Batman: Rok zerowy – Tajemnicze miasto

Komiksem Batman: Rok zerowy – Tajemnicze miasto kontynuujemy podróż przez serię komiksów, które dostałem w prezencie urodzinowym. Jest to kontynuacja, ale jedynie z nazwy i numerka. Ta opowieść to inne, bardzo dynamiczne i żywe podejście do samego rdzenia opowieści o Nietoperzu.  Rozpoczyna się tam, gdzie kończy się i zaczyna zarazem żywot Bruce’a. Tam, gdzie rodzi się legenda Batmana. Idea mściciela. Czy jednak komiks robi to umiejętnie, nie nudząc i nie przesadzając? Cóż – i tak, i nie. Zapraszam do tekstu.

 

Batman: Śmierć rodziny – kontrowersją po sukces?

Są takie komiksy, które absolutnie łamią standardy oraz przekraczają wszelkie granice smaku tylko po to, by ukazać grozę i dramaturgię opowieści. Komiksy, których twórcy nie cofają się przed niczym, przed absolutnie żadnym zabiegiem artystycznym, by pokazać coś nowego, coś świeżego i opowiedzianego inaczej.

Czekałem na przeczytanie tego komiksu od miesięcy. Zawsze coś mi wypadało, zawsze coś odciągało od niego uwagę. Gdy nadeszły urodziny, a jeden egzemplarz wpadł mi w ręce, w końcu nadszedł czas na lekturę. Chwyciłem ohydnie, ale niesamowicie dobrze wyglądającą okładkę edycji limitowanej i zacząłem zagłębiać się w opowieść. Co w niej znalazłem? Co mnie zszokowało? Zapraszam was, moi drodzy czytelnicy, do recenzji komiksu będącego tomem trzecim serii, którą ostatnio recenzuję – Batman: Śmierć rodziny.

Tytuł: Batman: Śmierć rodziny
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki:  Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont

Joker zniknął rok temu. Bez twarzy, którą ściął mu Dollmaker i bez żadnego powodu. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nim działo, ale nikt też się tym nie przejmował. Ważne, że zniknął z Gotham, prawda? Całun spokoju spadł na miasto. Wszyscy jak gdyby zapomnieli o grozie, jaką niesie ze sobą Książę Zbrodni za każdym razem, gdy znajduje się w okolicy. Wszyscy poza Batmanem. Nietoperz szukał śladów, obserwował i czekał. Czekał, bo wiedział, że Joker żyje. A jeśli żyje, to jest praktycznie stuprocentowa pewność, że powróci. Nie wiadomo po co. Nie wiadomo kiedy, ale… wróci. I tak jak zwykle bywa, Największy Detektyw Świata nie mylił się. Pewnego deszczowego dnia na komisariacie policji zgasły światła. To był On. Wrócił po swą zawieszoną na kołku na komisariacie nadgniłą twarz, mordując kilkunastu ludzi. Przy życiu zostawił jedynie komisarza Gordona. Po co wrócił? Och, to nigdy nie jest proste, prawda? Widzicie… klaun stwierdził, że bliscy Batmana, jego kochanego Batmana, zmienili go. Osłabili. Osłabili jego Nietoperza. Joker nie mógł przecież na to pozwolić, prawda? Postanowił wyzwolić Batmana. Naprawić go. Naprawić go tak samo, jak naprawił siebie przez ten rok. Można powiedzieć, że ruszył w bardzo nostalgiczną podróż po swych pierwszych zbrodniach. Ze zgniłą twarzą przyczepioną w charakterze maski. Zabawne, prawda? Och, on z całą pewnością tak właśnie uważa…

Opowieść jest niezwykle uniwersalna, gdyż nie wymaga czytania poprzednich tomów tej serii, ale pomimo wszystko przydatna byłaby znajomość jednego z tomów Detective Comics, które ukazują wydarzenia sprzed zniknięcia Jokera, wydarzenia, które do tego zniknięcia prowadzą. W tej opowieści dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Batman jest bezsilny. Pomimo tego, że teoretycznie wszystko ma pod kontrolą, to psychicznie przestaje już wierzyć, że rozumie swego największego adwersarza. Do tej pory myślał, że rozumie mniej więcej jego motywy, że potrafi rozgryźć jego plany, ale tym razem nie ma pojęcia, jak rozgryźć Klauna. W pewien dziwny sposób czuje, że Joker żywi do niego naprawdę silne uczucia. Pewien rodzaj pokręconej przyjaźni bądź też miłości. Więź. Świadomość, że Batman jest uzupełnieniem Jokera, a Joker uzupełnieniem Batmana przeraża Bruce’a. Boi się on, że w pewien sposób, oszczędzając go i trzymając przy życiu, za każdym razem na nowo tworzy tego szaleńca. Że pozwalając mu żyć skazuje wielu niewinnych ludzi na śmierć. Najgorsze jest to, że Batman wie doskonale, że jest to prawda. Prawo zawodzi. Zawodzi ludzi. Zawodzi Batmana. A Joker doskonale wie, co kieruje jego rywalem. Wie dokładnie, co go boli. I wie doskonale, gdzie uderzyć, by zabolało.

Zwątpienie dotyka również bliskich Batmana, których Klaun wodzi za nos, strasząc, że zna ich tożsamości. Twarze pod maskami. Komiks jest więc pełen zwątpienia. Pełen silnych, sprzecznych emocji. Rozumiemy strach naszych bohaterów. Rozumiemy, że nie wiedzą, co konkretnie mogą zrobić w tej sytuacji. W głębi duszy winią za wszystko Batmana, choć starają się mu tego nie mówić. A on to czuje. I to tym bardziej wyprowadza go z równowagi.

Opowieść jest niezwykle trudna i wciągająca. Dodatkowe smaczki również znajdują się tu i ówdzie. Na przykład żarty Jokera na komisariacie skierowane do komisarza Gordona: „Och, a to znasz? Przychodzi klaun w hawajskiej koszuli…”. Jest to oczywiście nawiązanie do kultowego Zabójczego Żartu, w którym Joker w hawajskiej koszuli paraliżuje córkę Gordona, Barbarę. Dla fana to prawdziwa gratka.

Kreska prezentowana przez komiks nie odstaje, a wręcz nie różni się niczym od kreski zastosowanej w przypadku dwóch poprzednich tomów. Różni się jednak klimat rysunków oraz tonowanie kolorów. W Mieście Sów klimat rysunków był oczywiście mroczny i ciężki, ale w Śmierci rodziny jest on wręcz… niekomfortowy. Dziwny. Niesmaczny. Przez niezwykłą dbałość rysownika o detale możemy zauważyć nawet muchy chodzące po zgniłej twarzy Jokera. Nietrudno domyślić się, że to przez smród martwego od ponad roku kawałka ciała. To niezwykle działa na wyobraźnię. Efektu dopełnia mrok, który wypełnia panele. Praktycznie nie mamy tutaj do czynienia z ciepłymi kolorami. Kolorami jasnymi czy oddającymi jakiekolwiek życie. Nawet serwowany nam od czasu do czasu pomarańcz jest wyblakły i blady. Słaby.

Komiks taki właśnie jest. Ciężki. Ukazuje nam, jak Joker wpływa na umysły swych przeciwników. Odbiera im smak życia. Sens życia. Odbiera im ich dumę i nadzieję oraz poczucie celu w walce z przestępczością. Momentami miałem wrażenie, że kolorystyka ma właśnie sprawić wrażenie takiej, jak widzą świat bohaterowie. Ponuro. Komiks zastosował obsceniczność w celu nakreślenia, jak szalonym i psychopatycznym osobnikiem jest Joker. Twórca posunął się do paneli obrzydliwych i nieestetycznych. Posunął się do ukazania bestialstwa Jokera w zupełnie nowym wymiarze, który z pewnością na zawsze zmieni tę postać. To nie tylko ohydny wygląd zewnętrzny… Pan J. się zmienił. Przyznaje to nawet Harley, która została włączona do opowieści, jako kolejny element szalonego planu Jokera. Element, który zostanie okrutnie wykorzystany i pozostawiony samemu sobie.

The Walking Dead #1 – wielkie otwarcie

Jak doskonale wiemy, prawdą jest stwierdzenie, że kto stoi w miejscu, ten się cofa. Świat idzie do przodu, ludzie ulegają postępowi i tylko głupi do nich nie dołączą. Ja, pragnąc poszerzyć swoje spektrum zainteresowań, postanowiłem napisać jedną z pierwszych dla tej strony recenzji komiksu. To wynik pracy Roberta Kirkmana i Tony’ego Moore’a pt. The Walking Dead #1 z roku 2003.

Batman: Trybunał Sów

 

Chyba wszyscy lubimy dzień naszych urodzin, prawda? Dzień, w którym spotykamy się z przyjaciółmi i rodziną, cieszymy swoją obecnością i oczywiście otrzymujemy różnorakie prezenty, najlepiej, by były one od serca i pokazywały, jak bardzo zależy nam na osobie, która jest nimi obdarowywana. Przyznam, że i ja miałem kilka dni temu urodziny, już dziewiętnaste, nawiasem mówiąc. Moi znajomi przeszli jednak samych siebie pod względem prezentu. Otrzymałem od nich całą dostępną w Polsce serię komiksów New DC 52 od Batman: Trybunał Sów aż po Batman: Cmentarna Szychta. W ciągu następnych tygodni mam zamiar je wam zrecenzować, rozpoczynając właśnie od tomu pierwszego, wydanego w 2011 roku pod tytułem Batman: Trybunał Sów. Nie chcąc przedłużać – zapraszam do tekstu.

Tytuł: Batman: Trybunał Sów
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Tusz: Jonathan Glapion
Wydawnictwo: Egmont

Warto na początku wspomnieć o czym konkretnie traktują kolejne strony tego właśnie komiksu. Batman zostaje wezwany do oględzin przybitego rzutkami do ściany trupa. Rzutki te mają na głowniach logo sowy. Logo to kojarzy się i Batmanowi i Harveyowi Bullockowi ze starą legendą Gotham o grupie tajemniczych ludzi/istot, które od wieków niepodzielnie i niestrudzenie rządzą Gotham, pozbywając się swych przeciwników za pomocą Szponów, elitarnych zabójców na ich skinienie. Batman z początku nie wierzy w owych morderców, dopóki nie grożą oni śmiercią Bruce’owi i niepodzielnie i niestrudzenie i nie próbują rzeczywiście go zabić. Szybko okazuje się, że nie jest on pierwszą osobą z rodziny, która padła ofiarą Trybunału Sów. Czy to może być prawdą? Czy Gotham nie jest jednak miastem Batmana, a makietą, na której grają gracze o wiele poważniejsi i potężniejsi od niego? Czy to wszystko przemknęło Nietoperzowi pod nosem niezauważenie? I czy uda mu się powstrzymać tajemniczego mordercę?

Cóż… jeśli pragniecie odnaleźć odpowiedź na te pytania, to serdecznie zapraszam was do przeczytania komiksu. To jest chyba jego największą zaletą – opowieść. Nie jest to komiks w stylu Husha, który recenzowałem jakiś czas temu i który stał bardziej przemyśleniami głównego bohatera i wewnętrznymi rozterkami reszty bohaterów. To nie Mroczny Rycerz kontratakuje, który opowiadał o beznadziejnej walce w przeżartym korupcją systemie. To komiks detektywistyczny. Komiks czysto fabularny, który opisuje wielowątkową opowieść z kilkoma ciekawymi zwrotami akcji, a także odniesieniami do różnych komiksów, które wyszły przed nim. W tę opowieść wplątane są dobrze znane fanom tego świata postacie – syn Bruce’a, Nightwing, Alfred – wierny lokaj, Jim Gordon i Harvey Bullock, a także gościnnie w panelu lub dwóch występują postaci takie jak Kobieta Kot czy Batgirl. Ktoś, kto choć chwilę przesiedział nad komiksami DC, z pewnością poczuje się tu jak w domu i szybko odnajdzie na „osi czasu” (o ile coś takiego w DC istnieje) i komfortowo przebrnie przez solidny scenariusz.

Co jednak buduje każdy komiks, zarówno ten solidny, jak i słaby? Rysunki. Kolory. Klimat, który one tworzą. W tym akapicie pragnę wspomnieć właśnie o tym aspekcie Trybunału Sów. Niezwykle lubię ten rodzaj kreski. Szczery, brutalny i brudny. Tak ludzki i bliski memu sercu i światu, jaki nas otacza, że niezwykle łatwo mi wsiąkać w każde dzieło rysowane w ten sposób. Bo ten komiks, jakkolwiek obscenicznie to nie zabrzmi, ocieka brudem. Pławi się w nim. Pławi się w krwi i rysunkach, które oddają całą grozę lub całe piękno sytuacji. Rysunki, które nie boją się być kontrowersyjne, komiksy, które takie są, zasługują na pełen szacunek. Czuję, że tego rodzaju podejście do tematu rysownictwa odkłamuje komiksy jako takie. Ukazuje odbiorcom, że nie są to już bajeczki dla małych dzieci, w których strach podejmować kontrowersyjne tematy. Takie podejście ukazuje komiksy jako pełnowartościową rozrywkę dla ludzi w każdym wieku i różnorakiej wrażliwości. Uważam, że rysunki ogromnym plusem Trybunału…. Szczegółowe, brudne i szczere do bólu – tak najłatwiej je opisać.

Gdy rysunki prezentują ten typ ekspresji, nie trudno się wam chyba domyśleć, jaki klimat towarzyszy stronom tego komiksu. Jest to ciężka i mroczna historia o poszukiwaniu prawdy i walce ze słabościami. Ukazanie, że nawet superbohatera da się złamać, ale że ze wszystkiego możemy powstać silniejsi. Czujemy, że nie rozumiemy i nie znamy Gotham. Odczuwam to wraz z Batmanem, który wątpi w swoją potęgę, swoją wyższość i przewagę nad przeciwnikami. Jego ukochane miasto wymyka mu się z rąk. Miasto, które przysięgał bronić. Komiks jest intrygujący i tajemniczy, bardzo brutalny i szczery, ale przede wszystkim bardzo w stylu DC. W stylu, który odrzuca wielu ludzi, ale i wielu przyciąga. Mnie ta brutalna szczerość niezwykle zafascynowała. Kolory, w przewadze pomarańcz, czerń i biel, są silnie eksponowane i każdy panel przykuwa nasz wzrok, skłania do delektowania się rysunkami oraz szczegółami i poszlakami na nich zawartymi.

Batman: Trybunał Sów to komiks genialny, którego wady ciężko wyliczyć choćby na palcach jednej ręki. Jedyną wadą, jaką znalazłem, jest to, że czuć, iż jest to jedynie część historii o Trybunale, która rozwinięta będzie w Tomie 2. Czuć, że Snyder gra na naszych emocjach tylko po to, by przytrzymać nas w napięciu do rozwiązania całej tej afery w tomie drugim, za który biorę się za chwilę, gdy tylko moja recenzja zostanie zaplanowana na dzień, w którym ją czytacie. Polecam serdecznie Trybunał Sów, ale pamiętajcie – jeśli zobaczycie sowę, nie uciekajcie. Jej Szpon i tak już idzie waszym śladem. 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia