Bosy Gringo na dzikiej prerii

źródło
Nie znam osoby, która nie wiedziałaby, kim jest Wojciech Cejrowski. Jego program Boso przez świat został bardzo dobrze przyjęty, a książki opowiadające o najdalszych zakątkach Ziemi sprzedają się w ogromnym nakładzie. Swego czasu miałam sposobność być na spotkaniu autorskim z panem Wojciechem i muszę przyznać, że nie można mu odmówić charyzmy i tego czegoś, co sprawia, że niekiedy kilkaset osób milknie i z zapartym tchem wsłuchuje się w historie o jego przygodach. Czy jego książki są równie charakterne jak on sam?

Kiedy słyszę słowo preria mam przed oczami rozległe, opuszczone przez ludzi pustkowia. Oglądając westerny, zasypiam po napisach początkowych i nawet krajobraz mnie nuży. Postanowiłam przeczytać tę książkę ze względu na jej autora. Trudno było mi połączyć pana w hawajskiej koszuli z nudą. Czy się myliłam? Nie. Co zatem jest takiego interesującego w prerii? Przede wszystkim ludzie. Życie w Arizonie nie należy do najłatwiejszych; jest to świat, do którego jakby nie dotarła informacja, że mamy XXI wiek. Nie są to tereny zacofane, po prostu nie dołączyły do pogoni za nowoczesnością. I słusznie, to niezmiernie miła odmiana. Wojciech Cejrowski określa tamtejszych mieszkańców mianem stada, i jest to chyba idealne określenie. Wszyscy się znają i wszystko o sobie wiedzą. Jak zatem nieznany nikomu przybysz z dalekiego kraju dołączył do ich zamkniętego kręgu? Czy musiał sobie na to zaufanie odpowiednio zapracować i jak udało mu się odnaleźć w świecie, w którym wszystko może być potencjalnym powodem twojej śmierci? Zabawne sytuacje przeplatane melancholijnym czasem nicnierobienia są receptą na miło spędzone chwile z książką.

Na prerii nikt nie szczerzy się bez potrzeby, bo tu strasznie kurzy, a przecież nikt nie lubi chrzęszczenia piasku między zębami – niezależnie czy to człek czy zwierz. Dlatego na prerii wszyscy mamy gęby ciasno pozamykane.

O języku i konstrukcji. W moim odczuci Wyspa na Prerii jest pewnym rodzajem gawędy. Wojciech Cejrowski opowiada swoją historię trochę tak, jak robi się to przy ognisku. Jako że są to wydarzenia prawdziwe, autor ich nie ubarwia, ale nie przeszkadza mu to w pozostawieniu niektórych rzeczy w tajemnicy. Ciekawym dodatkiem są przypinki korektorki, która tak właściwie chyba nie istnieje. Mam na myśli, że te przypinki są prawdopodobnie dziełem samego autora, które Wojciech Cejrowski dodał dla zabawy, a przez to podjął pewien dialog z czytelnikiem. Można nawet powiedzieć, że tworzą one odrębną, dodatkową historię. Bardzo ciekawe, a zarazem niesamowicie dziwne. Jak wiele rzeczy w tej książce. Trudno wytłumaczyć, trzeba to po prostu przeczytać. Język jest zatem prosty i bardzo lekki w odbiorze. Chwilami uszczypliwy, innym razem sarkastyczny, czyli dokładnie w takim tonie, w jakim prowadzony jest program Boso przez świat. Książka podzielona jest na pięć ksiąg, przy czym każda składa się z kilku podrozdziałów. Dodatkowo zamieszczone zostały objaśnienia różnych rzeczy, które można spotkać na prerii np. Rocznik farmera oraz wkładka zdjęciowa. Naprawdę piękne obrazki, na których oglądanie można poświęcić sporo czasu. Dla wszystkich zainteresowanych tym, gdzie toczy się akcja: na początku i końcu tej pozycji zamieszczono mapę Arizony i Stanów Zjednoczonych.
Na uwagę zasługuje również wydanie książki. Widać, że wydawnictwo się postarało. Wszystkie kartki są barwione na odcienie piasku, początek ksiąg odpowiednio wyjustowany, dodatkowe informacje w postaci np. ulotek – oddzielone od tekstu. Dzięki tym zabiegom łatwo się czyta, oczy nie męczą się zbyt jaskrawym odcieniem kartek. Okładka cudownie współgra z treścią. Naprawdę porządnie wydana pozycja i nie ma tutaj przesady. Chyba wszyscy mają dość cienkich, pomiętych okładek i stron, które potrafi zniszczyć nawet lekki wiatr. A tutaj wszystko ładnie zszyte i stabilne, a kartki śliskie jak w atlasie. Da się? Da się.
źródło
Zawsze, kiedy czytam książki podróżnicze, budzi się we mnie nadzieja, że może mnie również uda się przeżyć taką przygodę. Chyba preria nie jest miejscem dla mnie, zbyt wiele tam niebezpieczeństw, i podejrzewam, że po tygodniu uciekałabym gdzie pieprz rośnie. Jednego tym, czego zazdroszczę autorowi,  jest możliwości poznania tamtejszych ludzi i trafienia do ich wielkiej rodziny. Wszyscy wydają się naprawdę niesamowitymi wariatami, a jak mówił Kapelusznik: tylko wariaci są coś warci.
Jest jeszcze coś, o czym mężczyźni nie mają pojęcia: Kobieta nigdy nie zmienia poglądów – nie musi, gdyż ma wszystkie naraz.
Książkę polecam, bo sumienie nie pozwoliłoby mi powiedzieć inaczej. Faktycznie zdarzają się fragmenty mniej interesujące – takie jak kilkustronicowe rozważanie o korniku w krześle – ale w znacznej mniejszości. To historia o życiu, a ono przecież nie jest jak w scenariuszu kolejnej części Jamesa Bonda. Dlatego Wyspę na prerii powinni przeczytać wszyscy podróżnicy-marzyciele. Emeryci, którzy nie wiedzą, co zrobić ze swoim wolnym czasem. Dzieci, które od zawsze marzyły o dzikim zachodzie. Młodzież, bo w niej nadzieja narodu, więc fajnie by było, gdyby wiedziała, że istnieje jeszcze jakiś inny świat, w którym komórka służy do czegoś znacznie innego niż komunikacja. Kto jeszcze? Nie będę wyszczególniać. Jeśli umiesz czytać, to ta książka jest dla ciebie.

Nie nazywam się poeta…

źródło
Zdarza się, że ktoś pyta mnie, co takiego jest w poezji, że tak ją lubię. Niektórzy zapewne twierdzą, że jestem naiwną romantyczką, która uwielbia ckliwe peany na temat miłości. Mylą się. W poezji najbardziej podoba mi się jej drugie dno, to jak poeta ukrywa sedno pomiędzy z pozoru nic nieznaczącymi wersami. Dawniej liryka była synonimem piękna, dzisiaj wiersz to nie tylko sposób zachwytu nad światem, ale także inny rodzaj sprawozdania z życia. Wielu wybitnych poetów poruszało tematy z pozoru nienadające się dla liryki – śmierć, nienawiść, wojna, głód. Zawsze ten typ poezji docierał do mnie mocniej od czysto schematycznych, radosnych utworów. Przez wiele lat musiałam jednak nieco tępić mój czytelniczy temperament, ponieważ ramy programowe w szkołach nie sprzyjały własnej interpretacji. Teraz, kiedy już na dobre wyrwałam się ze szponów komisji rekrutacyjnych, mogę sobie pozwolić. Pewnego dnia Kamil Wojciechowski zapytał mnie, czy mam ochotę przeczytać jego tomik poezji o tytule Klatki z codzienności. Poetom nigdy nie odmawiam, więc oczywiście się zgodziłam. Optymizmem napawał mnie fakt, że właśnie o codzienności będę mogła przeczytać. Czy entuzjazm był słuszny?

Tomik składa się na 35 wierszy o różnej tematyce. Rozpoczynamy od utworu pt. Retro-inspekcje, który opisuje wspomnienia o tylko jemu znanej kobiecie. Kończymy Zbawieniem, ale jego kontekstu wam nie zdradzę. Wszystkie prace poruszają tematykę dokładnie taką, jakiej możecie spodziewać się po słowie codzienność. Jest kilka wierszy o miłości i zdradzie. Bardzo spodobał mi się zbiór tworzący cykl Stażysta, który, jak nietrudno się domyślić, porusza temat pracy i chyba nie tylko jej. Mam mieszane uczucia: jedne wiersze przypadły mi do gustu, inne mniej, a niektórych nie udało mi się zrozumieć. Myślę, że właśnie te ostatnie wzbudzają we mnie pewien rodzaj frustracji, ponieważ nie lubię niewiadomych. Podejrzewam, że gdybym podjęła próbę przeanalizowania każdego wiersza osobno, to zapewne zanudziłabym was swoimi przemyśleniami mniej więcej w okolicach trzeciej strony. A i tak autor, czytając moje wypociny, pewnie śmiałby się do rozpuku. Tomik ten sprawia wrażenie bardzo intymnego, osobistego, tylko nie ze względu na poruszane tematy, ale ich kontekst. Odbiorca zapoznaje się z nimi, mniej więcej rozumie sens, ale nie potrafi identyfikować się z podmiotem lirycznym, zrozumieć go w pełni. Tym samym autor ogranicza nasze możliwości odczuwania. Czy to dobrze? Nie wiem. Na pewno – tak jak wiele w tym tomiku rzeczy – nietypowo.

Najlepszym podsumowaniem całej treści jest fragment wiersza Alfabeton.


[…]gdy na konkursie czytam wiersz
jakbym czytał na klatce Marzenie
rozumiem że nie jestem poetą
bo cholernie brak mi liryzmu i ciepła[…]

Kilka słów o budowie. W tym tomiku mamy do czynienia z wierszami białymi, pozbawionymi wszelkich rymów. Dziwnym, a zarazem intrygującym zjawiskiem jest niedbałe i nieco chaotyczne użycie przecinków. Przy głębszym zapoznaniu się z nimi trudno jest mi określić, czy to zabieg celowy, czy przypadkowy. Spotykałam się już z taką sytuacją na poetyckich forach internetowych, w których użycie przecinków w taki sposób jest również ważne i wnosi coś do treści. Internauci nazwali to poezją współczesną. Czy słusznie? Każdy ma swoje zdanie. Ja uważam, że wszystko można robić, ale z umiarem. Nietrudno zauważyć także dużą liczbę przerzutni, które – zgodnie z funkcją – rozbijają wers na dwa i podkreślają ważniejsze informacje. Mimo że mamy do czynienia z liryką, utwory posiadają znikomą liczbę środków stylistycznych. Wydaję mi się, że autor nawet nie chciał ich używać, a niektóre po prostu wyszły przypadkowo. Można odnaleźć w tym pewną analogię do tematyki wierszy, ponieważ nasza ludzka codzienność rzadko kiedy jest poetycka. Konstrukcja budowy wiersza jest niekonwencjonalna, trudno mi odnaleźć jakikolwiek system, którym mógł kierować się autor, a mam tutaj na myśli różnorodność w dystychach, tercynach i tetrastychach. Nawet nie podejmuję próby sklasyfikowania ich w jednym obrębie, bo prawdopodobnie bym poległa. Autor bawi się formą na wszystkie możliwe sposoby.

O języku. Również w tym przypadku autor odchodzi od obowiązujących reguł. Czytając wiersze z Klatki z codzienności, musimy wyzbyć się wszelkich wyobrażeń o języku lirycznym. W utworach występuje słownictwo potoczne, a często nawet wulgarne. Jest to na pewno coś nowego i intrygującego, jednak zachodzi pytanie: ile jest liryki w liryce? Jeszcze nie spotkałam się z wierszami, w których się przeklina, i sama nie wiem, czy jestem entuzjastką takiego rozwiązania. Uznaję jednak, że autor mocno wczuł się w tematykę codzienności, a komu z nas nie zdarzyło się przeklinać? Ponadto – szanuję otwartość. Ogromnym plusem jest zabawa symbolem. Dana rzecz lub słowo może mieć odmienne znaczenie w różnych wierszach. Na przykład motyw biedronki w jednym tekście oznacza zwierzę, a w drugim popularną sieć sklepów. W kontekście tego symbolu warto zaznaczyć bardzo określoną grupę docelową. My, jako Polacy, zauważymy znaczenie sformułowania: z biedronki mieliśmy jedynie dżem, ale inni mogliby mieć z tym problem.

Zapomniałabym o ważnym aspekcie… W utworach występuje parenteza, co było bardzo miłą niespodzianką. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że są to zdania wtrącone w nawiasie, które na pierwszy rzut oka nic nie wnoszą, ale tak naprawdę mają duże znaczenie w zrozumieniu całego tekstu. Przez to konstrukcja sprawia wrażenie swego rodzaju opowiadania. Rzadko spotykana rzecz.

Klimat wierszy jest o tyle dziwny i niecodzienny, że aż trudno uwierzyć, że utwory poruszają tematykę codzienności. Podmiot liryczny w wierszu podkreśla jednak, że jest to liryka osobista. Idąc tym tropem, dochodzę do wniosku, że nie potrafię na tyle wgłębić się w pracę Kamila Wojciechowskiego, żeby móc z całą stanowczością stwierdzić, że wszystko zrozumiałam. Nie będę się bawić w jakąkolwiek interpretację, wyniosłam z tych wierszy coś dla siebie, ale jestem niemal pewna, że nie to „co poeta miał na myśli”. Mam prawo przypuszczać, że w pewnym sensie autor chciał zagwarantować czytelnikowi pewną dozę dezorientacji. Jeśli to było celem, muszę przyznać, że się udało.

Powiedziała: opowiedz jakąś historię.
Niech będzie o tobie i o mnie. Jesteś poetą, a ja
zakochałam się kiedyś w poecie, był delikatny
opowiadał mi o lepszym miejscu
i byliśmy przez chwilę jak jedność
a wiatr potargał mi włosy[…].

(fragment wiersza Odkrywanie planety)

Tomik Klatki z codzienności kieruję do koneserów poezji. Ludzi, którzy lubią rozgrzebywać i rozkładać utwór na czynniki pierwsze; takich, którzy dzięki pracom chcą poznać wnętrze ich autora. Myślę, że wszyscy zainteresowani tego typu rozwiązywaniem zagadek poetyckich będą mieli pole do popisu. Nie jest to jednak zestaw utworów, który zaproponowałabym rozpoczynającym przygodę z liryką. Podejrzewam, że zakończyliby czytanie z tylko jednym zdaniem w głowie: wiem, że nic nie wiem.

Niestety czytałam utwory w formie e-book, nad czym ubolewam, ponieważ wolę czuć książkę w dłoniach. Jeśli znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że dogłębnie zrozumiał każdy z omawianych przeze mnie wierszy i nie mam racji w temacie ich niekonwencjonalności, niech się ze mną skontaktuje. Chętnie przeczytam jego wywód.

Wszystkich zainteresowanych twórczością Kamila Wojciechowskiego odsyłam do jego fanpage’a.

Błądze, lecz wierzę – motyw nadziei cz. III

źródło
Kiedy piszę o nadziei, czuję się jak kieszonkowiec, który chce wykraść ze snickersa tylko orzeszki. Jedyne, co mogę zrobić, pisząc ten artykuł, to przekazać wam słowa, choć na ich potwierdzenie mam tak niewiele. Mówiłam już, że nie wierzę w całkowitą utratę nadziei. Nie wierzę albo nie chcę tego robić. Widziałam sportowców, którzy nie byli faworytami, a jednak coś niosło ich do celu, i uskrzydleni, stawali na pierwszym miejscu podium. Spotykałam zwierzęta głodne i opuszczone, a jednak ciągle radośnie merdające ogonkami. Znam ludzi, którzy podnieśli się z tragedii. Wszyscy jeszcze żyją, walczą, bo to coś ich prowadzi. My, ludzie, boimy się rzeczy nienazwanych. Opisujemy, że coś było dobre lub złe, ciemne, jasne. Nadajemy kształt zjawiskom przyrody, określamy wygląd marzeń, uczłowieczamy nawet uczucia. Stworzyliśmy obraz nadziei, a teraz bez skrupułów poddajemy go wszystkim możliwym torturom. Debatujemy nad jej sensem, kłócimy się o to, czy istnieje, przekonujemy jedni drugich, że jest wieczna albo można ją utracić. We wszystkim gubimy gdzieś najważniejsze życiowe racje. Przeoczyliśmy prawdę o tym, że po prostu… jest.


Uwielbiam Wisławę Szymborską odkąd przeczytałam wiersz Kot w pustym mieszkaniu. W pewnym sensie on również pasuje do obowiązującego motywu i przytoczę go w kolejnym artykule. Tymczasem przygotowałam dla was dwa inne utwory tej autorki, oba równie piękne i urzekające.

W samej osobie Wisławy Szymborskiej przeszkadza mi tylko jedna rzecz, której nikt na Ziemi nie zdoła naprawić – to, że już nigdy niczego nie napisze.
źródło

Schyłek wieku

Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek.
Już tego dowieść nie zdąży,
lata ma policzone,
krok chwiejny,
oddech krótki.



Już zbyt wiele się stało,
co się stać nie miało,
a to, co miało nadejść,
nie nadeszło.


Miało się mieć ku wiośnie
i szczęściu, między innymi.


Strach miał opuścić góry i doliny.
Prawda szybciej od kłamstwa
miała dobiegać do celu.


Miało się kilka nieszczęść
nie przydarzyć już,
na przykład wojna
i głód, i tak dalej.


W poważaniu być miała
bezbronność bezbronnych,
ufność i tym podobne.


Kto chciał cieszyć się światem,
ten staje przed zadaniem
nie do wykonania.


Głupota nie jest śmieszna.
Mądrość nie jest wesoła.


Nadzieja
to już nie jest ta młoda dziewczyna

źródło

et cetera, niestety.


Bóg miał nareszcie uwierzyć w człowieka
dobrego i silnego,
ale dobry i silny
to ciągle jeszcze dwóch ludzi.


Jak żyć – spytał mnie w liście ktoś,
kogo ja zamierzałam spytać
o to samo.


Znowu i tak jak zawsze,
co widać poniżej,
nie ma pytań pilniejszych
od pytań naiwnych.





źródło

Uśmiechy


Z większą nadzieją świat patrzy niż słucha.
Mężowie stanu muszą się uśmiechać.
Uśmiech oznacza, że nie tracą ducha.
Choć gra zawiła, interesy sprzeczne,
wynik niepewny – zawsze to pociecha,
gdy uzębienie białe i serdeczne.

Muszą życzliwe pokazywać czoło
na sali obrad i płycie lotniska.
Ruszać się żwawo, wyglądać wesoło.
Ów tego wita, ten owego żegna.
Twarz uśmiechnięta bardzo jest potrzebna
dla obiektywów i dla zbiegowiska.

Stomatologia w służbie dyplomacji
spektakularny gwarantuje skutek.
Kłów dobrej woli i siekaczy zgodnych
nie może braknąć w groźnej sytuacji.
Jeszcze nie mamy czasów tak pogodnych,
żeby na twarzach widniał zwykły smutek.

Ludzkość braterska, zdaniem marzycieli,
zamieni ziemię w krainę uśmiechu.
Wątpię. Mężowie stanu, dajmy na to,
uśmiechać by się tyle nie musieli.
Tylko czasami: że wiosna, że lato,
bez nerwowego skurczu i pośpiechu.
Istota ludzka smutna jest z natury.
Na taką czekam i cieszę się z góry.

Nie wiem, czy u was jest dzisiaj słonecznie czy ponuro. Może macie jakieś problemy, a raczej na pewno tak jest, bo kto ich nie ma? W każdym razie mam nadzieję, że dzięki tym wierszom chociaż na chwile na waszych ustach pojawił się uśmiech.

Błądzę, lecz wierzę – motyw nadziei cz. II

źródło
Nadzieja towarzyszy nam przez całe życie. To coś niezaprzeczalnego i nawet nie chcę z tym stwierdzeniem dyskutować. Zastanawia mnie jednak, kiedy tak właściwie zdajemy sobie sprawę z jej istnienia. Czy stawiając pierwsze kroki, jako małe istoty, już mamy nadzieję, że nie upadniemy? A może po prostu wstajemy i po omacku przemy naprzód, bez względu na konsekwencje? Pierwsze przebłyski świadomej nadziei rodzą się w nas pierwszego dnia w szkole? Dużo wcześniej albo dużo później? Nie wiem. Choć bardzo chciałabym określić dzień, w którym nadzieja narodziła się w moim życiu, nie potrafię. Mogłabym próbować, ale pewnie nie miałabym racji. Nam – ludziom – pozostaje jedynie wiara, że byliśmy tacy od zawsze i wbrew wszystkim zmorom życia pozostaniemy tacy do końca. Dzisiaj poświęćmy chwilę i przyjrzyjmy się motywowi nadziei w różnych momentach ludzkiego istnienia.

Melancholijnie cofnijmy się do czasów szkolnych i poczujmy od nowa klimat tamtych dni, kiedy ważyły się losy naszego dalszego życia. A tym, którzy te doświadczenia mają jeszcze przed sobą, przybliżmy je na tyle, na ile można zrobić to słowami.
W dzisiejszym artykule przedstawiam wam wiersze, które odnalazłam w czeluściach Internetu, a które według mnie zasługują na wspomnienie w kontekście obowiązującego motywu. Niech ich autorzy będą z siebie dumni.


źródło


Znam, lubię, szanuję…

Znam, lubię, szanuję…
Ten napis na mej szkolnej ławce
Napisany był
Ktoś go napisał,
Z myślą o jedynej.
Ja to teraz czytam,
I mu odpisuje:
Znam Cię, lubię, szanuję…


Następnego dnia
Znów przy ławce siadam.
Czytam już te słowa
Piętnasty raz.
Ale obok słów tych,
Pojawiło zdanie się:
Nie znam Cię, lecz lubię,
Szanuję.

Autor: PotterRuled
źródło: http://galeria.glitery.pl/

A teraz kilka słów od człowieka, który nie jedno już przeżył.

źródło

Czy żyłeś człowieku choć raz…

Czy żyłeś człowieku choć raz jedną chwilą,
tak, aby zapomnieć tą zwykłą codzienność?
Nie myśleć o wszystkim, choć raz pić tequilę,
nie wiedzieć o świecie od świtu po ciemność.

Niedane mi było, choć raz tak dzień przeżyć,
chyba, że w młodości – ale bez tequili.
Już mi dziś nawet tak bardzo nie zależy –
młodość minęła wraz z tym cośmy cenili.

Życie dojrzałe i wartości niezmienne
przewijasz w pamięci poszukując stale
scen, które są dla nas naprawdę bezcenne,
a nuż ci się uda jakąś z nich odnaleźć…

A wiesz ty, dlaczego do wspomnień tych wracasz,
naprawdę dziś chciałbyś zagrać w takiej scenie?
A może masz tylko moralnego kaca,
to prawie wygląda jak senne marzenie.

źródło
Wiesz dobrze, nie wrócisz do czasów młodości,
za wiele się stało, minęło, zamknęło.
Nie będziesz narażał swych starych już kości,
nie zagrasz w play-back’u, życie ci przemknęło!

Ciągle zalatany bez czasu dla siebie
z jedynym widokiem na szarą codzienność,
z troską o bliskich, z myślami o chlebie
nie mogłeś narzekać wtedy na bezsenność.

Czy wszystko minęło, nic więcej nie pragniesz,
bo masz w duszy pustkę, popiół na dnie leży?
Pomyśl dłuższą chwilę, popiół nie na bagnie!
Trzeba w nim pogrzebać, błyśnie ogień świeży!

Minął czas przemyśleń, pora na działania.
Zebrać trzeba siły, nie dać się zaskoczyć
pod żadnym pozorem prawu przemijania.
Przyjąć to wyzwanie, w nowe życie wkroczyć!

Ale co mam robić? Gdy brak ci pomysłów –
oddaj się marzeniom, pamiętając przy tym
ile razy pragnąłeś, odchodząc od zmysłów,
pożyć jedną chwilą w tym życiu przeżytym.
Od Autora: Dla wszystkich, którzy skończyli pracę zawodową
i właśnie przeszli na zasłużoną emeryturę.
Autor: Luna Gaj
źródło: http://wiersze.kobieta.pl/

W czasie przygotowywania artykułów z tym motywem przerażał mnie ogrom wierszy, które mówiły o nadziei straconej. Skoro jednak poeci postanowili napisać na taki, a nie inny temat, to chyba znak, że w ich życiu nie wszystko było takie złe, a nadzieja ich jednak nie opuściła. Czy się mylę?

W następnym artykule powrócimy do pisarzy popularnych i znanych, a tymczasem zostawiam was z piosenką.

Błądzę, lecz wierzę – motyw nadziei cz. I



źródło
Jeszcze zanim ukazał się ostatni artykuł z motywem podróży w lipcu, ja myślałam o tym, co chciałabym, aby towarzyszyło nam w kolejnym miesiącu. Szukałam inspiracji, sprawdzałam tematy, jakie właśnie w sierpniu są kluczowe. Przez pewien czas skłaniałam się ku założeniu, że odpowiedni będzie motyw alkoholu, ponieważ jak wiemy, sierpień jest miesiącem trzeźwości. Znam niemal na pamięć dwa utwory, które powinny wam się spodobać. Szkic był już prawie gotowy, rozpiska czterotygodniowa dopięta na ostatni guzik i wtedy zmieniłam koncepcję. Stwierdziłam, że w tak słonecznym i radosnym czasie nie powinnam przytłaczać kogokolwiek ciężkim tematem uzależnień. Uznałam, że ten będzie świetnie współgrać z jesienno-zimowym przesileniem. Tak oto prezentuję wam dzisiaj – po wielu zmianach i wewnętrznych dyskusjach – motyw nadziei w polskiej oraz zagranicznej poezji.

Czego możecie się spodziewać po nadchodzących czterech artykułach z dzisiejszym włącznie? Utworów artystów znanych i nieznanych, pięknych wierszy pisarzy anonimowych, wyszukanych w zakamarkach Internetu, którzy być może nigdy się nie dowiedzą, że ich praca kogoś poruszyła. Wszystko to tutaj, w moim cyklu. Jan Kochanowski obok wierszy nieznanego nikomu nastolatka. Dlaczego? Wierzę, że poezji nie powinno dzielić się ze względu na prestiż.
Jedni powiedzą: nadzieja matką głupich, inni, że życie bez niej nic nie znaczy. W nas – ludzkich istotach jest pewna sprzeczność. Często obserwujemy jakieś sytuacje, przyglądamy się im i mamy pewność, jaki będzie ich finał, ale mimo to wierzymy, że może być inaczej. Nadzieja jest więc czymś dziwnym, nieodpowiednim, biorąc pod uwagę tempo dzisiejszego świata. Nie wiadomo skąd rodzi się w nas to uczucie i nie umiera do samego końca. Bez niego bylibyśmy tylko maszynami, bez wpływu na własny los. Nikt dotąd nie wyparł się nadziei. Może mówił inaczej, twierdził, że ją utracił, ale prawda jest taka, że jej światło gaśnie w tym samym czasie, w którym odchodzi nasza dusza.
Co ma na ten temat do powiedzenia liryka? Zacznijmy od klasyki.

źródło
Czesław MiłoszNadzieja
Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.

Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.
Myślą, że kiedy człowiek się odwróci,
Cały świat za nim zaraz być przestaje,
Jakby porwały go ręce złodziei.

źródło

Maria KonopnickaContra spem spero

(tł. Wierzę wbrew nadziei)
Przeciw nadziei, co stoi na chmurze
Łez, prędkim wichrom rzuciwszy kotwicę,
I obrócony wzrok trzyma na burze
I nawałnice,
W niezgasłe gwiazdy ufam wśród zawiei
Przeciw nadziei.

Tak pieśniarz ślepy, gdy noc go otoczy,
Choć wie, że rankiem nie wzejdzie mu słońce;
Podnosi w niebo obłąkane oczy
I dłonie drżące
I mroki pije źrenicą zagasłą,
Wierząc w dnia hasło.
Wiem, odleciały te ptaki daleko,
Co nam na skrzydłach niosły chwały zorze,
I z rzek już naszych te wody nie cieką,
Które szły w morze…
I syn się karmi kłosami gorzkiemi
Z ojców swych ziemi.

Sam Bóg zagasił nad nami pochodnię
I na mogiły strząsnął jej popioły.
Idziem, jak idą bezdomne przechodnie.
Z zwiądłymi czoły,
A stopy nasze zasypuje ślady
Wicher zagłady…
źródło
Wiem, niech mi smętne echo nie powtarza
Tego, co wstydem pali i co boli,
Bom ja też rodem z wielkiego cmentarza
I z krwawej roli…
I ja też lecę jak ptak obłąkany
I wichrem gnany.

Przecież o zmierzchy skrzydłami bijąca
I piekieł naszych ogarniona sferą,
Oczyma szukam dnia blasków i słońca
Contra spem – spero…
I w mogił głębi czuję życia dreszcze,
I ufam jeszcze…

Przeciw nadziei i przeciw pewności
Wystygłych duchów i śmierci wróżbitów
Wierzę w wskrzeszenie popiołów i kości,
W jutrznię błękitów…
I w gwiazdę ludów wierzę wśród zawiei,
Przeciw nadziei!
Dwa wiersze, które ukazują prawie sprzeczne obrazy.
Na zakończenie kilka słów od Stanisława Barańczaka o poezji:

Poez­ja po­win­na być nieuf­nością. Kry­tycyz­mem. De­mas­ka­tor­stwem. Po­win­na być tym wszys­tkim aż do chwi­li, gdy z tej Ziemi znik­nie os­tatnie kłam­stwo, os­tatnia de­mago­gia i os­tatni akt przemocy.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia