Kochając pana Danielsa

źródło

Nienawidziłem dystansu, który czuliśmy, mimo tego, że byliśmy blisko.(…) Kochałem, jak zdystansowani byliśmy, mimo że czuliśmy bliskość.

Pomyślałam, że Kochając pana Danielsa nie może mnie zaskoczyć. Listy napisane przez osobę, która nie żyje, do jej bliskich? To już było – PS Kocham Cię Cecelia Ahern. Romans uczennicy i nauczyciela, który zaczyna się poza szkołą? Ten motyw chyba już wszyscy znają – Pułapka uczuć Colleen Hoover. Stworzenie listy, którą trzeba zrealizować? Od razu nasuwa mi się Utrata Rachel van Dyken. Jednak po przeczytaniu tej książki stwierdzam, że nie mogłam przewidzieć tego, co w niej znajdę. Brittainy C. Cherry stworzyła powieść, w której różne rodzaje miłości przeplatają się ze sobą, tworząc cudowną, ciepłą historię.



Tytuł: Kochając pana Danielsa
Autor: Brittainy C. Cherry
Wydawnictwo: Filia

Ashlyn nigdy nie była sama. Nie podejmowała samodzielnych decyzji. Nie dbała sama o siebie. Nie przywiązywała wagi do własnego stroju. Zawsze była przy niej jej siostra bliźniaczka. To z nią konsultowała wszystkie swoje problemy. To właśnie ona grała na gitarze, gdy nie mogła się pozbierać. Niestety Gabby już z nią nie ma. Zostawiła jej jednak cudowny dar, którym były ich wspólne marzenia.

Dziewiętnastoletnia Ashlyn przeprowadziła się do Wisconsin, by zamieszkać ze swoim ojcem, którego nienawidziła, i jakoś skończyć ostatni rok szkoły. Zatraciła się w swoim bólu, samotności i mroku. Na pewno nigdy nie przypuszczała, że w pociągu pozna… jego. Nie mogła marzyć o tym, że spotka tak idealnego mężczyznę, a on odwzajemni jej uczucie. Los często jednak z nas kpi. Ashlyn przekonuje się o tym pierwszego dnia szkoły, gdy dowiaduje się, iż Pan-Najpiękniejsze-Niebieskie-Oczęta nazywa się Daniels i jest jej nauczycielem.

Szkoda, że ci mili musieli cierpieć, bo – jak wiadomo – ich serca bolą najbardziej.
Brittainy Cherry napisała powieść, w której głównym motywem jest miłość w każdej postaci. Nie ma w tej książce wątku, który nie przedstawiałby jej w jakiś sposób. Miłość do właściwego mężczyzny w niewłaściwym czasie; uczucia ojca do córki, która go nienawidzi; braterska miłość, której nie może zniszczyć nawet krew na rękach jednego z nich; uzależniające uczucie do chłopaka, który cię wykorzystuje; miłość sióstr bliźniaczek, której śmierć nie była w stanie zniszczyć; uwielbienie Szekspira, a to tylko kilka przykładów, które znajdziecie w tej książce. 
Ashlyn zawsze była trochę dziwna. Kochała Szekspira, marzyła o tym, by zostać pisarką. Nie była zbyt pewna siebie. Wstydziła się swojego ciała. Zawsze czuła się tą mniej kochaną siostrą. Po śmierci Gabby jednak zyskała coś, czego nigdy nie spodziewała się otrzymać – determinację w dążeniu do celu. 

Daniel Daniels był wspaniałym, młodym mężczyzną. Jego życie dopiero się zaczynało. Uczył w szkole, grał w zespole i był pusty w środku. Ważne osoby w jego życiu zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a on zamknął się w sobie. Był dziwakiem. Śpiewał w zespole Misja Romea, który swoje teksty opierał na sztukach Szekspira. 

Romans tej dwójki nie mógł być zwyczajny i wcale nie był. Czy mogę go nazwać wyjątkowym? Myślę, że słowo „dziwny” będzie znacznie bardziej odpowiednie. Kto bowiem cytuje Szekspira w najbardziej intymnych momentach?

Dotykaj, będąc nieobecną. 

Odchodź, będąc blisko. 


Kochaj mnie i moją rozbitą duszę.



Historia Ashlyn i Daniela uczy, bawi, wzrusza. Wzbudza w nas czasem niedowierzanie i oburzenie, ale taka właśnie jest miłość i los, który nas czeka. Nie możemy niczego zaplanować, musimy żyć w imię powiedzenia: carpe diem, bo jutro może nigdy nie nadejść. Niestety, nie jesteśmy nieśmiertelni, wszechmocni i potężni. Nigdy nie wiadomo, kiedy odejdziemy z tego świata. Nawet wtedy musimy pamiętać, że dla miłości warto czekać i walczyć, chociaż mielibyśmy przegrać.
Kochając pana Danielsa to książka, o której nigdy nie zapomnę. Romans tak nietuzinkowy, że nie nudzi, za to zaskakuje. Nie dajcie się zwieść opisowi na okładce, bo ta powieść was wciągnie i zaczaruje. Gwarantuję, że spodoba się wszystkim wielbicielom New Adult i romansów. Na pewno nie będziecie zawiedzeni.

Weź dziesięć płytkich oddechów…

źródło

Co zrobisz, gdy całe twoje życie legnie nagle w gruzach, a trauma stanie się nieodłącznym towarzyszem podróży? I gdy zamkniesz się w czterech ścianach swojego umysłu, aż zaczniesz się dusić i będziesz myśleć, że nie nadejdzie już ratunek, a jedyne, co będzie trzymać przy życiu, to ostania osoba, która pozostała na tym świecie. Co wtedy zrobisz? Posłuchaj mojej rady i weź… dziesięć płytkich oddechów.

Tytuł: Dziesięć płytkich oddechów
Autor: K.A. Tucker
Wydawnictwo: Filia
Tucker snuje opowieść nierealną, a jednak tak bardzo prawdziwą i autentyczną, że mogłaby być rzeczywista. Opowiada historię dwudziestoletniej Kacey, która została boleśnie doświadczona przez los i choć fizycznie wyzdrowiała, to blizny pozostawione na jej duszy wciąż dają o sobie znać. I mogłoby się wydawać, że wszystko zmienia się na lepsze, gdy wraz z siostrą przeprowadza się do Miami, poznaje nową sąsiadkę, z którą nawiązuje nić przyjaźni i dostaje dobrze płatną pracę. Czegoś jednak w tym wszystkim brakuje – samej Kacey. Bo choć jej egzystencja się polepsza, to dziewczyna jest tylko pustą skorupą i bladą imitacją dawnej nastolatki. Na wszystko jednak jest lek, a w tym przypadku jest nim Trent Emerson – idealny, wymarzony, lecz wcale nie taki perfekcyjny, jak się na początku wydaje. I choć lekarstwo może zwalczyć chorobę, to źle dobrane może jeszcze bardziej zaszkodzić.
O Dziesięciu płytkich oddechach słyszałam wiele dobrego, ale podejrzewałam, że jest kolejną powieścią, którą mogłabym przyporządkować do gatunku New Adult. Myślałam, że będę musiała znów zmierzyć się z przeszłością głównych bohaterów, którzy będą się z niej „leczyć” miłością od pierwszego wejrzenia. Cóż… pod pewnymi względami miałam rację, ale wiele kwestii stanowiło dla mnie zagadkę i całkiem zaskoczyło mnie swym rozwiązaniem. Książka zaskakuje. I to bardzo.
Bardzo podobała mi się również kreacja bohaterów. Ciekawie czyta się o przeżyciach głównej bohaterki, ogląda się jej walkę ze światem i z samą sobą. Kibicuje się Kacey, gdy z pomocą nowych przyjaciół oraz siostry powoli staje na nogi i otrząsa się z przeżytej traumy – choć jest to proces bardzo powolny i trudny. Autorka pokazała, że człowiek, który wiele przeżył, nie może sobie radzić z problemami sam. Pokazuje, że wiele znaczą również osoby bliskie i to od nich wiele zależy. Kacey wiele pomogły siostra oraz sąsiadka. Nie zmienia to jednak faktu, że całkowicie wyleczyć ją może jedynie… on.
Trent Emerson jest od początku do końca postacią tajemniczą. Czytelnik wie, że skrywa tajemnicę, która może zaważyć na szczęściu bohaterów. Bardzo szybko się jednak o tym zapomina. Chłopak jest niezwykle opiekuńczy i troskliwy. Chce za wszelką cenę pomóc dziewczynie, ale ich związek nie jest szablonowy i od początku kolorowy – przeżywa wzloty i upadki. Nie jest też miłością od pierwszego wejrzenia, a raczej rozpoczyna się od zaintrygowania. Trent przyciąga Kacey, choć ona nie pragnie bliskości. Oplata ją siecią, aż dziewczyna wpada w nią i… nie chce się uwolnić. Niestety, sekrety mają do siebie to, że prędzej czy później wypływają na wierzch, a wtedy nic już nie jest pewne…
Czytając powieść, przeżywałam ją całą sobą. Dała mi ona nadzieję na to, że nawet największe rany da się wyleczyć, a człowiek może znaleźć w sobie siłę, by przeciwstawić się przeszkodom, które spotyka na swojej drodze. Powieść nauczyła mnie, że zawsze można odnaleźć szczęście, nawet jeśli się myśli, że szansa na to przepadła. Wzmocniła moją wiarę w człowieka i w to, że na świecie są jeszcze dobrzy ludzie. I co najważniejsze… dała siłę w postaci mantry:
Oddychaj. Dziesięć płytkich oddechów. Przyjmij je. Poczuj je. Pokochaj je.
Książka opowiada piękną historię, z której można wyciągnąć wiele lekcji. Może nie jest łatwa w odbiorze, bo poruszane są w niej trudne kwestie, ale budzi wiele emocji, które były dla mnie oczyszczające. Pochłonęłam ją w zastraszającym tempie i nie żałuję nawet sekundy, którą jej poświęciłam. Mam nadzieję, że jeszcze zapoznam się z tak dobrą literaturą, a tymczasem gorąco polecam powieść. Na koniec mogę jedynie rzec, że przed przeczytaniem powinniście wziąć dziesięć płytkich oddechów i zastanowić się, dlaczego nie mogą być one… głębokie.

Poszukując schronienia wśród skrzydeł

źródło
Wszystkie uczucia wpycham do sejfu i zatrzaskuję za nimi grube, trzymetrowe drzwi – na wypadek, gdyby któremuś zachciało się wydostać.
Susan Ee, Angelfall

Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkim zwycięstwem jest przeżycie kolejnego dnia.
Susan Ee, Angelfall

Tytuł: Angelfall. Opowieść Penryn o końcu świata
Autor:Susan Ee
Wydawnictwo: Filia

Siedemnastoletnia Penryn wyrusza w desperacki pościg, żeby uratować życie młodszej siostry. Żeby zwiększyć swoje szanse, musi zjednoczyć siły ze swoim wrogiem. Oboje przemierzają Kalifornię, niegdyś piękną i słoneczną, dziś kompletnie zniszczoną i wyludnioną, a wszechobecna śmierć niejednokrotnie zagląda im w oczy. Na końcu podróży, w San Francisco, każde z nich stanie przed dramatycznym wyborem.
Czy postąpią właściwie?

Angelfall to książka podbijająca serca wielu czytelników. Apokaliptyczna wersja Szeptem, z domieszką brutalności oraz wykwintnymi fantastycznymi istotami – nic dziwnego, że powieść przyciąga tłumy. Co dziwne, mimo wszystko przez jakiś czas jej nie zauważałam. Wieść o jej istnieniu dotarła do mnie dopiero po wydaniu drugiej części trylogii, a i tak nie okazywałam zbyt wielkiego zainteresowania. Do momentu gdy kilka dni przed świętami coś popchnęło mnie do kliknięcia w ten przycisk ”dodaj do koszyka” na stronie księgarni Matras, no i proszę – Angelfall błyszczy niczym gwiazda na mojej ukochanej półeczce (w tej chwili przebywa u znajomej, ale nieważne). Czy ta spontaniczność okazała się pozytywna, czy raczej mroczna…?
Penryn to nastolatka mieszkająca w apokaliptycznym świecie pełnym niezidentyfikowanych demonów. Mimo młodego wieku w swoim życiu doznała wiele smutku, który pogłębia się z każdym dniem. Psychicznie chora matka, siostra na wózku i ojciec rzucający rodzinę na pastwę losu zagwarantowali jej wielkie doświadczenie. Mogłoby się zdawać, iż spisana na porażkę dziewczyna pogrąży się w żalu, wystawiając się aniołom na pożarcie, ale – o dziwo – nie moglibyśmy już bardziej się pomylić. Penryn od początku do końca pozostaje odważną, silną nastolatką, która pluje na wszystkich i wszystko, co tylko przeszkodzi jej w działaniu.
Susan Ee wykreowała niesamowity świat oraz postacie. Każda postać zaskakuje, szokuje, rozczula i daje kopa do działania. W każdym bohaterze odnajdziemy coś oryginalnego, ale przede wszystkim w powieści występują niesamowicie przerażające stwory. Przerażające do bólu. Dosłownie. Ilekroć spotykałam się z matką Penryn lub tymi wstrętnymi nefilami, myślałam, że wyskoczę spod koca. Niby wszystko było na porządku dziennym, ale pourywane głowy, diabelskie znaki i cała masa typowych spraw dawały nieźle w kość. Zwłaszcza te potworki na końcu, brr… Trzeba jednak przyznać, że mimo wszystko to one najbardziej fascynują czytelnika. Dotąd nie spotkałam tak niesamowicie wykreowanej książki o aniołach. Każda strona, aż drży od doskonałości.
Jeśli wziąć pod uwagę akcję – wszystko toczyło się w odpowiednim tempie. Może czasami ciut za wolno, jednak wymagającym końcówka wszystko wyrówna, dostarczając odpowiedzi na wszelkie pytania. Chociaż wcale nie wszystkie. Po przeczytaniu powieści w naszych głowach będzie się kotłowało o wiele więcej pytań niż na początku czy w połowie lektury. Tak dużo niewiadomych, tak dużo do odkrycia. Nie ma co czekać, najlepiej od razu wyposażyć się w drugą część. A właśnie – zwróciliście uwagę na okładkę? O Boże, jest taka piękna! Mogłabym przyglądać się jej całymi dniami. Wydawnictwu należą się wielkie brawa za pozostawienie jej w wersji oryginalnej, ale o drugiej części to już nawet nie wspomnę. Dlaczego musieli nam to zrobić i zmienić tę przepiękną oprawę? Dlaczego nie mogli wydać całej serii w oryginalnej szacie graficznej? Dlaczego? Filio, czekam na wyjaśnienia i domagam się oryginalnej okładki trzeciej części.
Podsumowując, Angelfall jak dla mnie nie ma ani jednego minusa. Wszystko było w jak najlepszym porządku, może nawet lepszym, niż myślicie. Jestem dumna, że podjęłam tę spontaniczną decyzję, gdyż z czystym sercem Angelfall mogę nazwać swoją ulubioną powieścią i prezentować zaraz obok ukochanego Dotyku Julii  Igrzysk śmierci. Gorąco polecam!

Zaplątani – Emma Chase

źródło
Kocham to! Uwielbiam to! Jestem totalnie, nielogicznie, entuzjastycznie zaplątana w losach Drew i Kate! Każda wielbicielka romansów i historii okraszonych erotycznym napięciem po prostu musi to przeczytać. Skuście się, bo ta książka to istna eksplozja śmiechu i skarbnica wiedzy o… męskiej naturze.
Drew Evans to niekwestionowana gwiazda firmy, złote dziecko przynoszące największe zyski. Przystojny, arogancki, czarujący i pewny swej władzy nad… kobietami. Jego celem jest uwodzenie jak największej ilości niewiast. Bez skrupułów, bez zobowiązań.

Aż wreszcie trafia na Katherine Brooks. Nowy nabytek firmy, który jest nie tylko błyskotliwy, ale też zabójczo piękny. Tych dwoje tworzy mieszankę wybuchową, co z tego wyniknie?

Tytuł: Zaplątani

Autor: Emma Chase
Wydawnictwo: Filia
Zaplątani to romans jakiego jeszcze nie było, pikantny i romantyczny, uwodzicielski a zarazem pełen niewygodnej prawdy o facetach i ich małych rozumkach (tak, tak dobrze myślicie). Aż trudno uwierzyć, że książka jest debiutem Emmy Chase. Wiadomość o polskiej premierze uszczęśliwiła mnie niezmiernie i odtąd moim celem jest uświadomienie wam, że po prostu musicie sięgnąć po tę pozycję!
Argumenty? Proszę bardzo. O tym, że główny bohater jest dupkiem jakich mało możecie wywnioskować z tego oto fragmentu:
Drew jest przekonany o swej nieomylności, uważa się za znawcę kobiecej natury i perfidnie wykorzystuje swoje talenty. Weekendy spędza na zaliczaniu kolejnych kobiet, które traktuje przedmiotowo i nie zamierza poprzestać. Aż pewnego dnia trafia na… Kate Brooks, która o dziwo nie jest zbyt chętna do erotycznej gry i bez wyrzutów sumienia ignoruje sztuczki Drew. A wiecie, co faceci najbardziej uwielbiają? Wyzwania! Drew-odporna Kate staje się celem naszego amanta, jednak konsekwentnie go unika. Bohaterowie stają do zaciekłej walki na spojrzenia, perfidne zagrywki, złośliwe teksty. Tego wszystkiego było tak dużo, że w pewnym momencie poczułam się jak podczas oglądania filmu Pan i Pani Smith. Evans i Brooks są jak dwa ścierające się żywioły, ich relacja aż iskrzy od tłumionych emocji, a zdrowy rozsądek niszczy namiętność (a może odwrotnie?).Seksistowskie teksty jednocześnie mnie bawiły i doprowadzały do pasji, uwielbiam ten stan, gdy wprost nie mogę się oderwać od lektury mimo że wybuchy śmiechu spowodują zdrętwienie policzków….
Całość powieści ubarwiają pikantne, choć nie wulgarne sceny erotyczne, dopracowane i ciekawe postacie drugoplanowe (jędza jakich mało, neurotyczny eks, pewna urocza czterolatka i… zakonnica) oraz kipiący romantyzm.
Nie potrafię napisać o tej książce nic złego. Urzekły mnie wszystkie jej elementy, poczynając od wtrąceń zaczerpniętych z Disneya (podczas czytania analizy Kopciuszka mało nie umarłam ze śmiechu), poprzez poprowadzenie udanej i spójnej historii romantycznej, aż po analizę psychiki mężczyzny. Autorka zadbała o poprawny język, pozbawiony głupawych stwierdzeń i zbędnych sprośności. Stosowała trafne metafory i perfekcyjnie stworzyła postacie, które żyły własnym życiem. Mimo, że książka jest przedstawiana jako romans erotyczny, nie obawiajcie się! Zawiera FABUŁĘ i to całkiem rozbudowaną. W zasadzie mogłabym stwierdzić, że to nic innego jak genialna komedia romantyczna w iście hollywoodzkim stylu. Podczas lektury po prostu bolały mnie policzki, a moja rodzina pytała czy dobrze się czuję, sugerując upojenie alkoholowe. 
Narratorem powieści jest Drew, to on wprowadza czytelnika w swój świat i opisuje wydarzenia usprawiedliwiając każde swoje działanie. Każdy niecny występek racjonalnie tłumaczy i przedstawia siebie w jak najlepszym świetle. Czasem sprawi, że będziecie przecierać oczy ze zdumienia, by za chwilę zapragnąć jego śmierci. Gwarantuję wam też, że go polubicie. Tak! Naprawdę polubicie seksistę, skrajnego dupka i seksoholika, jakim bez wątpienia jest Drew Evans. Mało tego, jest szansa że zapragniecie go spotkać i być może po swojemu ukarać?
Wasze oczekiwania spełni też Kate. To mocna, silna i złośliwa bohaterka, potrafi przeciwstawić się Drew i robi to w mistrzowski sposób. Nie jest kolejną naiwną gęsią, ochoczo wyskakującą z majtek, a inteligentną, pewną siebie i bezczelną kobietą, która wie, czego chce. A chce przede wszystkim sukcesu zawodowego i z pełną determinacją, niemal po trupach, do niego dąży. Bezapelacyjnie nie ma w planie romansu z szefem i będzie go unikać jak ognia. Jednak raz powstałej iskry nie można tak łatwo ugasić, pożar się rozprzestrzenia i jak same się przekonacie w miłości, tak jak na wojnie, wszystkie chwyty są dozwolone. 
Tak bardzo chciałabym wam opowiedzieć więcej, wybaczcie jeśli wyszło chaotycznie, ale po prostu brak mi słów. Ogarnęła mnie skrajna ekscytacja więc powiem jeszcze tylko jedno: wszystkie wielbicielki komedii romantycznych z przytupem – marsz do księgarni!

Jedno małe kłamstwo – K.A. Tucker

źródło
Sięgając po Jedno małe kłamstwo wiedziałam, czego się spodziewać. Twórczość K.A. Tucker idealnie wpisuje się w moje upodobania, gdyż pisarka pisze lekko, wciągająco i plastycznie w jednym z moich ulubionych nurtów – New Adult. Dziesięć płytkich oddechów, czyli pierwszy tom serii, nie pozostawia czytelnika obojętnym, wręcz zasysając w świat sióstr Kacey i Livie. Może kiepsko to zabrzmi, ale podczas lektury nie trzeba myśleć, wystarczy dać się porwać. Czułam, że sięgając po kolejny tom poczytam o dobrej zabawie, studenckim życiu, rozterkach młodej dziewczyny, miłości i problemach egzystencjalnych młodszej siostry Kacey, czyli uroczej oraz słodkiej Livie. Czy tak było w istocie? Serdecznie zapraszam do lektury.
Tytuł: Jedno małe kłamstwo
Seria: Dziesięć płytkich oddechów
Autor: K. A. Tucker
Wydawnictwo: Filia
Livie zawsze była tą grzeczną siostrą, zamkniętą w pancerzu oczekiwań rodziny. Zaskakująco dobrze poradziła sobie z utratą rodziców, starała się ze wszystkich sił nie zawieść ojca, który zawsze powtarzał: spraw, bym był dumny. Jednak, czy młoda dziewczyna, która przez lata robiła wszystko, by nie przynieść wstydu rodzinie, może zachować perfekcyjność w momencie, gdy zaczyna studia w obcym mieście? A jeśli do tego jest piękna i ma krnąbrny charakterek (choć skrzętnie go ukrywa)? Co się stanie, kiedy Livie zostanie poniekąd zmuszona do zmian i wrzucona w wir życia, jakiego dotąd unikała?
Dziewczyna trafia na uczelnię z zamiarem pilnej nauki, chce pracować jako wolontariuszka w szpitalu oraz ukończyć medycynę. Prywatnie liczy na to, że znajdzie sobie jakiegoś miłego chłopca i stworzy z nim dobry, ciepły związek. W najśmielszych marzeniach nie przewiduje, że w Princeton czekają na nią zakrapiane imprezy, przygodne znajomości, tatuaże wykonywane pod wpływem alkoholu oraz uczucie do chłopaka, które zdecydowanie nie powinno się zdarzyć. Ashton oczywiście to megaprzystojny, bogaty dupek, zaliczający kolejne dziewczyny, a Livie nie chce (a może chce?) stać się jego kolejnym celem. Wybiera więc bezpieczniejszą opcję, czyli Connora, który niestety jest… najbliższym przyjacielem i współlokatorem Ashtona. Z takiej sytuacji nie może wyniknąć nic dobrego… Jak potoczą się losy tej trójki? Czy romans będzie najważniejszym ogniwem powieści? Przeczytajcie. 
Od razu odpowiadam na ostatnie pytanie, romans nie jest w powieści Tucker najważniejszy. Z zarysu fabuły mogliście wywnioskować, że to kolejna historia o trójkącie miłosnym i poniekąd tak jest. Jednak autorka nie byłaby sobą, gdyby postawiła na banalny rozwój wydarzeń. Podczas lektury możecie się zatem spodziewać szczypty uczuć, które buzują niczym wulkan, odrobiny niestandardowej miłości i rozterek związanych z wyborem lepszej opcji (czyli chłopaka, który lepiej rokuje na przyszłość). Livie jest rozdarta między tym, co bezpieczne i dobre, a tym co groźne oraz niezwykle kuszące. Łatwo przewidzieć, jaką wybierze opcję, po drodze zaliczając mnóstwo ciekawych doświadczeń. Pisarka zadbała o to, by plastyczne i sensualne opisy sprawiły, że czytelnik idealnie wczuje się w akcję. Byłam niemym obserwatorem zdarzeń, śmiałam się, złościłam oraz rumieniłam razem z bohaterami – a taki stan uwielbiam! Autorka nie sprawiła mi zawodu; stworzyła pełnokrwiste, wielowymiarowe, realne postacie, włożyła w nie emocje, wady i zalety. Nakreśliła ich wiarygodny rys psychologiczny, sprawiając że byli spójni oraz konsekwentni w swoich działaniach. Oczywiście książka nie byłaby dobrym przykładem New Adult gdyby nie traumatyczne problemy z przeszłości. Również na tym polu Tucker się popisała i opisała problem niby dobrze znany, ale ciekawie ugryziony. Oczywiście nie powiem jaki, musicie to przeczytać, ale gwarantuję, że nie będziecie zawiedzeni.
O ile powieść Dziesięć płytkich oddechów stała się jedną z moich ulubionych, o tyle drugi tom nie zrobił na mnie aż tak piorunującego wrażenia. Co prawda historia jest wciągająca i idealnie spełnia wymagania dotyczące NA, jednak miałam uczucie, że autorka zbytnio spłyciła niektóre wątki. Brakowało mi też wielkiego bum – czyli jasno nakreślonego punktu kulminacyjnego, a wydarzenia były dość przewidywalne. Mimo to, biorąc pod uwagę całość, czuję się usatysfakcjonowana i z niecierpliwością czekam na kolejny, trzeci tom. Planowana data premiery to 11 marca 2015 r.
Podsumowując – jeśli pokochaliście bohaterów Dziesięciu płytkich oddechów, bez wahania sięgnijcie po kontynuację. Jestem pewna, że wielbiciele podobnych powieści nie będą zawiedzeni. Drugi tom zawiera wszystko to, co dobre New Adult zawierać powinno: przemyślenia i trafne spostrzeżenia, odpowiednio budowane napięcie oraz wielowymiarowych bohaterów, a na dokładkę dobry romans, fantastycznie wykreowaną bohaterkę i ciekawie opowiedzianą historię młodzieńczej traumy. A to wszystko podane w młodzieżowym, lekkim, ale nie otępiającym stylu. Serdecznie polecam.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia