563874-352x500

Losy Tearlingu

Każdy książkoholik, który lubuje się w powieściach mających więcej niż jeden tom, zna ból, jakim jest oczekiwanie na ponowne spotkanie z ulubionymi bohaterami. Oczywiście wiąże się to też z dodatkową niepewnością, bo nigdy nie wiadomo, czy nie okaże się on – delikatnie mówiąc – niewypałem, burzącym wszelkie nasze dotychczasowe wyobrażenia i sprawiającym, że zaczyna się żałować czasu spędzonego na oczekiwaniu. Na szczęście w moim przypadku jeszcze się to nie zdarzyło, nie zawiodłam się, jeśli chodzi o kolejne tomy ulubionych powieści, dlatego z tak wielką radością, a zarazem smutkiem podeszłam do trzeciego tomu Królowej Tearlingu – radością, ponieważ w końcu doczekałam się kontynuacji historii, a smutkiem – ponieważ to już koniec trylogii.

Tytuł: Losy Tearlingu (t. 3)
Seria: Królowa Tearlingu
Autor: Erika Johansen
Wydawnictwo: Galeria Książki

Heroicznym czynem, jakim było zniszczenie mostu Nowolondyńskiego i oddanie się w ręce Szkarłatnej Królowej, Kelsea Glynn postawiła wszystko na jedną kartę, zawierzając nie tylko własnej intuicji, ale także ludziom, którzy na co dzień ją otaczali. Samotnie stawiła czoła niebezpieczeństwu i pokusiła się o indywidualną rozgrywkę ze swoim największym wrogiem z nadzieją, że Buława odnajdzie się w roli regenta Tearlingu i zapanuje nad jej królestwem tak, jakby zrobiła to ona sama. Kel nie mogła nawet podejrzewać, że po jej ujęciu miasto zacznie drżeć w podstawach za sprawą niezadowolonego Arwathu i widma rychłego głodu mieszkańców królestwa. Czy Lazarus zdoła wywiązać się ze swoich obowiązków i równocześnie uratować młodą królową? Która ze stron odniesie zwycięstwo w ostatecznej rozgrywce?

Erika Johansen kawałek po kawałku odkrywała historię zarówno Tearlingu, jak i samej Przeprawy, mającej na celu stworzenie utopijnego świata wolnego od bolączek trawiących ludzi w przeszłości. Robiła to z niezwykłym rozmysłem, rozbudzając w czytelnikach ciekawość i chęć jak najszybszego rozwiązania zagadek.

Losy Tearlingu w dużej mierze skupiają się na przeszłości, dzięki czemu odbiorcy mogą dowiedzieć się, co było główną przyczyną spektakularnego upadku państwa Williama Teara, kim byli Row Finn oraz Duch i jaką rolę odegrali w zagładzie krainy, która miała opierać się na równości, sprawiedliwości oraz solidarności. Dzięki temu akcja ze spokojem przechodzi z jednego wątku w drugi i nie ma niepotrzebnego zamieszania, które dla większości tego typu powieści okazuje się zgubne.

Gdy ludzie myślą o utopii, błędnie zakładają, że wszystko ułoży się idealnie. Może z definicji ma być idealnie, ale jesteśmy tylko ludźmi i nawet do utopijnej rzeczywistości wkraczamy ze swoimi cierpieniami, błędami, zazdrością i żalem. Nawet w obliczu nadziei na życie w raju nie jesteśmy w stanie wyrzec się swoich przywar, dlatego tworzenie nowej społeczności bez wzięcia pod uwagę ludzkie natury jest równoznaczne ze skazaniem tej społeczności na niepowodzenie.

Po raz kolejny muszę pochwalić autorkę za wykreowanie głównej postaci. Z każdym kolejnym tomem dostrzegaliśmy, jak Kelsea z nieopierzonego podlotka stawała się pełnokrwistą, niezwykle odważną i dzielną młodą kobietą, a także skorą do największych poświęceń, sprawiedliwą władczynią – właśnie takie osoby najdłużej się pamięta, a to z kolei sprawia, że z przyjemnością wraca się do danej powieści (kiepscy bohaterowie tak nie przyciągają).

Zakończenie książki jest porażające i właśnie do niego mogłabym się najbardziej przyczepić: z jednej strony byłam pełna podziwu dla zdolności pisarki, ponieważ w życiu bym się nie spodziewała takiego obrotu spraw, a z drugiej właśnie, dlatego tak mnie to zestresowało – spodziewałam się zupełnie czegoś innego.

Oczywiście książkę jak najbardziej polecam, bo jest inna od innych, a przez to niesamowita i odpowiadająca nawet najwybredniejszym gustom. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz przyjdzie mi się spotkać z twórczością Eriki Johansen, a jej kolejne książki będą dorównywać (o ile nie będą jeszcze lepsze) Królowej Tearlingu.

tania_ksiazka_kod_rabatowy_logo_kupon

Porwana pieśniarka

Królestwo ukryte pod górą

Większość ludzi postrzega trolle jako paskudne i zniekształcone istoty pozbawione jakichkolwiek uczuć. Jednak nie mają racji. Są inteligentne, nieludzko silne i obdarzone magią. A co najgorsze – wyglądem również przypominają ludzi. Ale nimi nie są. I nigdy nie będą. A ty, drogi czytelniku, gdybyś miał taką okazję, to dałbyś się wciągnąć do ich świata? Czy chciałbyś żyć pośród trolli i oddychać tym samym powietrzem?

„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” – „Morze Potworów”

Od lat jestem wierną fanką powieści wielotomowych. Nie ma nic przyjemniejszego niż spotkanie z ulubionymi książkowymi bohaterami, a świadomość, że w ich towarzystwie będzie można przeżyć jeszcze niejedną przygodę, jest bezcenna.

Tytuł: Morze Potworów
Cykl: Percy Jackson i bogowie olimpijscy  (tom II)
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki

Zakończenie roku szkolnego niesie za sobą uczucie ulgi, radości i niecierpliwego oczekiwania na to, co przyniosą wakacje. Dla Percy’ego Jacksona ukończenie siódmej klasy było sukcesem, głównie ze względu na fakt, że przez cały ten czas na teren szkoły nie przedostał się żaden mitologiczny potwór chcący zgładzić syna Posejdona. Niestety, nigdy nie można zakładać niczego z góry, a nawet najzwyklejsza gra w zbijanego między kolegami z klasy może okazać się walką na śmierć i życie (Lajstrygonowie z pewnością nie wiedzą, co oznacza zwrot fair play). Bynajmniej nie jest to koniec problemów. Zaginięcie Grovera, zatrucie sosny Thalii (będącej swoistą tarczą ochronną Obozu Herosów), a także odkrycie rodzinnej tajemnicy sprawią, że młody heros będzie miał kolejne trudne lato (do tego chyba już się zdążył przyzwyczaić).

Morze Potworów po raz kolejny utwierdza mnie w przekonaniu, że spod pióra Ricka Riordana wychodzą same perełki, do których można wrócić za każdym razem, gdy zapragnie się pobyć w miejscu, w którym starożytność i teraźniejszość wyraźnie się zazębiają.

Jest to kolejna książka, która obala stereotypy, że drugi tom może być gorszy od pierwszego. Zapewniam, że historia ani trochę nie straciła na wartości. Po raz kolejny –oprócz walki o przetrwanie – bohaterowie będą musieli zmierzyć się nie tylko z trudnymi wyborami (a takim jest niewątpliwie oparcie się przytłaczającej mocy Kronosa), ale również z bolesnym uczuciem straty. Także humor sytuacyjny sprawia, że nie sposób czytać Morza Potworów z powagą.

Nie można zapomnieć o gronie wspaniałych postaci, dzięki którym żaden stwór nie ma szans na przetrwanie (zazwyczaj jego istnienie trwa do momentu wyjęcia broni i wymiany kilku ciosów). Do Annabeth, Percy’ego i Grovera dołącza Tyson, którego poznajemy na początku powieści jako bliskiego przyjaciela Jacksona. Tego wielkoluda nie da się nie lubić. Swoją gapowatością, nieprzystosowaniem, ale – co ważne – także oddaniem i lojalnością potrafi wzbudzić w każdym ciepłe uczucia. Dzięki Tysonowi Rick Riordan daje czytelnikom do zrozumienia, jak bardzo krzywdzące potrafią być stereotypy. Ważne jest, by uświadomić sobie pewną istotną rzecz: to, że ktoś jest inny – różni się wyglądem, stylem bycia czy zawartością portfela – nie znaczy, że jest gorszy i że można go odtrącić bez podjęcia jakiejkolwiek próby poznania.

Jeśli nawiązać do filmowej adaptacji powieści – nie czuję się w żaden sposób nią urażona. Po pierwsze, już dawno zrozumiałam różnicę między ekranizacją a adaptacją. Po drugie, może nie było to kino wysokich lotów, ale też nie był to ostatni gniot, którego nie dało się oglądać.

Świetnie przemyślane zakończenie sprawia, że odbiorca z pewnością sięgnie po następny tom (przecież nikt nie lubi żyć w niepewności).

Cieszę się, że nie jest to moje ostatnie spotkanie herosami i bogami olimpijskimi. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to liczba stron – jest ich zdecydowanie za mało.

„Percy Jackson i bogowie olimpijscy” – „Złodziej pioruna”

Kiedyś na jednym z for internetowych dotyczących książek padło pytanie, czy mając lat +18, wypada czytać książki fantastyczne – głównie przeznaczone dla młodzieży. Jakie jest moje zdanie? Nieważne, kto ile ma lat czy jaka literatura go interesuje. Czytanie powinno być przyjemnością, a nie przymusem, a ja – od lat zakochana w fantastyce – nie zamierzam z niej rezygnować, mimo że zegar pokazuje 18 lat plus kilka VAT-u.

Big Red Tequila

Rick Riordan przyzwyczaił swoich czytelników do magicznych książek, w których głównymi bohaterami oprócz dzielnych, młodych ludzi są bogowie – greccy, egipscy czy nordyccy. Niesamowite połączenie współczesności ze starożytnymi mitologiami przyciągnęło uwagę rzeszy młodych ludzi (i nie tylko), sprawiając, że wujek Rick (jak zwykł mówić o sobie pisarz) stał się jednym z najbardziej poczytnych autorów. Jednak tym razem Rick Riordan postanowił zwrócić się ku nieco starszym odbiorcom i, powiem szczerze, wyszło mu to całkiem interesująco.

Tytuł: Big Red Tequila
Cykl: Tres Navarre
Autor: Rick Riordan
Wydawnictwo: Galeria Książki
Egzemplarz recenzencki otrzymany od: megaksiazki.pl

Dziesięć lat zajęło Tresowi pogodzenie się z przeszłością, a raczej zaprzestanie ciągłej ucieczki przed bolesnymi wspomnieniami dotyczącymi morderstwa ojca, którego był świadkiem jako nastolatek. Uzbrojony w znajomość wschodnich sztuk walki, doktorat z anglistyki i przyjemną aparycję (jak sam twierdzi), wraca do San Antonio, mając na celu rozwiązanie zagadkowej śmierci ojca oraz odzyskanie byłej dziewczyny. Ku niezadowoleniu swojego kota (swoją drogą już samo imię – Robert Johnson – mogło wywołać w zwierzęciu traumę) zamieszkują mało reprezentacyjne mieszkanie przy Queen Anne Street i niestety od tego czasu zaczynają się kłopoty Navarre’a: mężczyzna w ciągu zaledwie kilku dni zostaje postrzelony i napadnięty, a jego była ukochana znika w tajemniczych okolicznościach. Ktoś wyraźnie nie chce, by Jackson wracał do spraw, które dawno przykryła warstwa kurzu i zapomnienia.

Big Red Tequila jest pierwszym tomem cyklu Tres Navarre, którego główny bohater – nielicencjonowany detektyw i wielbiciel whisky – od pierwszych stron wzbudził moją sympatię. Pewnie spowodowane jest to faktem, że nie jest on ani trochę przerysowany czy wszechmocny; często wpada w kłopoty (i to zazwyczaj na własne życzenie), nie raz dostaje po pysku, ale zawsze się podnosi i ponownie pakuje w tarapaty (przecież nikt jeszcze nie umarł od obitej twarzy czy stłuczonych żeber, prawda?). Jednak nie tylko Navarre to postać, na którą warto zwrócić uwagę. Maia Lee, Guy White, Ralph Arguello czy Robert Johnson są tak doskonale nakreśleni i wyraziści, że z przyjemnością dałam się porwać historii, której byli namacalną częścią.

Powieść oddaje również niesamowity klimat Teksasu. Opisy tętniącego życiem małego miasteczka, w którym każdy zna każdego, popołudnia spędza się w barach, a wieczory na potańcówkach nad brzegiem Paseo del Rio, sprawiają, że czytelnik chciałby rzucić wszystko i dać się ponieść La Bambie. Oczywiście ten sielankowy obrazek poprzetykany jest widokiem mało sielankowych, zabitych dechami gospodarstw mających lata świetności daleko za sobą, biedy wyzierającej z robotniczych, dawno zamkniętych dzielnic czy mafijnych porachunków kończących się zazwyczaj dwa metry pod ziemią (ale i to ma swój niepowtarzalny urok).

Jeśli chodzi o samą akcję – naprawdę nie mam się do czego przyczepić. Były tu wszystkie podstawowe elementy, które powinna zawierać dobra powieść kryminalna, tj. pościgi, „strzelanki”, a także częste i gęste mordobicia. Dzięki temu, że cała historia była niezwykle uporządkowana, czytelnik mógł sam dokonywać retrospekcji, porównań czy wręcz używać dedukcji, która pomogłaby mu trafnie wytypować mordercę – mnie niestety się to nie udało i na końcu przeżyłam niezły szok. To, co wydawało się oczywiste, tak naprawdę wcale takie nie było, a ja w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że kiepski ze mnie Sherlock Holmes.

Zirytowała mnie tylko nieudana próba stworzenia trójkąta miłosnego Lilian–Jackson–Maia. Eksdziewczyna, która po dziesięciu latach przypomina sobie, że nadal czuje miętę do byłego chłopaka, a gdy znika, pojawia się kolejna eks czująca to samo… W pewnym momencie współczułam Tresowi tego, że jest facetem, bo widać było, że znajduje się między młotem a kowadłem.

Całość dopełnia wytłaczana okładka ze skrzydełkami przywodząca na myśl rancho z lat pięćdziesiątych, w którym na ogromnych połaciach nieużytków pasły się stada krów i bawołów (oczywiście zwierząt na okładce nie ma, to tylko moja wyobraźnia). Już nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce wpadnie Taniec wdowca – drugi tom przygód Texa i jego wesołej gromadki.

logo

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia