Światło w mroku

W nawet największej ciemności można odnaleźć światło. Może się nam wydawać, że to nieprawda, ale tak właśnie jest. Wystarczy uwierzyć i dać szansę. Żyjemy w przeświadczeniu, że to, co jest światłem, jest dobre, najczystsze. Ale czasami „najczystsze” światło może tak naprawdę być mrokiem, który nas pochłonie i zniszczy. Doskonałym tego przykładem jest powieść Światło w mroku autorstwa I.M Darkss. Może i jest to książka fantastyczna i nie opisuje prawdziwych zdarzeń, jednak zawarte w niej przesłanie czyni ją jak najbardziej prawdziwą.

Tytuł: Światło w mroku
Autor: I. M. Darkss
Wydawnictwo: Novae Res

Nawet najciemniejsze zło, ciemność może się rozjaśnić, jeśli wniesiemy w nie trochę światła miłości. Jednak czasami tam, gdzie jest najjaśniej, możemy bardziej cierpieć, bo nasze światło blednie przy tamtym ciemnym świetle. Co mam przez to na myśli? Spójrzmy na to w ten sposób. Jest pewna osoba, chodzi do kościoła, modli się, bardzo mocno wierzy. Ale względem innych ludzi jest potworem, niszczy im życie, upokarza, sprawia, że źle się czują. Najgorsze jest to, że wszyscy sądzą, że jest inaczej, że to, iż jest tak bardzo wierząca, czyni z niej najjaśniejszą osobę, której światło bije na wszelkie strony. Jestem pewna, że znacie taką osobę, że każdy z was chociaż raz się na kogoś takiego natknął. Ja niestety tak i to ze strony najbliższej rodziny. A znam też osoby, które kiedyś były straszne, niszczyły każdego, ale miały powody. Uważa się je za najgorsze, ale nikt nie spojrzy na to, co przeżyły w młodości. Tak naprawdę ich serce jest o wiele czystsze od tych, których społeczeństwo uważa za przykład, bo wierzą.

Wydaje się nam, że światło jest pełne jasności, a mrok – ciemności. Ale czy na pewno tak jest? Nie widzimy nic pośrodku i to jest nasz błąd.

Jako że przybliżyłam wam już ten problem, sądzę, że możemy przejść do recenzji tej niesamowitej powieści. Jestem pewna, że każdy z was chociaż raz usłyszał o tej książce. Swego czasu było o niej dosyć głośno. Do mnie trafiła dzięki BookTourowi prowadzonemu przez dziewczyny z blogu Stan: Zaczytany, za co bardzo serdecznie dziękuję. Dzięki tej książce zrozumiałam to, co przekazałam wam wyżej. Ale przejdźmy do sedna, znam siebie i jak tak dalej pójdzie, to rozpiszę się na 2 tysiące wyrazów.

Ella jest zwykłą 17-letnią dziewczyną, która ma kochającą rodzinę. Nie ma wielu problemów, a jeśli już, to takie jak każda nastolatka. Żyje w spokoju, od czasu do czasu wychodzi na imprezę, ale to tylko za namową swojej przyjaciółki. Jednak do czasu, gdy ktoś próbuje ją zabić. Jej wybawcą jest niesamowicie seksowny Jack. Dziewczyna jest przerażona, nie chce go słuchać, ale wkrótce ten wprowadza ją w świat magii, w którym dobro i zło toczy ze sobą nieprzerwaną wojnę. Okazuje się, że dziewczyna przynależy do tego świata, tylko o tym nie wiedziała, i jest tą, która może ten świat ocalić. Istnieją tam dwa rody. Temeni, czyli ludzie mroku, i Lamandi – ludzie światła. Lamandi proponują dziewczynie ochronę, jednak ona odrzuca ich propozycję ze względu na Jacka, który nienawidzi istot światła. On sam nie należy do żadnego z tych rodów, jest wyrzutkiem, który skrywa więcej tajemnic, niż może się wydawać. Przeżył wiele cierpienia i sam go wiele zadał. Jednak te tajemnice nie przeszkadzają mu się powoli wkradać do serca dziewczyny. Choć sam tego nie chce, przy niej jest inaczej. Czy mają szansę na miłość? Co ukrywa Jack i kim tak naprawdę jest? Czy będzie w stanie odwzajemnić uczucia mimo misji, której się podjął, i uczuć, które żywi?

Prawdą jest, że podeszłam do tej książki bardzo sceptycznie, jak do każdej książki o miłości i magii. Tytuł brzmi jednak naprawdę niesamowicie i intrygująco, dlatego nie zwlekałam z rozpoczęciem lektury. I choć moje nastawienie było raczej negatywne, to zmieniło się diametralnie po przeczytaniu kilku stron. Spodziewałam się mdłej opowieści o miłości, a dostałam coś całkowicie innego, z czego bardzo się cieszę. Bohaterowie są genialnie wykreowani, w szczególności Jack. Jest tak skrajny, że nie wiedziałam, czy mam mu współczuć, czy go nienawidzić. Raz był wspaniały, innym razem robił rzeczy, za które w myślach go karciłam. Potrafił być czuły, troskliwy, ale nadchodziły też chwile, w których stawał się bezwzględnym *** (tu wstaw przekleństwo), którego miałam ochotę zamordować gołymi rękami. Przeżył tak wiele, że naprawdę mu się nie dziwię, ale to i tak bolało jak diabli, a nawet go nie znam!

Ella zaś… Hmm, to trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony lubiłam ją, ale z drugiej… nie spodobało mi się jej zachowanie i to, jak bardzo jest łatwowierna i jak szybko się zakochuje. Ale okej, rozumiem. Gdybym miała przed sobą takiego seksownego mężczyznę, to sądzę, że sama zakochałabym się równie szybko. Autorka przy tworzeniu Jacka postarała się bardzo, ale mam wrażenie, że Elli poświęciła znacznie mniej uwagi. Ale mniejsza z tym.

Ogólny pomysł na powieść jest jak najbardziej na plus. Głównym wątkiem była relacja Elli i Jacka, ale pojawił się też wątek z kamieniem, który miał uratować magiczny świat. I ten wątek był naprawdę słabo rozwinięty, jakby wciśnięty na siłę. Żałowałam, że nie został bardziej rozbudowany, ale rozumiem. I.M. Darkss chciała się bardziej skupić na relacji głównych bohaterów. To może i lepiej?

Magia, która biła z każdej strony, rodząca się miłość, cierpienie, ból, mrok, światło, sprawiły że tę książkę czyta się szybko i z przyjemnością. Nawet jeśli nieświadomie, to poruszyła ona pewien problem – ten który opisałam wam wyżej. Czasem miłość może rozjaśnić nawet największy mrok! A nie każde światło naprawdę nim jest.

Książkę polecam wam z całego serca. Jest napisana z pasją, co widać już na pierwszych stronach. Bardzo ciekawym aspektem jest też to, że autorka zawarła w niej punkt widzenia nie tylko Elli, ale także Jacka, co naprawdę bardzo mnie ucieszyło i uczyniło tę opowieść bardziej przemawiającą do czytelnika. Jeśli jeszcze nie mieliście styczności z tą książką, to serdecznie zapraszam do zapoznania się z nią. Jestem pewna, że nie pożałujecie. Szykują się też kolejne części i nie mogę się ich już doczekać. Jeśli szukacie powieści, która was poruszy, ale nie będzie męcząca, to Światło w mroku jest idealne. Tutaj nic nie jest takie, jak powinno. Światło jest mrokiem, a mrok światłem…

Przykry początek wspaniałej serii

Jestem pewna, że każdy z was, przeglądając YouTube, oglądając telewizję albo po prostu korzystając z social mediów, np. Snapchata bądź Facebooka, choć raz natrafił na jakąś reklamę. Spogląda z niej na nas trójka uroczych dzieci i dziwnie wyglądający mężczyzna mający tylko monobrew. Coś czuję, że już wiecie, o czym mówię. Mocno reklamowany, stworzony przez Netflixa serial, który ostatnio miał swoją premierę. Tak, mówię o Serii niefortunnych zdarzeń. A wiecie, że została ona stworzona na podstawie książek?

Klasyka grozy w najlepszym wydaniu

Wiktor Frankenstein pochodzi z bogatej i powszechnie szanowanej genewskiej rodziny. Już od najmłodszych lat wykazuje zainteresowania naukami ścisłymi, dlatego jako siedemnastolatek postanawia wyjechać na studia do Ingolstadt, by tam kontynuować naukę. Interesują go przede wszystkim zagadnienia związane z istotą śmierci oraz odkryciem możliwości przywracania życia zmarłym, a jednym z jego największych projektów, i zarazem marzeń, jest powołanie do życia idealnego człowieka. Po wieloletnich poszukiwaniach i badaniach naukowych w końcu mu się to udaje, choć efekt znacząco różni się od jego oczekiwań. Wkrótce przekona się także, że stworzona przez niego istota całkowicie odmieni jego życie i zmusi go do podjęcia wielu bolesnych decyzji.
 
Tytuł: Frankenstein
Autor: Mary Shelley
Wydawnictwo: Vesper
 
Jako jedna z najpopularniejszych powieści grozy, Frankenstein na dobre wszedł do kanonu literatury. Obok Draculi Brama Stokera i Mnicha Matthew Gregory’ego Lewisa to chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych na świecie powieści gotyckich. Liczne adaptacje filmowe i teatralne oraz ciągłe odwołania i nawiązania kulturowe świadczą o niesłabnącej fascynacji i zainteresowaniu powieścią Mary Shelley. Książka, która świetnie odnalazła się także w kulturze masowej, była i jest inspiracją dla wielu późniejszych dzieł, a sam wizerunek monstrum stał się już pewnym zjawiskiem kulturowym. Czy jednak po blisko dwustu latach od pierwszego wydania Frankenstein wciąż zachwyca?
 
Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy młody podróżnik Robert Walton, przemierzając na swoim statku wody Arktyki, pragnie dopłynąć do bieguna północnego – miejsca, gdzie jeszcze nikt nie zdołał dotrzeć. Na swojej drodze niespodziewanie spotyka Wiktora Frankensteina, człowieka u kresu sił, który postanawia opowiedzieć mu swoją historię. Snuje przed nim smutną opowieść o rodzinie, dzieciństwie spędzonym w Genewie i studiach w Ingolstadt. Mówi mu o swoim zainteresowaniu nauką i fascynacji istotą śmierci, a także o tragicznym w skutkach eksperymencie, który doprowadził go do obecnej sytuacji. Toczy przed nim pewnego rodzaju spowiedź, jednocześnie próbując zmierzyć się z przeszłością. Trochę rozdrapując stare rany, a trochę starając się znaleźć odpowiedź na pewne pytania, opowiada swoją historię Robertowi oraz nam, czytelnikom.
 
Przyjęło się określać Frankensteina mianem powieści grozy, jednak w moim odczuciu jest to co najmniej spore niedopowiedzenie. Dzieło Mary Shelley to przede wszystkim przejmująco smutna, iście tragiczna opowieść o samotności oraz potrzebie miłości. Angielska pisarka wnikliwie analizuje zachowanie siejącego postrach monstrum oraz wnika wgłąb umysłu Wiktora Frankensteina, naukowca-stwórcy. Rozkłada na czynniki pierwsze, bada psychikę głównego bohatera, tym samym kreując przed nami jego portret psychologiczny. Poznajemy jego motywacje, sposób postrzegania rzeczywistości oraz ciążące na nim myśli i decyzje. Z pozycji obserwatora przyglądamy się jego zmaganiom z najtrudniejszymi dylematami oraz zastanawiamy się, co my byśmy zrobili na jego miejscu.
 
Jednak tym, co czyni tę powieść wyjątkową i ciągle aktualną, jest przede wszystkim jej uniwersalność. Poruszająca tak wiele motywów, mówi o rzeczach niezwykle ważnych równie dzisiaj. O potrzebie przynależności i miłości oraz poszukiwaniu celu, którego każdy w swoim życiu potrzebuje. To zawiła, wielowymiarowa powieść, którą w zależności od punktu widzenia, można interpretować na przeróżne sposoby. Ten dziewiętnastowieczny klasyk jest istną hybrydą gatunkową, w której groza miesza się z romansem, a thriller z powieścią filozoficzną. Warto znać Frankensteina nie tylko z racji tego, że należy do klasyki literatury oraz jest jednym z najważniejszych dzieł kultury popularnej, ale przede wszystkim dlatego, że to po prostu świetna powieść. Poruszająca, wymagająca, dająca do myślenia i na długo zapadająca w pamięć.

Na skutych lodem wodach Arktyki

Rok 1859, Anglia. Statek wielorybniczy Ochotnik wypływa na wody Morza Arktycznego. Jego dowódca, znany ze swojej pechowości, nie cieszy się dobrą sławą, jednak ten rejs ma odwrócić jego niefortunny los. Do załogi statku niespodziewanie dołącza Patrick Sumner – niedawno wydalony z wojska Irlandczyk. Zatrudniony jako lekarz pokładowy ma nadzieję na niewymagającą wyprawę, podczas której będzie jedynie leczył niegroźne urazy i opatrywał drobne rany. Jednak kiedy pewnego dnia zgłasza się do niego chłopiec okrętowy z obrażeniami jednoznacznie wskazującymi na to, że został seksualnie wykorzystany przez jednego z członków załogi, sprawy wyraźnie się komplikują. Rozpoczyna się poszukiwanie sprawcy…

Tytuł: Na wodach północy
Autor: Ian McGuire
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Nagroda Bookera w przeciągu kilkunastu ostatnich lat stała się jedną z najważniejszych i najbardziej prestiżowych nagród literackich na świecie. Przyznawana od 1969 roku, kształtuje trendy literackie i w znaczący sposób wpływa na rozpowszechnienie i popularyzację twórczości danych twórców. To właśnie dzięki tej nagrodzie sławę i uznanie na całym świecie zyskali m.in.: John Maxwell Coetzee, Ian McEwan, Yann Martel czy ostatnio również Richard Flanagan oraz Eleanor Catton. Już sama nominacja do Nagrody Bookera jest ogromnym wyróżnieniem i wyznacznikiem jakości. Jednym z zeszłorocznych nominowanych jest Brytyjczyk Ian McGuire, którego książka The North Water (Na wodach północy) trafiła w kwietniu na półki polskich księgarń.

Niekończące się wody morza, statek wielorybniczy i niezbadana Arktyka. Ian McGuire osadził swoją powieść w dzikim, brutalnym świecie, w którym o przetrwaniu decydują siła i wpływy. Nie ma tu miejsca na kompromisy, a ci, którzy nie mają wystarczającej woli walki, natychmiast przestają się liczyć. Takie jest również Na wodach północy – brudne, męskie i pozbawione uczuć. Wraz z rozpoczęciem lektury zostajemy przeniesieni na pokład statku, gdzie razem z załogą znosimy trudne warunki podróży, odczuwamy strach i stawiamy czoła dzikiej naturze. Niepowtarzalny klimat, który charakteryzuje tę powieść, jednocześnie przeraża i intryguje czytelnika. Z jednej strony chcemy jak najszybciej stamtąd uciec, wrócić do domowej wygody, a z drugiej jak najlepiej poznać te realia, zasmakować dzikiej natury, mrozu i bólu. Pragniemy doświadczyć na własnej skórze trudów i niedogodności rejsu.

Fabuła powieści Iana McGuire’a na pierwszy rzut oka skupia się na zbrodni oraz poszukiwaniu sprawcy. W tej dosłownej, najprostszej do odczytania treści to właśnie wątek kryminalny wychodzi na pierwszy plan. Jednakże kiedy spróbujemy przyjrzeć się jej bliżej, zauważymy, że pod jego fasadą kryje się znaczniej więcej… Autor przemycił w tej stosunkowo prostej historii sporą ilość zagadnień, które pozornie nie kojarzą się z tego typu powieściami. Wykorzystując postać Patricka Sumnera, zadaje wiele pytań, tym samym zapraszając czytelnika do zaangażowanej lektury i zmuszając go do refleksji. Ten irlandzki lekarz, nieco zagubiony w poczuciu bezradności i niejakiej pustki, stara się odnaleźć w sytuacji, w jakiej się znalazł oraz zrozumieć, w jaki sposób doświadczenie wpływa na postrzeganie przez niego świata. Ian McGuire pyta o poszukiwanie celu w życiu, o instynkt, który ukierunkowuje zachowanie i osobowość każdego z nas. A dzięki nieograniczonemu polu do interpretacji, jaką pozostawia autor, każdy ma możliwość odczytania tej historii na własny, unikalny sposób.

Na wodach północy Iana McGuire’a to bezkompromisowa, męska proza, w której nie ma miejsca na słabość czy lęk. Brytyjski pisarz kreuje przed nami intrygującą opowieść o okrucieństwie, upadku moralności i zezwierzęceniu. Zestawiając ludzi i zwierzęta, wskazuje na to, jak bezwzględny i brutalny może być człowiek oraz do czego może się posunąć w kryzysowych sytuacjach. Porównując go do najgroźniejszych bestii, ukazuje rodzaj ludzki jako gatunek pozbawiony moralności, uczuć i jakichkolwiek skrupułów. McGuire próbuje jednocześnie dociec, w czym tkwi istota zła; skąd bierze się to najgłębiej zakorzenione w naszej naturze, instynktowne zło… To brutalna opowieść, która wymaga od czytelnika czegoś więcej niż tylko skupienia i która w dosadny sposób daje do myślenia. Na wodach północy intryguje, wywołuje niepokój, zmusza do refleksji i nie daje o sobie zapomnieć jeszcze długo po lekturze.

Wielki finał Endgame

Endgame nieubłaganie zbliża się ku końcowi… Uczestników ubywa, a rozgrywka z dnia na dzień staje się coraz bardziej zacięta. Każdy z Graczy wiele przeszedł i jeszcze więcej musiał poświęcić, dlatego za wszelką cenę pragnie zakończyć tę morderczą grę. Dodatkowej adrenaliny dodaje fakt, że zaangażowane zostają osoby wcześniej niewtajemniczone w rozgrywkę, a samo Endgame zyskuje wymiar globalny. Co więcej, niektórzy gracze zaczynają poddawać w wątpliwość sens i celowość całego przedsięwzięcia; zastanawiają się, o co tak naprawdę walczą i kto za tym wszystkim stoi…
 
Tytuł: Reguły gry
Seria: Endgame (tom 3.)
Autor: James Frey, Nils Johnson-Shelton
Wydawnictwo: Sine Qua Non
 
Kiedy dwa lata temu przeczytałem pierwszy tom Endgame, nie byłem przekonany, czy kontynuować tę serię. Choć przyjemnie spędzałem czas, czytając Wezwanie, to sama książka nie zrobiła na mnie ogromnego wrażenia. Mimo to zdecydowałem się sięgnąć po kolejny tom, i jak się później przekonałem, podjąłem dobrą decyzję, bo Klucz niebios w pełni wynagrodził mi braki i niedociągnięcia pierwszej części. Ciągle była to literatura typowo rozrywkowa, jednak w najlepszym tego słowa znaczeniu. Kiedy więc rozpoczynałem lekturę ostatniego tomu, liczyłem na podobne wrażenia, jak w przypadku poprzednich części. Czy jednak Reguły gry sprostały moim oczekiwaniom?
 
Reguły gry są bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z drugiej części. Książka zaczyna się właściwie w tym samym momencie, w którym skończyła się jej poprzedniczka, dzięki czemu ciągłość akcji jest jak najbardziej zachowana. Właśnie przez tę linearność i szczegółową chronologiczność zdarzeń cała powieść przypomina w swojej budowie serial. Wielu pierwszoplanowych bohaterów, kilka miejsc akcji i równoległe rozgrywające się wydarzenia – to wszystko sprawia, że w głowie automatycznie tworzymy obrazy i wyobrażamy sobie poszczególne sceny. Seria Endgame stanowi wprost idealny scenariusz na dobry serial akcji.
 
Tym, co nigdy nie zawodzi jeśli chodzi o tę serię, jest umiejętne trzymanie w napięciu. Szybkie tempo i odpowiednio dawkowane zwroty akcji powodują, że książkę czyta się właściwie jednym tchem. Mimowolnie chcemy wiedzieć, co wydarzy się dalej i jak potoczą się losy bohaterów. Autorzy umiejętnie rozpisali poszczególne wydarzenia i zaplanowali całą serię, dzięki czemu nieustannie przyciągają uwagę czytelnika. Nawet jeśli pod koniec trzeciego tomu ta zwarta budowa zostaje widocznie zaburzona, a sama akcja traci na wyrazistości, to całej książce nie można odmówić trzymania w napięciu. Nawet jeśli jest ono wywołane głównie przez ciekawość, jak się to wszystko zakończy…
 
Ostatni tom różni się od poprzednich przede wszystkim tym, że widać tu braki w ciągłości, logice i zbieżności fabuły. Reguły gry są zdecydowanie najmniej przemyślaną ze wszystkich części, widoczny jest tu brak pomysłu na to, jak poprowadzić akcję. Wszystkie elementy się niekontrolowanie rozmywają, a cała książka widocznie traci spójność. Cierpi na tym również sama dramaturgia, która z czasem zwyczajnie zanika; zamiast emocjonować się wydarzeniami i martwić o los bohaterów, próbujemy się zorientować, gdzie to tak właściwie zmierza i jaki jest tego cel. Zawiódł zarówno pomysł, jak i realizacja.
 
Reguły gry, mimo że wciągają i angażują czytelnika, to przede wszystkim jednak rozczarowują. Brak tu pomysłu na fabułę, odpowiedniego napięcia i logiki w postępowaniu bohaterów. Trylogia duetu Frey/Johnson-Shelton wyróżnia się oryginalnością i nietypowym podejściem do poprowadzenia fabuły, jednak w ostatnim tomie to wszystko gdzieś zanika. Co prawda książka dostarcza rozrywki i pozwala na chwilę odprężenia, jednak nie wywołuje u czytelnika żadnych emocji. Ostatecznie nie jest to książka zła, lecz jedynie rozczarowująca i zwyczajnie przeciętna. A szkoda, bo poprzednie części zapowiadały ciekawy i co najmniej widowiskowy finał.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia