I ty możesz dołączyć do… eKulturalnych!

źródło

Uwaga, uwaga!
Jako raczkująca redakcja staramy się zawierać znajomości z innymi redakcjami i portalami. Przemierzyłyśmy więc multum facebookowych szlaków w poszukiwaniu tych, które stawiają na kulturę – w szerokim tego pojęcia znaczeniu. 
Naszym oczom ukazał się portal eKulturalni.pl, toteż postanowiłyśmy zacząć działać. 
Przed Wami wywiad z Zuzanną Gajewską – redaktor owego portalu. 
1. Prowadzisz portal eKulturalni.pl, opowiedz więc w kilku słowach, w jaki sposób udało ci się stworzyć takie cudo, które gromadzi ludzi „kulturalnych”? Co pchnęło cię do podjęcia tej inicjatywy?
Bardzo mnie cieszy, że nazywacie portal eKulturalni.pl cudem, ale nie powstał on z mojej inicjatywy, to trochę dłuższa historia. Portal społecznościowy eKulturalni.pl powstał przy rozbudowie istniejącego już Portalu Kulturalnego Warmii i Mazur eŚwiatowid.pl (również istniejącej internetowej gazety o kulturze eŚwiatowid.pl). Wydawcą obu jest instytucja kultury województwa warmińsko–mazurskiego – Centrum Spotkań Europejskich Światowid w Elblągu. Misją obu portali jest stworzenie miejsca, gdzie ludzie z kulturalnymi pasjami mogą znaleźć przestrzeń do ekspresji.
Ja zostałam zatrudniona jako redaktor eKulturalni.pl, a do moich zadań należy m.in. pisanie artykułów, redakcja teksów nadesłanych przez użytkowników oraz utrzymywanie z nimi kontaktu i promocja ich twórczości. Faktem jest, że bardzo lubię pisać, ale w tej pracy właśnie te ostanie z wymienionych zadań sprawiają mi największą radość. Uwielbiam ludzi z pasją.
2. Co robisz w wolnym czasie, gdy nie masz na głowie spraw związanych z portalem?
Też piszę. Jak wielu użytkowników portalu prowadzę bloga, nazywa się Szufladopółka – zamieszczam tam swoje opinie o książkach, prezentuję własną twórczość oraz publikuję inne teksty związane w ten czy inny sposób z książkami i innymi moimi zainteresowaniami. Niedawno wydałam debiutancką powieść pt. Potomkowie pierwszej czarownicy, pracuję nad jej kontynuacją. Prywatnie jestem żoną i mamą – więc staram się pogodzić pracę i hobby z życiem rodzinnym. Moja pasja jest dosyć czasochłonna, ale nic nie jest ważniejsze od bliskich.
3. Sama prowadzisz sporo wywiadów z bloggerami, jednocześnie porównujesz opinie czytelników. Jak oceniasz – czy jednak większość z nich stara się ratować sytuację na polskim – i nie tylko – rynku? 
Nie będę się wypowiadała, czy większość stara się ratować sytuację na rynku, bo tego nie wiem. Może część z nich obiera to jako misję, a część zwyczajnie dzieli się swoją pasją. I to też jest dobre. Poza tym, skoro wydawnictwa widzą sens w współpracy z blogerami, w przesyłaniu im egzemplarzy recenzenckich, by potem odsyłać do ich opinii, to myślę, że bez względu na to, czy blogger jest idealistą, czy po prostu chce podzielić się tym, co myśli o książce – wspomaga rynek wydawniczy.
Ważne jest jednak, by były to oceny obiektywne, a nie laurka w podziękowaniu za darmową książkę. Nie pomożemy autorowi, wychwalając jego grafomaństwo. Poza tym negatywne recenzje też potrafią skłonić do zapoznania się z lekturą. Ale bloggerzy nie powinni zastanawiać się, jak napisać, żeby było dobrze i „pijarowsko”, bloggerzy powinni napisać to, co myślą.
Jest też druga strona medalu. Ostatnio natknęłam się w Internecie na wpis jednej z autorek, która podzieliła się swoim przykrym doświadczeniem – dostała wiadomość nie z prośbą, ale wręcz z żądaniem darmowego egzemplarza recenzenckiego pod groźbą, że w przeciwnym razie recenzje tej osoby będą negatywne. Tak się nie robi! I takie zachowania społeczność internetowa, blogosfera oraz autorzy i wydawnictwa powinny piętnować.
4. Jak według ciebie można uczynić społeczeństwo kulturalnym? Czy jest jeszcze szansa, żeby ludzie – zwłaszcza młodzież – poszli w tym kierunku, czy należy się pogodzić z tym, że podążanie krok w krok za kulturą to już przeszłość?
Tak naprawdę to nie wiem, czy kiedykolwiek były czasy „podążania krok w krok za kulturą”. Myślę, że kultura zawsze była – i mam nadzieję, że będzie –gdzieś obok. Bardziej chodzi o to, jak z niej korzystamy, jak ją odbieramy, czym ona dla nas jest. Rozwinę tę myśl w pytaniu dziewiątym, o moje składowe kultury.
Natomiast jeśli chodzi o młodzież i ich podejście do kultury – to daleka jestem od generalizowania – w żadnym razie nie można powiedzieć, że młodzi ludzie nie interesują się kulturą. Sama na co dzień mam kontakt z nastolatkami, którzy kulturę sobie cenią. Wracając do kwestii „czasów kultury”: kiedyś było tak, że część młodzieży pilnie się uczyła czy należała do scholii, a inni strzelali kamieniami z procy. Tak samo teraz, są młodzi ludzie jak wy, jak użytkownicy portalu, bloggerzy, dla których frajdą jest przeczytanie i zrecenzowanie książki czy wyjście na wernisaż, i są tacy, którzy wolą przesiedzieć popołudnie na ławce pod blokiem czy w parku. Oczywiście byłoby świetnie, gdyby się ukulturalniali, ale – chociaż nie jestem socjologiem – wydaje mi się, że nie o to chodzi, by wszyscy byli tacy sami, ale raczej, by ludzie mieli różne zainteresowania, by tworzyły się subkultury. Ach, i znowu to słowo kultura, o tym też w pytaniu dziewiątym.
Druga część wywiadu już niebawem! Zostańcie z nami!
Rozmawiały
Monika Zaremba  
Klaudia Raflik

Nowy Jork tkwi w tobie

źródło
Następnego dnia przychodzę
do pracy w nowym kostiumie Diora, na szyi mam czerwoną jedwabną apaszkę, pachnę
perfumami J’adore i czuję się jak pani świata.

Nowy Jork nie od dziś zachęca, kusi i przywołuje
do siebie miliony ludzi. Tym razem w swoje szpony złapał młodą Francuzkę – Catherine.
Trzydziestoletnia prawniczka przyjeżdża do Ameryki, żeby pracować na Wall
Street w oddziale swojej firmy. Szybko odkrywa, że jej praca to ciągły wyścig
szczurów i niewielu osobom może ufać. Pośród tego zgiełku znajduje jednak czas
dla siebie i przyjaciół, a nawet poznaje dwóch fantastycznych mężczyzn… Tylko
który z nich okaże się wart jej serca?
Catherine po sześciu latach pracy w
paryskiej kancelarii dostaje awans i przeprowadza się do Nowego Jorku, gdzie
podejmuje pracę w centralnym oddziale firmy. Już pierwszego dnia pracy szefowa
daje jej popalić, dodatkowo liczba godzin, które musi przepracować, jeśli chce
coś osiągnąć, nie nastawia bohaterki zbyt optymistycznie. Niedługo po tym jej
kochana przełożona informuje ją, że pozostało jej niewiele czasu, by
przygotować się do egzaminu do nowojorskiej palestry. Jedyną ostoją jest dla
niej Rikash, asystent, z którym od początku znajduje wspólny język.
Kocham Nowy Jork to pierwsza część
powieści o losach Catherine. Na rynku wydawniczym pojawiła się już kolejna – Kocham
Paryż
, po którą na pewno sięgnę. Styl Isabelle Laflèche jest bardzo przyjemny,
a powieść należy do tych lektur, które idealnie nadają się na wieczorną nudę.
W książce zafascynował mnie przedstawiony
świat mody i prawników. Ciągły nacisk ze strony szefowej, klientów. Bezustanne
życie na wariackich papierach to nie moja broszka. Nigdy nie odważyłabym się na
taki krok. Główna bohaterka również nie do końca była pewna, czy jej praca jest
tym, co tak bardzo kocha i co chce robić. Podobało mi się to, że postać nie jest
przesłodzona. Pomimo dużej sumy pieniędzy, jaką zarabia, jest rozważna i nie
obnosi się z tym. Polubiłam Catherine od samego początku i tym trudniej było mi
się z nią rozstać na samym końcu.
Niestety za zaletę tejże książki nie uchodzą
ciągłe wzmianki o pracy głównej bohaterki. Bez przerwy czytamy o tym, ile czasu
już w niej spędziła i jak długo będzie jeszcze w niej przebywać. Momentami stawało
się to nużące. W Kocham Nowy Jork możemy również dostrzec intrygę, nie jest
to jednak coś, co mogłoby nas bardzo zaskoczyć, z racji tego, że wokół
Catherine kręci się mnóstwo osób, dla których liczy się tylko pieniądz i
kolejny awans na wyższe stanowisko.
Polecam tę książkę przede wszystkim
kobietom, gdyż to zdecydowanie coś dla nich. Przygotujcie się jednak na to, że
nie zostaniecie powalone na kolana. Lekturę czyta się bardzo przyjemnie i bez
większego skupienia, lecz nie zostaje ona w pamięci na dłużej, w pełni nadaje
się na chwilę odpoczynku od codziennych obowiązków.
Twoja pasja czeka, aż
dogoni ją odwaga.

I ty znajdź własnego księcia!

źródło
Chyba każda nastolatka marzy o tym, by
spotkać księcia, który oczaruje ją swoim wdziękiem i dobrym sercem, a do tego
będzie zabójczo przystojny i bogaty. Każda, przynajmniej tak mi się wydaje, ma
świadomość tego, że to marzenie ściętej głowy. Jak się okazuje – nie dla
wszystkich, a z pewnością nie dla Suzanny, bohaterki powieści Był sobie
książę…
.

Suzanna ma w życiu wszystko doskonale
zaplanowane. Pragnie szczęścia jak każdy człowiek. To szczęście ma jej
przynieść długo wyczekiwane małżeństwo z Adamem. Gdy po dwunastu latach jej
ukochany ma wrócić z wojny, Suzanna jest przekonana, że ich plany w końcu się
ziszczą. Niestety, zamiast kwiatów i upragnionego pierścionka otrzymuje słowa,
które łamią jej serce: Znalazłem właściwy pierścionek, ale niewłaściwą
dziewczynę
. Bóg jednak szybko stawia na jej drodze kolejnego mężczyznę –
księcia Nathaniela. Przyjeżdża on do Ameryki, najprawdopodobniej na swoje
ostatnie wakacje w życiu, w niedługim czasie ma bowiem objąć tron i zostać królem.
Owe fakty mówią same za siebie. Król i cudzoziemka? To skandal! Jak więc
potoczą się ich losy? 
Historia opisana przez Rachuel Hauck
przypomina swego rodzaju bajkę. Bajkę przedstawioną w życiowych realiach. Powieść
ta to jednak swoisty romans, jakich nie mało na rynku wydawniczym. Historia nie
wysuwa się przed szereg w swoim gatunku, mimo to zaszczepia w czytelniku ciepło
i pozytywną energię, po którą warto sięgnąć. Należałoby wspomnieć, że dla
autorki natchnieniem do napisania tejże książki był ślub księcia Williama z
Cathernie Middleton. Nie obyło się również bez podziękowania dla jej osoby – pisarka
na ostatniej karcie książki wyraża swoją wdzięczność za pobudzenie jej
inspiracji. 
Postacie występujące w książce są barwne.
Zarówno Suzanna, jak i Nathaniel stanowią dobry przykład chrześcijan. Rachel
Hauck w tej opowieści położyła duży nacisk na religię, stworzyła bohaterów,
którzy są chrześcijanami z krwi i kości. Patrząc z tej perspektywy,
zdecydowanie można stwierdzić, iż powieść się wyróżnia. Jedynie osobom, którym
daleko do Boga, może to przeszkadzać. Dla mnie natomiast było to ciekawe
doświadczenie. 
Był sobie książę… jest napisany
prostym, lekkim językiem. W sam raz na wieczorny relaks po ciężkim dniu. Choć
mój początek z tą książką nie był zbyt ciekawy, to w miarę szybko zmieniłam o
niej zdanie. Nie przeszkadzało mi to, że mogłam przewidzieć, co się stanie
dalej. Nie żałuję czasu poświęconego na tę lekturę, dała mi ona dużo ciepła i
spokoju, a oprócz tego pozwoliła przez chwilę pobyć w marzeniach o bajkowym
księciu. 
Lektura ta przypadnie do gustu osobom,
które uwielbiają romanse. Mimo wszystko należy pamiętać, że pełno w niej religii.
Autorka to osoba wierząc, toteż część swojej wiary przeniosła do tego dzieła.
Pomimo przewidywalności historia ma w sobie co, co sprawia, że chce się ją
czytać. Pozostawia po sobie uśmiech na twarzy i ciepło na sercu.

Miłość na dworze Tudorów

źródło
Wydawało mi się, że miłość zawsze jest trudna. Jednak gdy nawiążę do książki Eve Edwards Alchemia miłości, odnoszę wrażenie, że współczesna miłość jest zupełnie prosta. Tutaj spotkamy się z zupełnie odmiennymi realiami od naszych. Twoja przyszła żona przede wszystkim musi mieć mnóstwo forsy, bo małżeństwa nie zawiera się dla przyjemności, ma ono wnieść do rodziny widoczną poprawę majątku. Twój przyszły mąż kategorycznie nie może być byle kim – tytuł i szlacheckie korzenie to podstawa! Więc w jaki sposób w takim świecie można być szczęśliwym? Trzeba odnaleźć miłość, która to przezwycięży, która będzie ponad wszystkim. O tak wielkim uczuciu pisał Szekspir. Ale pisze o nim też Eve Edwards.

Tytuł: Alchemia miłości
Cykl: Kroniki rodu Lacey (tom 1)
Autor: Eve Edwards
Wydawnictwo: Egmont

Ta piękna książka o miłości przypomina mi Romea i Julię. Tyle tylko, że jest tu mniej dramatu, a więcej humoru – i to mnie urzekło. Ellie jest uroczą dziewczyną i jak na tamte czasy – ma całkiem cięty język. Nie boi się wyrażać własnego zdania. Tylko jednej osobie nie potrafi się sprzeciwić – swojemu szalonemu ojcu, który jest alchemikiem i pragnie zamienić zwykły metal w złoto. Bohaterka ma wrażenie, że czasami to ona opiekuje się ojcem, a nie on nią. Ellie posiada hiszpański tytuł po matce, jednak bez majątku i w sytuacji bliskiej wojny Anglii z Hiszpanią niewiele on znaczy. Głównym bohaterem natomiast jest bardzo młody hrabia Will Lacey. Ma on przed sobą jedno, ale bardzo ważne, zadanie. Aby uratować rodzinę od ruiny, musi poślubić osobę z dużym majątkiem. Wszystko układa się całkiem dobrze, ponieważ najlepszą opcją wydaje się Jane, która oprócz tego, że jest bogata, jest również piękna i mądra. Jej ojciec z pewnością nie będzie miał nic przeciwko temu małżeństwu. Na drodze staje jedno „ale”: uczucia hrabiego nie są zgodne z rozumem. Staje on więc przed najtrudniejszym wyborem w swoim życiu. Szczęście rodziny czy swoje?
Akcja opowieści została osadzona w roku 1582, jednak nie znajdziemy w niej zbyt wiele historii, dlatego jej antyfani nie mają się czego obawiać. Pisarka wspaniale oddała nastrój tamtejszej epoki, a dokonała tego z taką lekkością, że książkę czyta się przyjemnie i bardzo szybko. Plusów można by wymieniać wiele, ale to całość tworzy coś fenomenalnego. Zwroty akcji doprowadzały mnie do śmiechu, czasem do łez i smutku, a bohaterowie wprost czarowali swoimi osobowościami, a nie były one byle jakie, tylko wyraziste i ciekawe. Przyznam, że styl okładki książki od razu przywołał mi na myśl książkę Odmieniec Philippy Gregory, która niestety niezbyt przypadła mi do gustu. Jeśli ktoś odczuwa podobne wrażenie, to nie musi się obawiać, bo Alchemia miłości reprezentuje sobą coś zupełnie innego i, moim zdaniem, jest o wiele lepsza. Natomiast jeśli Odmieniec podobał wam się, to myślę, że przeniesienie się do dawnych czasów spodoba się tym bardziej.
Alchemia miłości zabrała mnie do wspaniale wykreowanego świata, który niekoniecznie mija się z faktami. Nie mogę się doczekać kolejnego tomu, gdyż z tym skończyłam zdecydowanie za szybko! Polecam wszystkim romantykom.

Czy marzenia się spełniają?

.
źródło
Możecie mi, kochani, powiedzieć, gdzie
my mamy naszą polską zimę? Tę z zaspami, białym puchem, który skrzypi pod butami,
i bałwanami, które zostały ulepione przez dzieci, ponieważ zrobiły sobie
przerwę od zjazdów na jabłuszkach lub sankach. Mnie bardzo tego brakuje, nawet
gdybym miała oberwać śniegiem, a chłopacy mieliby wielką frajdę, i powiem
szczerze – brakuje mi śniegu. Również organizatorzy wielu zawodów sportowych
mają teraz problemy, ale nie tym się dzisiaj zajmiemy.
Historia nikomu nigdy nie zaszkodzi. Przez
wiele, wiele lat Rosjanie toczyli z nami wojny. Nie mieliśmy najlepszych
układów z tym krajem i bardzo się od siebie różnimy. Kulturą, jedzeniem,
wierzeniami. Jeśli chodzi o książkę, chciałam, żeby autorka przedstawiła w niej
klimat Rosji. Czy to się jej udało? Czytajcie dalej.

Tytuł: Wilcza księżniczka
Autor: Cathryn
Constable
Wydawnictwo: Bukowy Las
 
 

Sophie jest sierotą, jej ojciec zginął w
wypadku samochodowym i dziewczyna musi mieszkać u swojej opiekunki. Mieszkać
powinno być w cudzysłowie, ponieważ u ciotki bywa niezwykle rzadko, jest bowiem
na stałe zakwaterowana w internacie w Londynie. Dzieli pokój z dwoma
przyjaciółkami – Marianną, która jest niesamowicie mądra, i Delfiną, która
myśli tylko o ubraniach. Główna bohaterka co jakiś czas przypomina sobie o
ojcu, który nucił jej piosenki o śniegu i Rosji. Dlatego jest zakochana w tym
kraju. Jej największym marzeniem jest powrót do prawdziwego domu. Jednak ona
nie wierzy w rzeczy niemożliwe. Szczęśliwym trafem wyjeżdża na wymarzona
wycieczkę organizowaną przez pedagogów szkoły. Od przyjazdu zaczynają się dziać
bardzo dziwne rzeczy. Dziewczyny wsiadają do złego pociągu i jadą w nieznanym
kierunku, dopóki nie zostają z niego wyrzucone. Spotykają tajemniczego pana,
który zabiera ich do pałacu Wołkońskich.
frozen . | via Tumblr
źródło
Ogólnie nie wiedziałam, czego się
spodziewać po tej pozycji. Jest to debiut brytyjskiej autorki. Jak
najprawdopodobniej wiecie, pierwsze książki nie należą zazwyczaj do
najlepszych, choć miło się je wspomina. Sądzę, że Wilcza księżniczka
właśnie taka dla mnie była. Może dodam na początku, że składam ogromne
gratulacje za powieść w jednym tomie. Zdarza się to niezwykle rzadko. Nie
sadzę, że to jakiś plus, tylko gratuluję wyboru autorce. Przyznam szczerze, że
do lektury podchodziłam z dość dużym dystansem. Po kilku dniach, od kiedy
dostałam tę pozycję, zaczęły się pojawiać negatywne recenzje. Trochę się
przeraziłam i postanowiłam, że nie postawię poprzeczki wysoko.
Myślałam, że to będzie przygoda, która
zawiera sporo fantastyki, lub zwykła lektura, w której nie będzie nic o
wilkach. Wilcza księżniczka należy jednak do tej drugiej kategorii. Nie
ma się czego bać i nikt tu nie zmienia się w wilkołaka. Macie młodsze
rodzeństwo w podstawówce lub sami w niej jesteście? Książka bardzo dobra dla
was!
Najgorszą częścią Wilczej księżniczki,
nad którą autorka koniecznie musi popracować, są bohaterowie. To niezwykle
głupie postacie i nie jeśli chodzi o poziom wiedzy, a o to, że nie myślą, co
się stanie w przyszłości. Nie zastanawiają się nad konsekwencjami swoich
czynów. Naprawdę się zdziwiłam, gdy dziewczyny bez zastanowienia wsiadły ze
znajomymi do pociągu, który pojawił się znikąd. Co było dziwne, ja domyśliłam
się, jak skończy się historia, a dziewczyny nie. Na początku powieści przyjaźń
bohaterek wydawała nieco nieprawdopodobna. Nie miała żadnych zgrzytów, a po
całej przygodzie nabrała rumieńców. Co ważniejsze, główne bohaterki się
zmieniły i nie były już takie denerwujące jak na początku lektury!
Jest to pozycja nieobowiązkowa. Tym, co
mnie zdziwiło, była przewidywalność debiutu autorki Cathryn Constable i to, że
akcja gnała za szybko. To może zaczniemy od przewidywalności. Wilcza księżniczka to książka typu „happy end” – i to mi odpowiada. Z każdym
rozdziałem pojawiały się nowe tajemnice i dlatego nie odłożyłam tej lektury.
Dopiszę, że tytuł jest bardzo mylny. Nie ma tu żadnych wilkołaków i tylko od
czasu do czasu pojawiają się wilki, które są istotne dla dalszego przebiegu
historii. No właśnie, a co z akcją? Moim zdaniem jest zbyt szybka. Dziewczynka
idzie i nagle już jest na dole schodów. Brakuje tego uzupełnienia w książce.
źródło
Może wspomnę coś o okładce i języku
używanym w książce. Za każdym razem, kiedy widziałam tę powieść w
zapowiedziach, stosikach i recenzjach, osoby zachwycały się okładką. Dla mnie
jest ona hmmm… obrzydliwa. Nie, to za moce słowo. Bardzo mi się nie podoba.
Ta dziewczynka jest dziwna, tak samo jak sztuczne wilki na dole. Naprawdę nie
rozumiem waszego zachwytu. Może ktoś mi powie, co w tej szacie graficznej tak
zachwyca? A teraz język, który był niezwykle plastyczny. Czyta się bardzo szybko,
co tylko przyspiesza akcję. Sądzę, że dziewczyny, które rozpoczynają swoją
przygodę z czytaniem, będą zachwycone taką dynamiką Wilczej księżniczki.
Wilcza księżniczka brytyjskiej
autorki Cathryn Constable jest dość średnim debiutem. Przeważają minusy i nie
można postawiać poprzeczki zbyt wysoko, ponieważ można się mocno rozczarować.
Komu mogę polecić? Czytelnicy, którzy doskonale znają swój gust czytelniczy i
są bardziej doświadczeni w fantastyce, mogą tego nie polubić, czego oczywiście
im nie życzę. Znasz osobę w podstawówce lub kogoś, kto chce rozpocząć swoją
(wspaniałą) przygodę z czytaniem, Wilcza księżniczka będzie idealna.

Za podróż do Rosji serdecznie dziękuję
Wydawnictwu Bukowy Las.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Czytaj pierwszy!

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia