Śmiertelna trylogia

źródło
O tej trylogii słyszeli niemal wszyscy. Może nie każdy obejrzał film lub przeczytał książkę, ale większości o uszy obił się tytuł Igrzyska śmierci. Dlaczego wokół niej panuje taki szum? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w mojej recenzji.

Zasady igrzysk są proste. Za udział w powstaniu każdy z dwunastu dystryktów musi dostarczyć daninę w postaci dwojga uczestników, chłopca i dziewczynki. Dwadzieścia cztery ofiary, zwane trybutami, zostaną uwięzione na ogromnej arenie pod gołym niebem, gdzie może się znaleźć wszystko, począwszy od spalonej słońcem pustyni, a skończywszy na skutym lodem pustkowiu. Przez kilka tygodni uczestnicy turnieju walczą na śmierć i życie. Zwycięża ostatni trybut – zdolny utrzymać się na własnych nogach.
Zapewne nie dowiedziałabym się o tej książce, gdyby nie obejrzenie pierwszej części filmu. Zazwyczaj tak nie robię, ale tym razem złamałam swoją zasadę: „Najpierw książka, potem film”. Produkcja średnio przypadła mi do gustu, i postanowiłam nie zaglądać do książki, gdyż myślałam, że okaże się dla mnie ciężką lekturą. Następnie w kinach pojawiła się druga cześć filmu i nastąpił szał Gdziekolwiek się obejrzałam, słyszałam o tym filmie. Właśnie wtedy postanowiłam sięgnąć po tę powieść – a pożyczyła mi ją koleżanka z klasy. Chciałam sprawdzić, czym tak naprawdę zachwyca ludzi dzieło Collins. Po przeczytaniu książki nie miałam żadnych wątpliwości. 
Dawno nie czytałam czegoś tak dobrego. Dziękuję Bogu, że sprowadził na świat Suzanne Collins. Książka jest poruszająca, a momentami nawet zabawna. Świat, który stworzyła autorka, zadziwia i jednocześnie przeraża.
Główną bohaterka powieści jest Katniss, która po śmierci ojca musi wyżywiać własną rodzinę. Na 74. Igrzyskach zostaje wytypowana jej siostra. Katniss zgłasza się na ochotniczkę, aby ją ochronić. Wszystkie wydarzenia są przedstawiane z punktu widzenia nastolatki. Wraz z Katniss do igrzysk przystępuje syn piekarza, Peeta, który kilka lat wcześniej uratował dziewczynie życie, darując jej chleb oraz narażając się na karę od matki.
Tej książki nie da się nie polecić. Niewątpliwie zasługuje na miano bestsellera Powieść rekomenduje sam Stephen King, wypowiadając się o niej w sposób następujący:

Nie mogłem się oderwać… Ta książka uzależnia.
Stephanie Meyer również przedstawia powieść w samych superlatywach. Pisarka kultowego Zmierzchu zabrała dzieło Collins do restauracji, gdzie czytała podczas kolacji.
Igrzyska śmierci są porównywane do Zmierzchu czy Harry’ego Pottera. Czy słusznie? Osobiście uważam, że słusznie, myślę jednak, że każdy czytelnik powinien sam ocenić powieść zaraz po jej przeczytaniu. Okładka pierwszej części Igrzysk prezentuje się przepięknie. Na czarnym tle przedstawiona jest broszka głównej bohaterki w ogniu. Jestem zachwycona projektem okładki.
Kogo wolisz, Peete czy Gale’a? To pytanie pada często wśród maniaków trylogii. Kolejna produkcja, która dzieli fanów na „teamy”. Przyznaję, że początkowo nie mogłam się zdecydować, jednak kończąc czytanie powieści, potrafiłam stwierdzić, do której drużyny należę – Peety.

– Ma narzeczonego? – dopytuje się Caesar. – Nie mam pojęcia, ale podoba się wielu chłopakom – mówi Peeta. – Wobec tego wiem, jak powinieneś postąpić. Wygraj igrzyska i wróć do domu. W takiej sytuacji na pewno ci nie odmówi, zgadza się? – pyta Caesar zachęcającym tonem. – Wątpię, aby to się sprawdziło. Zwycięstwo… W moim wypadku nie załatwia sprawy – Peeta opuszcza wzrok. – A to dlaczego? – zdumiewa się Caesar. Peeta robi się czerwony jak burak. – Ponieważ… – zająkuje się. – Ponieważ… Ona tu ze mną przyjechała. ~Caesar, Peeta, s. 125

Książka obfituje w wiele wzruszających momentów, jak np. śmierć Rue, małej przyjaciółki Katniss, podczas igrzysk. Uczestnicy igrzysk musieli pożegnać się ze swoimi bliskimi, którzy oglądali ich śmierć na ekranie. Katniss także musiała zostawić swojego przyjaciela, matkę oraz siostrę. Scen, podczas śledzenia których można uronić łezkę, jest jednak o wiele więcej.
Igrzyska niemalże każdemu kojarzą się z walkami gladiatorów. Niesamowite widowisko, walka na śmierć i życie, rozszalały tłum wykrzykujący imię zwycięzcy. Tak wygląda to z perspektywy mieszkańców Panem, dla których coroczne igrzyska są czymś w rodzaju reality show. Bawią się świetnie, oglądając, jak inni ludzie umierają i zabijają się.
Żałuję, że tak długo zwlekałam z przeczytaniem tej książki, ponieważ pomyliłam się – wcale nie jest ciężką lekturą. Opisy igrzysk zostały przedstawione w prosty i zrozumiały dla każdego sposób.
Święta spędzone z tą pozycją okazały się wspaniałym czasem, wiec od razu gdy skończyłam pierwszą część, zabrałam się za drugą. Podsumowując, powieść napisana świetnym językiem i trzyma w napięciu aż do ostatniej strony. Chciałabym, żeby powstawało więcej takich książek jak ta.

Literacki błękit

Z pewnością wielu z Was kojarzy Lucy Maud Montgomery dzięki Ani z Zielonego Wzgórza. Być może wy uważacie inaczej, ale we mnie ta lektura wzbudziła niesamowite emocje i nawet dziś, słysząc o rudowłosej i nieco szalonej Ani, robi mi się ciepło na sercu. Autorka była bardzo ambitną osobą. Już wówczas, gdy miała piętnaście lat, jej pierwsze dzieło znalazło się w gazecie. Bardzo mnie zdziwiło, że jej debiutancka powieść początkowo została odrzucona przez wielu wydawców.

Valancy Striling pomimo swoich dwudziestu dziewięciu lat wciąż żyje na garnuszku matki. Ciotki ciągle pouczają ją, jak powinna postępować, nawet w kwestii ubioru. Zbyt głębokie dekolty i sukienka bez halki nie przystoją prawie trzydziestoletniej, samotnej kobiecie. Bohaterka, chcąc uciec od szarej rzeczywistości, udaje się do Błękitnego Zamku, w którym wszystko jest takie, jak sobie wymarzyła. Pewnego dnia dowiaduje się, że jej stan zdrowia sukcesywnie się pogarsza i że niedługo umrze. Wiadomość ta staje się dla niej motywacją do rozmów z innymi i rozpoczęcia życia na własną rękę. Czy jej się to uda?

Do książki podeszłam bardzo pozytywnie, gdyż wiedziałam, że nazwisko Montgomery to gwarancja niepowtarzalnej historii i świata pełnego ciepłego klimatu. Oczywiście, nie pomyliłam się. Wyobraźnia autorki po raz kolejny wprawiła mnie w zachwyt. W powieści szczególnie zaskoczyła mnie postać Valancy – początkowo nie mogłam uwierzyć, że jest w stanie pozwolić innym ingerować w jej życie. Teraz jednak stwierdzam, że na co dzień możemy zaobserwować miliony podobnych przypadków – i choć dla mnie jest to nie do pomyślenia, to takowe istnieją. W miarę rozwijającej się akcji bohaterka uzewnętrzniła również swoje pozytywne cechy charakteru. Przykładem jest jej poczucie humoru, które sprawia, że gdy czytamy, uśmiech nie schodzi z naszych twarzy.

Historia Valancy jest doskonałym przykładem na to, że w każdym momencie można zmienić swoje życie, jeśli się tego naprawdę pragnie. Każda chwila spędzona z tą książką gwarantuje mile zagospodarowany czas. Z racji tego, że czytałam ją już dość dawno, z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że pozostaje w pamięci na dłużej. Być może w opinii wielu z was akcja okaże się zbyt przewidywalna, jednak to nie zniechęca, gdyż lektura ma w sobie coś, co nie pozwoli nam oderwać się od niej, dopóki nie zaszeleści jej ostatnia karta. Błękitny zamek to powieść wyjątkowa i niepowtarzalna, podnosząca na duchu jak wiele książek Montgomery. Pozostawia po sobie uśmiech na twarzy i wspomnienie magicznego, niestety nierealnego, świata, który czytelnik ma ochotę odkrywać wciąż na nowo. Polecam w szczególności tym osobom, które podziwiają autorkę za Anię z Zielonego Wzgórza – znajdą tu równie niesamowity styl, oryginalnych bohaterów oraz urokliwość, która wyróżnia twórczość tejże pisarki.

Obywatel-konsument czy konsument-obywatel?

Zastanawialiście się kiedykolwiek, jak będzie wyglądał świat za sto lat? Czy zmieni się wszystko? A może będzie tak jak dzisiaj? Zamknij na chwilę oczy i wyobraź sobie świat, w którym żyjemy w roku 2112. Co widzisz?

 

Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie to pierwsza książka z nowej współpracy recenzenckiej. Na początku miałam obawy co do powieści, bo zazwyczaj nie czytam takiej literatury. Staram się od czasu do czasu eksperymentować z książkami i czytać coś, po co sama nigdy bym nie sięgnęła. Co sądzę o książce Martina Abrama? Czy eksperyment z tą pozycją był udany, a może wręcz przeciwnie? Tego dowiesz się, czytając moją recenzję. 

 

 
Kryzys gospodarczy 
– pomysł rządzących na podporządkowanie sobie ludzkości 
 
Obywatel 
– pojęcie, które raz na zawsze zastąpiono słowem „konsument”
 
Stany Zjednoczone Świata
– supermocarstwo, które podporządkowało sobie świat 
 
Zepsucie moralne 
– nie mniejsze niż w czasach Imperium Rzymskiego 
 
Chrześcijanie 
– przeznaczeni na śmierć 
 
Wielka miłość 
– mężczyzny do kobiety i człowieka do… Boga. 
 
 
Martin Abram w swoim dziele przedstawia nam wizję dotyczącą świata w roku 2112. Jest ona wstrząsająca. Czasami, czytając, nie mogłam uwierzyć, że tak mogłoby być naprawdę. Jednakże, gdy przewijałam kolejne strony, zdałam sobie sprawę, że uniwersum przedstawione w książce może stać się rzeczywistością. 
 
Już dziś możemy oglądać pierwsze oznaki nadchodzącego świata. W telewizji jest coraz więcej reklam, które mówią: kup ten produkt, a będziesz…. A jak my na to reagujemy? Idziemy do sklepu i kupujemy. Media manipulują nami. Technologia ciągle się rozwija, więc pomyśl – skoro dziś tak wygląda świat, to co będzie za jakiś czas? 
 
Za 100 lat słowo obywatel będzie zastąpione słowem konsument. Najważniejszymi wartościami będą: liczba kupionych rzeczy i ciągłe wzbogacanie się, aby znów móc kupić. Miłość, przyjaźń, szacunek do drugiego człowieka już nie będą miały znaczenia. Religia stanie się niepotrzebna, bo po co wierzyć w kogoś, kogo się nigdy nie widziało na oczy, skoro można kupić nowe rzeczy, które są prawdziwe? 
 
Czy dziś ludzie daliby radę bez mrugnięcia okiem skazać na śmierć kilka tysięcy ludzi za nieudowodnione oskarżenia rządu? Czy daliby radę patrzeć na zagładę tych ludzi? Uważam, że w dzisiejszych czasach nie jesteśmy do tego zdolni, ale zmieniamy się. Z każdym dniem chcemy mieć więcej – i to nas zniszczy. 
 
W powieści wstrząsnęło mną to, jak ludzie spędzają czas. Na porządku dziennym były bale do rana, gdzie piło się do upadłego, ćpało, rozbierało się przy wszystkich, a nawet uprawiało seks publicznie. 
 
 
Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie to historia upadku chrześcijaństwa na tle miłości chrześcijanki i poganina. Jak potoczą się ich losy? Czy dwoje zakochanych w sobie ludzi znajdzie siłę, aby walczyć? Kto zaryzykuje dla tej miłości? Ona, wyrzekając się swojej wiary, a może on – nawracając się?


 
Powieść wzorowana jest na dziele Henryka Sienkiewicza. Ci, którzy czytali książkę pisarza, mogą domyślać się zakończenia dzieła Martina Abrama. Jednak autor powieści Quo Vadis trzecie tysiąclecie przedstawił śmierć chrześcijan w ciekawy sposób. O ile śmierć może być ciekawa. 
 
Minusem książki są długie opisy. Zostały przedstawione historie bohaterów, którzy nie mieli dużego wkładu w historię książki. Wtedy powieść dla mnie, jako czytelniczki, stała się nużąca. 
 
Spodobał mi się sposób wydania książki. Okładka i jej barwy wzbudziły we mnie pozytywne pierwsze wrażenie. Gdy zajrzymy do środka, widzimy dużą czcionkę, co na pewno ułatwia czytanie. 
 
Warsztat autora jest bardzo dobry. Czytając, przeżywałam tragedie bohaterów razem z nimi, bo ja również jestem chrześcijanką. Autor gra na uczuciach czytelnika. Sprawił, że kibicowałam zakochanym, znienawidziłam niektórych bohaterów i miałam nadzieję, że książka skończy się inaczej. 
 
Przyjaźń, miłość wymagająca poświęcenia, wybaczenie, nawrócenie, ale także nienawiść i egoizm władz – o tym właśnie jest ta powieść. Zachęcam wszystkich do przeczytania jej, bo naprawdę warto.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia