Powstańcie, póki możecie

źródło
Wydawać by się mogło, że o zombie napisano już wszystko. W pewnym okresie wydawniczym pozycji o tej tematyce było tak dużo, że fani żywych trupów zbierali prawdziwe żniwo. Ja osobiście unikałam tego typu literatury jak ognia. Kiedy słyszę zombie, myślę: nie, dziękuję. Powłóczące nogami, jęczące, żywe trupy? Litości. A do tego jeszcze te ręce, jak u lunatyków. Kto to kupuje? Jednak jakby na przekór wszystkim moim obiekcjom tytuł Przegląd Końca Świata. Feed niemal mnie prześladował i zawsze łączyło się to z bardzo pozytywnymi recenzjami. Przez przypadek wreszcie dałam szansę tej pozycji i przeczytałam pełen opis. Thriller polityczny z horrorem w tle? To brzmiało bardzo kusząco. Zaryzykowałam. Teraz mam do powiedzenia tylko jedno. Miro Grant, zniszczyłaś mnie. Dziękuję Ci.

Lato roku 2014 było czasem przełomowym dla całej ludzkości. Wreszcie nam się udało! Znaleźliśmy lek na raka, przeziębienie, grypę, daliśmy społeczeństwu nowe życie. Niestety nie tylko jemu. Stworzyliśmy wirusa Kellis-Amberlee, który powołał do życia z pozoru martwe istoty. W taki sposób na świecie zapanował chaos, ludzie ukryli się w domach, a wojsko próbowało opanować epidemię. Bezskutecznie. Trudno zabić człowieka, który w jednej chwili jest twoim przyjacielem, a w drugim zainfekowanym zombie. Minęło 20 lat. Strach nie zniknął, wirus wciąż szaleje, a ludzie łączą się ze światem zewnętrznym niemal tylko za pomocą komputera. Media światowe zawiodły, kłamały na temat epidemii i ich znaczenie na arenie międzynarodowej zmalało do zera. Ich miejsce zajęli blogerzy, którzy w czasie tak zwanego Powstania nie bali się głosić prawdy. Rodzeństwo Georgia i Shaun Masonowie tworzą Przegląd Końca Świata – bloga, na którym publikowane są artykuły z trzech obszarów: newsy polityczno-społeczne, felietony i opowiadania fikcyjne oraz nagrania z miejsc występowania infekcji. Któregoś dnia trafia im się prawdziwa okazja. Mają zająć się relacjonowaniem kampanii kandydata na nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych. W czasie wykonywania swojej pracy trafiają na prawdziwą aferę polityczną. Spisek, jaki odkryją, może zmienić świat na zawsze. Gra toczy się o wysoką stawkę, a trup ściele się gęsto. Najważniejsze jest jednak, aby społeczeństwo usłyszało prawdę. Za wszelką cenę. A ta jest wysoka. Uwierzcie.

Różnica między prawdą a kłamstwem polega na tym,
że każde może cię zranić, ale tylko jedno
może z czasem cię uzdrowić.
Georgia Mason
Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, obawiałam się, że będzie to droga przez mękę. 500 stron i żywe trupy. Po przeczytaniu stu stron byłam pozytywnie zaskoczona, po dwustu pięćdziesięciu zapomniałam, jak się nazywam, a w okolicach ostatnich rozdziałów sama stałam się zombie. Chciałam tylko czytać, bez względu na koszty. Mira Grant stworzyła świat, w którym pod żadnym pozorem nie chcesz przebywać. Jeśli się w niego zagłębisz, masz nieodpartą ochotę odłożyć książkę i więcej do niej nie zaglądać. Przerażająca, brutalna wersja przyszłości nie napawa optymizmem. Nie możesz jednak porzucić tej lektury, po prostu nie możesz. Jesteś tak zainfekowany akcją, która pędzi na łeb na szyję, że dopóki nie dowiesz się, jak to się skończyło, nie zaśniesz. Początkowo historia rozwija się powoli, wątek kryminalny odkrywany jest częściami, bohaterowie zagłębiają się w świat spisku etapami. Kiedy jednak karty zostaną odkryte, biegu wydarzeń nic nie może zatrzymać.
Wspomniane zombie występują w liczbie zadowalającej dla swoich fanów, ale nieprzytłaczającej dla przeciwników. Są tłem wydarzeń, odnajdziemy kilka scen potyczek między nimi, ale większość akcji odbywa się tylko przy wspominaniu o ich istnieniu i nieprzemijającej obawie zarażenia się wirusem.
Bohaterowie są stworzeni bardzo nietypowo. Georgia i Shaun są rodzeństwem, i już sam ten fakt jest niecodzienny. Tym samym nie odnajdziemy w tej historii ani krzty romansu. Pomiędzy dwójką głównych postaci istnieje prawdziwa więź, są bardzo otwarci, charakterystyczni i nietypowi. Prowadzą między sobą interesujące dialogi, wykrzykują obelgi, ale od początku wiadomo, że nie wyobrażają sobie życia bez tej drugiej osoby. Do ich ekipy należy również Buffy – która swój pseudonim przybrała w hołdzie znanej wszystkim pogromczyni wampirów – będąca specem komputerowym. To delikatna, radosna i głęboko religijna blondynka, która do Masonów pasuje jak świnia do karocy. A jednak jest niezaprzeczalnie niezbędnym dopełnieniem ekipy Przeglądu Końca Świata. Takim oto sposobem tej trójki nie sposób pomylić z kimkolwiek innym.
Słów kilka o języku. Mimo że narracja prowadzona jest w dużej mierze pierwszoosobowo przez Georgie, to mężczyźni nie powinni czuć się zniechęceni. Bohaterka ta – jak już wspominałam – nie jest ckliwą, delikatną niewiastą i właściwie z zachowania bliżej jej do mężczyzny niż do kobiety. Z tego co się orientowałam, istnieje ogromna liczba fanów płci męskiej, którzy uwielbiają tę serię. Język jest swobodny i bardzo plastyczny. Dlatego świat wydaje się przerażająco realny. Muszę zaznaczyć, że autorka pisała tę książkę we współpracy z wieloma osobami z kręgów biologicznych i politycznych, dzięki czemu wszystkie aspekty dotyczące wirusa oraz realiów kampanii prezydenckich są dopracowane w najmniejszych szczegółach. Najmniejszych. Byłam pod ogromnych wrażeniem tak kompletnego stworzenia świata. Tym samym bywa, że język potoczny miesza się z językiem naukowym, co nie jest w żadnym stopniu męczące.
O konstrukcji muszę napisać, bo jest to ogromny atut książki. Pozycja ta zawiera różne rodzaje przekazywania treści. Tekst zwykły dopełniają fragmenty artykułów publikowanych na forach i stronach głównych bohaterów. Do tego podzielona jest na pięć ksiąg, przy czym każda z nich opatrzona została komentarzem postaci, w stylu pierwszego z przytoczonych cytatów. W skrócie konstrukcję można rozpisać następująco: księga, rozdział, artykuł z bloga. W taki sposób wydarzenia przedstawione w danej chwili są dopełniane późniejszymi komentarzami, a czytelnik ma wrażenie, jakby nie czytał książki, ale obserwował bloga. Świetny pomysł.
Śmieszne jest, że to, co jednej powieści jest atutem, w drugiej jest wadą. W tym przypadku przeszkadzało mi, że historia została tak skrupulatnie doszlifowana, że nie dostrzegłam w niej żadnej dziury fabularnej, w której mogłabym odnaleźć pole dla własnej wyobraźni. To nie jest jakiś wybitny błąd, ale zaznaczam, bo mogę. Jeśli chodzi o początek, to przez swój przytłaczający klimat i średnie tempo może znudzić bardziej wybrednych czytelników. Nie poddawajcie się jednak, naprawdę warto przejść kilka początkowych rozdziałów, aby dotrzeć do prawdziwie emocjonujących wydarzeń. Ręczę.
Przełomowe momenty dostrzegamy dopiero wtedy, gdy już miną.
Komu polecam? Na pewno czytelnikom powyżej piętnastego roku życia, ponieważ w moim odczuciu książka bywa brutalna. Jestem również przekonana, że każdy mężczyzna znajdzie w niej coś dla siebie, więc panowie nie powinni się obawiać, że skoro tę pozycję recenzuje kobieta, to pewnie książka kierowana jest właśnie dla pań.
Nie mogę się doczekać kolejnych dwóch tomów i liczę, że utrzymają poziom. Wreszcie doczekałam się pisarki, która nie zanudza melancholijnymi romansami i traktuje czytelnika jak myślącą istotę. Nie boi się zabić, rozszarpać kogoś na strzępy, zastrzelić. Wybaczcie mi kolokwializm, ale Mira Grant ma po prostu jaja. A mam tutaj na myśli wszystko, co najlepsze w tym stwierdzeniu.

Dodatkowo chciałabym zaznaczyć, że autorka w pewnym stopniu oddała – nazwijmy to – hołd całej blogosferze. Jesteśmy środowiskiem nieco zapomnianym i niedocenianym. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni, a nasz głos będzie się liczyć w społeczeństwie. Niekoniecznie musi się to stać w czasie walki z zombie. Czytałam tę książkę dokładnie w czasie, w którym według niej wybuchła epidemia. W takim razie czekam. Zobaczymy, czy Mira Grant jest nie tyle pisarką, co prorokiem.

Mafijne porachunki czas zacząć!

źródło
Zmiany w życiu nie zawsze są dobre. Istnieje prawdopodobieństwo, że z niewielkich kłopotów wpadniemy w prawdziwe tarapaty. Należy więc uważać i wybierać z rozsądkiem. Lecz czy aby na pewno? Co jeśli nie człowiek, ale głupi pech odgrywa w naszym życiu ważną rolę? Czy należy się jemu poddać? Życie nie zawsze jest proste, lecz trzeba pamiętać, by robić wszystko, aby mu sprostać. Bohaterowie książki tę misję obierają jako punkt najważniejszy.

Gdy trójka facetów przepełnionych testosteronem spotyka się w życiu prywatnym, wiedz, że dochodzi między nimi do szalonej mieszanki. Gianni to młody przestępca, który swój rynsztok wyrabia we Włoszech. Jako płatny zabójca stara się za wszelką cenę każdą misję wypełnić do końca. Jego nowe zadanie zostało skierowane do Polski, gdzie bohater wchodzi w układy z gangami narkotykowymi. Dziany jest bratem Gianniego. Jako policjant nie spisuje się najlepiej, gdyż ciągle towarzyszy mu niefart. Dopiero przyjazd jego brata daje mu szansę na lepsze jutro. Nadziany jest facetem, do którego dziewczyny lgną jak lepy. Niestety ani życie uczuciowe, ani zawodowe nie idzie mu najlepiej. Postanawia więc wyjechać i szukać dla siebie miejsca w rodzinnych rejonach swojego pradziadka. Co z tego wyniknie?
Zlecenie się poszerza. Gianni znajduje dla siebie nowego sojusznika, który nie wie do końca, z czym ma do czynienia. Jedno jest pewne: walka pomiędzy gangami trwa, a winnego ani śladu. Kto podpala kluby i zgarnia całą kasę? Kogo należy wyeliminować na samym starcie? Kryminalna zagadka trwa…
Z autorką książki miałam okazję spotkać się po raz pierwszy. Nie powiem, nie czytam raczej kryminałów, aczkolwiek na tę pozycję skusiłam się niemal od razu. Polecana przez duże grono recenzentów i oficjalnie uznana za komedię kryminalną, od razu wpadła mi w oko. Miałam nadzieję, że nie tylko liczne pochlebne opinie, jak i opis przypadną mi do gustu, ale też sama treść. Co z tego wynikło?
Gdy tylko zaczęłam czytać książkę, nie spostrzegłam nawet, jak minęłam kilkanaście rozdziałów. Czytanie jej okazało się bardzo lekkie i przyjemne. Uśmiech na twarzy miałam niemal cały czas, gdyż język, jakim operuje autorka, wspaniale wkomponowuje się w teksty danych bohaterów. Nie czułam przy niej nudy ani przez chwilę, zaś całą pozycję przeczytałam w naprawdę szybkim tempie! Przy tej lekturze można poczuć pełny relaks.


–  Wiesz, brachu, widziałem, jak
traktujesz swoje dzieci.
– Gianni skrzywił się pod czapką.

Prędzej bym ci uwierzył, gdybyś przysięgał na własne życie.

Najbardziej przypadł mi do gustu sposób, w jaki autorka wykreowała bohaterów. Spodobały mi się również ich ksywki bądź nazwiska. Czytelnik porusza się w tej pozycji w różnych rejonach, więc odpowiednie nazwy są tu wskazane. Można bowiem poznać zarówno wieś, jak i ciemne strony miasta. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem książki. Czuję, iż dopieszczono ją w każdym szczególe. Mogę śmiało powiedzieć, że jest lepsza niż niejedna komedia kryminalna obejrzana w telewizji!
Właśnie – chcę tym samym pokazać styl, jaki prezentuje książka. Otóż, jeśli ktoś poszukuje krwistego kryminału, to ta pozycja nie jest dla niego. Jeśli zaś pragnie przeżyć szybką akcję, liczne przygody i podchwycić nutkę kryminalnych wątków i tajemniczości, to ta książka go zdominuje! To nie jest zwykły kryminał. Mnie jak najbardziej czegoś takiego było trzeba.

Zlecenie jest zleceniem i musi być załatwione. Nigdy nie nawalił i nie zamierzał robić tego teraz.

Jeśli chodzi o całą fabułę, to jest ona bardzo ciekawa. Tajemnic i zagadek jest w niej dostatek. Nie sposób przewidzieć akcji, która ciągle prze naprzód. Wszystko w książce rozwija się w swoim tempie, krok po kroku. Myślę, że nikt tej pozycji nie pozostawi niedoczytanej.
Podsumowując, pragnę dodać, iż przy tej książce nie sposób jest się nudzić, jak również odłożyć ją na półkę w trakcie czytania. Jest ona jak najbardziej wskazana dla osób, które łakną relaksu i lubią niekiedy poczuć lekki klimat tajemniczości. Pozycja ta oferuje wiele uśmiechu i rozwiewa smutki. Trzeba jedynie uważać, by nie popaść w niełaskę mafii. Wtedy porachunki z nią mogą być groźne. Polecam! 

Pisarzu! Pokaż, nie opisuj!

źródło
Mało kto wie, że pisarz też musi nauczyć się pewnych reguł i zasad, aby zostać docenionym na rynku wydawniczym. Osobiście bardzo mnie irytują sytuacje, w których ludzie pytają: Napisałaś już? Zupełnie jakbym usiadła i w ciągu nocy machnęła 300 albo i więcej stron. Tak się niestety nie da, kochani. Mózg musi mieć choć trochę odpoczynku. Jasne, ludzie uważają, że pisarz ma talent i już nic więcej nie jest mu do szczęścia potrzebne. Powiedziałabym raczej, że pisanie to dar, który trzeba doskonalić, a pomóc w tym może zasada show, don’t tell. W języku polskim nazywa się to techniką żywego słowa i można na jej temat znaleźć znikome wręcz informacje we wszystkowiedzącym Internecie. Dlatego już wyjaśniam, o co w tym wszystkim chodzi.

Jako czytelnik chcesz identyfikować się z głównym bohaterem, wejść w sytuację, którą przeżywa, i doświadczyć opisywanych emocji. Wtedy możesz wyciągnąć własne wnioski, a nie będzie to możliwe, jeśli autor zrobi to za ciebie. Również jest tak z emocjami. Lepiej opisać myśli bohatera, jego wewnętrzne rozbicie, a czytelnik niech dalej radzi sobie sam. Od tego ma rozum. Czasem jednak takiego autora korci, by jak najszybciej napisać jakąś myśl i w ten sposób zupełnie nieświadomie skrócić tekst. I rzeczywiście często tak się zdarza, i to nie tylko wina ludzkiego pośpiechu. Jako ludzie jesteśmy przyzwyczajeni do ciągłego skracania słów, myśli, zdań. Nasza codzienna zwięzłość przekłada się wtedy na pisaną powieść. Przecież nikt ci nie powie, że twoje argumenty są nieadekwatne do zaistniałej sytuacji, tylko że gadasz głupoty. Od razu przestrzegam, że to podstawowy błąd. Pisz o detalach, a nie opiniuj. Opiniowanie należy do zadań czytelnika. Zwięzłość schowaj do szuflady.
Bardzo ważnym elementem każdej powieści są rozmowy bohaterów. Bez dialogów książka może być jedynie nudnym podręcznikiem, a nie porywającą lekturą. Zamiast opisywać sytuację, możesz stworzyć z niej wypowiedź bohatera. Dzięki temu emocje nie zostaną nazwane, a sprytnie ukryte wśród przekazanych informacji. Czytelnik będzie musiał je znaleźć i nazwać, a to całkowicie zaangażuje go w fabułę powieści. Dialogi pozwalają również poznać charakter postaci, co prowadzi do dokładniejszego zgłębienia doświadczanej sytuacji.
Kolejnym bardzo ważnym elementem tworzącym technikę żywego słowa są… zmysły. Jako autor nie możesz powoływać się jedynie na słuch i wzrok. Owszem, nie utrudni to czytania, ale wcale też nie przyciągnie uwagi. Czytelnikowi będzie czegoś brakowało. Dlatego warto zaangażować inne zmysły, dzięki którym tekst zostanie wzbogacony i wyda się czytającemu bardziej realistyczny. Możesz na przykład napisać o jakiejś intensywnej woni, smaku lub dotyku. Wtedy z pewnością pobudzisz wyobraźnię czytelnika.
Jeżeli opisujesz jakąś ważną scenę lub postać, nie możesz tego streścić w dwóch zdaniach. Musisz stworzyć całkowity obraz złożony z detali, a nie ogólników. Zupełnie jakbyś odmalowywał scenę na płótnie. Musisz jednak uważać, żeby nie zarzucić czytelnika zbyt dużą ilością szczegółów i żeby z tego wszystkiego nie powstał kryminalny rysopis. Zbyt dużo informacji zrobi w głowie czytelnika mętlik, a te najważniejsze zaginą w gąszczu treści. Najlepiej jeśli na początku przekażesz te najważniejsze wiadomości, tak żeby zachęcić czytelnika do dalszego zgłębienia fabuły. Resztę detali podasz w trakcie trwania powieści, i tym samym zyskasz zainteresowanie czytającego.
No i teraz przyszła pora na prawdziwą zmorę pisarskiego półświatka. Chodzi o porównania i metafory, których używanie wcale nie jest takie proste, jak mogłoby się niektórym wydawać. A używać ich trzeba, ponieważ ożywiają one styl, wzbogacają tekst i czynią go bardziej obrazowym. Trzeba z nimi jednak bardzo uważać, ponieważ jedna zła metafora może być dla książki cierniem w grzbiecie i będzie bardziej razić niż cała powieść. Pisarz, używając porównań i metafor, nie musi jednak ograniczać się do tego, co się dzieje, i wzbogacać dzięki temu swojego pisarskiego tworu. Jednakże sam widzisz, że bez tych wrednych szczególików tekst nie będzie urozmaicony, a przecież ty właśnie do tego dążysz. Na to nie ma rady, ale są metafory i porównania. Twórz je z głową.
Technika show, don’t tell to przede wszystkim ściśle ze sobą połączone szczegóły. Jako pisarz nie korzystaj z niej cały czas, ponieważ znudzisz czytelnika i jeszcze doprowadzisz do tego, że odłoży książkę w kąt. Pamiętaj, że jako początkujący pisarz nie możesz porównywać się z takim Tolkienem, który na przykład machnął dwustronicowy opis lasu. Ty nim nie jesteś i dlatego czytelnika nie będzie interesował detaliczny obraz starego dworca autobusowego. Świadomie unikaj techniki żywego słowa, nawet jeśli wydaje ci się, że przekazane informacje są bardzo istotne. Masz do tego pełne prawo, bo być może nie chcesz niepotrzebnie rozpraszać uwagi czytelnika.
Na koniec musisz zrozumieć, że techniki żywego słowa nie nauczysz się z jakiegoś podręcznika. Możesz jedynie poczytać o tym w Internecie i podążać według podanych wskazówek, ale zapomnij o dokładnych wytycznych. Co by to było, gdyby każdy szedł na łatwiznę. Czytalibyśmy książki napisane identycznym stylem, a przecież każdy pisarz przez lata wyrabia sobie własny warsztat, i za to jest podziwiany. Właśnie tym jest ta technika – udoskonalaniem samego siebie. Pamiętaj, że dopracowane dialogi, odwoływanie się do wielu zmysłów, pisanie o szczegółach, używanie metafor i porównań oraz równomierne dawkowanie tego wszystkiego to jeden ze szczebli drabiny zwanej pisarstwem. Jest ona niezwykle wysoka i nieraz strasznie trudno wejść na kolejny szczebel, ale tylko od ciebie zależy, czy dotrzesz na szczyt. Szczyt listy najbardziej poczytnych pisarzy.

Chodź i namaluj mi słońce!

źródło
Gabriela Gargaś jest z wykształcenia ekonomistką i bankowcem. Na co dzień to mama, przyjaciółka, szwagierka, kobieta całą duszą. Jej motto życiowe to: Sztuka życia to cieszyć się małym szczęściem.
Czasem do naszych rąk trafiają pozycje, którym chcemy poświęcić każdą wolną chwilę. Historie wzruszają nawet najmniej wrażliwych czytelników, sprawiają, że chce się więcej, zapadają w naszej pamięci na bardzo długi czas, Co więcej – zdarzają się również takie, do których będziemy wielokrotnie powracać w przyszłości. Ostatnimi czasy bardzo ciężko trafić na tego rodzaju książki; osobiście zdarza mi się to rzadko (mimo nieustannego szukania). Tym razem jednak jestem przeszczęśliwa, ponieważ udało mi się znaleźć diament – cudo, które nie tylko wzruszyło mnie bezwzględnie, ale także pokazało wszystkie wartości życiowe, które zostają powiązane z miłością i przywiązaniem. Tą pozycją jest Namaluj mi słońce Gabrieli Gargaś – autorki Jutra może nie być i W plątaninie uczuć.
Słyszałem, że miłość to dwie samotności, które spotykają się po to, by im było lepiej w życiu.
Główną bohaterką powieści jest Sabina Kotarska, która trudni się w dosyć rzadko spotykanym zawodzie pod tajemniczą nazwą „przyjaciel do wynajęcia”. Wiele osób na świecie jest bardzo samotnych, nie mają nikogo, komu mogą powierzyć swoje problemy i tajemnice. Są to różne sytuacje – samotność matek, samotność osób, które odczuwają już pierwsze choroby ze względu na wiek, załamanie życiowymi wyborami, czy też codzienna rutyna, w której nie wydarza się nic godnego uwagi. Tych ludzi łączy potrzeba poczucia bliskości, wysłuchania, podbudowania ego, poczucia się ważniejszym. Wówczas pojawia się Sabina – przyjaciółka na kilka chwil, pomagająca, wysłuchująca każdych zwierzeń, służąca dobrą radą. Jest świetna w tym, co robi, więc klientów jej nie brakuje. Jak to mówią: szewc bez butów chodzi, toteż Kotarska nie ma u swojego boku kochającego mężczyzny, w jej mieszkaniu nie ma rozkrzyczanych małych dzieci, dla których mogłaby być wspaniałą i troskliwą matką. Kobieta lubi ład i porządek – wszystko chciałaby mieć dopięte na ostatni guzik, jest perfekcjonistką. Jej idealny świat zaczyna się sypać niczym domek z kart w chwili, gdy poznaje Marysię – małą dziewczynkę, która pierwszego dnia znajomości chce się zaprzyjaźnić z Sabiną i prosi, by namalowała jej słońce. Akcja nabiera tempa, gdy w jej życiu pojawia się Maks – ojciec Marysi…
On i ja, pełni sprzeczności i kontrastów. Zagubiona i odnaleziony. Zawstydzona i on, tak bezwstydnie wyzuty z barier. Arogancki mężczyzna i nieśmiała kobieta.
Autorka, tworząc postać Maksa, pokazuje czytelnikom, jakie piętno na naszym życiu może wycisnąć nieszczęśliwa miłość. Mężczyzna nie miał lekko – gdy był małym chłopcem, na swojej skórze odczuł, czym jest alkoholizm i niekochający ojczym; był odtrącony. Kiedy dorósł, miał nadzieję, że wszystko będzie inaczej, los się odwróci. Niestety, życie i tym razem go nie oszczędzało; poznał matkę Marysi, która również okazała się nie w porządku. Dlaczego? Czy los nadal był okrutny i nie pozwalał mu cieszyć się z jego walorów? Przeczytajcie sami! 
Od dzieci można się naprawdę wiele nauczyć. Przede wszystkim beztroski i braku skostnienia. Dzięki dzieciom dojrzewamy, porzucamy egoizm, uczymy się uśmiechać na widok jeża.
W całej powieści najbardziej urzekła mnie postać Marysi. Dziewczynka zaimponowała mi swoją dojrzałością, jest prawdziwą bohaterką. Mimo ciężkiego życia, kłopotów i młodego wieku radzi sobie doskonale. Obwinia siebie o to, że jej mamusia odeszła, nie może sobie poradzić z tym, że jest w ten sposób szykanowana przez rówieśników. Każde małe dziecko potrzebuje przecież miłości rodziców, ich wsparcia i potrzeby bycia ważnym w ich życiu. Stąd może to przywiązanie i miłość, jaką obdarza Sabinę. Czytając książkę, byłam poruszona do granic możliwości losem tego dziecka – serce mi się krajało, a oczy co jakiś czas stawały się mokre. Nie da się opisać tego słowami, to TRZEBA PO PROSTU PRZECZYTAĆ. 

Kochać to także umieć się rozstać. Umieć pozwolić komuś odejść, nawet jeśli darzy się go wielkim uczuciem. Miłość jest zaprzeczeniem egoizmu, zaborczości, jest skierowaniem się ku drugiej osobie, jest pragnieniem przede wszystkim jej szczęścia, czasem wbrew własnemu
Gabriela Gargaś pokazuje czytelnikom prawdziwe wartości życiowe – miłość, przyjaźń, braterstwo. Ukazuje, że ciągle gonimy za pieniędzmi, sławą, karierą, zajmujemy się błahymi sprawami, zapominając jednocześnie o rodzinie i bliskich. Tak naprawdę to mała Marysia uczy Sabinę tego, co powinno być dla niej najważniejsze. Zajmuje jej życie różnymi błahostkami – razem patrzą w słońce, cieszą się z byle czego, bawią się z biedronkami. Takie małe rzeczy sprawiają, że życie może stać się piękniejsze – pod warunkiem, że dzieli się te chwile z osobami, które się kocha. 
Historia przedstawiona przez Gabrielę Gargaś to opowieść o prawdziwym życiu, przeciwnościach losu, rozterkach, kłopotach, ale przede wszystkim o prawdziwej miłości, która zdarza się tylko raz, a jej siła jest niesamowita. Często wzrusza, rozśmiesza, bawi i umoralnia do granic. To pozycja, która pozostaje w naszych sercach na zawsze i często powoduje, że chce się do niej wracać. Jest idealna na każdy dzień; sprawia, że odrzuca się wszystkie codzienne obowiązki i czyta się, by wiedzieć więcej, więcej i… WIĘCEJ. Polecam tę książkę każdemu, bo naprawdę warto. Zobaczycie, że nie będziecie żałować. Taki diament trzeba docenić! 
– Przyjaciołom się więcej wybacza?

–  Ludziom, których się kocha, można wybaczyć wszystko.

–  Nawet jeśli cię zawiodą?

–  Nawet jeśli zawiodą


Językowe obserwacje cz. II

źródło
Witamy w kolejnym artykule z serii Językowe obserwacje. Dzisiaj przyjrzymy się dokładniej konkretnym błędom językowym czyhającym na nas z różnych zakątków. Jak dobrze wiemy, jest ich sporo; większość z nich wynika ze stereotypów (jak mówią inni, tak mówię ja). Wśród najpospolitszych błędów znajdują się pleonazmy i tautologie. Czym są i czym się różnią?

Zapraszamy do lektury! 

 Pleonazm a tautologia – rozróżnienie

Zacznijmy od pleonazmu.
Pod tą niecodzienną nazwą kryje się swojskie masło maślane, czyli po prostu
wyrażenie, którego pierwsza część wyraża dokładnie to samo co
druga. Słowo pochodzi od greckiego pleonasmos
(nadmiar) i oznacza właśnie niepotrzebny naddatek informacji.
Zasadę działania pleonazmów łatwo
zrozumieć, przykładowo:
–  cofać się do tyłu – cofanie samo w sobie oznacza posuwanie się do
tyłu
–  fakt autentyczny – fakt nieautentyczny nie byłby faktem
–  błędna pomyłka – pomyłka z zasady jest błędna.
Nietrudno usłyszeć pleonazmy w
życiu codziennym, ale co jest tego przyczyną? Jak w przypadku większości błędów
językowych, działa tu zasada: przecież inni
tak mówią
, czyli ustawiczne powtarzanie zasłyszanych informacji. Czasami
przeszkadza po prostu niewiedza – sporo osób nie ma zielonego pojęcia, że akwen to zbiornik z wodą i nie trzeba
dodawać do niego epitetu wodny
Przejdźmy do tautologii, której podobieństwo do pleonazmu jest rażące. Zwrócimy jednak uwagę na kwestię, która pozwala odróżnić te dwa rodzaje błędów. 
Tautologia to taka konstrukcja językowa, w której poszczególne części powtarzają swoje znaczenie. 
Pospolitymi przykładami tautologii pozostają niezmiennie:
– poprawa i polepszenie – poprawa oznacza to samo co polepszenie
– geneza i pochodzenie – geneza sama w sobie obrazuje pochodzenie czegoś
(UWAGA) – ale jednak – zarówno ale, jak i jednak wprowadzają zdanie przeciwstawne
– i jeszcze w dodatku – i jeszcze oraz w dodatku mają to samo znaczenie, są to jedynie konstrukcje inaczej wyrażone.
Porównajmy:
w przypadku pleonazmu wyróżniamy część nadrzędną i podrzędną (jedna określa drugą), natomiast w przypadku tautologii obie części pozostają współrzędne. Ponadto tautologia może zawierać całe zdania lub dłuższe wypowiedzi (jest to tzw. powtarzanie się).

Inwencja twórcza a pleonazm
Często zdarza się i tak, że ktoś celowo używa pleonazmu, by podkreślić znaczenie pewnej kwestii. Wówczas pleonazm służy podkreśleniu funkcji artystycznej czy użyciu ironii. 
Przykład? 
Wsłuchajmy się w reklamę środka na komary Raid. Jaki jest jej finał?
(…) zabija komary na śmierć.
Popełnienie błędu w tej reklamie jest całkowicie uzasadnione. Ma ona podkreślać działanie owego środka i tym samym skłonić ludzi do kupna. 
Złoty środek
Warto również wspomnieć o zjawisku, w którym dwa wyrażenia (lub więcej) łączą się. Nazywamy je kontaminacją
Ile razy zdarzyło wam się użyć tak pospolitego już w każdym bądź razie? Zapewne sporo. A czy zdawaliście sobie sprawę z tego, że jest to błąd? Nie, bo każdy tak mówi. Otóż nie każdy. Tymi wyjątkami są językoznawcy, poloniści i osoby, które interesują się gramatyką języka polskiego. Jak dobrze wiemy, wyjątek potwierdza regułę, toteż w każdym bądź razie należy uznawać za wyrażenie niepoprawne. Zderzyły się dwie formy: w każdym razie oraz bądź co bądź, i powstała ww. kontaminacja.
Przykładem kontaminacji jest również wywrzeć piętno – wynikające z braku rozróżnienia form odcisnąć piętno i wywrzeć nacisk.
Kontaminacja może dotyczyć całych zdań, np. Gdzie kucharek sześć, tam trzeci korzysta a Gdzie dwóch się bije, tam nie ma co jeść, oraz grup głoskowych czy sylab: guje żumę. 
Kontaminacja, podobnie jak pleonazm, może posłużyć jako celowe popełnienie błędu – wówczas wzbogaca zdanie o podteksty i niuanse. 
Podsumowując, istnieje wiele wyjaśnień, które umożliwiają nam zrozumienie, dlaczego w naszym ojczystym języku aż roi się od pleonazmów i tautologii. Często nie zdajemy sobie sprawy, że popełniamy błąd, np. w pośpiechu. Osobami, z ust których najczęściej słyszymy takie kwiatki, są dziennikarze, dla których przekazanie komunikatu jest ważniejsze od poprawności językowej. I mamy odpowiedź na pytanie, dlaczego właśnie w mediach roi się od błędów. 
W kolejnym artykule z cyklu Językowe obserwacje skupimy się na porównaniu gwary i dialektu. Zapowiada się ciekawie? Odwiedźcie nas więc za dwa tygodnie!

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia