Gdy pragniesz miłości…

Och, mój Romeo! Gdzie jesteś? – ile kobiet zadaje sobie to pytanie w ciągu dnia? Pragną miłości i rodziny, tymczasem są samotne. Już dawno przestały sobie wmawiać, że są w stanie żyć bez mężczyzny, że praca i pasje im wystarczą. Czy na pewno tak jest? Czy nie jest to bardzo mroczny i kłamliwy scenariusz? O wiele łatwiej i przyjemniej jest zakochać się, będąc młodym i pełnym życia. Wtedy miłość nie ma żadnych ograniczeń i nikt nie ma prawa podważyć jej szczerości. Taka właśnie jest opowieść o sławnej parze, która kocha się ponad wszystko – Romeo i Julia. Kto o nich nie słyszał? Dla nich to niezwykłe uczucie stało się najważniejsze i nawet śmierć ich nie rozdzieliła. Czy chcecie jeszcze raz usłyszeć tę nieprawdopodobną historię?

Tytuł: Romeo i Julia
Choreografia: Krzysztof Pastor

W ubiegłym roku obchodziliśmy rok szekspirowski. Minęło czterysta lat, odkąd ten sławetny dramaturg pożegnał się z życiem. Dlatego właśnie teraz telewizja, literatura i przede wszystkim teatry wróciły do dzieł Szekspira. Teatr Wielki w Warszawie, by dumnie uczcić tę rocznicę w swoim repertuarze, dał szeroką możliwość wyboru sztuk Szekspira. Tak oto i ja miałam okazję obejrzeć jedną z nich, a dokładnie mówiąc tę najsławniejszą – Romeo i Julię. Muszę się wam przyznać, że gdy czytałam ją jako lekturę szkolną, stwierdziłam, że jest fatalna. Historia wydawała mi się banalna i nieprawdopodobna, zbyt pochopna i nierozważna. W porównaniu do wielu ludzi, nie widziałam w niej nic romantycznego. Dla mnie to tylko brutalna opowieść o głupocie. Przez lata nie zmieniłam swojego poglądu. Nadal tak twierdzę, lecz dostałam możliwość obejrzenia dzieła w formie baletu. Dotychczas miałam tylko raz styczność z tą dziedziną tańca, dlatego postanowiłam dać jeszcze jedną szansę Romeo i Julii w zmienionej formie. Czy moje zdanie uległo przeobrażaniu?  

Fabuła była oparta na oryginalnej sztuce. Zmieniły się tylko pojedyncze wydarzenia. Jestem w stanie powiedzieć, że te minimalne zmiany mogły zaobserwować tylko osoby, które dość dobrze znają tę historię. Jak pewnie teraz pomyśleliście – pilni uczniowie, którzy byli maglowani każdym, najmniejszym fragmentem książki w szkole. Na początku obawiałam się, że aktorzy za pomocą tańca nie będą umieli odtworzyć sztuki i przekazać wydarzeń, które miały tam miejsce. Całkowicie niepotrzebnie. Jeśli zna się prawdziwą wersję, a nie oszukujmy się – kto jej nie zna?,  bez problemu zrozumiemy też, co dzieje się na scenie. Myślę, że nawet jeżeli kogoś ominął ten sławny romans, to i tak jest w stanie wydedukować, jak przebiegała fabuła. Taniec przekazał całą gamę emocji, która nieraz mnie poruszyła, a ja osobiście uważam to za wielkie osiągnięcie. Takie opowiastki raczej mnie nie wzruszają. Jak przed chwilą wspomniałam, pojawiły się zmiany. Zakończenie minimalnie różniło się od oryginału. Nie myślcie, że para kochanków inaczej zakończyła swoje losy. Pod tym względem nic się nie różni, lecz było trochę bardziej krwawo…

Balet jest niesamowity! Zdaję sobie sprawę, że nie każdy docenia jego artyzm, ale jest to już zależne od gustu. Dla mnie jest to przeniesienie się do innego, bardziej magicznego świata. A aktorzy, odgrywający role, poradzili sobie z tym doskonale. Każdy najmniejszy ruch był przemyślany i właśnie to tak bardzo mnie oczarowało. Pojawiło się też dużo normalnej gry aktorskiej. Oczywiście nie zagościły słowa, ale mimika i gesty nadały płynności sztuce i pozwoliły na jej bezpośrednie zrozumienie. Na scenie występowało bardzo wielu aktorów, którzy wspólnie zadbali, by ukazać każde, nawet najmniejsze emocje. Zrobiło to na mnie duże wrażenie i myślę, że nie tylko na mnie. 

Muzyka klasyczna przeniosła widzów do świata Montecchich i Capulettich, gdzie liczą się dawne spory i miłość dwojga młodych ludzi. Zawsze uwielbiałam ten gatunek muzyczny, dlatego nie miałam problemów, by docenić doskonałość tych nut i przeżyć niesamowitą przygodę. Jestem w stanie nawet powiedzieć, że sama muzyka dała niezwykłe możliwości i to ona przede wszystkim sprawiła, że chciałam patrzyć dalej na sztukę.

Scenografia była bardzo minimalistyczna, co dla niektórych może być minusem, lecz ja mam odmienne zdanie. Sama lubię przepych, jednak w tym przypadku brak zbyt „krzyczącego” wystroju był przeze mnie bardzo pozytywnie odebrany. Oddawał styl i atmosferę tamtych czasów. W dodatku pojawił się również projektor, który wyświetlał cały czas obraz. Niestety nie zrozumiałam jego przesłania, więc nic więcej wam nie powiem na ten temat. 

Jestem bardzo szczęśliwa, że mogłam obejrzeć tę sztukę w takiej odsłonie. Historia nadal nie przypadła mi do gustu, lecz talent aktorów i muzyka nie z tego świata zostawiły pozytywne odczucia. Jestem zdania, że niejedna osoba spędziła miło wieczór i jeszcze pewnie spędzi, patrząc na balet o parze kochanków.        

Dionizosie! Chwalimy Cię!

źródło
Piękny dzień panuje na górze Olimp. Bogowie schodzą się powoli, ale wszyscy pozostają w cieniu, tego dnia epicentrum stanowi bowiem Dionizos. Podczas gdy oni delektują się ambrozją, on sączy wino, nad którym ma władanie. Jest w końcu bogiem tego wspaniałego trunku, winnej latorośli, rozrywki i natury. A dziś jest jego święto.

W momencie gdy bogowie obserwują zdarzenie, tłum ludzi zbiera się w określonym miejscu, by rozpocząć misteria zwane Dionizjami. Rzeźba Dionizosa została już sowicie ozdobiona wszelkimi laurami i kwiatami, świątynia stoi otworem, miasto czeka…
Wiadomo, że owe uroczystości miały miejsce już w szóstym wieku przed naszą erą. Jest to czas szczególny, ponieważ właśnie ten okres możemy uznać za początki istnienia teatru. Wyjątkowego, bo opartego na rytuałach i boskim kulcie, nieschematycznego, zapewne pozbawionego setek szczegółów, które dziś wydają nam się nieodłączną częścią teatru, ale… nadal pięknego. Na swój własny, mistyczny, grecki sposób.
Święta na cześć Dionizosa odbywały się dwukrotnie w ciągu roku. Pierwsze, zwane Dionizjami Małymi, miały miejsce w Attyce na przełomie grudnia i stycznia. Owe uroczystości można potocznie nazwać wiejskimi, cechował je bowiem frywolny, ludowy charakter. Był to czas, w którym śpiewano wesołe piosenki, pito młode wino i organizowano pochody wszelkiej maści. Jednym z nich była procesja zwana komos. Obchodzona w beztroski, satyryczny sposób stała się początkiem gatunku zwanego komedią. Arystoteles pokusił się nawet o stwierdzenie, że określenie komedii pochodzi właśnie od nazwy sławetnej procesji.
Ostatnie dni marca i początek kwietnia, oprócz urodzajnej wiosny, niosły za sobą misteria zwane Dionizjami Wielkimi. Miały one o wiele bardziej wzniosły charakter niźli Dionizje Małe i uczestniczyła w nich większa liczba osób. Może dlatego, że te konkretne uroczystości odbywały się w samych Atenach. O mistycznej atmosferze widowiska świadczyło odśpiewywanie pochwalnych, często tragicznych, ale przy tym bardzo wyniosłych pieśni, zwanych dytyrambami. Ponoć dały one początek antycznej tragedii, choć wtedy były wygłaszane tylko podczas składania Dionizosowi ofiary. W trakcie śpiewu aktorzy przebrani za kozły odprawiali taniec wokół ołtarza, oddając w ten sposób hołd bogu winnej latorośli.
Drugiego dnia miał miejsce uroczysty pochód, będący przeniesieniem posągu Dionizosa ze świątyni do gaju Akademosa, gdzie po wzniosłym nabożeństwie wszyscy mieli prawo wziąć udział w sytej uczcie. To również miało charakter pochwalny, ponieważ samo bóstwo słynęło nie tylko z miłości do wina, ale i rozrywki. Najedzeni świętujący, tuż po zachodzie słońca, ponownie unosili posąg i nieśli go prosto do Aten, a ich twarze oświetlał jedynie blask płonących pochodni.
W tym miejscu docieramy do kwintesencji Wielkich Dionizji: części, która daje faktyczny początek teatrowi, kolejne dni grecy poświęcali bowiem na starannie przygotowane, teatralne widowiska. Całość miała charakter konkursowy. I w ten oto sposób dzień trzeci raczył uczestników uroczystości wybraną komedią, która miała za zadanie utrzymać ich radosny nastrój, tak umiłowany przez Dionizosa. W trakcie następnych trzech dób możność zaprezentowania się mieli greccy tragicy – ci, których dziś tak dobrze znamy. Między innymi Ajschylos, Sofokles czy Eurypides. Co roku do konkursu przystępowało trzech autorów. Każdy z nich miał jeden dzień, aby przedstawić własne dzieło i zdobyć uznanie publiki. To właśnie podczas Dionizji po raz pierwszy przedstawiono Antygonę, Króla Edypa i Oresteję. Sam Ajschylos zwyciężył aż pięciokrotnie.
Warto nadmienić, że już wtedy kształtowały się pierwsze zasady dotyczące teatru, co oznaczało, że ową formę sztuki planowano w przyszłości rozwinąć. I tak ustalono przepisy, według których w jednej scenie nie mogło brać udziału więcej niż trzech aktorów. Kobiety nie miały prawa występować, a sami występujący – ukazywać swojej twarzy – mieli do wyboru jedną z czterech masek, które określały dane emocje. Co ciekawe, nieodłącznym elementem kostiumu były koturny, których wysokość świadczyła o bogactwie postaci, miejscu w hierarchii społecznej, które zajmowała. Gra aktorska była bardzo ważna, gdyż publika żywo na nią reagowała. Kolejną wytyczną, która do dziś pozostaje główną cechą antycznej tragedii, była zasada trzech jedności. Według niej tragedia musiała odbywać się tylko w jednym miejscu, akcja w niej zawarta nie mogła trwać dłużej niż dobę, a całość miała skupiać się na jednym, konkretnym wątku. W skrócie: jedność miejsca, czasu i akcji. W starożytnym dramacie postać nie miała prawa doznać przemiany wewnętrznej. Jeśli przy wstępie była zła, zła musiała pozostać już do końca. Co więcej, przywdziana na początku występu maska nie mogła zostać zmieniona w trakcie przedstawienia, a sama sztuka – zawierać drastycznych scen.
Początki teatru niosą za sobą wiele tajemnic. Czas, który dzieli nas od pierwszego wystawionego spektaklu, właściwie zaprzepaścił już szanse na odkrycie czegoś nowego. Każda wiedza na temat tego, co działo się w sferze kulturowej starożytnej Grecji czy starożytnego Rzymu, jest jedynie podstawą, ale czy pozostawanie w świecie wyobrażeń i domysłów, jak wyglądał tamtejszy teatr, nie jest ciekawe? Kto pierwszy dał pomysł stworzenia sztuki teatralnej? Ajschylos pisał:  Kiedy zaś pojawiła się tragedia i komedia (…), tylko kiedy się pojawiła i w jaki sposób? Jakie miała znaczenie? Czy była czymś więcej niż rytuałem? W jakim stopniu była dopracowana i czy rzeczywiście cieszyła oko? Jeśli brak odpowiedzi wypala dziurę w sercu… trzeba zapytać Dionizosa. On przecież to wszystko obserwował ze szczytu boskiego Olimpu.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia