzuty, które zaważyły na mojej ogólnej ocenie powieści
towarzyszyły mi przez całą jej długość, choć nie jestem pewien co do intencji autorki w jednym z nich. Książka ma około 350 stron. Na moje
oko mogłaby mieć spokojnie o sto mniej, dlaczego? Jak już wspomniałem,
Ellison jest mistrzynią opisów, scena zbrodni była opisana naprawdę
bardzo dobrze, jednak wszystko inne jest niepotrzebne i nic nie wnosi do
lektury. Podróż pani porucznik z domu na posterunek policji zajmuje
około 10 minut, w ciągu przejażdżki dowiemy się, jakie kwiaty mają w
ogrodzie sąsiedzi, kiedy wprowadzili się do swoich domów, kiedy zostały
wybudowane, dlaczego Taylor nie lubi impali, co myśli o swoich kolegach z
zespołu, jak żółte kielichy kwiatów majestatycznie uginały się pod
lekkim naporem porannego wiaterku. Każda osoba, każde miejsce (przy
Partenonie musiałem opuścić jego wnikliwą historię), każde zdarzenie,
wszystko, co się rusza i żyje (lub nie), jest wnikliwie opisywane, a
wszyscy wiemy, do czego to prowadzi. Akcja nieprawdopodobnie zwalnia,
nużąc nas swoim tempem, zmuszając do przebiegnięcia wzrokiem po
dłuższym tekście, tak by sprawdzić, czy coś ciekawego się nie wydarzy.
Jeśli chcecie, by coś zostało pięknie i mozolnie opisane – czytajcie
książki pani Ellison!

Drugi zarzut, o którym nie wiem, czy jest to celowy zabieg autorki, czy po prostu tłumacz poczuł flow
i dał się ponieść emocjom. Styl i język książki jest tragiczny. Nie tak
zły, by nie dało się tego czytać, wręcz przeciwnie – takie powieści
czyta się nad wyraz szybko i bezboleśnie! Jednak czytając o przebiegu
dochodzenia i kolejnych, nowych dowodach, a już w ogóle podczas dialogów
bohaterów, czułem, że jestem zabawiany przez jakiegoś clowna na
żenującym, amerykańskim przyjęciu urodzinowym. Styl błaga o litość,
metafory, wyrażenia i język są tak skonstruowane i napisane, że nic,
tylko zasiąść i zapłakać. Fakt, czyta się szybko i łatwo, ale od każdej
powieści trzeba czegoś wymagać! Co powiecie na metaforę typu wyrzygała swoją duszę pod delikatnym, pączkującym dereniem albo odzywki typu spokojna twoja rozczochrana albo luzik spoko?
Miało być śmiesznie i rozluźniająco, a wyszło żenująco.
Chciałbym wiedzieć, czy faktycznie autorka użyła takich słów, a jeżeli
nie, to jakich – no bo jak po engliszu powiedzieć spokojna twoja
rozczochrana
?

Z tego wszystkiego wyłania nam się obraz książki niezłej, mającej swoje
wady, ale i jaśniejsze strony – jak chociażby splatanie wątków i ich
rozwiązywanie (najlepsza strona powieści). Z typowego beznadziejnego
kryminału rodem z ju es ej propozycja J. T. Ellison przekształca się w
kawał dobrego czytania, w które łatwo dacie się wciągnąć. Na uwagę
zasługuje fakt obycia autorki w temacie śledczej. Wszystko działa
sprawnie, i choć funkcjonariusze nie zajadają się pączkami, zbiegi
okoliczności działają na ich korzyść, to i tak dostajemy niezły opis
pracy amerykańskich śledczych.

Czy polecam? Na pewno się nie zawiedziecie; dowiecie się, do czego prowadzi
ślepe dążenie za karierą, ile wysiłku trzeba włożyć, by kogoś
przyskrzynić, i dlaczego Taylor nie lubi impali. Mając do wyboru książkę
Ellison i seans z jedynką i jej kinem grozy, wybieram to pierwsze.

W poszukiwaniu swojej pasji

źródło
Kiedyś potrzebowałam wyciszenia. W sumie… teraz też często się ono przydaje. Bo przecież każdy z nas może mieć gorszy dzień bądź zły humor. Tak bardzo jest wtedy potrzebne coś, co robi się z miłością, zaangażowaniem i nieposkromioną satysfakcją.


Muzyka tak naprawdę towarzyszyła mojemu życiu od zawsze. Odkąd pamiętam, w moim domu słuchało się wszelakich jej rodzajów. Kiedyś nawet lubiłam śpiewać; później jednak moją pasją stało się zupełnie coś innego…
Kilka lat temu tata przyniósł do domu pewną skrzynkę. Będąc małą dziewczynką, zajrzałam do środka z ciekawości – tak po prostu. W środku leżał zapakowany saksofon. Poprosiłam tatę, żeby zagrał cokolwiek. Niesamowicie mi się spodobało. Jednak… problem polegał na tym, że byłam zdecydowanie za mała.
Mijały lata. Ciągle przyglądałam się, jak mój ojciec oddaje się swojej pasji, którą (było widać) kocha nad życie. Zazdrościłam mu, że jest coś, dzięki czemu potrafi się wyluzować, uspokoić, opanować emocje. Któregoś razu stwierdziłam, że właściwie sama mogłabym spróbować. Początki były naprawdę trudne…
Dokładnie półtora roku temu zaczęła się moja przygoda. Tata zaprowadził mnie do świetlicy orkiestry i dostałam saksofon altowy. Myślałam, że wydobycie dźwięku z tego instrumentu będzie proste jak bułka z masłem. Nic bardziej mylnego. Opanowanie podstaw trwało długo. Była to ciężka i mozolna praca, wymagająca cierpliwości i wyciszenia. Z reguły nie należę do cichych i spokojnych osób, dlatego też było mi bardzo ciężko. Ale – dla chcącego nic trudnego.
Teraz gram regularnie, uczę się coraz trudniejszych rzeczy, opanowuję wszystko od początku do końca i nie zamierzam przestać. Dzięki temu poznałam również przecudownych ludzi, którzy stali mi się bardzo bliscy. Grając razem w orkiestrze, musimy być dla siebie wsparciem, musimy obdarzać siebie zaufaniem; bez tego nic się nie uda. Pasje są po to, by było w życiu łatwiej. Mam co robić, gdy pogoda nie odpowiada, bliscy denerwują albo mam zły dzień. Każdy człowiek powinien mieć coś takiego, wówczas wszystko staje się prostsze. A grę na saksofonie polecam wszystkim – jest to coś niesamowitego i wyjątkowego. Uwielbiasz muzykę orkiestr dętych? TA PASJA JEST STWORZONA DLA CIEBIE!

Dwa oblicza!

źródło
Granica między dobrem a złem przecina serce każdego człowieka.

Po przeczytaniu pierwszej części nie mogłam się doczekać kolejnej, wręcz zakochałam się w tej serii. Alicja i jej przyjaciele stali mi się bardzo bliscy i wiedziałam, że muszę dowiedzieć się, jak potoczą się ich dalsze losy. Gdy tylko druga część wpadła mi w łapki, pochłonęłam ją w bardzo szybkim tempie i po przeczytaniu ostatnich stron nie mogłam uwierzyć, że to już koniec. 
Ten tom nie rozczarował mnie, wręcz przeciwnie, przewyższył moje oczekiwania. 
Akcja toczy się w bardzo szybkim tempie, a cała historia jest bardzo oryginalna i świeża. 
Ali już zna swoje moce i wie, jak skutecznie walczyć z zombi, jednak ta jedna noc… ta jedna walka znów zmienia całe życie naszej bohaterki…
Podczas tego pojedynku jeden z zabójców zostaje ugryziony przez żywego trupa i, co najgorsze… gryzie Alicję. Po tym incydencie z dziewczyną dzieją się dziwne, niekoniecznie dobre, rzeczy. Jej odbicie w lustrze żyje własnym życiem i powoli zaczyna przypominać zombi… Alicja zdaje sobie sprawę, że ma kłopoty. W tych trudnych chwilach liczy na pomoc i wsparcie swojego ukochanego Cole’a, jednak ten niespodziewanie postanawia od niej odejść…. Dziewczyna jest załamana…
Toksyna zombi spowodowała, że w ciele Ali „narodził się” zły duch.
Dwa oblicza dziewczyny walczą o przejęcie ciała…. 
Nasza bohaterka, by ocalić siebie i tych których kocha, musi podjąć walkę…. z samą sobą.
A kto wygra? Czy związek Ali przetrwa próbę czasu…?

Tego wam nie zdradzę, ale zapraszam do zapoznania się z Kronikami Białego Królika, które oderwą was od szarej rzeczywistości i przeniosą w świat fantazji i romansu, gdzie zło toczy nierówną walkę z dobrem..
Cieszy mnie to, że autorka poprzez przyjemną powieść stara się przekazać czytelnikowi ważne wartości, takie jak miłość, lojalność wobec przyjaciół oraz odwagę i poświęcenie. 
Uważam, że Alicja i lustro zombi to udana kontynuacja serii, godna uwagi wszystkich moli książkowych. Każdy, kto lubi historie paranormalne z nutką romansu, na pewno nie będzie zawiedziony.

Z niecierpliwością czekam na część trzecią. Uważam, że seria jest bardzo oryginalna i lekka. Chyba nigdy dotąd nie spotkałam się z takim opisem zombi, który dodaje tylko uroku tej powieści. Myślę, że to nie tylko książka dla młodzieży, można się przy niej świetnie zrelaksować i, jak już wspomniałam, przenieść się do innego świata. Nie wiem, jak przeboleję ten czas oczekiwania na kolejny tom, ale myślę, że warto czekać.

Za mile spędzone chwile z wspaniałą książką dziękuję wydawnictwu Harlequin/ Mira.

Życie to wędrówka w nieznane cz. IV

źródło
Kiedy mówimy o podróży, często nie zdajemy sobie sprawy, jaka jest jej istota. Ostatnio szukałam grafiki do tego posta i trafiłam na demotywator, który możecie zobaczyć po lewej stronie. Wybaczcie mi samowolkę wydawniczą, ale kiedy zobaczyłam to zdjęcie, na początku zaczęłam się śmiać, ale później byłam bardzo poruszona. Pozwólcie, że wytłumaczę, skąd taka reakcja i dlaczego uznałam, że warto opowiedzieć wam pewną historię w kontekście obowiązującego motywu.

Moi przyjaciele są z zamiłowania i wyboru podróżnikami. Ja, w przeciwieństwie do nich, nie jestem fanką tego rodzaju spędzania czasu. Fakt, lubię gdzieś być, w jakimś nowym miejscu, ale żeby tam dotrzeć jest już sprawą odrębną. Martwi mnie pakowanie, korki i trzęsienie ziemi w kraju oddalonym o tysiące kilometrów. Taka jestem, nic na to nie poradzę. Dlaczego zanudzam was szczegółami z mojego życia? Otóż – jak już wspomniałam – moi przyjaciele bardzo lubią podróżować. Jeden z nich jest jednak podróżnikiem – nazwijmy to – szerszego pojęcia. Nie zadowala go polskie morze albo Bieszczady, chce zwiedzić cały świat. Zobaczył już wiele krajów i ciągle odwiedza nowe. Kilka lat temu, kiedy byliśmy jeszcze nastolatkami, podczas jednego z licznych w tamtym czasie spotkań, zaczęliśmy rozmawiać na temat przyszłości. Zastanawialiśmy się, gdzie będziemy za te parę lat, i chyba jak każdy mieliśmy wiele wątpliwości. Mój przyjaciel powiedział wtedy: Widzisz, ja po prostu chcę gdzieś się zatrzymać i poczuć, że to tutaj – to jest właśnie moje miejsce. Minął czas liceum i musieliśmy podjąć decyzje, rozjechaliśmy się w cztery strony świata, każdy podjął własną wędrówkę. Niezmienna pozostała chęć wspólnego kontaktu. Co jakiś czas dostaję od mojego zaprzyjaźnionego podróżnika pocztówki. Czytam je zawsze z nieskrywanymi emocjami, sprawdzam, co widział i przeżył, próbuję dowiedzieć się, czy miejsce mu się spodobało. Do tej pory każda pocztówka kończyła się jednak bardzo ładnie wykaligrafowanym zdaniem: To jeszcze nie tutaj. Kiedy zobaczyłam wspomniany demotywator, pomyślałam, że najwyraźniej w swoich dążeniach nie jesteśmy osamotnieni. Przecież przeważnie nie podróżuje się dla samej idei przemieszczania się, ale dla dotarcia do celu. Któż z nas nie chciałby wreszcie odnaleźć swojego miejsca, poczuć się jak w domu? Nie potrafię wskazać choćby jednej osoby.
Po tym niezmiernie interesującym wstępie – mówię z sarkazmem – zapraszam do zapoznania się z kolejnymi utworami, które przygotowałam dla was w symbolice homo viator.
W nowej odsłonie bardzo doceniany przeze mnie poeta, z którym mieliście już przyjemność się spotkać.

Robert Frost Droga nie wybrana

źródło

Dwie drogi w żółtym lesie szły w dwie różne strony:

Żałując, że się nie da jechać dwiema naraz
I być jednym podróżnym, stałem, zapatrzony
W głąb pierwszej z dróg, aż po jej zakręt oddalony,
Gdzie widok niknął w gęstych krzakach i konarach;

Potem ruszyłem drugą z nich, nie mniej ciekawą,
Może wartą wyboru z tej jednej przyczyny,
Że, rzadziej używana, zarastała trawą;
A jednak mogłem skręcić tak w lewo , jak w prawo:
Tu i tam takie same były koleiny,

Pełne liści, na których w tej porannej porze
Nie znaczyły się jeszcze śladów czarne smugi.
Och, wiedziałem: choć pierwszą na później odłożę,
Drogi nas w inne drogi prowadzą-i może
Nie zjawię się w tym samym miejscu po raz drugi.

Po wielu latach, z twarzą przez zmarszczki zoraną,
Opowiem to, z westchnieniem i mglistym morałem:
Zdarzyło mi się niegdyś ujrzeć w lesie rano
Dwie drogi; pojechałem tą mniej uczęszczaną-
Reszta wzięła się z tego, że to ja wybrałem. 

Stephen Crene

źródło

Młodzieniec w błyszczących szatach

Przechadzał się po ponurym lesie.
I napotkał mordercę
W stroju minionej epoki,
Co ważąc w dłoni sztylet,
popatrywał groźnie z zarośli,
By zaraz na niego ruszyć.
„Panie – rzecze młodzieniec-
Wierz mi, jestem oczarowany,
Że jest mi dane umrzeć
W tym średniowiecznym stylu,
Jak tego chcą legendy
Ach co za radość!”
Potem przyjął ranę z uśmiechem
I rad umarł.

Liczę, że wszyscy miłośnicy polskiej poezji wybaczą mi, że w dzisiejszej odsłonie zaprezentowałam tylko wiersze pisarzy zagranicznych. Zdaję sobie również sprawę, że drugi wiersz przy pierwszym czytaniu wydaje się niepasujący do tematyki. Zachęcam jednak do ponownego zapoznania się z treścią, bo nie wybrałam go przypadkowo.

A czy wy lubicie podróżować? Czym dla was jest idea wędrówki? Pamiętajcie! Idziemy własnymi drogami, a każda z nich jest nieznana i nieodkryta dotąd przez nikogo. Nic dziwnego, że czasem zdarza nam się zbłądzić.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia