Batman: Śmierć rodziny – kontrowersją po sukces?

Są takie komiksy, które absolutnie łamią standardy oraz przekraczają wszelkie granice smaku tylko po to, by ukazać grozę i dramaturgię opowieści. Komiksy, których twórcy nie cofają się przed niczym, przed absolutnie żadnym zabiegiem artystycznym, by pokazać coś nowego, coś świeżego i opowiedzianego inaczej.

Czekałem na przeczytanie tego komiksu od miesięcy. Zawsze coś mi wypadało, zawsze coś odciągało od niego uwagę. Gdy nadeszły urodziny, a jeden egzemplarz wpadł mi w ręce, w końcu nadszedł czas na lekturę. Chwyciłem ohydnie, ale niesamowicie dobrze wyglądającą okładkę edycji limitowanej i zacząłem zagłębiać się w opowieść. Co w niej znalazłem? Co mnie zszokowało? Zapraszam was, moi drodzy czytelnicy, do recenzji komiksu będącego tomem trzecim serii, którą ostatnio recenzuję – Batman: Śmierć rodziny.

Tytuł: Batman: Śmierć rodziny
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki:  Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont

Joker zniknął rok temu. Bez twarzy, którą ściął mu Dollmaker i bez żadnego powodu. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nim działo, ale nikt też się tym nie przejmował. Ważne, że zniknął z Gotham, prawda? Całun spokoju spadł na miasto. Wszyscy jak gdyby zapomnieli o grozie, jaką niesie ze sobą Książę Zbrodni za każdym razem, gdy znajduje się w okolicy. Wszyscy poza Batmanem. Nietoperz szukał śladów, obserwował i czekał. Czekał, bo wiedział, że Joker żyje. A jeśli żyje, to jest praktycznie stuprocentowa pewność, że powróci. Nie wiadomo po co. Nie wiadomo kiedy, ale… wróci. I tak jak zwykle bywa, Największy Detektyw Świata nie mylił się. Pewnego deszczowego dnia na komisariacie policji zgasły światła. To był On. Wrócił po swą zawieszoną na kołku na komisariacie nadgniłą twarz, mordując kilkunastu ludzi. Przy życiu zostawił jedynie komisarza Gordona. Po co wrócił? Och, to nigdy nie jest proste, prawda? Widzicie… klaun stwierdził, że bliscy Batmana, jego kochanego Batmana, zmienili go. Osłabili. Osłabili jego Nietoperza. Joker nie mógł przecież na to pozwolić, prawda? Postanowił wyzwolić Batmana. Naprawić go. Naprawić go tak samo, jak naprawił siebie przez ten rok. Można powiedzieć, że ruszył w bardzo nostalgiczną podróż po swych pierwszych zbrodniach. Ze zgniłą twarzą przyczepioną w charakterze maski. Zabawne, prawda? Och, on z całą pewnością tak właśnie uważa…

Opowieść jest niezwykle uniwersalna, gdyż nie wymaga czytania poprzednich tomów tej serii, ale pomimo wszystko przydatna byłaby znajomość jednego z tomów Detective Comics, które ukazują wydarzenia sprzed zniknięcia Jokera, wydarzenia, które do tego zniknięcia prowadzą. W tej opowieści dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Batman jest bezsilny. Pomimo tego, że teoretycznie wszystko ma pod kontrolą, to psychicznie przestaje już wierzyć, że rozumie swego największego adwersarza. Do tej pory myślał, że rozumie mniej więcej jego motywy, że potrafi rozgryźć jego plany, ale tym razem nie ma pojęcia, jak rozgryźć Klauna. W pewien dziwny sposób czuje, że Joker żywi do niego naprawdę silne uczucia. Pewien rodzaj pokręconej przyjaźni bądź też miłości. Więź. Świadomość, że Batman jest uzupełnieniem Jokera, a Joker uzupełnieniem Batmana przeraża Bruce’a. Boi się on, że w pewien sposób, oszczędzając go i trzymając przy życiu, za każdym razem na nowo tworzy tego szaleńca. Że pozwalając mu żyć skazuje wielu niewinnych ludzi na śmierć. Najgorsze jest to, że Batman wie doskonale, że jest to prawda. Prawo zawodzi. Zawodzi ludzi. Zawodzi Batmana. A Joker doskonale wie, co kieruje jego rywalem. Wie dokładnie, co go boli. I wie doskonale, gdzie uderzyć, by zabolało.

Zwątpienie dotyka również bliskich Batmana, których Klaun wodzi za nos, strasząc, że zna ich tożsamości. Twarze pod maskami. Komiks jest więc pełen zwątpienia. Pełen silnych, sprzecznych emocji. Rozumiemy strach naszych bohaterów. Rozumiemy, że nie wiedzą, co konkretnie mogą zrobić w tej sytuacji. W głębi duszy winią za wszystko Batmana, choć starają się mu tego nie mówić. A on to czuje. I to tym bardziej wyprowadza go z równowagi.

Opowieść jest niezwykle trudna i wciągająca. Dodatkowe smaczki również znajdują się tu i ówdzie. Na przykład żarty Jokera na komisariacie skierowane do komisarza Gordona: „Och, a to znasz? Przychodzi klaun w hawajskiej koszuli…”. Jest to oczywiście nawiązanie do kultowego Zabójczego Żartu, w którym Joker w hawajskiej koszuli paraliżuje córkę Gordona, Barbarę. Dla fana to prawdziwa gratka.

Kreska prezentowana przez komiks nie odstaje, a wręcz nie różni się niczym od kreski zastosowanej w przypadku dwóch poprzednich tomów. Różni się jednak klimat rysunków oraz tonowanie kolorów. W Mieście Sów klimat rysunków był oczywiście mroczny i ciężki, ale w Śmierci rodziny jest on wręcz… niekomfortowy. Dziwny. Niesmaczny. Przez niezwykłą dbałość rysownika o detale możemy zauważyć nawet muchy chodzące po zgniłej twarzy Jokera. Nietrudno domyślić się, że to przez smród martwego od ponad roku kawałka ciała. To niezwykle działa na wyobraźnię. Efektu dopełnia mrok, który wypełnia panele. Praktycznie nie mamy tutaj do czynienia z ciepłymi kolorami. Kolorami jasnymi czy oddającymi jakiekolwiek życie. Nawet serwowany nam od czasu do czasu pomarańcz jest wyblakły i blady. Słaby.

Komiks taki właśnie jest. Ciężki. Ukazuje nam, jak Joker wpływa na umysły swych przeciwników. Odbiera im smak życia. Sens życia. Odbiera im ich dumę i nadzieję oraz poczucie celu w walce z przestępczością. Momentami miałem wrażenie, że kolorystyka ma właśnie sprawić wrażenie takiej, jak widzą świat bohaterowie. Ponuro. Komiks zastosował obsceniczność w celu nakreślenia, jak szalonym i psychopatycznym osobnikiem jest Joker. Twórca posunął się do paneli obrzydliwych i nieestetycznych. Posunął się do ukazania bestialstwa Jokera w zupełnie nowym wymiarze, który z pewnością na zawsze zmieni tę postać. To nie tylko ohydny wygląd zewnętrzny… Pan J. się zmienił. Przyznaje to nawet Harley, która została włączona do opowieści, jako kolejny element szalonego planu Jokera. Element, który zostanie okrutnie wykorzystany i pozostawiony samemu sobie.

1566202-

Batman: Miasto Sów – czy dotrzymuje kroku?

A więc nadeszła pora, byśmy kontynuowali naszą, powiedziałbym, magiczną podróż przez tę sprezentowaną mi na urodziny serię komiksów. Jesteśmy już po recenzji Trybunału Sów, którą przeczytać możecie tutaj. Teraz nadszedł czas na sequel. A jak to z tymi sequelami bywa, jeśli prequel był dobry, to fani oczekują czegoś o wiele lepszego i mocniejszego od kontynuatora serii. Czy Miasto Sów trzyma poziom świetnego Trybunału…? Czy komiks jest spełnieniem również moich oczekiwań w stosunku do kontynuacji serii, co do której miałem wielkie nadzieje? Zapraszam do lektury tekstu, który powinien rzucić nieco światła na nocne Gotham.

 

Tytuł: Miasto Sów
Scenariusz: Scott Snyder 
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont

Historia przedstawiona w tym komiksie jest kontynuacją fabuły z części pierwszej. Rozpoczyna się w posiadłości Wayne’a, która zostaje napadnięta przez tabun szponów mających za zadanie zabić Bruce’a i wszystkie osoby znajdujące się w posiadłości. Jak się po chwili okazuje, Trybunał obrał sobie za cel nie tylko Batmana i Wayne’a, ale także wszystkie najważniejsze osoby w mieście. Organizacja – jak widać – zaczęła działać czynnie i próbuje przejąć absolutną kontrolę nad miastem, które uważa za swoje. Z pomocą przyjdą mu przyjaciele i rodzina. Batgirl, Damian Wayne, Nightwing i kilkoro innych, znanych nam z uniwersum DC postaci. Pomogą oni Batmanowi, nadal załamanemu po wydarzeniach z części pierwszej, odzyskać kontrolę nad miastem, które kocha, i pokonać Trybunał Sów, zacieśniający swe szpony na mieście. Oprócz tego wątku mamy kilka historii pobocznych, takich jak „narodziny” Mr. Freeza czy też historia pewnej młodej ambitnej dziewczyny starającej się pomóc Batmanowi pomimo jego niechęci do mieszania się w jego sprawy.

Należy zauważyć, że komiks nie jest już tak nastawiony na śledztwo i fabułę jak pierwsza część. W pierwszej mieliśmy do czynienia z komiksem skupionym na opowieści jako takiej. Przedstawianie historii. Tutaj historia jest w nie mniejszym stopniu opowiadana i nie mniej ciekawie, ale twórcy postanowili bardziej skupić się na odczuciach bohaterów. Na emocjach, które nimi targają podczas tej niebezpiecznej i nieco samobójczej misji. Batman przestaje wierzyć w siebie. To jego rozterki i walka z nimi są najciekawszą stroną tego komiksu. Widzimy, jak nasz bohater przeistacza się ze złamanego, zrozpaczonego człowieka w dumną i gniewną istotę, która musi dla swojego miasta i swoich bliskich przegryźć tę gorzką pigułkę, jaką jest świadomość, że nigdy tak naprawdę do końca nie poznał Gotham, i walczyć. Iść przed siebie. Bronić wszystkiego, co mu drogie, ale też wszystkiego, co dla niego bolesne. Widzimy bohatera, którego znamy. Profil psychologiczny, który potrafimy zrozumieć. Wielokrotnie czułem w sercu wiele żalu i wiele różnorodnych kłębiących się we mnie emocji, gdy czytałem kwestie Wayne’a. Rozumiałem jego strach. Jego ból i gniew. Miasto Sów jest napisane właśnie postaciami. Nie wydarzeniami i scenami jako takimi. Tę historię najbardziej budują jej bohaterowie, którzy bardziej nawet niż walczyć z Trybunałem, muszą walczyć ze swymi własnymi wewnętrznymi demonami, które trawią ich już od dawna.

Komiks pod względem kreski nie różni się znacząco od swojego poprzednika, ale warto tu wspomnieć o kilku istotnych kwestiach. Jest on o wiele mroczniejszy pod względem palety barw i lokacji. Klimat został dość poważnie zmieniony względem części poprzedniej. Tak jak Trybunał Sów był tajemniczym, pełnym niedopowiedzeń komiksem, tak Miasto Sów jest przepełnione akcją, mrokiem i powagą. To się czuje, uwierzcie mi. Czujemy od pierwszego panelu, że mamy tu do czynienia z opowieścią dramatyczną, kulminacyjną i ciężką. Mamy uwierzyć, że misja Batmana jest z góry skazana na porażkę. Kolorystyką i stylem rysowania zastosowanym w tym komiksie autorzy starają się nam podkreślić, w jak złej sytuacji znalazł się nasz bohater i jak ciężko będzie mu cokolwiek w tej sprawie poradzić.

Sam rysunek, tak jak w przypadku Trybunału Sów, stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nie odstępuje od swego „ojca” i nadal cieszy wzrok oraz zmusza niekiedy do zastanowienia się nad poszczególnymi panelami, w których nie raz zawarta jest symbolika dotycząca danej sytuacji. Pamiętam jeden panel, który ukazywał okno w pokoju jednego z przodków Bruce’a, terroryzowanego przez Trybunał. W oddali, daleko na niebie, widać było małą plamkę z delikatnie zarysowanym kształtem. Była to sowa. Zwiastun nadejścia Szpona. Nadejścia śmierci zesłanej przez Trybunał Sów. Ma to swój klimat i cholernie satysfakcjonuje odnalezienie tego typu elementów otoczenia, które przemawiają do nas bez słów.

Miasto Sów to komiks potężny. Komiks, który tak jak jego poprzednik stoi na naprawdę wysokim poziomie – i polecam go tym wszystkim, którzy przeczytali część poprzednią! Owszem. Jest to chyba jedyna wada tomu drugiego: jest on przystosowany do osób, które są zapoznane z pierwszym tomem. Dla osób, które zaczynają od Miasta…, może być on nieco skomplikowany i nielogiczny. Mówiąc prościej: jest nieprzyjazny dla nowych użytkowników! Starałem się jednak oceniać go jako dopowiedzenie, kulminację i uzupełnienie tomu pierwszego. Razem te dwa komiksy stanowią kawał porządnej batmańskiej rozrywki, której żaden fan DC i po prostu porządnych, przepełnionych emocjami historii nie może przeoczyć.

cdn.

Batman: Trybunał Sów

 

Chyba wszyscy lubimy dzień naszych urodzin, prawda? Dzień, w którym spotykamy się z przyjaciółmi i rodziną, cieszymy swoją obecnością i oczywiście otrzymujemy różnorakie prezenty, najlepiej, by były one od serca i pokazywały, jak bardzo zależy nam na osobie, która jest nimi obdarowywana. Przyznam, że i ja miałem kilka dni temu urodziny, już dziewiętnaste, nawiasem mówiąc. Moi znajomi przeszli jednak samych siebie pod względem prezentu. Otrzymałem od nich całą dostępną w Polsce serię komiksów New DC 52 od Batman: Trybunał Sów aż po Batman: Cmentarna Szychta. W ciągu następnych tygodni mam zamiar je wam zrecenzować, rozpoczynając właśnie od tomu pierwszego, wydanego w 2011 roku pod tytułem Batman: Trybunał Sów. Nie chcąc przedłużać – zapraszam do tekstu.

Tytuł: Batman: Trybunał Sów
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Tusz: Jonathan Glapion
Wydawnictwo: Egmont

Warto na początku wspomnieć o czym konkretnie traktują kolejne strony tego właśnie komiksu. Batman zostaje wezwany do oględzin przybitego rzutkami do ściany trupa. Rzutki te mają na głowniach logo sowy. Logo to kojarzy się i Batmanowi i Harveyowi Bullockowi ze starą legendą Gotham o grupie tajemniczych ludzi/istot, które od wieków niepodzielnie i niestrudzenie rządzą Gotham, pozbywając się swych przeciwników za pomocą Szponów, elitarnych zabójców na ich skinienie. Batman z początku nie wierzy w owych morderców, dopóki nie grożą oni śmiercią Bruce’owi i niepodzielnie i niestrudzenie i nie próbują rzeczywiście go zabić. Szybko okazuje się, że nie jest on pierwszą osobą z rodziny, która padła ofiarą Trybunału Sów. Czy to może być prawdą? Czy Gotham nie jest jednak miastem Batmana, a makietą, na której grają gracze o wiele poważniejsi i potężniejsi od niego? Czy to wszystko przemknęło Nietoperzowi pod nosem niezauważenie? I czy uda mu się powstrzymać tajemniczego mordercę?

Cóż… jeśli pragniecie odnaleźć odpowiedź na te pytania, to serdecznie zapraszam was do przeczytania komiksu. To jest chyba jego największą zaletą – opowieść. Nie jest to komiks w stylu Husha, który recenzowałem jakiś czas temu i który stał bardziej przemyśleniami głównego bohatera i wewnętrznymi rozterkami reszty bohaterów. To nie Mroczny Rycerz kontratakuje, który opowiadał o beznadziejnej walce w przeżartym korupcją systemie. To komiks detektywistyczny. Komiks czysto fabularny, który opisuje wielowątkową opowieść z kilkoma ciekawymi zwrotami akcji, a także odniesieniami do różnych komiksów, które wyszły przed nim. W tę opowieść wplątane są dobrze znane fanom tego świata postacie – syn Bruce’a, Nightwing, Alfred – wierny lokaj, Jim Gordon i Harvey Bullock, a także gościnnie w panelu lub dwóch występują postaci takie jak Kobieta Kot czy Batgirl. Ktoś, kto choć chwilę przesiedział nad komiksami DC, z pewnością poczuje się tu jak w domu i szybko odnajdzie na „osi czasu” (o ile coś takiego w DC istnieje) i komfortowo przebrnie przez solidny scenariusz.

Co jednak buduje każdy komiks, zarówno ten solidny, jak i słaby? Rysunki. Kolory. Klimat, który one tworzą. W tym akapicie pragnę wspomnieć właśnie o tym aspekcie Trybunału Sów. Niezwykle lubię ten rodzaj kreski. Szczery, brutalny i brudny. Tak ludzki i bliski memu sercu i światu, jaki nas otacza, że niezwykle łatwo mi wsiąkać w każde dzieło rysowane w ten sposób. Bo ten komiks, jakkolwiek obscenicznie to nie zabrzmi, ocieka brudem. Pławi się w nim. Pławi się w krwi i rysunkach, które oddają całą grozę lub całe piękno sytuacji. Rysunki, które nie boją się być kontrowersyjne, komiksy, które takie są, zasługują na pełen szacunek. Czuję, że tego rodzaju podejście do tematu rysownictwa odkłamuje komiksy jako takie. Ukazuje odbiorcom, że nie są to już bajeczki dla małych dzieci, w których strach podejmować kontrowersyjne tematy. Takie podejście ukazuje komiksy jako pełnowartościową rozrywkę dla ludzi w każdym wieku i różnorakiej wrażliwości. Uważam, że rysunki ogromnym plusem Trybunału…. Szczegółowe, brudne i szczere do bólu – tak najłatwiej je opisać.

Gdy rysunki prezentują ten typ ekspresji, nie trudno się wam chyba domyśleć, jaki klimat towarzyszy stronom tego komiksu. Jest to ciężka i mroczna historia o poszukiwaniu prawdy i walce ze słabościami. Ukazanie, że nawet superbohatera da się złamać, ale że ze wszystkiego możemy powstać silniejsi. Czujemy, że nie rozumiemy i nie znamy Gotham. Odczuwam to wraz z Batmanem, który wątpi w swoją potęgę, swoją wyższość i przewagę nad przeciwnikami. Jego ukochane miasto wymyka mu się z rąk. Miasto, które przysięgał bronić. Komiks jest intrygujący i tajemniczy, bardzo brutalny i szczery, ale przede wszystkim bardzo w stylu DC. W stylu, który odrzuca wielu ludzi, ale i wielu przyciąga. Mnie ta brutalna szczerość niezwykle zafascynowała. Kolory, w przewadze pomarańcz, czerń i biel, są silnie eksponowane i każdy panel przykuwa nasz wzrok, skłania do delektowania się rysunkami oraz szczegółami i poszlakami na nich zawartymi.

Batman: Trybunał Sów to komiks genialny, którego wady ciężko wyliczyć choćby na palcach jednej ręki. Jedyną wadą, jaką znalazłem, jest to, że czuć, iż jest to jedynie część historii o Trybunale, która rozwinięta będzie w Tomie 2. Czuć, że Snyder gra na naszych emocjach tylko po to, by przytrzymać nas w napięciu do rozwiązania całej tej afery w tomie drugim, za który biorę się za chwilę, gdy tylko moja recenzja zostanie zaplanowana na dzień, w którym ją czytacie. Polecam serdecznie Trybunał Sów, ale pamiętajcie – jeśli zobaczycie sowę, nie uciekajcie. Jej Szpon i tak już idzie waszym śladem. 

Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje

Szanuję klasykę. W końcu to właśnie klasyki rozpoczęły trendy, wniosły do gatunków nowe nurty oraz stworzyły całkowicie nowe. Człowiek, który pasjonuje się czymś, a nie zna choćby pobieżnie „staroci” czy początków swojej pasji, nie jest tym naprawdę zaintrygowany. Sięgnąłem więc po kontynuację jednego z takich klasyków w wydaniu zbiorczym. Batman: Powrót Mrocznego Rycerza wydany w 1986 roku był komiksem rewolucyjnym, bardzo dobrze przyjętym zarówno przez recenzentów, jak i czytelników, który wprowadził do gatunku wiele nowego. Gdy po piętnastu latach Frank Miller zapowiedział jego kontynuację, oczekiwania, co nie dziwi, były ogromne. Czy Mroczny Rycerz rzeczywiście kontratakuje? Czy komiks spełnia oczekiwania? 

 

Tytuł: Batman: Mroczny Rycerz kontratakuje
Autorzy: Frank Miller, Lynn Varley 
Wydawnictwo: Egmont
Komiksy

Na początek warto wspomnieć, o czym jest komiks, a raczej: co kontynuuje. Kontynuuje on fabułę z poprzedniego, legendarnego – jak wspomniałem – komiksu. Podstarzały Batman szkoli w ukryciu superbohaterów, samemu udając przed światem zmarłego. W świecie, który się zatracił, który został zniewolony i jest trzymany za twarz, tylko on nadal wierzy w wolność i o tę wolność zamierza walczyć. Na jego drodze staną nie tylko czarne charaktery DC, ale również Superman, który uważa Bruce’a Wayne’a za siewcę chaosu i zniszczenia, samozwańczego bohatera, którego pomocy nikt już nie potrzebuje. Mamy więc, co jest niezwykle typowym szablonem fabularnym dla DC, konflikty wewnętrzne naszych bohaterów, którzy muszą odnaleźć się w zmieniającym się i nieprzychylnym już dla siebie świecie. Odrzuceni i niepotrzebni, znienawidzeni przez opinię publiczną, zakłamaną przez totalitarne, światowe rządy znani superbohaterowie próbują nadal działać, tracąc wiarę w sens swego trudu i znoju. Jest to niezwykle intrygujące i głębokie: obserwować ich emocje, czytać ich rozmyślania i rozumować wraz z nimi.

Komiks napisany jest tak, że bardzo łatwo możemy się wczuć w przedstawioną opowieść oraz rozterki jego bohaterów. Pomimo że są to superbohaterowie, ten komiks zdziera z nich pewność siebie, intelektualną przewagę nad zwykłymi mieszkańcami oraz cały przypisany im patos. Pokazuje ich jako ludzi – ludzi, którzy pragnęli się poświęcić w obronie niewinnych; ludzi teraz odrzuconych i zepchniętych na margines historii. Fabuła to bardzo mocna, chyba najmocniejsza strona tego komiksu. Emocje, które wywołuje, w tym niekiedy śmiech (gdyż Miller osadził w komiksie sporą garść humoru, często czarnego czy zwyczajnie głupawkowego), pokazują nam, że autor nie stracił pazura do historii jako takich. Gdyby komiks stał się jedynie historią…

 

…to nie musiałbym w tym akapicie mówić, jak okropne są w tym komiksie rysunki. Ja wszystko rozumiem – komiks jest kontynuacją legendarnego klasyka z lat 80. i założenie było takie, aby jak najbardziej przypominał on rysunkowo pierwowzór, ale jak na rok wydania komiksu… cóż. Nie będę owijał w bawełnę – rysunki są ohydne. Niedokładne, niewyraźne i wyglądają bardziej jak abstrakcja niż panele komiksu. Bolały mnie niekiedy oczy podczas wertowania jego stron, gdyż wielość kolorów, kresek i kształtów nieco przytłaczała mój umysł, ale nie w pozytywnym sensie, niestety. Czytany w 2016 roku tuż obok drugiego tomu Wiecznego Batmana wypada on niezwykle biednie i, niestety, tym razem wmawianie sobie, że coś miało pewne założenie, mi nie pomaga. Efekt z całą pewnością został osiągnięty, ale poza zapaleńcami starej szkoły rysunkowej to raczej niewielu zostanie przez tę szatę graficzną przyciągniętych.

Szczególnie młodzi czytelnicy poczują się odstraszeni, co zresztą widać po wielu negatywnych recenzjach na różnorakich portalach, które w szczególności ganią komiks właśnie za ten aspekt. U mnie, gdy mówimy o rysunku, to mówimy również o klimacie, a więc domyślacie się już, że i klimat nie powala na łopatki właśnie ze względu na bohomazy – nie boję się tak tego nazwać – pojawiające się na stronach. Teksty wypowiadane przez bohaterów są bardzo klimatyczne, a sama opowieść trzyma w napięciu przez 256 stron, ale cała głębia i ciężkość fabuły, ciężkość klimatu osadzonego bądź co bądź w totalitarnym świecie, jest spłycana przez głupawą kreskę. To bolesne, gdyż sięgnąłem po komiks z wielkim zainteresowaniem, chcąc poznać dalsze losy podstarzałego superbohatera, do którego czuję naprawdę największą sympatię. Scenariusz buduje więc genialne napięcie oraz atmosferę nostalgii, beznadziejnej walki o lepsze jutro i lepszy świat, ale rysunek co rusz przypomina nam o wielkich niedoskonałościach tejże kontynuacji. Miałem, chamie, złoty róg – można by rzec!

 

Batman: Mroczny rycerz kontratakuje to komiks niezwykle nierówny, którego nigdy nie nazwałbym must read. Jeśli macie ochotę przymknąć oko na niedoskonałości graficzne i dobrze bawić się przy bardzo dobrze rozpisanym scenariuszu, to zapraszam – kupcie go i sami oceńcie. Jeśli jednak jak ja łączycie estetykę kreski z klimatem i wywieranymi przez tę kreskę emocjami, to omińcie sobie ten komiks i wróćcie, z poprawką na rok wydania, do genialnego i nadal świetnie trzymającego się Powrotu Mrocznego Rycerza

taniaksiazka-5

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia