Batman: Śmierć rodziny – kontrowersją po sukces?

Są takie komiksy, które absolutnie łamią standardy oraz przekraczają wszelkie granice smaku tylko po to, by ukazać grozę i dramaturgię opowieści. Komiksy, których twórcy nie cofają się przed niczym, przed absolutnie żadnym zabiegiem artystycznym, by pokazać coś nowego, coś świeżego i opowiedzianego inaczej.

Czekałem na przeczytanie tego komiksu od miesięcy. Zawsze coś mi wypadało, zawsze coś odciągało od niego uwagę. Gdy nadeszły urodziny, a jeden egzemplarz wpadł mi w ręce, w końcu nadszedł czas na lekturę. Chwyciłem ohydnie, ale niesamowicie dobrze wyglądającą okładkę edycji limitowanej i zacząłem zagłębiać się w opowieść. Co w niej znalazłem? Co mnie zszokowało? Zapraszam was, moi drodzy czytelnicy, do recenzji komiksu będącego tomem trzecim serii, którą ostatnio recenzuję – Batman: Śmierć rodziny.

Tytuł: Batman: Śmierć rodziny
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki:  Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont

Joker zniknął rok temu. Bez twarzy, którą ściął mu Dollmaker i bez żadnego powodu. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co się z nim działo, ale nikt też się tym nie przejmował. Ważne, że zniknął z Gotham, prawda? Całun spokoju spadł na miasto. Wszyscy jak gdyby zapomnieli o grozie, jaką niesie ze sobą Książę Zbrodni za każdym razem, gdy znajduje się w okolicy. Wszyscy poza Batmanem. Nietoperz szukał śladów, obserwował i czekał. Czekał, bo wiedział, że Joker żyje. A jeśli żyje, to jest praktycznie stuprocentowa pewność, że powróci. Nie wiadomo po co. Nie wiadomo kiedy, ale… wróci. I tak jak zwykle bywa, Największy Detektyw Świata nie mylił się. Pewnego deszczowego dnia na komisariacie policji zgasły światła. To był On. Wrócił po swą zawieszoną na kołku na komisariacie nadgniłą twarz, mordując kilkunastu ludzi. Przy życiu zostawił jedynie komisarza Gordona. Po co wrócił? Och, to nigdy nie jest proste, prawda? Widzicie… klaun stwierdził, że bliscy Batmana, jego kochanego Batmana, zmienili go. Osłabili. Osłabili jego Nietoperza. Joker nie mógł przecież na to pozwolić, prawda? Postanowił wyzwolić Batmana. Naprawić go. Naprawić go tak samo, jak naprawił siebie przez ten rok. Można powiedzieć, że ruszył w bardzo nostalgiczną podróż po swych pierwszych zbrodniach. Ze zgniłą twarzą przyczepioną w charakterze maski. Zabawne, prawda? Och, on z całą pewnością tak właśnie uważa…

Opowieść jest niezwykle uniwersalna, gdyż nie wymaga czytania poprzednich tomów tej serii, ale pomimo wszystko przydatna byłaby znajomość jednego z tomów Detective Comics, które ukazują wydarzenia sprzed zniknięcia Jokera, wydarzenia, które do tego zniknięcia prowadzą. W tej opowieści dzieją się naprawdę dziwne rzeczy. Batman jest bezsilny. Pomimo tego, że teoretycznie wszystko ma pod kontrolą, to psychicznie przestaje już wierzyć, że rozumie swego największego adwersarza. Do tej pory myślał, że rozumie mniej więcej jego motywy, że potrafi rozgryźć jego plany, ale tym razem nie ma pojęcia, jak rozgryźć Klauna. W pewien dziwny sposób czuje, że Joker żywi do niego naprawdę silne uczucia. Pewien rodzaj pokręconej przyjaźni bądź też miłości. Więź. Świadomość, że Batman jest uzupełnieniem Jokera, a Joker uzupełnieniem Batmana przeraża Bruce’a. Boi się on, że w pewien sposób, oszczędzając go i trzymając przy życiu, za każdym razem na nowo tworzy tego szaleńca. Że pozwalając mu żyć skazuje wielu niewinnych ludzi na śmierć. Najgorsze jest to, że Batman wie doskonale, że jest to prawda. Prawo zawodzi. Zawodzi ludzi. Zawodzi Batmana. A Joker doskonale wie, co kieruje jego rywalem. Wie dokładnie, co go boli. I wie doskonale, gdzie uderzyć, by zabolało.

Zwątpienie dotyka również bliskich Batmana, których Klaun wodzi za nos, strasząc, że zna ich tożsamości. Twarze pod maskami. Komiks jest więc pełen zwątpienia. Pełen silnych, sprzecznych emocji. Rozumiemy strach naszych bohaterów. Rozumiemy, że nie wiedzą, co konkretnie mogą zrobić w tej sytuacji. W głębi duszy winią za wszystko Batmana, choć starają się mu tego nie mówić. A on to czuje. I to tym bardziej wyprowadza go z równowagi.

Opowieść jest niezwykle trudna i wciągająca. Dodatkowe smaczki również znajdują się tu i ówdzie. Na przykład żarty Jokera na komisariacie skierowane do komisarza Gordona: „Och, a to znasz? Przychodzi klaun w hawajskiej koszuli…”. Jest to oczywiście nawiązanie do kultowego Zabójczego Żartu, w którym Joker w hawajskiej koszuli paraliżuje córkę Gordona, Barbarę. Dla fana to prawdziwa gratka.

Kreska prezentowana przez komiks nie odstaje, a wręcz nie różni się niczym od kreski zastosowanej w przypadku dwóch poprzednich tomów. Różni się jednak klimat rysunków oraz tonowanie kolorów. W Mieście Sów klimat rysunków był oczywiście mroczny i ciężki, ale w Śmierci rodziny jest on wręcz… niekomfortowy. Dziwny. Niesmaczny. Przez niezwykłą dbałość rysownika o detale możemy zauważyć nawet muchy chodzące po zgniłej twarzy Jokera. Nietrudno domyślić się, że to przez smród martwego od ponad roku kawałka ciała. To niezwykle działa na wyobraźnię. Efektu dopełnia mrok, który wypełnia panele. Praktycznie nie mamy tutaj do czynienia z ciepłymi kolorami. Kolorami jasnymi czy oddającymi jakiekolwiek życie. Nawet serwowany nam od czasu do czasu pomarańcz jest wyblakły i blady. Słaby.

Komiks taki właśnie jest. Ciężki. Ukazuje nam, jak Joker wpływa na umysły swych przeciwników. Odbiera im smak życia. Sens życia. Odbiera im ich dumę i nadzieję oraz poczucie celu w walce z przestępczością. Momentami miałem wrażenie, że kolorystyka ma właśnie sprawić wrażenie takiej, jak widzą świat bohaterowie. Ponuro. Komiks zastosował obsceniczność w celu nakreślenia, jak szalonym i psychopatycznym osobnikiem jest Joker. Twórca posunął się do paneli obrzydliwych i nieestetycznych. Posunął się do ukazania bestialstwa Jokera w zupełnie nowym wymiarze, który z pewnością na zawsze zmieni tę postać. To nie tylko ohydny wygląd zewnętrzny… Pan J. się zmienił. Przyznaje to nawet Harley, która została włączona do opowieści, jako kolejny element szalonego planu Jokera. Element, który zostanie okrutnie wykorzystany i pozostawiony samemu sobie.

1566202-

Batman: Miasto Sów – czy dotrzymuje kroku?

A więc nadeszła pora, byśmy kontynuowali naszą, powiedziałbym, magiczną podróż przez tę sprezentowaną mi na urodziny serię komiksów. Jesteśmy już po recenzji Trybunału Sów, którą przeczytać możecie tutaj. Teraz nadszedł czas na sequel. A jak to z tymi sequelami bywa, jeśli prequel był dobry, to fani oczekują czegoś o wiele lepszego i mocniejszego od kontynuatora serii. Czy Miasto Sów trzyma poziom świetnego Trybunału…? Czy komiks jest spełnieniem również moich oczekiwań w stosunku do kontynuacji serii, co do której miałem wielkie nadzieje? Zapraszam do lektury tekstu, który powinien rzucić nieco światła na nocne Gotham.

 

Tytuł: Miasto Sów
Scenariusz: Scott Snyder 
Rysunki: Greg Capullo
Wydawnictwo: Egmont

Historia przedstawiona w tym komiksie jest kontynuacją fabuły z części pierwszej. Rozpoczyna się w posiadłości Wayne’a, która zostaje napadnięta przez tabun szponów mających za zadanie zabić Bruce’a i wszystkie osoby znajdujące się w posiadłości. Jak się po chwili okazuje, Trybunał obrał sobie za cel nie tylko Batmana i Wayne’a, ale także wszystkie najważniejsze osoby w mieście. Organizacja – jak widać – zaczęła działać czynnie i próbuje przejąć absolutną kontrolę nad miastem, które uważa za swoje. Z pomocą przyjdą mu przyjaciele i rodzina. Batgirl, Damian Wayne, Nightwing i kilkoro innych, znanych nam z uniwersum DC postaci. Pomogą oni Batmanowi, nadal załamanemu po wydarzeniach z części pierwszej, odzyskać kontrolę nad miastem, które kocha, i pokonać Trybunał Sów, zacieśniający swe szpony na mieście. Oprócz tego wątku mamy kilka historii pobocznych, takich jak „narodziny” Mr. Freeza czy też historia pewnej młodej ambitnej dziewczyny starającej się pomóc Batmanowi pomimo jego niechęci do mieszania się w jego sprawy.

Należy zauważyć, że komiks nie jest już tak nastawiony na śledztwo i fabułę jak pierwsza część. W pierwszej mieliśmy do czynienia z komiksem skupionym na opowieści jako takiej. Przedstawianie historii. Tutaj historia jest w nie mniejszym stopniu opowiadana i nie mniej ciekawie, ale twórcy postanowili bardziej skupić się na odczuciach bohaterów. Na emocjach, które nimi targają podczas tej niebezpiecznej i nieco samobójczej misji. Batman przestaje wierzyć w siebie. To jego rozterki i walka z nimi są najciekawszą stroną tego komiksu. Widzimy, jak nasz bohater przeistacza się ze złamanego, zrozpaczonego człowieka w dumną i gniewną istotę, która musi dla swojego miasta i swoich bliskich przegryźć tę gorzką pigułkę, jaką jest świadomość, że nigdy tak naprawdę do końca nie poznał Gotham, i walczyć. Iść przed siebie. Bronić wszystkiego, co mu drogie, ale też wszystkiego, co dla niego bolesne. Widzimy bohatera, którego znamy. Profil psychologiczny, który potrafimy zrozumieć. Wielokrotnie czułem w sercu wiele żalu i wiele różnorodnych kłębiących się we mnie emocji, gdy czytałem kwestie Wayne’a. Rozumiałem jego strach. Jego ból i gniew. Miasto Sów jest napisane właśnie postaciami. Nie wydarzeniami i scenami jako takimi. Tę historię najbardziej budują jej bohaterowie, którzy bardziej nawet niż walczyć z Trybunałem, muszą walczyć ze swymi własnymi wewnętrznymi demonami, które trawią ich już od dawna.

Komiks pod względem kreski nie różni się znacząco od swojego poprzednika, ale warto tu wspomnieć o kilku istotnych kwestiach. Jest on o wiele mroczniejszy pod względem palety barw i lokacji. Klimat został dość poważnie zmieniony względem części poprzedniej. Tak jak Trybunał Sów był tajemniczym, pełnym niedopowiedzeń komiksem, tak Miasto Sów jest przepełnione akcją, mrokiem i powagą. To się czuje, uwierzcie mi. Czujemy od pierwszego panelu, że mamy tu do czynienia z opowieścią dramatyczną, kulminacyjną i ciężką. Mamy uwierzyć, że misja Batmana jest z góry skazana na porażkę. Kolorystyką i stylem rysowania zastosowanym w tym komiksie autorzy starają się nam podkreślić, w jak złej sytuacji znalazł się nasz bohater i jak ciężko będzie mu cokolwiek w tej sprawie poradzić.

Sam rysunek, tak jak w przypadku Trybunału Sów, stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nie odstępuje od swego „ojca” i nadal cieszy wzrok oraz zmusza niekiedy do zastanowienia się nad poszczególnymi panelami, w których nie raz zawarta jest symbolika dotycząca danej sytuacji. Pamiętam jeden panel, który ukazywał okno w pokoju jednego z przodków Bruce’a, terroryzowanego przez Trybunał. W oddali, daleko na niebie, widać było małą plamkę z delikatnie zarysowanym kształtem. Była to sowa. Zwiastun nadejścia Szpona. Nadejścia śmierci zesłanej przez Trybunał Sów. Ma to swój klimat i cholernie satysfakcjonuje odnalezienie tego typu elementów otoczenia, które przemawiają do nas bez słów.

Miasto Sów to komiks potężny. Komiks, który tak jak jego poprzednik stoi na naprawdę wysokim poziomie – i polecam go tym wszystkim, którzy przeczytali część poprzednią! Owszem. Jest to chyba jedyna wada tomu drugiego: jest on przystosowany do osób, które są zapoznane z pierwszym tomem. Dla osób, które zaczynają od Miasta…, może być on nieco skomplikowany i nielogiczny. Mówiąc prościej: jest nieprzyjazny dla nowych użytkowników! Starałem się jednak oceniać go jako dopowiedzenie, kulminację i uzupełnienie tomu pierwszego. Razem te dwa komiksy stanowią kawał porządnej batmańskiej rozrywki, której żaden fan DC i po prostu porządnych, przepełnionych emocjami historii nie może przeoczyć.

cdn.

Harley Quinn: Zamotana – czy zamotała i mnie?

Czy jest postać, którą męska część fanów uniwersum DC kocha bardziej niż Harley Quinn? Szalona, słodka wariatka stworzona przez manipulację jej kochanka i oprawcy zarazem, Jokera, stworzona na jeden komiks, ale doceniona i wtłoczona w kanon świata DC, jest ulubienicą czytelników. Nikt w DC nie spodziewał się tak wielkiego zainteresowania tą właśnie postacią. Jej początki możemy datować na rok 1992, kiedy zadebiutowała w Batman: Animated Series. Konkretnie w odcinku Joker’s Favor. Została zainspirowana postacią Arleen Sorkin ze spektaklu Days of our Lives. Przeszła przez te wszystkie lata mnóstwo metamorfoz tak pod względem psychicznym, jak i fizycznym oraz stylistycznym. Teraz stawia śmiałe kroki w panteonie bohaterek/antybohaterek komiksowego świata i otrzymuje własną serię o tytule prostym i dźwięcznym: Harley Quinn. Dziś chciałbym omówić naszą byłą reprezentantkę syndromu sztokholmskiego w komiksie Harley Quinn: Zamotana, który jest drugim tomem serii.

Tytuł: Harley Quinn: Zamotana
Scenariusz: Amanda Conner/Jimmy Palmiotti
Rysunki: Chad Hardin/John Timms
Kolory: Alex Sinclair

 

Swym zwyczajem wspomnę najpierw o scenariuszu. Przyznam szczerze, że dawno nie widziałem tak szalonego, tak niepoukładanego i dziwnego komiksu jak ten. Czy traktować to jako wadę, czy może raczej jako zaletę? Każdy, kto zna osobowość Harley Quinn, zna doskonale odpowiedź na to pytanie. Przejdźmy jednak do sedna. Scenariusz przedstawia kilka osobnych, a jednak delikatnie połączonych ze sobą opowieści. Opowiadają one bowiem kolejne przygody Harley Quinn z jednej na drugą. Żadna z nich nie jest jednak ściśle powiązana ze sobą, poza miejscowymi wzmiankami o sobie w dialogu bądź dwóch. Pierwsza opowieść to przezabawna opowiastka o mężczyźnie, który porywa Harley. Zamyka ją w klatce w swoim pokoju. Na pierwszy rzut oka widać, że mężczyzna ma obsesję na punkcie byłej pani doktor i stara się ją w pewien sposób w sobie rozkochać. A z całą pewnością mieć ją na własność. Niezwykle lubię, gdy momentami komiksy burzą swą poważną fasadę i mieszają prawdziwy świat z własnym – komiksowym. Psuje to może delikatnie harmonię, podniosłość i powagę historii, ale przypominam, że jest to komiks własny Harley Quinn. Niepoukładanej wariatki. Osoby, której umysł nigdy nie był całkowicie normalny, nawet przed manipulacjami, którym poddał ją Joker. Dlatego właśnie cholernie podoba mi się szybka zmiana tempa, zwroty akcji, gagi i nieprawdopodobne sytuacje. To tak bardzo pasuje do postaci, że trudno czepiać się czegokolwiek, mimo że gdybym dostrzegł podobne cechy w komiksie z Batmanem, uznałbym je za ogromne wady scenariusza – nietworzącego żadnej logicznej całości.

Harleen jest jednak właśnie taką całością bez ładu i składu oraz jakiejkolwiek logiki. Jest jednak pełna humoru. Pełna szalonego humoru. Doskonale zostało to oddane w tym komiksie, gdyż nasza bohaterka swoimi zachowaniami i słowami rozbawia nas właściwie bez ustanku, nie dając nam chwili na złapanie powietrza. Jest wyjątkowa jak zawsze. Niezwykle podobały mi się momenty łamania czwartej ściany i parodiowania postaci z uniwersum Marvela takich jak Thanos, dla przykładu. Przed przeczytaniem komiksu martwiła mnie jednak pewna sprawa: oddanie postaci. Miałem nadzieję, że charakter Quinn został zachowany i doskonale ukazany w komiksie. I tak jak bardzo podoba mi się kierunek, w jakim podąża postać Harley, tj. ukazanie jej jako silnej i niezależnej już od Jokera kobiety, tak nie podoba mi się nadmierna jej seksualizacja. Ze słodkiej, nieco naiwnej i ukochanej wariatki przemieniła się ona w niezwykle skąpo ubraną flirciarę, która choć słodka, zabójcza i niewinna zarazem, nie wywołuje we mnie tych samych uczuć co dawniej. Czasy się jednak zmieniają. Gusta się zmieniają. Niegdyś, by podkreślić seksapil kobiety, należało dać jej takie ubranie, które ukaże jej kształty w jak najlepszym świetle. Dawne kostiumy Harley robiły właśnie tę robotę. Ukazywały ją jako słodką, ale niezwykle seksowną wariatkę, szaleńczo zakochaną w swym oprawcy. Dziś kostium Harley składa się z coraz mniejszej ilości materiału. Nadal jest seksapil i słodkość, ale momentami za dużo tu wyuzdania. Z tego, co zdążyłem wielokrotnie przeczytać w dyskusjach internetowych, nie jestem jedynym czytelnikiem, który uważa to za wadę.

15045418_1201104436650907_854465537_o

Kreska również jest dość nierówna, gdyż w kilku częściach komiksu zmieniała się nagle na całkowicie inną stylistycznie. Z hiperrealistycznych konturów przeskakiwano na bardziej kreskówkowe klimaty, by po chwili znów powrócić do hiperrealizmu. Było to jednak na tyle inne i ciekawe, że nie szukałem w tym wady, a znalazłem wiele zalet. Komiks nie nudzi. Jego kreska jest tak zróżnicowana i tak niepoukładana, że nie czujemy znużenia ciągłym wlepianiem oczu w ten sam materiał, rysowany dokładnie tak samo przez wiele, wiele stron. Bawi, zaskakuje i świetnie oddaje zarówno klimat, jak i rozmaite żarty sytuacyjne i tak dalej. Choć jeśli miałbym ocenić ją jakoś solidnie, to powiedziałbym, że przeważa tu jednak, poza tymi odstępstw, hiperrealizm.

I muszę przyznać, że jest to jeden z ciekawiej narysowanych komiksów, jakie widziałem. Postacie oddane są z należytą pieczołowitością, doskonale zostały podkreślone wszystkie szczegóły ich twarzy czy ubrań. Tła natomiast bywają szczegółowe bądź też bardziej mozaikowe, ledwie zarysowane. Całość, czułem to przez cały okres czytania, wywiera na nas wrażenie, jakbyśmy „czytali Harley Quinn”. Gdyby była ona komiksem, to właśnie takim komiksem – o tak niepoukładanej stylistyce, z którą na samym początku nie wiedziałem co zrobić, by po dłuższym czytaniu zakochać się w niej bez reszty.

Kolorystyka, jak wiemy, odgrywa olbrzymią rolę w komiksie. To ona nadaje rysu postaciom i wydarzeniom. To ona podkreśla wiele rzeczy, których tekst podkreślić nie może. Wywołuje w nas odpowiednie do sytuacji emocje. Zamotana jest kolorystycznie żywa i niezwykle jaskrawa, z dominującymi wyraźnymi i ciepłymi kolorami. Sprawia tym wrażenie dynamicznej, szybkiej opowieści, którą w praktyce właśnie jest. Świetnie oddaje klimat historii potraktowanej z przymrużeniem oka. Opowieści z humorem i wieloma nawiązaniami do popkultury. Kolorystyka świetnie oddaje więc to, że jest to komiks lekki, szalony i zabawny. Tak jak sama postać, o której komiks ten opowiada. Czym bowiem byłby komiks o Harley Quinn bez typowego dla niej szaleństwa również w kresce i kolorze, prawda? Kiedy Pan J. nie patrzy, Harley potrafi swoim wyglądem (bez względu na słowa Jokera!) naprawdę zauroczyć! Zasługa leży oczywiście w rękach świetnych rysowników i osób odpowiedzialnych właśnie za kolorystykę.

15065136_1201104233317594_619216007_o

Harley Quinn: Zamotana to świetny komiks. Nierówny, szalony, łamiący czwarte, piąte i szóste ściany oraz niezwykle barwny i godny zapamiętania. Ja z całą pewnością zapamiętam tę opowieść, gdyż jest ona tak idealnie nieidealna, tak harmonijnie niepoukładana i cudownie zwariowana jak sama Harley Quinn. A skoro wszyscy kochamy Harley, to musimy też pokochać komiks, który tak cudownie ten szalony charakter w niej podkreśla. Polecam go serdecznie wszystkim fanom komiksu jako takiego, a w szczególności fanom samej Harley. Kupcie. Na pewno się ucieszy, a wtedy jest szansa, że was nie zabije!

tania_ksiazka_kod_rabatowy_logo_kupon

Nieskończoność – marvelowski przełom w mojej karierze!

Jest to wpis dość przełomowy. Przełomowy dla mnie jako czytelnika, opiniotwórcy oraz dla was jako moich czytelników. Przygotowałem bowiem tekst, który jest recenzją komiksu, ale wyłamującego się ze stworzonego standardu komiksu Marvela. Znając dość dobrze uniwersum Marvela, postanowiłem chwycić za komiks autorstwa Hickmana, Cheunga, Opena i Weavera pt. Nieskończoność. Za tym krótkim tytułem, jak się okaże, kryje się cała znana nam plejada marvelowskich superbohaterów i złoczyńców, opatrzonych porządną historią science fiction. Tym razem musimy oderwać się od ziemi i wznieść wysoko i daleko w przestrzeń międzyplanetarną. W jakim celu? Zapraszam dalej!

Tytuł: Nieskończoność
Scenariusz: Jonathan Hickman
Rysunek: Cheung, Opena, Weaver

14958316_1190581944369823_2053849661_n

 

Komiks rozwija wątki zawarte w komiksach z serii Avengers i New Avengers, posyłając nas w sam środek wojny z rasą stwórców zwaną Budowniczymi i Thanosem, niszczycielem światów. Planeta po planecie umiera. Rasa po rasie albo ucieka, albo zostaje eksterminowana i wykreślona z rejestru istnienia. Galaktyki opierają się najeźdźcy, ale czują, że nie mają szans ich odeprzeć i pokonać. Nawet Ziemia, ze swymi wszystkimi herosami, nie widzi nadziei na zwycięstwo w obecnej sytuacji. Wszystko wydaje się skazane na porażkę, dopóki… dopóki nie wkraczają na tę scenę, będącą poletkiem dramatu, Avengers. Szybko okazuje się jednak, że to nie Budowniczowie stanowią prawdziwe zagrożenie, które może ogołocić galaktykę z istnienia, ale Thanos i jego śmiercionośna danina. Czego lub kogo szuka? Jaki ma plan?

Komiks przez długi czas trzyma nas w niepewności, dając złudne poczucie zagrożenia nie z tej strony, z której to zagrożenie rzeczywiście zmierza. Scenarzysta stara się zbudować respekt do tej tajemniczej rasy stwórców, gdy tylnymi drzwiami wprowadza nikczemny plan Thanosa, który, gdy już go odkrywamy, okazuje się naprawdę ciekawym i dobrze skleconym zwrotem akcji. Opowieść trzyma w napięciu i wielokrotnie stara się nas utwierdzić w przekonaniu, że wojna jest z góry skazana na niepowodzenie. Oczywiście, jak to w historii o herosach bywa najczęściej, nasi bohaterowie (pomimo wielkiej ich liczby i tak przodują Avengers z Kapitanem Ameryką i Iron Manem na czele) radzą sobie z kolejnymi problemami, by bardzo szybko wpaść w nowe, z pozoru (czasami nie tylko z pozoru) dużo groźniejsze niż te pierwotne.

Po tylu latach wpisywania tych postaci w kolejne ich przygody nie jest niczym zaskakującym fakt, że i w Nieskończoności są oni wiernie oddani. Ich charaktery, wyglądy i przynależności nie są zbyt dobrze i należycie rozpisane, ale tak jak mówiłem – jest to komiks, który w pewien sposób jest kontynuacją pewnej opowieści. To jedyna wada scenariusza, jeśli miałbym jakąś wskazać. Nie jest to komiks dla nowego czytelnika. Jeśli nie znasz postaci Marvela, to ten komiks jedynie namiesza ci w głowie i niezwykle skomplikuje sprawę. Jest też delikatnie nieprzystępny dla tych, którzy nie znają początków tej opowieści. Gdy jednak poświęci się mu nieco czasu, potrafi odpłacić czytelnikowi swoją nieprzystępność naprawdę dobrym kawałkiem komiksowego kunsztu. A wynagradzanie za wnikliwe wertowanie stron, czy to książki, czy komiksu, to coś, co niezwykle cenię w komiksach.

14958479_1190581924369825_1572476647_n

Kreska jest – z tego, co widziałem również w innych komiksach z tej „serii” – niezwykle marvelowska i typowa dla komiksów, których dotknęła ręka tych czterech rysowników. Jest to styl, który śmiałbym określić jako szkicowy. Jest on dość szczegółowy, jeśli mówimy o pierwszym planie, natomiast plany drugi i trzeci są rozmazane i jest na nich uchwycony jedynie kształt i zarys przedstawionych obiektów. Ostatnio recenzowałem wiele komiksów, które przedstawiane były nadmiernie dokładnie, dlatego też delikatny odpoczynek od tego stylu rysownictwa niezwykle mi się podoba. Rysunki są przede wszystkim bogate w treść i właściwie same opowiadają opowieść, bez dialogów czy jakichkolwiek opisów. Jest to olbrzymia zaleta, gdyż dzięki temu komiks przyciąga wzrok i zachęca do dogłębnej analizy rysunku, która niekiedy jest potrzebna do pełnego zrozumienia danej sytuacji. Pobieżne przeglądanie paneli jest tu raczej odradzane, chyba że nie chcemy poznać całego kontekstu i emocji zawartych w danym momencie fabularnym. Rysunki jednak to rysunki, a kolory i klimat, jakie oddają te elementy złączone w całość, to zupełnie inne rzeczy. A te – muszę przyznać – robią wrażenie, gdyż są to w większości kolory dość zimne, a jednak tak przyciągające wzrok i budujące klimat końca: końca świata, końca wszechświata.

Kolorystyka komiksu wskazuje nam powagę opowieści i jej przekaz – czyli zagrożenie absolutną eksterminacją życia galaktycznego. Muszę zauważyć, że w tym komiksie to właśnie kolory odgrywają najistotniejszą rolę, jeśli mówimy o klimacie. Chłodne barwy (w większości jest to przewaga koloru niebieskiego czy jasno brązowego, wręcz wyblakłego) wskazują na blady strach, na cień, który padł na czoło społeczności galaktycznej. Prawdą jest, że to szczegóły budują całość. Małe elementy większej układanki, bez których nie byłoby spójnej całości.

14937821_1190581974369820_1097573590_n

Komiks Nieskończoność to świetna opowieść, która – choć nie przełomowa, nie specjalnie nowatorska czy poprowadzona oryginalnie – zapewnia kilka godzin przyjemnej, wnikliwej zabawy. Historia przesycona akcją i jej zwrotami bawi i świetnie manipuluje światem stworzonym przez Marvel Comics. Od strony pierwszej do strony ostatniej byłem zadowolony. Jeśli jesteście fanami Marvela zapoznanymi z tym światem i jego bohaterami, to koniecznie sięgnijcie po tę część.  

tania_ksiazka_kod_rabatowy_logo_kupon

Batman: Trybunał Sów

 

Chyba wszyscy lubimy dzień naszych urodzin, prawda? Dzień, w którym spotykamy się z przyjaciółmi i rodziną, cieszymy swoją obecnością i oczywiście otrzymujemy różnorakie prezenty, najlepiej, by były one od serca i pokazywały, jak bardzo zależy nam na osobie, która jest nimi obdarowywana. Przyznam, że i ja miałem kilka dni temu urodziny, już dziewiętnaste, nawiasem mówiąc. Moi znajomi przeszli jednak samych siebie pod względem prezentu. Otrzymałem od nich całą dostępną w Polsce serię komiksów New DC 52 od Batman: Trybunał Sów aż po Batman: Cmentarna Szychta. W ciągu następnych tygodni mam zamiar je wam zrecenzować, rozpoczynając właśnie od tomu pierwszego, wydanego w 2011 roku pod tytułem Batman: Trybunał Sów. Nie chcąc przedłużać – zapraszam do tekstu.

Tytuł: Batman: Trybunał Sów
Scenariusz: Scott Snyder
Rysunki: Greg Capullo
Tusz: Jonathan Glapion
Wydawnictwo: Egmont

Warto na początku wspomnieć o czym konkretnie traktują kolejne strony tego właśnie komiksu. Batman zostaje wezwany do oględzin przybitego rzutkami do ściany trupa. Rzutki te mają na głowniach logo sowy. Logo to kojarzy się i Batmanowi i Harveyowi Bullockowi ze starą legendą Gotham o grupie tajemniczych ludzi/istot, które od wieków niepodzielnie i niestrudzenie rządzą Gotham, pozbywając się swych przeciwników za pomocą Szponów, elitarnych zabójców na ich skinienie. Batman z początku nie wierzy w owych morderców, dopóki nie grożą oni śmiercią Bruce’owi i niepodzielnie i niestrudzenie i nie próbują rzeczywiście go zabić. Szybko okazuje się, że nie jest on pierwszą osobą z rodziny, która padła ofiarą Trybunału Sów. Czy to może być prawdą? Czy Gotham nie jest jednak miastem Batmana, a makietą, na której grają gracze o wiele poważniejsi i potężniejsi od niego? Czy to wszystko przemknęło Nietoperzowi pod nosem niezauważenie? I czy uda mu się powstrzymać tajemniczego mordercę?

Cóż… jeśli pragniecie odnaleźć odpowiedź na te pytania, to serdecznie zapraszam was do przeczytania komiksu. To jest chyba jego największą zaletą – opowieść. Nie jest to komiks w stylu Husha, który recenzowałem jakiś czas temu i który stał bardziej przemyśleniami głównego bohatera i wewnętrznymi rozterkami reszty bohaterów. To nie Mroczny Rycerz kontratakuje, który opowiadał o beznadziejnej walce w przeżartym korupcją systemie. To komiks detektywistyczny. Komiks czysto fabularny, który opisuje wielowątkową opowieść z kilkoma ciekawymi zwrotami akcji, a także odniesieniami do różnych komiksów, które wyszły przed nim. W tę opowieść wplątane są dobrze znane fanom tego świata postacie – syn Bruce’a, Nightwing, Alfred – wierny lokaj, Jim Gordon i Harvey Bullock, a także gościnnie w panelu lub dwóch występują postaci takie jak Kobieta Kot czy Batgirl. Ktoś, kto choć chwilę przesiedział nad komiksami DC, z pewnością poczuje się tu jak w domu i szybko odnajdzie na „osi czasu” (o ile coś takiego w DC istnieje) i komfortowo przebrnie przez solidny scenariusz.

Co jednak buduje każdy komiks, zarówno ten solidny, jak i słaby? Rysunki. Kolory. Klimat, który one tworzą. W tym akapicie pragnę wspomnieć właśnie o tym aspekcie Trybunału Sów. Niezwykle lubię ten rodzaj kreski. Szczery, brutalny i brudny. Tak ludzki i bliski memu sercu i światu, jaki nas otacza, że niezwykle łatwo mi wsiąkać w każde dzieło rysowane w ten sposób. Bo ten komiks, jakkolwiek obscenicznie to nie zabrzmi, ocieka brudem. Pławi się w nim. Pławi się w krwi i rysunkach, które oddają całą grozę lub całe piękno sytuacji. Rysunki, które nie boją się być kontrowersyjne, komiksy, które takie są, zasługują na pełen szacunek. Czuję, że tego rodzaju podejście do tematu rysownictwa odkłamuje komiksy jako takie. Ukazuje odbiorcom, że nie są to już bajeczki dla małych dzieci, w których strach podejmować kontrowersyjne tematy. Takie podejście ukazuje komiksy jako pełnowartościową rozrywkę dla ludzi w każdym wieku i różnorakiej wrażliwości. Uważam, że rysunki ogromnym plusem Trybunału…. Szczegółowe, brudne i szczere do bólu – tak najłatwiej je opisać.

Gdy rysunki prezentują ten typ ekspresji, nie trudno się wam chyba domyśleć, jaki klimat towarzyszy stronom tego komiksu. Jest to ciężka i mroczna historia o poszukiwaniu prawdy i walce ze słabościami. Ukazanie, że nawet superbohatera da się złamać, ale że ze wszystkiego możemy powstać silniejsi. Czujemy, że nie rozumiemy i nie znamy Gotham. Odczuwam to wraz z Batmanem, który wątpi w swoją potęgę, swoją wyższość i przewagę nad przeciwnikami. Jego ukochane miasto wymyka mu się z rąk. Miasto, które przysięgał bronić. Komiks jest intrygujący i tajemniczy, bardzo brutalny i szczery, ale przede wszystkim bardzo w stylu DC. W stylu, który odrzuca wielu ludzi, ale i wielu przyciąga. Mnie ta brutalna szczerość niezwykle zafascynowała. Kolory, w przewadze pomarańcz, czerń i biel, są silnie eksponowane i każdy panel przykuwa nasz wzrok, skłania do delektowania się rysunkami oraz szczegółami i poszlakami na nich zawartymi.

Batman: Trybunał Sów to komiks genialny, którego wady ciężko wyliczyć choćby na palcach jednej ręki. Jedyną wadą, jaką znalazłem, jest to, że czuć, iż jest to jedynie część historii o Trybunale, która rozwinięta będzie w Tomie 2. Czuć, że Snyder gra na naszych emocjach tylko po to, by przytrzymać nas w napięciu do rozwiązania całej tej afery w tomie drugim, za który biorę się za chwilę, gdy tylko moja recenzja zostanie zaplanowana na dzień, w którym ją czytacie. Polecam serdecznie Trybunał Sów, ale pamiętajcie – jeśli zobaczycie sowę, nie uciekajcie. Jej Szpon i tak już idzie waszym śladem. 

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia