Bosy Gringo na dzikiej prerii

źródło
Nie znam osoby, która nie wiedziałaby, kim jest Wojciech Cejrowski. Jego program Boso przez świat został bardzo dobrze przyjęty, a książki opowiadające o najdalszych zakątkach Ziemi sprzedają się w ogromnym nakładzie. Swego czasu miałam sposobność być na spotkaniu autorskim z panem Wojciechem i muszę przyznać, że nie można mu odmówić charyzmy i tego czegoś, co sprawia, że niekiedy kilkaset osób milknie i z zapartym tchem wsłuchuje się w historie o jego przygodach. Czy jego książki są równie charakterne jak on sam?

Kiedy słyszę słowo preria mam przed oczami rozległe, opuszczone przez ludzi pustkowia. Oglądając westerny, zasypiam po napisach początkowych i nawet krajobraz mnie nuży. Postanowiłam przeczytać tę książkę ze względu na jej autora. Trudno było mi połączyć pana w hawajskiej koszuli z nudą. Czy się myliłam? Nie. Co zatem jest takiego interesującego w prerii? Przede wszystkim ludzie. Życie w Arizonie nie należy do najłatwiejszych; jest to świat, do którego jakby nie dotarła informacja, że mamy XXI wiek. Nie są to tereny zacofane, po prostu nie dołączyły do pogoni za nowoczesnością. I słusznie, to niezmiernie miła odmiana. Wojciech Cejrowski określa tamtejszych mieszkańców mianem stada, i jest to chyba idealne określenie. Wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. Jak zatem nieznany nikomu przybysz z dalekiego kraju dołączył do ich zamkniętego kręgu? Czy musiał sobie na to zaufanie odpowiednio zapracować i jak udało mu się odnaleźć w świecie, w którym wszystko może być potencjalnym powodem twojej śmierci? Zabawne sytuacje przeplatane melancholijnym czasem nicnierobienia są receptą na miło spędzone chwile z książką.

Na prerii nikt nie szczerzy się bez potrzeby, bo tu strasznie kurzy, a przecież nikt nie lubi chrzęszczenia piasku między zębami – niezależnie czy to człek czy zwierz. Dlatego na prerii wszyscy mamy gęby ciasno pozamykane.

O języku i konstrukcji. W moim odczuci Wyspa na Prerii jest pewnym rodzajem gawędy. Wojciech Cejrowski opowiada swoją historię trochę tak, jak robi się to przy ognisku. Jako że są to wydarzenia prawdziwe, autor ich nie ubarwia, ale nie przeszkadza mu to w pozostawieniu niektórych rzeczy w tajemnicy. Ciekawym dodatkiem są przypinki korektorki, która tak właściwie chyba nie istnieje. Mam na myśli, że te przypinki są prawdopodobnie dziełem samego autora, które Wojciech Cejrowski dodał dla zabawy, a przez to podjął pewien dialog z czytelnikiem. Można nawet powiedzieć, że tworzą one odrębną, dodatkową historię. Bardzo ciekawe, a zarazem niesamowicie dziwne. Jak wiele rzeczy w tej książce. Trudno wytłumaczyć, trzeba to po prostu przeczytać. Język jest zatem prosty i bardzo lekki w odbiorze. Chwilami uszczypliwy, innym razem sarkastyczny, czyli dokładnie w takim tonie, w jakim prowadzony jest program Boso przez świat. Książka podzielona jest na pięć ksiąg, przy czym każda składa się z kilku podrozdziałów. Dodatkowo zamieszczone zostały objaśnienia różnych rzeczy, które można spotkać na prerii np. Rocznik farmera oraz wkładka zdjęciowa. Naprawdę piękne obrazki, na których oglądanie można poświęcić sporo czasu. Dla wszystkich zainteresowanych tym, gdzie toczy się akcja: na początku i końcu tej pozycji zamieszczono mapę Arizony i Stanów Zjednoczonych.
Na uwagę zasługuje również wydanie książki. Widać, że wydawnictwo się postarało. Wszystkie kartki są barwione na odcienie piasku, początek ksiąg odpowiednio wyjustowany, dodatkowe informacje w postaci np. ulotek – oddzielone od tekstu. Dzięki tym zabiegom łatwo się czyta, oczy nie męczą się zbyt jaskrawym odcieniem kartek. Okładka cudownie współgra z treścią. Naprawdę porządnie wydana pozycja i nie ma tutaj przesady. Chyba wszyscy mają dość cienkich, pomiętych okładek i stron, które potrafi zniszczyć nawet lekki wiatr. A tutaj wszystko ładnie zszyte i stabilne, a kartki śliskie jak w atlasie. Da się? Da się.
źródło
Zawsze, kiedy czytam książki podróżnicze, budzi się we mnie nadzieja, że może mnie również uda się przeżyć taką przygodę. Chyba preria nie jest miejscem dla mnie, zbyt wiele tam niebezpieczeństw, i podejrzewam, że po tygodniu uciekałabym gdzie pieprz rośnie. Jednego tym, czego zazdroszczę autorowi,  jest możliwości poznania tamtejszych ludzi i trafienia do ich wielkiej rodziny. Wszyscy wydają się naprawdę niesamowitymi wariatami, a jak mówił Kapelusznik: tylko wariaci są coś warci.
Jest jeszcze coś, o czym mężczyźni nie mają pojęcia: Kobieta nigdy nie zmienia poglądów – nie musi, gdyż ma wszystkie naraz.
Książkę polecam, bo sumienie nie pozwoliłoby mi powiedzieć inaczej. Faktycznie zdarzają się fragmenty mniej interesujące – takie jak kilkustronicowe rozważanie o korniku w krześle – ale w znacznej mniejszości. To historia o życiu, a ono przecież nie jest jak w scenariuszu kolejnej części Jamesa Bonda. Dlatego Wyspę na prerii powinni przeczytać wszyscy podróżnicy-marzyciele. Emeryci, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim wolnym czasem. Dzieci, które od zawsze marzyły o dzikim zachodzie. Młodzież, bo w niej nadzieja narodu, więc fajnie by było, gdyby wiedziała, że istnieje jeszcze jakiś inny świat, w którym komórka służy do czegoś znacznie innego niż komunikacja. Kto jeszcze? Nie będę wyszczególniać. Jeśli umiesz czytać, to ta książka jest dla ciebie.

Fenomen błazna i błazeństwa

źródło
Monika Sznajderman kieruje
Wydawnictwem Czarnym. Studiowała w Instytucie Sztuki PAN w Warszawie, gdzie
zdobyła stopień doktora nauk humanistycznych. Jest żoną Andrzeja Stasiuka.  Książka Błazen. Maski i metafory po raz pierwszy
została wydana w 2000 roku. Jednakże w tym roku ukazało się ulepszone wydanie
tego tytułu. Pisarka wydała również
inne książki, takie jak: Zaraza.
Mitologia dżumy, cholery i AIDS, Współczesna biblia Pauperum. Szkice o wideo i
kulturze popularnej. 


Autorka interesuje się mitem
błazna. Jak sama zaznacza, jej książka jest szukaniem
śladów, pogłosów i powidoków błazeńskiej mitologii.
Nie wyczerpuje ona
tematu błazeństwa i błazna. Pisarka nie nawiązuje do znanych dzieł z
literatury, które przywołują na myśl zjawisko błazeństwa, posiłkuje się nieoczywistymi
kontekstami, rozwija interesujący ją temat, sięgając głębiej w pogranicza, marginesy i opłotki kultury.
Już na wstępie zaciekawiło mnie
to, iż słowo clown dawniej oznaczało
chłopa, rolnika, śmieszącego mieszkańca miasta, gbura i prostaka. Jak autorka
zauważa, błazen, cyrkowy klown (bo i tak go nazywa), wywodzi się z czasów
pierwotnego chaosu. Po dziś dzień zachowały się symboliczne elementy chaosu, mam
tutaj na myśli strój błazna. Do owych symbolicznych części chaosu ze stroju
klowna nawiązują asymetryczne, pstrokate wzory kostiumów. Jednakże nie tylko to
stanowi symboliczne odbicie świata chaosu, gdyż są to również nierówności w
wyglądzie błaznów, m.in. garb, chromość itp. 
Monika Sznajderman w swoim dziele
nawiązuje do kina, wspomina, że we współczesnej sztuce filmowej
także możemy odszukać wątek błazna i błazeństwa. Wskazuje jednak, że najczęściej spotykana
jest postać złego błazna. W kolejnej części utworu – książka podzielona jest na
trzy – znajdziemy także informacje o związkach błazna z artystami. Pisarka
wspomina również, że kuglarz nierzadko kojarzony był z Najwyższym Bogiem –
Wielkim Błaznem. W publikacji Błazen. Maski i metafory znajdziemy analizy
różnych tekstów, które mają na celu przybliżenie informacji o błaźnie.
Największą uwagę zwróciłam na to,
że pisarka bardzo dogłębnie analizuje mit błazna i błazeństwa. Niekiedy jednak
odnosiłam wrażenie, że treść jest nieco chaotyczna. Muszę zaznaczyć,
że jest to bardzo trudna w odbiorze publikacja, przede wszystkim nie nadaje się
dla osób, które nie interesują się tym tematem. Monika Sznajderman jako
antropolog kultury i doktor nauk humanistycznych posługuje się bardzo trudnym
językiem. Jej styl jest bogaty i na
poziomie.
Dzieło, które proponuje swoim czytelnikom jest niezwykle
dopracowane. Pisarka zadbała o wszystkie szczegóły. Zapewne kosztowało ją to
wiele pracy. Niestety, żeby
należycie zrozumieć tę książkę, trzeba poświęcić jej wiele uwagi i skupienia. 
Błazen. Maski i metafory jest
książką dla starszych czytelników, którzy orientują się w temacie błazna i
błazeństwa
choć trochę. Pozostałe osoby mogłyby się w tej książce zagubić.
Muszę przyznać, że czegoś innego spodziewałam się po tej lekturze. Czy się
zawiodłam? Zapewne trochę tak. Ta publikacja zdecydowanie mi nie przypasowała, aczkolwiek jestem pod ogromnym wrażeniem wiedzy autorki i mogę tylko pogratulować jej
stworzenia tak dobrego dzieła. 

Słodkich snów

źródło
Miał trzydzieści jeden lat, jeden miesiąc i dwanaście dni.



I nie znalazł już powodów, by żyć.


Zmęczony po ciężkim dniu marzysz tylko o kąpieli i śnie…
Myślisz, że dom jest twoją bezpieczną przystanią i w nim nie może ci się nic stać.
Pragniesz tylko pogrążyć się w krainie Morfeusza. Lecz skąd możesz wiedzieć, co się dzieje z tobą, gdy zasypiasz?
Może gdzieś w twoim domu czai się niebezpieczny psychopata… może nawet pod twoim łóżkiem.
Może tylko czeka na moment, gdy pogrążysz się w głębokim śnie, by odurzyć cię narkotykiem i sprawić ci cierpienie?
Kiedy śpisz to najlepszy dowód na to, że nie potrzeba hektolitrów krwi i masy trupów, by w czytelniku wywołać uczucie przerażenia. 
Cillian jest konsjerżem w nowojorskim apartamentowcu. Co rano budzi się z wielkim lękiem, który zmusza go do gry w rosyjską ruletkę. Stojąc na krawędzi dachu wieżowca, wymienia powody, dla których powinien żyć bądź zabić się. Jedynym, co wciąż trzyma go przy życiu, jest jego chora, obłąkana miłość do pewnej pięknej, rudowłosej dziewczyny imieniem Clara, mieszkającej w tym apartamentowcu. Jednak szczerze mogę powiedzieć, że to uczucie to nie miłość, tylko obsesyjna fascynacja na jej punkcie.
Cillian za największą wadę uznaje jej uśmiech, który zawsze jej towarzyszy… bez względu na okoliczności.
Nasz bohater nie może go znieść, bo tym, czego najbardziej nienawidzi, jest szczęście innych ludzi. Dlatego ze wszystkich sił stara się zetrzeć uśmiech z twarzy lokatorów apartamentowca. Jak to robi? Wykazuje się różnorodnością pomysłów… A to gubi psa starszej pani, a to wpuszcza szczury i insekty do mieszkania innej kobiety, nie cofnie się nawet przed UPRANIEM psa…
Nic dla niego nie jest wyzwaniem, a zapłatą i wielką satysfakcją jest patrzenie na cierpienie innych.
O ile na początku poczynania psychopaty wydają się jakąś dziecinną grą, o tyle w miarę czytania utwierdzamy się, że Cillian nie cofnie się przed niczym. Zaczynamy nie tylko obawiać się o życie jego głównego celu, jakim jest Clara, ale także o kalekiego młodzieńca lub o starszego mężczyznę, którzy nie są świadomi faktu, że to właśnie przez naszego psychopatę ich życie okrywa samotność.
Im bardziej wgłębiamy się w książkę i im więcej dowiadujemy się o sposobach zadawania Clarze cierpienia, z miłą chęcią odstawilibyśmy książkę na półkę, lecz ciekawość robi swoje… Czytelnik pragnie dowiedzieć się, do czego jest zdolny bohater i jak daleko się posunie…
Książka wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony czyta się ją doskonale, napięcie rośnie stopniowo, wręcz można powiedzieć, że powieść zachwyca, a z drugiej strony chciałoby się ją rzucić w kąt i nie być świadkiem cierpienia, jakiego doznaje dziewczyna.
Osobiście uważam, że to jedna z nielicznych książek, które mnie urzekły w każdym tego słowa znaczeniu. Może to dlatego, że swoją przyszłość wiążę z psychologią i taka tematyka mnie fascynuje… Tego nawet ja nie jestem pewna, jednak śmiało mogę stwierdzić, że książka jest fenomenalna i godna polecenia. Pochłonęłam ją w jeden dzień i mimo jej obszerności żałuję, że nie jest jeszcze dłuższa 🙂

W pogoni za intrygującą fabułą

źródło
Podobno lato to nie jest dobry
czas dla literatury sensacyjnej. A przynajmniej dla tej prawdziwej – krwistej i mrocznej. Kryminały czyta się wybornie
podczas chmurnej pogody, w nocnej porze, z niewielką lampką oświetlającą
kolejne stronice. Ja postanowiłam jednak wziąć lejący się z nieba żar na
własną stronę i spędzić przyjemny czas przy prostym, słonecznym sensacyjniaku.

Lukas Scarlett ma za sobą
burzliwą przeszłość, teraz jednak jako uczciwy obywatel prowadzi dobrze
prosperującą agencję detektywistyczną Falcon. W trakcje wykonywania jednego zlecenia jego
najlepszy przyjaciel zostaje postrzelony. Cudem unika śmierci dzięki szybkiej
pomocy przypadkowo napotkanej Chelsea. Poznając ją, Scarlett wplątuje się w
niebywałą aferę, w której sekretny pokój w domu kobiety to tylko niewinny początek.

Nie spodziewałam się po tej
książce zbyt wiele, niestety otrzymałam jeszcze mniej. Intryga jest tu prosta i
łatwa do przewidzenia, jednak nie stanowi to większego problemu. Akcja powieści
toczy się dość szybko, w krótkim czasie przeskakuje z małego amerykańskiego miasteczka
do egzotycznego Puerto Vallarta, jednak nic szczególnego z tego nie wynika. Odniosłam
wrażenie, jakby autorka nie przygotowała w głowie żadnego planu – rzuca
postaciami z kąta w kąt jak marionetkami, bez większego sensu. Bohaterowie
podróżują a to ze szpitala, a to do kryjówki głównego czarnego charakteru itd.
Punktem kulminacyjnym tej beztroski jest wątek pobytu na bezludnej wyspie. Nie
wnosi nic do fabuły i stanowi tylko zapełniacz pustych kartek.

Puerto Vallarta
Nie ma jednak niczego gorszego od
zakończenia. Stężenie cukru przekracza w nim wartości przyswajalne dla
organizmu, a happy end staje się happy happy endem.

Największą bolączką książki Marty
Bilewicz pozostaje konstrukcja postaci. Główna para jest do bólu nudna i
schematyczna; autorka zupełnie nie zachęca do śledzenia ich losów. On – młody,
przystojny, o tragicznej przeszłości. Ona – młoda, seksowna, o tragicznej
przeszłości. Ten Zły – pozbawiony skrupułów, sumienia i jakichkolwiek zalet.
Drugoplanowi Przyjaciele – mający mało ważne, niewielkie problemy, ale lojalni
i oddani. Skonstruowani na najprostszych schematach, regularnie i niebezpiecznie
przypominających te z harlequinów. Bohaterowie Bilewicz to papierowe postacie
bez krwi i kości.
Język autorki jest prosty i
przyjemny w odbiorze, jednak czasami boli łopatologiczność pisarki. Bilewicz
niekiedy traktuje czytelników jak dzieci, jak na początku książki, gdy wyjaśnia
po kolei, od akapitów, sylwetki już i tak nieskomplikowanych postaci.
Co mi się podoba? Stylowa okładka
powieści (choć niemająca zbyt wiele wspólnego z jej treścią) i (tylko) jedna scena – odbywająca się na
cmentarzu. Jest mocna, nieco wzruszająca i ciekawie sprowadza motyw zemsty na
właściwe tory.
Mimo wszystko czasu spędzonego z
Goniąc cienie nie wspominam źle.
Niewyszukany, ale przejrzysty styl autorki oraz nieskomplikowana fabuła
wystarczą do dość miłego przebrnięcia przez te nieco ponad 300 stron,
szczególnie jeśli czyni się to, sącząc owocowy soczek pod letnim parasolem.

Nie nazywam się poeta…

źródło
Zdarza się, że ktoś pyta mnie, co takiego jest w poezji, że tak ją lubię. Niektórzy zapewne twierdzą, że jestem naiwną romantyczką, która uwielbia ckliwe peany na temat miłości. Mylą się. W poezji najbardziej podoba mi się jej drugie dno, to jak poeta ukrywa sedno pomiędzy z pozoru nic nieznaczącymi wersami. Dawniej liryka była synonimem piękna, dzisiaj wiersz to nie tylko sposób zachwytu nad światem, ale także inny rodzaj sprawozdania z życia. Wielu wybitnych poetów poruszało tematy z pozoru nienadające się dla liryki – śmierć, nienawiść, wojna, głód. Zawsze ten typ poezji docierał do mnie mocniej od czysto schematycznych, radosnych utworów. Przez wiele lat musiałam jednak nieco tępić mój czytelniczy temperament, ponieważ ramy programowe w szkołach nie sprzyjały własnej interpretacji. Teraz, kiedy już na dobre wyrwałam się ze szponów komisji rekrutacyjnych, mogę sobie pozwolić. Pewnego dnia Kamil Wojciechowski zapytał mnie, czy mam ochotę przeczytać jego tomik poezji o tytule Klatki z codzienności. Poetom nigdy nie odmawiam, więc oczywiście się zgodziłam. Optymizmem napawał mnie fakt, że właśnie o codzienności będę mogła przeczytać. Czy entuzjazm był słuszny?

Tomik składa się na 35 wierszy o różnej tematyce. Rozpoczynamy od utworu pt. Retro-inspekcje, który opisuje wspomnienia o tylko jemu znanej kobiecie. Kończymy Zbawieniem, ale jego kontekstu wam nie zdradzę. Wszystkie prace poruszają tematykę dokładnie taką, jakiej możecie spodziewać się po słowie codzienność. Jest kilka wierszy o miłości i zdradzie. Bardzo spodobał mi się zbiór tworzący cykl Stażysta, który, jak nietrudno się domyślić, porusza temat pracy i chyba nie tylko jej. Mam mieszane uczucia: jedne wiersze przypadły mi do gustu, inne mniej, a niektórych nie udało mi się zrozumieć. Myślę, że właśnie te ostatnie wzbudzają we mnie pewien rodzaj frustracji, ponieważ nie lubię niewiadomych. Podejrzewam, że gdybym podjęła próbę przeanalizowania każdego wiersza osobno, to zapewne zanudziłabym was swoimi przemyśleniami mniej więcej w okolicach trzeciej strony. A i tak autor, czytając moje wypociny, pewnie śmiałby się do rozpuku. Tomik ten sprawia wrażenie bardzo intymnego, osobistego, tylko nie ze względu na poruszane tematy, ale ich kontekst. Odbiorca zapoznaje się z nimi, mniej więcej rozumie sens, ale nie potrafi identyfikować się z podmiotem lirycznym, zrozumieć go w pełni. Tym samym autor ogranicza nasze możliwości odczuwania. Czy to dobrze? Nie wiem. Na pewno – tak jak wiele w tym tomiku rzeczy – nietypowo.

Najlepszym podsumowaniem całej treści jest fragment wiersza Alfabeton.


[…]gdy na konkursie czytam wiersz
jakbym czytał na klatce Marzenie
rozumiem że nie jestem poetą
bo cholernie brak mi liryzmu i ciepła[…]

Kilka słów o budowie. W tym tomiku mamy do czynienia z wierszami białymi, pozbawionymi wszelkich rymów. Dziwnym, a zarazem intrygującym zjawiskiem jest niedbałe i nieco chaotyczne użycie przecinków. Przy głębszym zapoznaniu się z nimi trudno jest mi określić, czy to zabieg celowy, czy przypadkowy. Spotykałam się już z taką sytuacją na poetyckich forach internetowych, w których użycie przecinków w taki sposób jest również ważne i wnosi coś do treści. Internauci nazwali to poezją współczesną. Czy słusznie? Każdy ma swoje zdanie. Ja uważam, że wszystko można robić, ale z umiarem. Nietrudno zauważyć także dużą liczbę przerzutni, które – zgodnie z funkcją – rozbijają wers na dwa i podkreślają ważniejsze informacje. Mimo że mamy do czynienia z liryką, utwory posiadają znikomą liczbę środków stylistycznych. Wydaję mi się, że autor nawet nie chciał ich używać, a niektóre po prostu wyszły przypadkowo. Można odnaleźć w tym pewną analogię do tematyki wierszy, ponieważ nasza ludzka codzienność rzadko kiedy jest poetycka. Konstrukcja budowy wiersza jest niekonwencjonalna, trudno mi odnaleźć jakikolwiek system, którym mógł kierować się autor, a mam tutaj na myśli różnorodność w dystychach, tercynach i tetrastychach. Nawet nie podejmuję próby sklasyfikowania ich w jednym obrębie, bo prawdopodobnie bym poległa. Autor bawi się formą na wszystkie możliwe sposoby.

O języku. Również w tym przypadku autor odchodzi od obowiązujących reguł. Czytając wiersze z Klatki z codzienności, musimy wyzbyć się wszelkich wyobrażeń o języku lirycznym. W utworach występuje słownictwo potoczne, a często nawet wulgarne. Jest to na pewno coś nowego i intrygującego, jednak zachodzi pytanie: ile jest liryki w liryce? Jeszcze nie spotkałam się z wierszami, w których się przeklina, i sama nie wiem, czy jestem entuzjastką takiego rozwiązania. Uznaję jednak, że autor mocno wczuł się w tematykę codzienności, a komu z nas nie zdarzyło się przeklinać? Ponadto – szanuję otwartość. Ogromnym plusem jest zabawa symbolem. Dana rzecz lub słowo może mieć odmienne znaczenie w różnych wierszach. Na przykład motyw biedronki w jednym tekście oznacza zwierzę, a w drugim popularną sieć sklepów. W kontekście tego symbolu warto zaznaczyć bardzo określoną grupę docelową. My, jako Polacy, zauważymy znaczenie sformułowania: z biedronki mieliśmy jedynie dżem, ale inni mogliby mieć z tym problem.

Zapomniałabym o ważnym aspekcie… W utworach występuje parenteza, co było bardzo miłą niespodzianką. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że są to zdania wtrącone w nawiasie, które na pierwszy rzut oka nic nie wnoszą, ale tak naprawdę mają duże znaczenie w zrozumieniu całego tekstu. Przez to konstrukcja sprawia wrażenie swego rodzaju opowiadania. Rzadko spotykana rzecz.

Klimat wierszy jest o tyle dziwny i niecodzienny, że aż trudno uwierzyć, że utwory poruszają tematykę codzienności. Podmiot liryczny w wierszu podkreśla jednak, że jest to liryka osobista. Idąc tym tropem, dochodzę do wniosku, że nie potrafię na tyle wgłębić się w pracę Kamila Wojciechowskiego, żeby móc z całą stanowczością stwierdzić, że wszystko zrozumiałam. Nie będę się bawić w jakąkolwiek interpretację, wyniosłam z tych wierszy coś dla siebie, ale jestem niemal pewna, że nie to „co poeta miał na myśli”. Mam prawo przypuszczać, że w pewnym sensie autor chciał zagwarantować czytelnikowi pewną dozę dezorientacji. Jeśli to było celem, muszę przyznać, że się udało.

Powiedziała: opowiedz jakąś historię.
Niech będzie o tobie i o mnie. Jesteś poetą, a ja
zakochałam się kiedyś w poecie, był delikatny
opowiadał mi o lepszym miejscu
i byliśmy przez chwilę jak jedność
a wiatr potargał mi włosy[…].

(fragment wiersza Odkrywanie planety)

Tomik Klatki z codzienności kieruję do koneserów poezji. Ludzi, którzy lubią rozgrzebywać i rozkładać utwór na czynniki pierwsze; takich, którzy dzięki pracom chcą poznać wnętrze ich autora. Myślę, że wszyscy zainteresowani tego typu rozwiązywaniem zagadek poetyckich będą mieli pole do popisu. Nie jest to jednak zestaw utworów, który zaproponowałabym rozpoczynającym przygodę z liryką. Podejrzewam, że zakończyliby czytanie z tylko jednym zdaniem w głowie: wiem, że nic nie wiem.

Niestety czytałam utwory w formie e-book, nad czym ubolewam, ponieważ wolę czuć książkę w dłoniach. Jeśli znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że dogłębnie zrozumiał każdy z omawianych przeze mnie wierszy i nie mam racji w temacie ich niekonwencjonalności, niech się ze mną skontaktuje. Chętnie przeczytam jego wywód.

Wszystkich zainteresowanych twórczością Kamila Wojciechowskiego odsyłam do jego fanpage’a.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia