Papierowe postacie Eliny Hirvonen

Źródło

Polując na jakieś ciekawe książki, odwiedziłem ostatnio jedną z tanich
księgarni w Krakowie. Kupiłem dwie powieści. Przypomnij sobie zwróciło moją uwagę niesamowicie intrygującą okładką,
przemyślaną i o ciepłym odcieniu zieleni. Przeczytałem opis z tyłu oraz
rekomendacje krytyków i pomyślałem: Czemu nie? Dawno nie czytałem
książek o takiej tematyce
.

Elina
Hirvonen to fińska prezenterka i dziennikarka telewizyjna. Jej
debiutancka powieść Przypomnij sobie była nominowana do prestiżowej
nagrody literackiej Finlandia Prize w 2005 r. Bardzo ładnie się zapowiada,
prawda? Nieczęsto przecież debiutanckie książki zyskują aprobatę
krytyków i uwielbienie czytelników, a zwłaszcza te o tak trudnej
tematyce.

Autorka kreuje trzy główne postacie – rodzeństwa Anny i Jonasza oraz partnera dziewczyny – Iana.
Wszystkie
historie są opisywane z perspektywy Anny, bo to ona wyrasta nam na
główną bohaterkę powieści, to jej przemyślenia i chęci śledzimy przez
większość kartek książki.
Zaczyna
się sielankowo. Anna przedstawia nam swoją rodzinę jako pełną życia i
miłości, zgraną oraz szczęśliwą społeczność, której nic nie jest w stanie
zburzyć. Aż do pewnego incydentu, kiedy to wszystko nagle zaczyna się
walić. Ich ojciec zmienia się. Nie rozumie własnego syna, nie
jest czuły na jego nadwrażliwość, a emocjom daje upust podczas
maltretowania chłopaka. Jonasz dzielnie przeciwstawia się ojcu,
będąc dodatkowo chroniony przez Annę, która widzi brata z innej perspektywy, wie, że nie jest on zwykłym młodzieńcem, takim jak inni. Niestety ojciec staje
się apodyktycznym, nieobliczalnym tyranem, nie rozumiejącym własnych
dzieci, usprawiedliwiającym się przed Bogiem. Wkrótce Jonasz trafia do
szpitala psychiatrycznego, a Anna wyjeżdża na studia, próbując tym samym
odciąć się od przeszłości.
Ian,
wykładowca na uniwersytecie w Helsinkach, uciekł ze swojej ojczyzny –
USA – zaraz po ataku terrorystycznym na World Trade Center. Nie stracił
tam nikogo, nie zginął mu nikt bliski, a jednak odczuł atmosferę
zbliżającej się wojny, przeżywając ją na swój chłopięcy sposób. Jego
ojciec walczył w Wietnamie, przed wojną był czułym, kochającym rodzicem,
mężem. Wrócił jako inny człowiek – zamknięty w sobie, milczący, nie
potrafiący sobie poradzić z okropnościami walki partyzanckiej. Wkrótce
trafił do szpitala dla weteranów wojennych z urazami posttraumatycznymi.
Ian, nie poznający własnego ojca, nie radzący sobie z rzeczywistością,
postanawia pomóc rodzicowi.
Przyznam
szczerze, że temat jest doskonały na świetną książkę. Niestety Pani
Hirvonen skupiła się na emocjach i jak najpiękniejszym przekazaniu
czytelnikowi swoich odczuć, usilnie starając się wymyślić piękne
sentencje, niczym Paulo Coelho. Muszę skoncentrować się teraz na wadach, bo jest
ich naprawdę dużo.
Autorka
przedstawia nam idylliczne opisy myśli, przeżyć bohaterów, którzy nie
radzą sobie z przeszłością. Zawsze czegoś chcą, muszą, czują, że
powinni, ale za każdym razem czytamy to samo: nie potrafią, nie mogą,
nie są w stanie. Bohaterowie są całkowicie stateczni, przez co przez większą
część książki nic się nie dzieje, oprócz małego fragmentu maltretowania
Jonasza. Każdy z nich jest wykreowany w ten sam sposób – słaba
psychicznie osoba, z traumatycznymi przeżyciami, samotna i próbująca
pomóc innym, zamiast sobie. Nie raz miałem ochotę krzyknąć do nich, by w
końcu coś zrobili, a nie tylko gdybali. Razi
niekonsekwencja autorki, przez co czasem czytelnik gubi się pomiędzy
przeszłością a teraźniejszością, które nieustannie się przeplatają, niekiedy nie wiadomo, czy to, co czytamy, już było, czy dopiero teraz się
dzieje. Smutnym faktem są też niedopracowane dialogi, pisane na siłę i śmiesznie sztuczne, które nie mają często sensu. Liczne
powtórzenia zdań rażą w oczy. Najczęściej czytałem wywód Anny o tym,
że widzi każdego z mężczyzn (Iana, Jonasza, swojego ojca) jako małych
chłopców, beztroskich i zagubionych. Wśród tego wszystkiego magia
skandynawskiej literatury gdzieś zanikła.
Najbardziej
jednak denerwuje postawa Anny i Iana, gdyż o ile ta pierwsza próbuje się
odciąć od brata, by zacząć żyć własnym życiem, o tyle Ian jest
statecznie nudny. Ciągle myśli, jego czyny są pozbawione sensu, wciąż
czytamy, że chciałby porozmawiać, ale nie potrafi, a gdy ktoś wytknie mu
bierność, daje się ponieść emocjom i skarży się na to swojej partnerce.
Ona natomiast bezustannie żyje przeszłością, chce zapomnieć o bratu, ale
jednocześnie mu pomóc. Wiem, że autorka chciała przedstawić ich jako
zbłąkane, samotne dusze, ale moim zdaniem wyszło to przeciętnie.
Elina
Hirvonen ma bardzo lekkie pióro, trzeba jej to przyznać. Język książki jest
prosty, ma trafiać do czytelnika i zostawić po sobie ślad. Autorka posługuje się
licznymi sentencjami i metaforami, wszystko jest opisane z dużym
patosem. Trafiają się wulgaryzmy, które sprowadzają nas z tego błogiego
stanu brutalnie na ziemię, przypominając, że bohaterowie są tylko
ludźmi. Najjaśniejszą stroną tej książki są listy Jonasza. Świetnie
pokazują jego przemianę z szalonego, zakręconego chłopaka w trudnego
pacjenta szpitala psychiatrycznego. Również opisy kobiecości i
namiętności stoją na wysokim poziomie, autorka sprawnie manewruje
językiem i stylem.
Przypomnij
sobie
to lektura trudna. Opisuje bardzo poważne tematy, które mogą się
przytrafić każdemu z nas. Nie wszyscy są twardzi, często za późno
odkrywamy w sobie ogromną wrażliwość. Opisów uczuć i emocji mamy tutaj
od groma, przez co książka staje się wyjątkowa, jednak zmarnowany
potencjał i niedopracowani bohaterowie psują końcową ocenę.

Gdy marzenia stają się rzeczywistością

Źródło
Zmarła jej matka.
Straciła pracę.
Facet ją zdradził.
Przyjaciółka ją okłamała.
I dodatkowo pojawia się dar od matki, którego nie jest w stanie do końca zaakceptować… Do czasu.

Wyobraź sobie, że musisz ułożyć swoje życie od nowa, zgodnie z planami, które pojawiały się w twojej głowie dwadzieścia lat temu. Co zrobić, gdy sytuacja wymaga, by wdrożyć swoje dawne marzenia w teraźniejszość? Na takim zakręcie znalazła się Brett Bohlinger, która pomimo swoich trzydziestu czterech lat na karku zaczyna swoje życie od podstaw.
Winowajczynią całego zajścia staje się matka głównej bohaterki, która umiera na początku powieści. Brett, pogrążona w żałobie, ale jednocześnie pewna tego, że została szefową wielkiej firmy i części spadku po matce, nie przejmuje się tym, co przyniesie przyszłość. Spróbujcie sobie wyobrazić jej zdziwienie, gdy podczas wizyty u adwokata kobieta dowiaduje się nagle, że mama ofiarowała firmę jej szwagierce, a dla niej samej przygotowała coś wyjątkowego. Jak dowiadujemy się później, na Brett czekają punkty do zrealizowania z jej listy marzeń, którą sporządziła, gdy była jeszcze młoda. Dzięki swojej zmarłej mamie kobieta zaczyna z większym lub mniejszym powodzeniem spełniać swoje marzenia – stara się realizować punkt po punkcie, ale nie jest to tak proste, jak mogłoby się wydawać. Czas leci nieubłaganie, a na wykonanie wszystkich planów matka przewidziała rok. Jaka nagroda czeka? Część spadku Brett oraz, jak się później przekonujemy, szczęście i życiowe spełnienie. Wiele kłopotów pojawia się wówczas, gdy główna bohaterka zdaje sobie sprawę, że jej obecny partner nie jest w stanie pomóc jej w tym wszystkim – zależy mu tylko na majątku i dodatkowo zdradza ją z jej „przyjaciółką”. W ciągu tego krótkiego czasu w życiu Brett pojawiają się również osoby, które wnoszą do jej dni coś nowego i pokazują jej, co tak naprawdę się liczy. Bardzo pomaga jej adwokat wynajęty przez matkę, który staje się jej przyjacielem, niekiedy powiernikiem. Brett musi odnowić kontakty ze starą znajomą, z którą kiedyś wiele ją poróżniło, kupić psa, konia, być nauczycielką, znaleźć miłość swojego życia, mieć dziecko, i wiele innych rzeczy. Jak sobie z tym wszystkim radzi i czy zdąży wykonać zadania? Odpowiedź uzyskacie, gdy przeczytacie pozycję od początku do końca.
Książkę czyta się jednym tchem, naprawdę. Zaczęłam i skończyłam ją tego samego dnia. 416 stron powieści wertuje się w mgnieniu oka, a po zakończeniu całe ciało woła: WIĘCEJ, WIĘCEJ! Jest to debiut literacki autorki, ale jak najbardziej trafnie napisany. Dzięki opisom rozmyślań, uczuć, rozterek, wątpliwości, tęsknoty i smutku bardzo dobrze możemy zidentyfikować się z bohaterami, z których każdy jest tak naprawdę inny i niesie do naszego życia inne przesłania.
Bardzo urzekła mnie postać samej Brett, którą niesamowicie podziwiam za jej odwagę i determinację. Rzuca wszystko i idzie dalej; oczywiście trochę boi się konsekwencji, ale przyjmuje je na klatę. Niekiedy zazdrościłam jej tego, że w jej życiu w ciągu niecałego roku tak wiele się działo – że miała na to wszystko siłę i po porażkach szła dalej, by realizować wszystko krok po kroku.
Pozostali bohaterowie Listy marzeń to osoby bardzo zróżnicowane, mające odmienne poglądy, patrzące inaczej na świat. Jedni są pozytywni i sprawiają, że chce się o nich pamiętać i poznawać ich losy, drudzy natomiast budzą we mnie odrazę i irytację. Do pierwszej grupy z pewnością zaliczyłabym Brada Midara – adwokata matki głównej bohaterki, z którym Brett nawiązuje zażyłą znajomość i z każdą chwilą coraz więcej zaczyna ich łączyć – oraz Johna – biologicznego ojca, którego panna Bohlinger poznaje w międzyczasie. Nie przypadła mi do gustu kreacja byłego faceta Brett, który okazał się typowym zdrajcą i oszustem, jak i jej przyjaciółka, która nawiązała z nim romans. W pewnym momencie miałam ochotę rozszarpać tych dwoje za to, że wszystko niesamowicie komplikują. Jednak, jak później się okazało, zupełnie potrzebnie…
Powieść Nelson Spielman jest skierowana przede wszystkim do kobiet. Nie wyobrażam sobie raczej mężczyzn czytających coś takiego (chyba że są wyjątki, których jeszcze nie poznałam; w takim razie – wybaczcie panowie). Całość jest napisana bardzo lekkim i przyjemnym językiem, niekiedy bawi, wzrusza i zaciekawia do bólu. Kilka miesięcy z życia Brett jest całkowicie wypełnionych przygodami, o które sama główna bohaterka by siebie pewnie nie podejrzewała. Mam nadzieję, że Nelson Spielman jeszcze nie raz zaskoczy swoich czytelników i pokaże, na co ją stać. Czekam na kolejne pozycje jej autorstwa z niecierpliwością! A Listę marzeń bardzo gorąco polecam – idealna pozycja na relaks, jak i na to, by znaleźć się w zupełnie innym świecie.

Jeden telefon – i całe Twoje życie zmienia się nieodwracalnie…

Źródło

Chichot losu to jedna z
niewielu książek Hanki Lemańskiej. Autorka była psychologiem oraz trenerem
umiejętności menadżerskich i psychologicznych. Prywatnie mężatką, matką dwójki
dzieci i macochą dwóch pasierbów. Pozostałe jej książki to Aneczka oraz Jak będąc
kobietą w dowolnym wieku zepsuć życie sobie i innym
. Na podstawie powieści Chichot losu stworzono ekranizację w
postaci serialu obyczajowego pod tym samym tytułem.


Czy wiesz, że
odbierając telefon w środku nocy, możesz przewrócić całe swoje życie do góry
nogami?


Jest
to przesłanie powieści zawarte w jednym pytaniu, które doskonale zgłębia
tematykę książki. Ogólnie rzecz biorąc, przedstawia ona historię matki dwójki
dzieci – Elżbiety – i jej przyjaciółki. Jednak już po kilku stronach
obserwujemy życie tylko tej drugiej. Pewnej nocy odbiera ona telefon od Elżbiety,
która prosi ją o kilkudniową opiekę nad jej dziećmi – Asią i Łukaszem. Ta na
pozór błaha sytuacja z czasem przeradza się w życiową tragedię. Elżbieta bowiem
w drodze powrotnej ginie w wypadku samochodowym. Wielkie zniecierpliwienie
dzieci sięga zenitu, gdy matka nie wraca po trzydniowym pobycie do domu, jednak
punktem kulminacyjnym jest wizyta policjanta. Jak toczą się dalsze losy Joanny
i dwójki sierot? O tym dowiecie się podczas czytania poszczególnych kart
książki.

Muszę z wielką szczerością przyznać, że powieść ta wzruszyła mnie na
tyle, że podczas przekładania kartek łzy spływały mi po policzkach jak deszcz
po szybie w czasie ulewy. Książka przybiera formę pamiętnika,
którego narratorem jest Joanna. Powieść ta została napisana w tonie dość
pesymistycznym, choć momentami możemy dostrzec elementy „przejaśnień” fabuły,
co wpływa na jej ciekawość. Każde zdanie książki ma swoją historię, każde
czegoś uczy, w jakiś sposób sprowadza czytelnika na dobrą drogę. Wielość
subiektywnych opisów, odczuć wzbogaconych o dialogi dodaje książce dynamizmu,
choć zdecydowanie zdominowana jest ona przez stateczność. Wszystkie te elementy
stawiają powieść w jasnym świetle, przez co obfituje ona w wiarygodność.

Przyznaję,
że i książka, i film są na swój sposób ciekawe, jednak – jak to zwykle bywa – książka zawiera wiele wątków, które dodatkowo ją urozmaicają, i chociażby dlatego jest
o wiele lepsza od ekranizacji.

Autorka
posługuje się językiem prostym, przystępnym dla czytelnika, bez żadnych
zakrętów, przez które mógłby się on pogubić. Poszczególne wątki splata
umiejętnie, tak by tworzyły spójną całość. I za to ją cenię.

Książka
przekazuje pewne przesłanie, które każdy może interpretować na swój sposób.
Między innymi jest to powieść o kruchości życia, przyjaźni czy też o problemach
sierot i pomocy im w trudach codziennego życia. Powieść o wychowaniu „przez
przypadek”, o staniu się z nieznajomej matką.

Polecam
tę książkę wszystkim, przede wszystkim ludziom, którzy w jakiś sposób mogą
utożsamiać się z bohaterami, gdyż będzie im o wiele prościej zrozumieć pełne
przesłanie. Nie usiłuję zawężać grupy odbiorców, choć nie radziłabym sięgać po
tę książkę wczesnej młodzieży, ponieważ może się ona okazać dla nich
niezrozumiała czy po prostu nieciekawa. Jest to również świetny poradnik dla
przyszłych psychologów lub osób, które o tym zawodzie marzą.

Powieść
okazała się moją ulubioną głównie dzięki przesłaniu psychologicznemu oraz
swobodzie formy. Nie jest to książka, w której autorka próbuje zabłysnąć stylem
za wszelką cenę, tworzy dzieło proste. I myślę, że właśnie tą lekkością
intryguje najbardziej.

Człowiek na ziemi, anioł w niebie

Źródło

Bycie aniołem na ziemi wydaje się
abstrakcyjne. Nikt z nas tak naprawdę nie wie, co znajduje się ponad nami –
tam, gdzie nie dosięgają nasze zmysły. Czy istnieje tam wieczne życie, a każdy
człowiek zostaje oczyszczony z grzechu, czy rzeczywiście tam można odnaleźć
szczęście?

Susie Salmon (Saoirse Ronan) to
czternastolatka, której losy w fabule sięgają samego dzieciństwa. Wraz z dziewczynami
zakopuje w lesie skarby, które po 14 latach stają się dowodem ich wciąż
trwającej przyjaźni. Jej rodzice stwarzają pozory szczęśliwego małżeństwa, ona
sama, odczuwając samotność, zajmuje się fotografią. Pewnego razu nieopodal domu zatrzymuje
ją sąsiad, który już od dawna śledził ją, gdy oddawała się pasji. Zaprasza
dziewczynkę do zbudowanego przez siebie domku pod ziemią. Nikt nie spodziewałby
się jednak, że pod płachtą niepozornego spotkania kryje się głębsze znaczenie. Zgwałcona Susie opuszcza ziemię,
wędrując do czyśćca. Pozostaje w nim sama, spoglądając na ziemię z perspektywy
anioła. Tęskni za ziemskim życiem…

Film oglądałam dwa razy, jednak już po
pierwszym wstrząsnął mną i moimi emocjami. Fabuła obfituje w wielość
nakładających się na siebie wątków. Jednak spośród nich można wyróżnić dwa
podstawowe: życie i śmierć. Przesłanie wyłaniające się z głębi każdego z nich
przedstawia się bardzo przejrzyście, dzięki czemu możemy dostrzec
najdrobniejsze elementy.

Peter Jackson, dostrzegając ogromny
kontrast pomiędzy dwoma momentami ludzkiego istnienia, stworzył coś tak
wspaniałego jak Nostalgia anioła. Mimo że nie wzbudził w widzach
emocji targających nimi, oprowadził ich po dwóch światach, zwracając
jednocześnie uwagę każdego z nich na najistotniejsze aspekty. Jego dzieło jest jednak zbyt
schematyczne. Można streścić fabułę za pomocą jednego zdania: Sąsiad, człowiek
optymistycznie patrzący na świat i ludzi, stwarza kryjówkę, w której dokonuje
zbrodni, dziewczyna umiera, on zaciera ślady i staje się niewinny.
Historia
wzorowana na stereotypowym obrazie przedstawionego zdarzenia. W tym filmie
zachwyca jednak nie historia, ale sposób jej przekazania. Tutaj – nie ma co
polemizować – należy mu się pokłon do samych stóp.

Efekty specjalne zawładnęły schematem,
okryły go królewską szatą. Gdyby nie one, kto wie, może nie pisałabym w tej
chwili tej recenzji, gdyż nie uważałabym filmu za godny aż takiego poświęcenia.

Kobieca dusza (Ronan) tchnęła w film
ducha wrażliwości, nieskazitelności, prostoty. Stanley Tucci zburzył fundament,
i budulcem dla fabuły stał się z jednej strony przeraźliwy spokój, z drugiej
dawka napięcia, które umiejętnie umieścił w poszczególnych scenach. Saoirse
Ronan została nominowana do Nagrody BAFTA 2009 jako najlepsza aktorka
pierwszoplanowa, jej filmowy partner (Tucci) natomiast jako najlepszy aktor
drugoplanowy, a w 2010 roku do Oscara w identycznej nominacji.

Przejdźmy do scenografii. Tutaj na
szczególny podziw zasługuje przewaga treści nad formą. Kostiumy pospolite,
niczym się nie wyróżniające (jak np. wełniana czapka, w której Susie wstydzi
się wyjść do szkoły) – co świadczy o naturalności, a dekoracje… na dobrą sprawę
tworzą tło dla akcji dopiero w drugiej części filmu. Wszystko to, co ubogaciło
obraz, jest zasługą Frana Walscha, Petera Jacksona oraz Philippa Boyensa.

Podsumowując, film zasługuje na uwagę.
Jest doskonałym wyciskaczem łez oraz swego rodzaju przewodnikiem życiowym. Nie
chcę nakłaniać nikogo do obejrzenia, broń Boże, jest to osobista sprawa każdego
z ulubieńców żywego obrazu; jednak jeśli mogę podsunąć pewną sugestię, z
pewnością nie polecam oparcia na opiniach komentatorów. Zresztą chyba każdy z
nas zdążył się przekonać, że o gustach się nie dyskutuje. Pomimo że film
stanowi kalkę utartych schematów, warto spojrzeć na niego obiektywnie.

Historia o miłości, o tym, że nawet na prostej drodze zdarzają się zakręty…



 ~ Niewątpliwie jest to historia o miłości, o tym, że nawet na prostej drodze zdarzają się zakręty… 
Dotychczas wiodła szczęśliwe życie u boku Denny’ego, który był jej bezpieczną przystanią.
Później poznała mężczyznę, który obudził w niej nieznane uczucia.


Bezmyślna” udowadnia, że prawdziwa miłość nigdy nie jest łatwa.
Idealna para – Kiera i Denny – przeprowadza się do Seattle. Wynajmują pokój od przyjaciela Denny’ego – Kellana – który okazuje się szalenie przystojnym, „kapryśnym artystą”, liderem zespołu D-Bags. Jednak ich szczęśliwe chwile przerywa nagły służbowy wyjazd Denny’ego do Tucson, aż na 2 miesiące!
Kiera jest załamana, nie wyobraża sobie tak długiej rozłąki. Przez pierwszy tydzień łzy nie opuszczają jej oczu. Gdyby nie praca w pubie, czuwałaby całe dnie przy telefonie, czekając na rozmowę z Dennym.
Podczas tej rozłąki Kiera zyskuje nowego przyjaciela, którym okazuje się Kellan. Piją razem poranną kawę, spędzają wspólnie czas na kanapie przed telewizorem, wyruszają na wycieczki. Dziewczyna uwielbia słuchać śpiewu Kellana podczas jego występów w pubie. Lecz z czasem w ich znajomość wkracza nie tylko pożądanie, ale także uczucie, które okazuje się bardzo trudne do opanowania.
Pewnej nocy tłumione lęki, nadzieje i uczucia dochodzą wreszcie do głosu…
Od tej pory życie żadnego z bohaterów nie jest już takie jak dawniej. Miłość i zdrada, szczęście i tragedia, nadzieja i rozpacz… Po prostu życie.
„Bezmyślna” to dopiero początek wielkiej trylogii! Po niej nadchodzi: „Swobodna” i „Niepokorna”.

Książka posiada ciekawą fabułę, choć może pierwsze 80 stron nie sprawia wrażenia, że jest to coś innego niż dotychczas znane nam trójkąty książkowe. Autorka, dzięki opisom rozmyślań, rozterek, uczuć i wątpliwości, sprawia, że identyfikujemy się z bohaterami, z których każdy posiada własny bagaż wcześniejszych (nie zawsze przyjemnych) doświadczeń.

Jesteś moim sercem.

Urzekła mnie postać Kellana – nie dlatego, że został wykreowany na przystojnego bohatera (ale to także doceniam), lecz z tego powodu, iż poruszyła mnie jego historia i sposób, w jaki widział miłość i szukał jej po przyjeździe Kiery i Denny’ego oraz wcześniej. Zostało to tak opisane, że nie sposób nakreślić tego w kilku słowach..

Każda kobieta ma twoją twarz. Widzę tylko Ciebie i tylko Ciebie chcę.

„Bezmyślna” pokazuje, że dokonany wybór nigdy na 100 % nie jest ostateczny i nieodwołalny. To powieść o podejmowaniu trudnych decyzji, o walce rozumu z sercem, a także o odwadze, gdyż wielu ludzi boi się miłości i zmian w swoim życiu. Gdy nie wyjdziemy temu naprzeciw, czas i życie ucieknie nam przez palce, a pozostanie jedynie żal za tym, czego nie zrobiliśmy.


Było, co było. Wszystko między nami naznaczyło piękno i nigdy tego nie zapomnę. Będziesz cierpieć, ja też, ale wszystko się kończy, więc oszczędź mi łez.
Podsumowując, mądry czytelnik „wyciągnie” z tej książki wiele dobrych rad oraz przesłań. Dostrzeże, jak łatwo jest zranić ludzi. Doceni szczerość i mam nadzieję, że już nigdy nie pomyśli, iż rozmowa o uczuciach jest oznaką słabości!

Nie musisz nigdy przepraszać za to, że chcesz powiedzieć, co czujesz… albo czego się obawiasz.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia