Moja miłość – Michał Bajor

Michał Bajor – urodzony 13 czerwca 1957 roku, wybitny polski aktor i piosenkarz. Syn aktora-lalkarza, Ryszarda Bajora, i brat aktora Piotra. Jako uczeń występował w roli piosenkarza m.in. na festiwalach w Zielonej Górze, Opolu, Sopocie i Kołobrzegu. W 1979 roku zadebiutował na scenie Teatru Ateneum w sztuce Equus P. Shaffera. Rok później ukończył PWST w Warszawie. W latach 1980-1994 aktor Teatru Ateneum w Warszawie. Od drugiej połowy lat 80. występuje przede wszystkim z własnymi recitalami, często wzorowanymi na stylu i repertuarze piosenkarzy francuskich. Nagrał kilka płyt, występował w filmach, śpiewał w musicalach. Za wszechstronne osiągnięcia w teatrze, filmie i na estradzie otrzymał nagrodę im. S. Wyspiańskiego (1985). Quo vadis jest powrotem artysty na plan filmowy. Ostatnie filmy, w których wystąpił, powstały przed dziesięciu laty (Niemoralna historia B. Sass, Ucieczka z kina Wolność W. Marczewskiego).
 
Moja miłość do Michała Bajora rozkwitła w drugiej klasie gimnazjum. I to za sprawą nauczycielki od polskiego, a dokładniej dzięki Quo vadis. Mam na myśli oczywiście film. Książka mi się spodobała, jednak nie zdołałam jej skończyć, a ekranizację oglądałam z zapartym tchem, czekając na moment, gdy Neron znów pojawi się na wielkim ekranie.
 
Nastała ta chwila. Rudowłosy Neron gra na lutni. I śpiewa. Gdy wszyscy inni w klasie rozmawiali, słuchali tylko jednym uchem, nawet nie patrząc, ja siedziałam jak zamurowana i… pochłaniałam każdą nutę, jaka wydostała się z ust aktora. Jego głos był tak niesamowicie piękny, że moja dusza zakochała się w nim, stał się jej melodią. To on obnażył we mnie niezwykłą wrażliwość i wzbudził miłość do muzyki innej niż znany mi dotychczas pop. Wpatrywałam się w oblicze nieznanego mi wówczas Michała Bajora, wsłuchiwałam się w niespotykany ton i barwę głosu. Bardzo męskiego, a jednocześnie nieziemsko delikatnego i pięknego.
 
Wzbudził we mnie ogromną moc uczuć i łzy w oczach, które starałam się ukryć przed resztą klasy, gdy słuchałam tej iście boskiej muzyki. Moja dusza śpiewała razem z nim, choć gubiła się w tekście. I nagle koniec.
 
Ogarnął mnie niedosyt, nagle zaczęło mi czegoś tak straszliwie brakować. Ale jak to już koniec? Nie! Nie… Od razu po lekcji podeszłam do pani. Spytałam, kim jest ten aktor i czy to naprawdę jego głos. Usłyszałam z ust nauczycielki dwa słowa. Dwa słowa, które na zawsze zmieniły moje życie.
Michał Bajor. 
 
Michał.
 
Bajor.
 
Czyż nie brzmi to jak poezja? Czyż nie brzmi to jak droga dla zbłąkanej, okrytej ciemnością duszy? Czyż nie są to dwa słowa, które napawają nadzieją i miłością?
 
I tak zaczęła się moja przygoda z tym cudownym artystą. Nim się obejrzałam, śpiewałam razem z nim przepiękne ballady, nie zważając nawet na to, że brzmię, jakby mi ktoś gardło podrzynał albo jakby mi słoń nadepnął na ucho. Śpiewałam Moją miłość największą, Moją drogę, Samotnie, Balladę o brzasku, Błędnego Rycerza, a także najukochańszą Inną bajkę, do której nawet napisałam wiersz i pokazałam pani od polskiego, tłumacząc oczywiście, co (a właściwie kto) było inspiracją. Radość na twarzy nauczycielki była tym, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Michał Bajor to osoba, z której głosem spędzę resztę życia. Bo raczej mało prawdopodobne było to, bym mogła posłuchać go kiedykolwiek na żywo. A pragnęłam tego niesamowicie mocno. Byłam zakochana po uszy, czego wyraz dawałam na każdym kroku, maniakalnie słuchając ulubionych 18 utworów.
 
Minęły cztery lata, a moja miłość ani odrobinę nie zmalała. Co prawda nie słucham ulubionych dzieł już tak często, ale nadal wprawiają mnie w iście anielski nastrój. Przychodzimy, odchodzimy – stópkami, nóżeczkami.
 
Nadal trwam w tej miłości. I ostatnio dostałam szansę. Mówiąc „ostatnio”, mam na myśli zaledwie 48 godzin temu. Dostąpiłam zaszczytu tak ogromnego dla mojej umęczonej miłością duszy, który wcale ciężaru nie ściągnął, a jeszcze bardziej obciążył.
 
A moją szansą był koncert Bajora, który odbył się w mieście obok mojej wsi. Jak tylko się dowiedziałam, że przyjedzie do nas, prawie oszalałam ze szczęścia. Chodziłam wokół plakatu, obserwując niezwykłe oblicze ukochanego artysty, nie mogąc uwierzyć, że to naprawdę się stanie! Wiedziałam, że dostałam możliwość poznania go na żywo, posłuchania głosu, który tak mnie fascynował przez cztery lata, w sali teatralnej. Michała Bajora prawdziwego, z krwi i kości.
 
Jednak także wpadłam w przerażenie. Bilet w cenie 60 lub 70 złotych, w zależności od wybranego miejsca. Wątpiłam w to, że rodzice dadzą mi taką kwotę. Może wydawać się, że to niewiele, jednak nie dla mnie. Bałam się spytać, wiem, że są nauczeni ogromnego oszczędzania. Nasze życie kilka lat temu nie było łatwe, przez co pojawiła się w ich umysłach pewna ostrożność.
 
Jednak, pomijając mnóstwo wylanych łez, gdy serce prawie mi pękało na myśl, że mogę pominąć tak wspaniałą okazję, by poznać Michała Bajora, w końcu się udało. Zamówiłam bilet online, wydrukowałam i położyłam w bezpiecznym miejscu, na półce, by czekał na tę wiekopomną chwilę.
 
Najgorsze było czekanie.
 
I w końcu nastał ten dzień. Gdy, cała drżąc, usiadłam na balkonie w sali, wokół mnie mnóstwo ludzi, a minuty dłużyły się jak godziny.
 
I nagle zgasło światło. A zza sceny wyszedł ON. Choć wydawał się niezwykle niepozorny, wiedziałam, że tak nie jest. Serce trzepotało mi w piersi, policzki miałam mokre od łez, które starałam się ukradkiem ocierać, by sąsiedzi po obu stronach niczego nie zauważyli. Nie mogłam przestać płakać przez 10 minut, denerwowało mnie to, ale po prostu nie mogłam. Wzruszenie tak mocno przejęło mą duszę, przelewało się z prawa na lewo, ujście znajdowało właśnie przez zasłonięte okularami oczy.
 
Gdy Bajor zaczął śpiewać, potok łez tylko się wzmógł. Czułam się jak idiotka, ale emocje zawładnęły mną bez reszty. To było zbyt piękne, żeby było prawdziwe. I dotąd bym w to nie uwierzyła, gdyby nie pamięć i stojąca przede mną ramka, co prawda nie ze zdjęciem, ale czymś równie cudownym. Gdy przechyliłam głowę w lewo, on, patrząc na mnie, także przechylił. Gdy przechyliłam w prawo, stało się to samo. I tak jeszcze kilka razy. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech przepełniony szczęściem, jakiego nigdy nie czułam. Może mi się wydawało, może tak naprawdę wcale się na mnie nie patrzył i był to jedynie przypadek lub wymysł mojego umysłu. Nawet jeśli, to domniemane urojenie dało mi ogromne szczęście. Dziwne? Tak, wiem o tym.
 
Michał Bajor opowiadał anegdotki, wspaniałe historie z życia swojej przyjaciółki Alicji Majewskiej, wspominał o kompozytorach piosenek, które śpiewał. Niestety, miejsce, na którym siedziałam, nie pozwalało mi widzieć go dokładnie; gdy kupowałam bilet, został tylko balkon… Ale głos brzmiał pięknie i głośno. Niesamowicie zazdroszczę tym, którzy byli w pierwszym rzędzie. Przez cały koncert mieli jego niezwykłe oblicze zaledwie metr od siebie. A skoro jego aura docierała na o wiele oddalony balkon, to jak ogromna musiała być tak blisko niego?
 
Czas minął błyskawicznie. Nim się obejrzałam, zapaliło się światło.
 
Błagałam, by nie była to prawda. I nagle usłyszałam te słowa: Oczywiście, będzie możliwość dostania autografu, jak tylko się przebiorę, to przyjdę do was.
 
Gdy stałam w kolejce, ręce trzęsły mi się niemiłosiernie, rozglądałam się dookoła, starając uspokoić tym swoje zszargane nerwy. Byłam coraz bliżej osoby, która przez cztery lata była moją ostoją, autorytetem. Ujrzałam swoją obecną wychowawczynię i w nerwach powiedziałam z ogromnym uśmiechem „dzień dobry”, nieważne, że była już 20.30. Spłonęłam rumieńcem, zdając sobie sprawę z własnej głupoty. Boże, dziewczyno, uspokój się!
 
Oczywiście, nie zdziwiłam się, gdy mój wzrok padł na uśmiechniętą od ucha do ucha nauczycielkę z gimnazjum, dzięki której zakochałam się w Bajorze. Stałam wtedy z głupim uśmiechem na twarzy, odprowadzając ją wzrokiem. Wiedziałam, że się pojawi, nie przepuściłaby takiej okazji.
 
I nagle nastała moja kolej. Rozprostowałam bilet i powiedziałam swoje imię. Chciałam powiedzieć więcej, uśmiechnąć się, szepnąć, jak bardzo go szanuję, jak bardzo go kocham, jak wielce jest ważny w moim życiu, ale nie potrafiłam. Patrzyłam tylko bezradna, jak jego pomarszczona dłoń niezwykle pięknym pismem kreśli moje imię. Marlena…
 
Pragnęłam go przytulić, objąć i nie wypuścić z ramion już nigdy. Ale nie byłam w stanie… Strach i przerażenie do granic możliwości przejęły moją duszę. Nie wolno mi prosić o coś takiego. Może i zgodziłby się, żebym go przytuliła, ale co, jeśliby się nie zgodził? Głupie rozterki nieśmiałej dziewczyny sprawiły, że straciłam tę szansę. Gdybym tylko wzięła aparat, to miałabym z nim zdjęcie. Gdybym się odważyła, to może powiedziałabym, kim dla mnie jest i jak wiele dla mnie zrobił, nie robiąc nic.
 
Ale nie potrafiłam…
 
Podziękowałam więc z nieśmiałym uśmiechem, naprędce chowając zdobyty autograf do torebki, dbając o to, żeby się nie pogniótł. A w domu z największym pietyzmem włożyłam go do ramki, czyniąc rzecz, z której mój tata dosłownie kilka minut temu się śmiał.
 
Nikt nie zrozumie tej miłości, jeśli sam jej nie pozna. I choć dla niektórych z was to, co teraz mówię, może być dziwne, a nawet szalone, to dla mnie jest czymś całkowicie normalnym. Coś, z czym żyję każdego dnia i tylko czasami na chwilę zamykam w sobie, by nie dręczyć swojej duszy za bardzo. Ale zaraz wracam i na nowo słucham ukochanych piosenek i głosu, który ogrzewa moje serce, sprawiając, że na powrót staję się prawdziwa. Tylko wtedy mogę się uzewnętrznić, śpiewając razem z ukochanym artystą.
 
Michała Bajora kochałam, kocham i kochać będę aż po kres jego i moich dni. Bo taki głos, taki artysta jak on nie trafi się więcej. Dla mnie jest to osoba niesamowicie ważna.
 
Obiecuję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. I wtedy się odważę. Może tych wszystkich słów nie wypowiem, ale spytam o to, co tym razem mi się nie udało. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy?
 
Nie wiem.

Na koniec pragnę zaprosić was do mojego świata! Jeśli nie znacie jeszcze Michała Bajora, to zapraszam was na muzyczną ucztę, a dokładniej: do mojej ukochanej Innej bajki.

 

 

Lucky Man

Jest 22 lutego 2015 roku. Cate Blanchett wychodzi na scenę hollywoodzkiego Dolby Theatre, w ręku trzymając złotą kopertę. To już 87. gala rozdania Oscarów. W kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy” nominowanych jest pięciu aktorów. Gdy Blanchett czyta wyróżnione nazwisko, cała sala reaguje gromkimi brawami. Tylko zwycięzca nie do końca wierzy w to, co usłyszał. W jego reakcji widać szczere zaskoczenie, radość dziecka, które otrzymało najlepszy świąteczny prezent. Eddie Redmayne odbiera Oscara, wygłaszając chaotyczną, nieskładną i pełną uroku mowę. Chyba nadal nie wierzy, chyba nie wie, co ze sobą zrobić. Mówi o sobie lucky man, czyli po prostu szczęściarz. 
Eddie Redmayne nigdy nie studiował aktorstwa. Do uczęszczania na zajęcia teatralne namawiali go rodzice. Studiując historię sztuki na uniwersytecie w Cambridge, występował w National Youth Music Theatre. Choć jego debiut przypadł na rok 2002, w castingach zaczął uczestniczyć zdecydowanie wcześniej. W wieku dwunastu lat wziął udział w przesłuchaniu do Ryszarda III, jednak został odrzucony przez samego sir Iana McKellena, odtwórcę głównej roli. W jednym z wywiadów Redmayne wyjawił, że ujrzenie sir Iana w filmowej wersji dramatu ostatecznie rozbudziło jego zainteresowanie teatrem, które zaowocowało dziesięć lat później pierwszym profesjonalnym występem na deskach Shakespeare’s Globe. Właśnie tam dwudziestoletni wówczas aktor wcielił się w postać udającej chłopca Violi, bohaterki komedii Szekspira Wieczór Trzech Króli.
 
W przedstawieniu zrealizowanym wedle zasad sceny elżbietańskiej wszystkie role grali mężczyźni. Na pierwszy sukces Eddie Redmayne nie musiał czekać długo – po swym udziale w sztuce Edwarda Albee: Koza, albo kim jest Sylwia? został wyróżniony nagrodą Critics Circle Theatre Award dla najlepszego początkującego aktora. Natomiast w 2010 roku stał się szczęśliwym posiadaczem prestiżowej nagrody Laurence’a Oliviera za swą rolę w głośnej sztuce Red, która zyskała sławę nie tylko w rodzimej Wielkiej Brytanii, ale także na nowojorskim Broadwayu. Tamtejsi krytycy również docenili talent Redmayne’a wręczając mu statuetkę Tony.  
 
Od początku najważniejszy był teatr. Kino stanowiło jedynie rozrywkę, która ˜– jak do pewnego momentu twierdził sam Eddie – nie niosła za sobą żadnej nauki. W rodzinnym domu aktora nie oglądano wielu filmów, a i on nie przejawiał zainteresowania tą dziedziną. Odkąd zacząłem występować profesjonalnie, to zawsze był teatr. Jestem prawdziwym ignorantem, jeśli chodzi o filmy, ale robię postępy – powiedział w jednym z wywiadów, wspominając również, że podczas kręcenia Kochanic króla (2008) Scarlett Johansson skomponowała dla niego całą listę produkcji, które powinien obejrzeć. Torturowany przez kolegów aktorów zaczął zgłębiać swą wiedzę na temat filmów, a ich oglądanie stało się nie tylko wciągające, ale i inspirujące. Teraz Eddie Redmayne mówi wprost: Moje życie to film. 
 
Początki jego kariery filmowej sięgają 2006 roku. Po epizodycznej roli w miniserialu HBO Elżbieta I dołączył do obsady kryminału Like Minds, gdzie zagrał oskarżonego o morderstwo nastolatka. Rok później, u boku Julianne Moore, wystąpił w dramacie Uwikłani. Potem ponownie zmierzył się z osobą królowej Elżbiety w nagrodzonym Oscarem za najlepsze kostiumy filmie Elizabeth: Złoty Wiek. Nie opuszczając dworskich realiów, wcielił się w postać Williama Stanforda, bohatera dramatu historycznego Kochanice króla (2008). Do średniowiecza powrócił raz jeszcze trzy lata później, dzięki swemu udziałowi w nagradzanym serialu Filary Ziemi. W Błękitnym deszczu (2009) jako młody grabarz odwiedzał należący do Patricka Swayze klub ze striptizem, a w Czarnej śmierci (2010) przywdział habit mnicha. Jako asystent sir Laurence’a Oliviera w Moim tygodniu z Marilyn (2011) pokazywał hollywoodzkiej gwieździe uroki Anglii. Za tę rolę otrzymał pierwszą nominację do Nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej. Potem było już tylko lepiej.
 
W grudniu 2012 na ekrany kin wszedł nowy film Toma Hoopera – Les Miserables: Nędznicy. Był to musical pod pewnymi względami wyjątkowy, ponieważ wszystkie partie śpiewane nie zostały nagrane w studiu; aktorzy wykonywali je na żywo. Za rolę Mariusa Eddie Redmayne otrzymał kilka prestiżowych nagród i nominacji. Sam film został wyróżniony trzema Oscarami, trzema Złotymi Globami i aż pięcioma statuetkami BAFTA. Jednak przełom w karierze Brytyjczyka miał nastąpić dopiero wraz z wcieleniem się w postać słynnego astrofizyka Stephena Hawkinga w głośnej Teorii wszystkiego (2015). Na przygotowanie się do roli Eddie miał kilka miesięcy. Zdołał poznać całą rodzinę Hawkinga, a przy okazji wiele osób cierpiących na stwardnienie zanikowe boczne, znane jako ALS. Rozmawiał z nimi, uczył się, a ciało trenował z pomocą tancerza. Najbardziej stresujące było spotkanie z astrofizykiem. Po wielu miesiącach czytania na jego temat, po próbach zrozumienia jego teorii, a także czasie spędzonym z innymi chorymi Eddie przyszedł i przez pierwsze pół godziny starał się powiedzieć wszystko, co wie na jego temat. Potem zaczęli rozmawiać o chorobie. Dla twórców było ważne, aby przedstawić wszystkie jej aspekty, dlatego Eddie chciał jak najwięcej wiedzieć chociażby o głosie Stephena. Ważne było także ukazanie jego ogromnego poczucia humoru. Chociaż może poruszać tylko kilkoma mięśniami, emanuje witalnością, dowcipem i kokieterią – wyznał aktor w trakcie pracy nad filmem. Rola kosmologa przyniosła mu nie tylko sławę, ale także Oscara i aprobatę oraz dumę samego Hawkinga, który nie omieszkał wspomnieć o tym za pośrednictwem portalu społecznościowego.
 
Odbierając Nagrodę Akademii Filmowej, wiedział, że wkrótce czeka go kolejne wyzwanie. Trzy lata wcześniej, podczas kręcenia Les Miserables, otrzymał od Toma Hoopera scenariusz. To może być najlepszy tekst, jaki przeczytasz, usłyszał. Wrócił następnego dnia. Jego odpowiedź była krótka: Wchodzę w to. Od tamtej pory zaczęły się jego trzyletnie przygotowania do wyświetlanej obecnie w kinach Dziewczyny z portretu. Rola żyjącej na początku XX wieku Lili Elbe, która przez wiele lat funkcjonowała w ciele mężczyzny, zapewniła mu kolejną nominację do prestiżowej nagrody. Sam Eddie twierdzi, że owa rola była dla niego wyjątkowym darem – zdołał poznać wiele podobnych do Lili osób, które zmieniły jego postrzeganie transseksualizmu i transpłciowości, a także pomogły mu w kreowaniu postaci. Dzięki nim bardzo wiele się nauczył i bardzo wiele zrozumiał. W jednej z wypowiedzi wyraził nadzieję, że Dziewczyna z portretu, opowiadająca o wyjątkowej, pięknej miłości, uczyni życie ludzi transseksualnych lepszym. Tom Hooper zapytany o dobór obsady odpowiedział: Wielokrotnie myślałem, kogo jeszcze mógłbym zaangażować, ale mój instynkt zawsze podpowiadał mi Eddiego.
 
Wielu aktorów przez całą karierę czeka na role podobnej wagi. Eddie Redmayne ma trzydzieści cztery lata, zdołał zmierzyć się już z dwiema, a wiele jeszcze przed nim. Właśnie otrzymał główną rolę w produkcji Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć według scenariusza J.K. Rowling, autorki cyklu powieści o Harrym Potterze. Większość czasu spędza w rezerwatach przyrody z trenerami zwierząt. Nowym wyzwaniem jest bardzo podekscytowany. Pytany o swój sukces zawsze ma jedną skromną odpowiedź: I’m a lucky man (ang. Jestem szczęściarzem). Trudno nie odnieść wrażenia, że obsypywany laurami czuje się nieswojo. Rzadko też potrafi zachować powagę; jego radość jest naturalna i szczera, a przemowy – pełne uroku i niedowierzania we własny sukces. Z zaangażowaniem opowiada o postaciach, które zdołał wykreować. Widać, ile pracy włożył w ich poznanie i zrozumienie. Lubi grać interesujące osoby, ale jak sam żartobliwie twierdzi: pierwszym marzeniem aktora jest zatrudnienie. Nagły wzrost sławy nie zmienił jego codzienności. Dzień po otrzymaniu Oscara wrócił do rodzimej Anglii i poszedł na zakupy do supermarketu. I to jest moja rzeczywistość – mówi. – Robię normalne rzeczy, potem jadę na festiwale filmowe ubrany w pożyczone ciuchy, pojawiam się na premierach i opowiadam o swoich pasjach. Ale ostatecznie wracam do normalności; do rodziny i przyjaciół.

Wszystkie drogi Alana Rickmana

źrodło
Teatr traktował jak religię. Aktorstwo – niczym powołanie. Do pracy podchodził z należytą powagą, do siebie i własnych słabości niekoniecznie. Kim był Alan Rickman? Bo na pewno nie jedynie Severusem Snape’em czy Hansem Gruberem. Jeśli chcesz wiedzieć kim jestem – mawiał – wszystko znajdziesz w mej pracy. A jego praca była niezwykle piękną, kolorową podróżą przez film, teatr i telewizję.

Miał siedem lat, gdy zrozumiał, że zostanie aktorem. Jednak dopiero w wieku dwudziestu pięciu postanowił aplikować do Royal Academy of Dramatic Art, ponieważ – jak sam twierdził – były też inne drogi, które musiał przejść w pierwszej kolejności. Jedną z tych dróg było studiowanie grafiki na Chelsea College of Art And Designe, gdzie poznał swą przyszłą partnerkę – Rimę Horton. Spędzili razem całe życie, mimo że potajemny ślub odbył się dopiero kilka lat temu. Ceremonia miała miejsce w Nowym Jorku, a wzięli w niej udział tylko oni dwoje; bez rodziny, przyjaciół, a nawet obrączek. 
Najprościej można powiedzieć, że Alan Rickman mógł być każdym. Różnorodność ról, które przyjmował, nie pozwoliła go sklasyfikować ani zamknąć w konkretnej szufladzie. Podróż przez kolejne postacie nie musiała mieć końca, bo nigdy nie stawiał sobie ograniczeń. Zawsze twierdził, że drogą do poważnego traktowania swojego zawodu, jest niepoważne traktowanie samego siebie; i właśnie tak robił. Dzięki temu wszystkim rolom mógł poświęcić cały swój talent i odpowiedzialność, a każdy film, w którym występował, stawał się częścią nie tyle jego kariery, co życia. Zachwycał nie tylko umiejętnościami, ale także głosem. Był aktorem, którego filmowe kwestie stawały się przedmiotem kultu, niekoniecznie ze względu na ich głębię, ale sam głos Rickmana; chociażby słynne „turn to page 394” będące częścią wypowiedzi Severusa Snape’a w Harrym Potterze i Więźniu Azkabanu. 


Pięćdziesiąt twarzy Rickmana

Miał trzydzieści jeden lat, gdy po raz pierwszy wystąpił w telewizji. Przez następne trzydzieści siedem zdołał wcielić się w ponad pięćdziesiąt postaci, a pierwszą z nich był odziany w obcisłe rajtuzy Tybalt z Romea i Julii, spektaklu zrealizowanego na potrzeby BBC w roku 1978. Cztery lata później otrzymał główną rolę w miniserialu The Barchester Chronicles, gdzie wystąpił jako wielebny, Obadiah Slope. Jednak to nie rola księdza przyniosła mu światową sławę.
W 1988 roku na ekrany kin weszła – uważana dziś za klasykę kina akcji – Szklana pułapka. U boku Bruce’a Willisa Rickman wcielił się w postać niemieckiego terrorysty, Hansa Grubera. Rola ta przyniosła mu zaszczytne czterdzieste szóste miejsce na liście 100 największych filmowych bohaterów i złoczyńców. Jako czarny charakter zabłysnął po raz kolejny przy okazji filmu Robin Hood: Książę Złodziei (1991). Za doskonałe wykreowanie postaci Szeryfa Nottingham otrzymał nagrodę BAFTA. Nie było to jego pierwsze spotkanie z tą nagrodą, gdyż rok wcześniej był już do niej nominowany. W melodramacie Anthony’ego Minghella „głęboko, prawdziwie, do szaleństwa” zagrał zmarłego mężczyznę, który pod postacią ducha wraca na Ziemię, aby pocieszyć zrozpaczoną żonę. 
Alan Rickman jako Hans Gruber


Każda postać, którą gram, ma inny wymiar. 

Aktor jest agentem przemiany. 

Po świetnych rolach w Szklanej pułapce i Robin Hoodzie Alan Rickman był utożsamiany głównie z czarnymi charakterami. W przyszłości już nigdy nie zagrał jednoznacznie złej postaci, za to jego role stawały się coraz bardziej różnorodne. W 1995 roku wystąpił pod postacią nieśmiałego romantyka – pułkownika Brandona – w obsypanej nagrodami adaptacji powieści Jane Austen pt. Rozważna i romantyczna. Rok później, za tytułową rolę w filmie telewizyjnym Rasputin, otrzymał Złotego Globa i nagrodę Emmy. Nie ograniczał się tylko do poważnych ról: w 1999 mogliśmy zobaczyć Rickmana w komedii science fiction, Kosmiczna załoga z Sigourney Weaver i Timem Allenem, a następnie u boku Bena Afflecka i Matta Damona w hollywoodzkiej komedii fantasy Dogma. 

Rickman jako dr Lazurus w Kosmicznej załodze
Kolejny przełom w jego karierze nastąpił przy okazji roli Severusa Snape’a w serii filmów o Harrym Potterze. Aktor był związany z produkcją przez dziesięć lat, a grany przez niego bohater stał się przedmiotem powszechnego uwielbienia, nie tylko ze względu na samą postać, ale właśnie na Alana Rickmana, który wykreował ją doskonale. Co ciekawe, J.K. Rowling nigdy nie zdradziła mu szczegółów dotyczących Severusa Snape’a. Udzieliła mu jedynie strzępka informacji, które pozwoliły mu myśleć, że mistrz eliksirów nie jest tak jednoznaczny i prostolinijny, jak wydaje się w pierwszych częściach sagi. W wywiadzie przyznał, że przeczytał wszystkie części Harry’ego Pottera, gdyż tylko one są wykopaliskiem wiedzy na temat bohaterów, jednak nieprawdą jest, aby kiedykolwiek użył krążących w internecie słów: Mając osiemdziesiąt lat, będę siedział w mym bujanym fotelu, czytając Harry’ego Pottera, a rodzina zapyta mnie: przez te wszystkie lata…? Odpowiem: Zawsze. W rzeczywistości, ów cytat został wymyślony przez jednego z fanów i w tajemniczy sposób przypisany Rickmanowi. Niestety, rola Snape’a sprawiła, że został łatwo zaszufladkowany, przez co fani, piszący do niego listy, nie powinni o niej wspominać, jeśli chcieli uzyskać odpowiedź. Co prawda, dla Harry’ego Pottera odrzucił możliwość podkładania głosu lordowi Farquadowi ze Shreka, ale w międzyczasie wcielał się również w inne role.
Alan Rickman jako Severus Snape
Jedną z nich była postać zazdrosnego męża Emmy Thompson w komedii romantycznej To właśnie miłość z 2003 roku. Natomiast za rolę kardiochirurga, Alfreda Blalocka, w filmie telewizyjnym W rękach Boga otrzymał kilka nominacji do prestiżowych nagród. Zagrał także w cenionym filmie Toma Tykwera: Pachnidło: historia mordercy, gdzie pod postacią zamożnego szlachcica, a przede wszystkim zatroskanego ojca, pragnął ochronić córkę przed morderstwem. Wraz z Johnnym Deppem i Heleną Bonham-Carter sprawdził się nie tylko aktorsko, ale i wokalnie w mrocznym musicalu Tima Burtona Sweeney Todd: demoniczny golibroda z Fleet Street. Współpraca ze znanym reżyserem nie skończyła się na jednej produkcji: w 2010 roku Alan Rickman użyczył głosu Absolemowi, palącej shishę gąsienicy z Alicji w Krainie Czarów. Podczas ostatnich lat swej kariery był też kochającym sztukę magnatem oszukanym przez Colina Firtha w komedii kryminalnej Gambit, czyli jak ograć króla oraz Ronaldem Reaganem w Kamerdynerze
Alan Rickman był terrorystą. A oprócz tego nauczycielem eliksirów, złym mężem, chirurgiem, sędzią, kosmitą, gąsienicą, szlachcicem i prezydentem. Przywołując więc kwestię sprzed kilku akapitów, najprościej można powiedzieć, że mógł być wszystkim. Jednak jego kariera filmowa nie polegała jedynie na aktorstwie. W 1997 roku wyreżyserował Zimowego gościa – dramat opowiadający nie tylko o srogiej zimie w małej, szkockiej miejscowości, ale także o trudach starości i rodzinnych relacjach matki z córką. Film doczekał się trzech nagród na festiwalu w Wenecji i czterech nominacji. Sam Rickman wcielił się w nim w rolę zwykłego przechodnia, który niepostrzeżenie wpada na główną bohaterkę na ulicy. Z kolei w 2014 roku został Ludwikiem XIV w wyreżyserowanym przez siebie kostiumowym komediodramacie Odrobina chaosu z Kate Winslet i Helen McCrory. 
Alan Rickman jako sędzia Turpin

Nie samym filmem żyje aktor 

Alan Rickman powiedział kiedyś, że teatr jest jego religią. Było to miejsce, od którego zaczął i do którego zawsze wracał. Zasłynął nie tylko jako aktor filmowy, ale przede wszystkim teatralny. Początkowo pracował nad Mewami Czechowa i The Grass Widow Wilsona w niezależnym teatrze Royal Court. Jego kariera teatralna zaczęła rozkwitać, gdy dołączył do Royal Shakespeare Company w 1978 roku. Trwająca dziesięć lat współpraca zaowocowała rolami w takich sztukach, jak: Burza, Jak wam się podoba, Stracone zachody miłości, Troilus i Kresyda czy Antoniusz i Kleopatra. Jednak Rickman nie był z tego zadowolony. RSC uważał za fabrykę, w której produkuje się zbyt wiele sztuk na raz, nie poświęcając uwagi żadnej z nich i nie pomagając młodym aktorom w rozwijaniu się. 
Za przełom w jego teatralnej karierze uważa się główną rolę Hrabiego de Valmonta w adaptacji Niebezpiecznych związków napisanej przez Christophera Hamptona. Dwa lata po premierze w 1985 roku spektakl został przeniesiony na Broadway, gdzie został uhonorowany nominacją do nagrody Tony (Antoinette Perry Award for Excellence in Theatre) i Drama Desk Awards. 
Niebezpieczne związki, 1985
Alan Rickman jako Hamlet, 1992

W 1986 zagrał Hendrika Höfgena w dramacie Klausa Manna – Mephisto. Premiera spektaklu odbyła się w londyńskim teatrze Barbican. Nie ograniczał się jedynie do brytyjskiego teatru; w japońskiej sztuce pt. Tango at the End of Winter wykreował postać słynnego aktora. Rok później wcielił się w rolę księcia Hamleta w Riverside Theatre Nottingham. Mimo powszechnego przekonania, że rola w tym szczególnym dramacie jest dla każdego aktora wisienką na torcie, Alan Rickman wcale nie spoczął na laurach. Pozostawał w teatrze, bo właśnie tu czuł się najlepiej. W 1998 roku występował jako Marek Antoniusz w Antoniuszu i Kleopatrze, mimo iż dwadzieścia lat wcześniej, w tej samej sztuce, grał jedynie żołnierza. Rok 2001 na nowo przeniósł Rickmana na Broadway po sukcesie komedii romantycznej Private Lives zrealizowanej w Albery Theatre w Londynie. W samym Nowym Jorku sztuka została wystawiona sto dwadzieścia siedem razy, przynosząc twórcom wiele prestiżowych nagród, w tym nagrodę Tony, do której były już nominowane Niebezpieczne związki.
W branży teatralnej Alan Rickman również zasłynął jako reżyser. Głośnym echem odbiła się zrealizowana przez niego sztuka My Name Is Rachel Corrie bazująca na pamiętniku i wiadomościach samej Rachel – amerykańskiej studentki i aktywistki, która zginęła, zmiażdżona przez buldożer, podczas jednego z protestów w Palestynie. Spektakl zdobył Theatregoers’ Choice Award dla Najlepszego reżysera i Najlepszej nowej sztuki. 

Nigdy nie byłem zdolny do tworzenia planów w moim życiu. 

Po prostu wędrowałem od rozterki do rozterki.

Podróż Alana Rickmana trwała niespełna siedemdziesiąt lat. Od krótkiej kariery grafika przez studia aktorskie, występy teatralne, telewizyjne i filmowe aż po reżyserię. Każda produkcja, w której występował, niosła ze sobą coś nowego, a każdy bohater był inny od poprzedniego. Doskonale sprawdzał się zarówno w rolach tragicznych, jak i komediowych. Co więcej, był jednym z najlepszych aktorów szekspirowskich w dzisiejszej Anglii. I wciąż podróżował: od kapłana do Marka Antoniusza, a potem jeszcze dalej.
To role zdobywają nagrody, nie aktorzy – powiedział podczas jednego z wywiadów. Prawdą jest, że Alan Rickman nigdy ról nie selekcjonował, bo żadna nie była ważniejsza od drugiej. Do każdej podchodził z jednakowym zaangażowaniem, gdyż aktorstwo nie było jedynie jego pasją, ale i rzemiosłem. I tak, jak obiecał: swą pracę traktował bardzo poważnie, siebie – z dużym dystansem. Odgrywanie prostych postaci nie uwłaczało jego godności, a wcielanie się w wybitne jednostki nie napawało go dumą. Być może dlatego, że życie Alana Rickmana nigdy nie było pogonią za wspaniałą karierą czy światową sławą. Było po prostu podróżą przez kolejne drogi, które zechciał przejść.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia