Wszyscy mamy swoją Salome

Wnuczka Heroda Wielkiego, księżniczka Judei, przyszła królowa Armenii. Salome. Czy przychodzi i wzbudza uznanie? Czy każe nam podziwiać swą wielkość? Czy jawi się widzowi jako wystrojona w złote szaty sprawczyni zmysłowego tańca, który uwiódł jej stryja? Widzimy kobietę oszalałą, brudną, odzianą w starą szmatę i jednolitą bieliznę. Ma rozczochrane włosy, podkrążone oczy i brud pod paznokciami. Nie ma w niej majestatu godnego księżniczki. Czy to prawdziwa Salome? Odpowiedź brzmi: tak. Być może nawet prawdziwsza od tej, którą pragnęliśmy ujrzeć.

Powrót do przeszłości

Weszliśmy do Krainy Czarów bocznym wejściem. Już stojąc w drzwiach, możemy ujrzeć czarną, lekko oświetloną norę, której końca nie widać. Czujemy się pewnie, bo wszyscy znamy wyjście. Racjonalizm podpowiada nam, że możemy opuścić to miejsce w każdej chwili. Możemy powrócić do przyziemnego świata, z którego przybyliśmy tylko na chwilę, jakby w odwiedziny. Urzekająca i niepokojąca sceneria trzyma nas jednak w miejscu, a potem już jest za późno.
 
Czekamy na Nią. Przecież dla Niej tu przyszliśmy. Jak będzie wyglądać? Czy przeżyje kolejne przygody? Może zje ciasteczko i stanie się bardzo mała. Albo pobiegnie za królikiem, który nieustannie będzie odmierzał czas. To pełne napięcia czekanie. Coś słychać z góry. Jakiś huk i narzekanie. Ktoś idzie. I w końcu Ją widzimy. Ale nie ma dziewczęcej sukienki, długich blond włosów i dziewiczego uśmiechu. Przychodzi ze sklepowym wózkiem i widoczną siwizną. Garbi się i skrzeczy. To nie ta Alicja, którą poznaliśmy kiedyś. 
 
Alicja ma siedemdziesiąt sześć lat i ponownie trafia do Krainy Czarów. Z początku nie wie, gdzie jest. Widzi porozrzucane papiery i różnorodne przedmioty, których nikt od dawna nie dotykał. Otacza ją bałagan, lecz paradoksalnie jest to bałagan bardzo uporządkowany. Wystawia oczom Alicji wszystko to, co powinna zobaczyć. I gdy patrzy na rzeczy, które już kiedyś widziała, zaczyna sobie przypominać. Przez następną godzinę mamy do czynienia z Alicją, która jeszcze raz próbuje rozliczyć się ze swoją przeszłością, lecz ciągle wpada w jej sidła, nie mogąc się z nią uporać. 
 
 

Krakowski Teatr Odwrócony to bardzo klimatyczne, choć niewielkie miejsce, kreowane przez ludzi z pasją. Przychodząc do przyjemnego zaułka, rozmawiając z dyrektorem – Szymonem Budzykiem – i wreszcie oglądając kolejne spektakle, trudno zaprzeczyć słowom, którymi twórcy Odwróconego określają swój teatr. Wizja. Tu wszystko jest konsekwentnie realizowaną wizją. Ich najnowsze dzieło – A7ICJ6 – również. Ten konkretny spektakl, będący pełną zmyślnej narracji wystawą lalek, jest dosyć wyjątkowy dla samego teatru. Lalki pojawiają się tu po raz pierwszy. Co więcej – zdają egzamin. I gdyby na stałe wpisały się w repertuar Odwróconego, nikt nie powinien narzekać. Zwłaszcza że zostały stworzone z zamiłowaniem do szczegółów, dokładnie i wiernie odzwierciedlając ich prototypy. Autorka lalek, a jednocześnie pomysłodawczyni spektaklu i aktorka – Helena Osak – stworzyła m.in. Kapelusznika, Marcowego Zająca i Kota z Cheshire. 

 
 

Większość z nas zna historię Alicji – jasnowłosej dziewczynki, która przez przypadek trafia do dziwnej krainy, gdzie zaprzyjaźnia się ze zwariowanymi bohaterami, a jednocześnie otrzymuję misję zwalczenia panującego w owej krainie zła. Historia okraszona jest niespotykanymi wydarzeniami, absurdalnymi dialogami oraz aluzjami dotyczącymi wyobraźni i snu. Pierwotnie opisana przez Lewisa Carolla, doczekała się wielu ekranizacji; ostatnia z nich dopiero co widniała na afiszach kinowych.

 
W spektaklu Teatru Odwróconego nie uraczymy jednak tej znanej nam historii, ale jej dotkliwe konsekwencje. W efekcie ujrzymy obraz smutny i melancholijny w całej swej wesołości. Alicję, która wspominając swoją przeszłość, przeżywa chwile gwałtownej radości, lecz zaraz znów podupada, przytłoczona mnogością obrazów i głosów. Próbuje ignorować irytujące wołania, lecz ulega im, wyciągając z szafy zakurzone postacie, o których chciała zapomnieć. Ustawia lalki i pozwala im mówić –poddaje się za każdym razem. A potem spełnia ich prośby, licząc na to, że może zmienić przeszłość, w której popełniła wiele błędów. Nie wie, że prawdziwy powrót nie jest możliwy. Nie wie, że to miejsce dawno zgasło, stając się więzieniem dla jej umysłu, które ogranicza ją od lat. To przez nie jest nieszczęśliwa i zgorzkniała. 
 
 

W tym wszystkim lalki stanowią element iście metafizyczny. Ich odbijający się echem od ścian głos hipnotyzuje. Wszystkie wprowadzają widza w wyjątkowy klimat. I nie ma już dla niego ratunku, nie ma wyjścia. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy w Krainie Czarów ze wszystkimi tego konsekwencjami, bo lalki nie mówią do Alicji. Mówią do nas. O początku i końcu, dobru, złu i ostateczności, o realności i wyobraźni, o smutku, niewoli i zapomnieniu. Są niczym wewnętrzne głosy – nieruchome, odległe, a jednak siedzące wśród nas. Tak naprawdę to one budują panującą na dnie nory atmosferę.

 

Na największy podziw zasługuje Helena Osak – w świetnym stroju i charakteryzacji, odpowiednio modelując głos i przekonująco odgrywając swą rolę, każe nam pytać samych siebie, w jakim wieku może być stojąca przed nami aktorka. Trudno uwierzyć, że ona jedna była pomysłodawcą, reżyserem, aktorem i twórcą lalek dla tego spektaklu. Wkład pracy, jaki włożyła w ową realizację, jest namacalnie widoczny przez cały czas trwania przedstawienia. Naturalność aktorki urzeka, a ona sama wciąga nas w wir refleksji i wspomnień. Ze zgrozą odkrywamy, że każdy z nas wraca podświadomie do wydarzeń z przeszłości, które uwarunkowały to, kim jesteśmy teraz. Zapominamy, że przeszłość nie jest wyrokiem dla przyszłości, że nie stawia na niej krzyżyka. Wracamy do niej, bo nie umiemy się z nią rozliczyć, bo wolimy się umartwiać niż iść do przodu. Rzecz prosta, przedstawiania wielokrotnie za pomocą wielu dziedzin sztuki, lecz tutaj ukazana w wyjątkowej, chwytającej za serce narracji. Wykorzystanie Alicji w Krainie Czarów jako nośnika tak powszechnych prawd jest bez wątpienia czymś nowym i wyjątkowym, a dzięki bardzo dobremu wykonaniu – także poruszającym. 

 
Wiemy, że Alicja musi opuścić Krainę Czarów. Choć nie wiemy, czy jej pobyt tutaj trwa godziny czy dni, wiemy, że po raz kolejny odnajdzie drogę powrotną. Alicja znajduje lalkę, którą kochała, będąc dzieckiem. Znajduje ją wśród tych wszystkich przedmiotów z przeszłości i zabiera ze sobą, wychodząc. Siedzimy w pustej krainie, myśląc, że nie wzięła stąd jedynie zabawki, ale część siebie, którą zostawiła w tym miejscu przed laty. Czy to oznacza, że już nigdy nie wróci? Że po naszym wyjściu, Kraina Czarów legnie w gruzach, bo Alicja zabrała tę cząstkę, która raz po raz ściągała ją na dno nory? A może zostawiła uchylone drzwi, by jeszcze kiedyś powrócić po cichu i bez świadków? Być może ta lalka to fragment miejsca, z którym Alicja nie potrafi się rozstać. W końcu wszyscy potrzebujemy Krainy Czarów.

My, zamknięci tylko na chwilę

To sympatyczny wieczór. Mamy trochę wolnego czasu, więc jesteśmy zadowoleni. Wchodzimy do pomieszczenia – sale kinowe są na tyle duże, aby zapewnić komfort wielu osobom na raz. Drzwi nikt nie zamyka na klucz; można wyjść w każdej chwili. Mamy też telefony, z których możemy korzystać, a po drugiej stronie ściany życiem tętni świat, który znamy. Wyłączamy się tylko na chwilę. Co jeśli byłoby inaczej? Co gdyby ktoś odebrał nam komórki, zamknął drzwi i nie pozwolił wyjść? Co gdybyśmy zostali zmuszenia do spędzenia w tym – nagle ciasnym – pomieszczeniu siedmiu lat bez możliwości wyjrzenia przez okno?
 
Do takiej rzeczywistości przyzwyczaja nas Lenny Abrahamson, reżyser filmu Pokój. Kreowane przez niego obrazy sprawiają, że tracimy poczucie czasu i miejsca – zupełnie tak jak bohaterowie. Film opowiada o losach młodej kobiety i jej pięcioletniego syna Jacka. Są oni przetrzymywani w tytułowym pokoju przez mężczyznę imieniem Nick. Chłopiec nie wie o istnieniu świata wykraczającego poza ściany pomieszczenia, jednak zdesperowana matka decyduje się mu o tym powiedzieć, aby dać im szansę na wyzwolenie. My, jako widzowie, jesteśmy świadkami ich walki, która jest czymś znacznie więcej niż tylko walką o wolność. Jednak nie myślmy, że obserwując ten bój, będziemy czuć komfort i wygodę.
 
Twórcy nie pokazują nam świata Joy i jej syna; oni nas do niego przenoszą. Bliskimi, klaustrofobicznymi kadrami, ograniczoną przestrzenią i niewielkim polem widoku sprawiają, że zapominamy o dużej kinowej sali, bo już nas w niej nie ma. Jesteśmy w pokoju wraz z bohaterami. I razem z nimi chcemy uciec. Te zabiegi techniczne powodują, że film wciąga, a jednocześnie każe zapomnieć o jakiejkolwiek rzeczywistości poza tą na ekranie. Pozostaje nam tylko matka, syn i pokój. Pokój upersonifikowany, pokój-osoba, bo Jack wielokrotnie mówi o nim jak o żywej istocie, każdego dnia wita jego wyposażenie, nigdy nie zapomina szepnąć mu dzień dobry czy dobranoc; i nie ma w tym nic dziwnego. W końcu to pomieszczenie jest jedynym, co ma – miejscem, domem, światem, ale też przyjacielem. 
 
Twórcy w wyjątkowy sposób pokazują tragedię osób przetrzymywanych. Choć historia przeraża, pozbawiona jest wyniosłości i prób wybielania bohaterów. Scen przemocy jest mało, nie są też nad wyraz brutalne; może dlatego, że nie stanowią esencji fabuły, ale jedynie skromny dodatek. Matka to nie męczennica walcząca tylko dla syna, to przede wszystkim więziona od siedmiu lat kobieta, której dziecko pomogło te lata przetrwać. Jest człowiekiem z naturalnym instynktem samozachowawczym i pragnieniem wolności. Człowiekiem, którego desperacja pcha do użycia syna jako narzędzia w walce o przetrwanie. Tu nie ma miejsca na godne podziwu wyrzeczenia, bo widzimy człowieka takiego, jaki jest – mającego naturalne reakcje i egoistyczne zapędy, które tak lubimy piętnować, choć sami je mamy. Jest i on, syn – nie zawsze grzeczny, czasem nieposłuszny i roszczeniowy. Nie jest więc kreowany na chłopca z aureolą, aby wywołać większy żal u odbiorcy. To po prostu dziecko, które – jak każde inne – potrafi zdenerwować rodzica.
 
Twórcy nie próbują nami manipulować tworząc bohaterów czystych i pozbawionych grzechu, nie próbują wzruszać pustymi sloganami i patetycznymi dialogami, nie próbują też demonizować. Widzimy rzeczywistość na tyle realną, że w odbiorze jeszcze bardziej dotkliwą. Reżyser nie stara się nas oszukać, pokazując, że zwrócenie wolności jest kluczem do szczęścia. Nie karmi nas złudzeniami co do pięknej przyszłości bohaterów, tak jak wiele innych filmów oscylujących wokół tematu porwania. On pokazuje coś więcej: ogromną traumę i próbę jej zwalczenia, długą drogę ku rzeczywistej wolności, bo samo opuszczenie pokoju nie ma z nią nic wspólnego.
 
Pokój to nie film o uwięzionej matce i synu, którego zakończeniem ma być ucieczka. To film, dla którego wieloletnie przetrzymywanie i przemoc są tylko pretekstem dla ukazania większego problemu – funkcjonowania napiętnowanego człowieka, który musi odnaleźć zagubione przed laty „ja” i nauczyć się żyć na nowo. 
 
Nominowany do Oscara w czterech kategoriach Pokój zachwyca nie tylko doskonale skonstruowanym scenariuszem i reżyserią, ale także świetną grą aktorską. Brie Larson w roli Joy i dziewięcioletni Jacob Trembley jako Jack nadają całej historii realności poprzez wyjątkowe wykreowanie swoich postaci: raz spokojnych i uśmiechniętych, innym razem gwałtownych lub smutnych. Bardzo dobra jest także scenografia, jednak ani ona, ani kostiumy, ani nawet muzyka nie kradną uwagi widza i nie odwracają jej od samej fabuły. Tu każdy element zdaje się współpracować przy opowiadaniu historii. Historii, która zamyka widza w swoich sidłach, czyni z niego współwięźnia bohaterów i pozwala wyjść dopiero wraz z nimi. A gdy zapalają się lampy i otwierają drzwi, patrzymy na wydobywające się zza nich światło, widząc świat, który dwie godziny wcześniej wydawał się całkiem zwyczajny.
 
 
 

Lucky Man

Jest 22 lutego 2015 roku. Cate Blanchett wychodzi na scenę hollywoodzkiego Dolby Theatre, w ręku trzymając złotą kopertę. To już 87. gala rozdania Oscarów. W kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy” nominowanych jest pięciu aktorów. Gdy Blanchett czyta wyróżnione nazwisko, cała sala reaguje gromkimi brawami. Tylko zwycięzca nie do końca wierzy w to, co usłyszał. W jego reakcji widać szczere zaskoczenie, radość dziecka, które otrzymało najlepszy świąteczny prezent. Eddie Redmayne odbiera Oscara, wygłaszając chaotyczną, nieskładną i pełną uroku mowę. Chyba nadal nie wierzy, chyba nie wie, co ze sobą zrobić. Mówi o sobie lucky man, czyli po prostu szczęściarz. 
Eddie Redmayne nigdy nie studiował aktorstwa. Do uczęszczania na zajęcia teatralne namawiali go rodzice. Studiując historię sztuki na uniwersytecie w Cambridge, występował w National Youth Music Theatre. Choć jego debiut przypadł na rok 2002, w castingach zaczął uczestniczyć zdecydowanie wcześniej. W wieku dwunastu lat wziął udział w przesłuchaniu do Ryszarda III, jednak został odrzucony przez samego sir Iana McKellena, odtwórcę głównej roli. W jednym z wywiadów Redmayne wyjawił, że ujrzenie sir Iana w filmowej wersji dramatu ostatecznie rozbudziło jego zainteresowanie teatrem, które zaowocowało dziesięć lat później pierwszym profesjonalnym występem na deskach Shakespeare’s Globe. Właśnie tam dwudziestoletni wówczas aktor wcielił się w postać udającej chłopca Violi, bohaterki komedii Szekspira Wieczór Trzech Króli.
 
W przedstawieniu zrealizowanym wedle zasad sceny elżbietańskiej wszystkie role grali mężczyźni. Na pierwszy sukces Eddie Redmayne nie musiał czekać długo – po swym udziale w sztuce Edwarda Albee: Koza, albo kim jest Sylwia? został wyróżniony nagrodą Critics Circle Theatre Award dla najlepszego początkującego aktora. Natomiast w 2010 roku stał się szczęśliwym posiadaczem prestiżowej nagrody Laurence’a Oliviera za swą rolę w głośnej sztuce Red, która zyskała sławę nie tylko w rodzimej Wielkiej Brytanii, ale także na nowojorskim Broadwayu. Tamtejsi krytycy również docenili talent Redmayne’a wręczając mu statuetkę Tony.  
 
Od początku najważniejszy był teatr. Kino stanowiło jedynie rozrywkę, która ˜– jak do pewnego momentu twierdził sam Eddie – nie niosła za sobą żadnej nauki. W rodzinnym domu aktora nie oglądano wielu filmów, a i on nie przejawiał zainteresowania tą dziedziną. Odkąd zacząłem występować profesjonalnie, to zawsze był teatr. Jestem prawdziwym ignorantem, jeśli chodzi o filmy, ale robię postępy – powiedział w jednym z wywiadów, wspominając również, że podczas kręcenia Kochanic króla (2008) Scarlett Johansson skomponowała dla niego całą listę produkcji, które powinien obejrzeć. Torturowany przez kolegów aktorów zaczął zgłębiać swą wiedzę na temat filmów, a ich oglądanie stało się nie tylko wciągające, ale i inspirujące. Teraz Eddie Redmayne mówi wprost: Moje życie to film. 
 
Początki jego kariery filmowej sięgają 2006 roku. Po epizodycznej roli w miniserialu HBO Elżbieta I dołączył do obsady kryminału Like Minds, gdzie zagrał oskarżonego o morderstwo nastolatka. Rok później, u boku Julianne Moore, wystąpił w dramacie Uwikłani. Potem ponownie zmierzył się z osobą królowej Elżbiety w nagrodzonym Oscarem za najlepsze kostiumy filmie Elizabeth: Złoty Wiek. Nie opuszczając dworskich realiów, wcielił się w postać Williama Stanforda, bohatera dramatu historycznego Kochanice króla (2008). Do średniowiecza powrócił raz jeszcze trzy lata później, dzięki swemu udziałowi w nagradzanym serialu Filary Ziemi. W Błękitnym deszczu (2009) jako młody grabarz odwiedzał należący do Patricka Swayze klub ze striptizem, a w Czarnej śmierci (2010) przywdział habit mnicha. Jako asystent sir Laurence’a Oliviera w Moim tygodniu z Marilyn (2011) pokazywał hollywoodzkiej gwieździe uroki Anglii. Za tę rolę otrzymał pierwszą nominację do Nagrody Brytyjskiej Akademii Filmowej. Potem było już tylko lepiej.
 
W grudniu 2012 na ekrany kin wszedł nowy film Toma Hoopera – Les Miserables: Nędznicy. Był to musical pod pewnymi względami wyjątkowy, ponieważ wszystkie partie śpiewane nie zostały nagrane w studiu; aktorzy wykonywali je na żywo. Za rolę Mariusa Eddie Redmayne otrzymał kilka prestiżowych nagród i nominacji. Sam film został wyróżniony trzema Oscarami, trzema Złotymi Globami i aż pięcioma statuetkami BAFTA. Jednak przełom w karierze Brytyjczyka miał nastąpić dopiero wraz z wcieleniem się w postać słynnego astrofizyka Stephena Hawkinga w głośnej Teorii wszystkiego (2015). Na przygotowanie się do roli Eddie miał kilka miesięcy. Zdołał poznać całą rodzinę Hawkinga, a przy okazji wiele osób cierpiących na stwardnienie zanikowe boczne, znane jako ALS. Rozmawiał z nimi, uczył się, a ciało trenował z pomocą tancerza. Najbardziej stresujące było spotkanie z astrofizykiem. Po wielu miesiącach czytania na jego temat, po próbach zrozumienia jego teorii, a także czasie spędzonym z innymi chorymi Eddie przyszedł i przez pierwsze pół godziny starał się powiedzieć wszystko, co wie na jego temat. Potem zaczęli rozmawiać o chorobie. Dla twórców było ważne, aby przedstawić wszystkie jej aspekty, dlatego Eddie chciał jak najwięcej wiedzieć chociażby o głosie Stephena. Ważne było także ukazanie jego ogromnego poczucia humoru. Chociaż może poruszać tylko kilkoma mięśniami, emanuje witalnością, dowcipem i kokieterią – wyznał aktor w trakcie pracy nad filmem. Rola kosmologa przyniosła mu nie tylko sławę, ale także Oscara i aprobatę oraz dumę samego Hawkinga, który nie omieszkał wspomnieć o tym za pośrednictwem portalu społecznościowego.
 
Odbierając Nagrodę Akademii Filmowej, wiedział, że wkrótce czeka go kolejne wyzwanie. Trzy lata wcześniej, podczas kręcenia Les Miserables, otrzymał od Toma Hoopera scenariusz. To może być najlepszy tekst, jaki przeczytasz, usłyszał. Wrócił następnego dnia. Jego odpowiedź była krótka: Wchodzę w to. Od tamtej pory zaczęły się jego trzyletnie przygotowania do wyświetlanej obecnie w kinach Dziewczyny z portretu. Rola żyjącej na początku XX wieku Lili Elbe, która przez wiele lat funkcjonowała w ciele mężczyzny, zapewniła mu kolejną nominację do prestiżowej nagrody. Sam Eddie twierdzi, że owa rola była dla niego wyjątkowym darem – zdołał poznać wiele podobnych do Lili osób, które zmieniły jego postrzeganie transseksualizmu i transpłciowości, a także pomogły mu w kreowaniu postaci. Dzięki nim bardzo wiele się nauczył i bardzo wiele zrozumiał. W jednej z wypowiedzi wyraził nadzieję, że Dziewczyna z portretu, opowiadająca o wyjątkowej, pięknej miłości, uczyni życie ludzi transseksualnych lepszym. Tom Hooper zapytany o dobór obsady odpowiedział: Wielokrotnie myślałem, kogo jeszcze mógłbym zaangażować, ale mój instynkt zawsze podpowiadał mi Eddiego.
 
Wielu aktorów przez całą karierę czeka na role podobnej wagi. Eddie Redmayne ma trzydzieści cztery lata, zdołał zmierzyć się już z dwiema, a wiele jeszcze przed nim. Właśnie otrzymał główną rolę w produkcji Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć według scenariusza J.K. Rowling, autorki cyklu powieści o Harrym Potterze. Większość czasu spędza w rezerwatach przyrody z trenerami zwierząt. Nowym wyzwaniem jest bardzo podekscytowany. Pytany o swój sukces zawsze ma jedną skromną odpowiedź: I’m a lucky man (ang. Jestem szczęściarzem). Trudno nie odnieść wrażenia, że obsypywany laurami czuje się nieswojo. Rzadko też potrafi zachować powagę; jego radość jest naturalna i szczera, a przemowy – pełne uroku i niedowierzania we własny sukces. Z zaangażowaniem opowiada o postaciach, które zdołał wykreować. Widać, ile pracy włożył w ich poznanie i zrozumienie. Lubi grać interesujące osoby, ale jak sam żartobliwie twierdzi: pierwszym marzeniem aktora jest zatrudnienie. Nagły wzrost sławy nie zmienił jego codzienności. Dzień po otrzymaniu Oscara wrócił do rodzimej Anglii i poszedł na zakupy do supermarketu. I to jest moja rzeczywistość – mówi. – Robię normalne rzeczy, potem jadę na festiwale filmowe ubrany w pożyczone ciuchy, pojawiam się na premierach i opowiadam o swoich pasjach. Ale ostatecznie wracam do normalności; do rodziny i przyjaciół.

Opętanie w rytmie Elvisa

Lubimy się bać. Lubimy odczuwać strach i adrenalinę przepływającą w naszych żyłach wraz z krwią – oczywiście dopóki sami przebywamy w bezpiecznej pozycji. Podobne emocje gwarantują nam horrory; może dlatego jest to jeden z najpopularniejszych gatunków filmowych powstały już w pierwszej połowie XX wieku, gdy na ekrany kin wszedł Gabinet Doktora Caligari (1920) czy Nosferatu – symfonia grozy (1922). Ten drugi budził niemałe przerażenie wśród publiczności, która wierzyła, że odtwórca głównej roli Max Shreck jest prawdziwym wampirem. W istocie pierwsze filmy grozy były ściśle związane z rozwojem niemieckiego ekspresjonizmu, dziś natomiast stanowią nie lada rozrywkę dla masowego odbiorcy. Ich cel pozostał jednak niezmienny, a jest nim wywołanie u widza strachu. Dlatego głównymi bohaterami horrorów są zazwyczaj wampiry, wilkołaki, zjawy, demony czy zombie. Często fabuła oscyluje również wokół psychopatycznych morderców, zmutowanych zwierząt lub zabójczych epidemii. Horrorowi nieobca jest także parodia, czego doskonałym przykładem jest Mordercza Opona Quentina Dupieuxa, czy Mroczne Cienie Tima Burtona.

Filmów grozy nie charakteryzują jednak same zabójcze postacie, ale zbudowany wokół nich klimat. Zwykło się powiadać, że dobry film grozy to taki, w którym nic się nie dzieje, a cały czas odczuwamy strach. Horrorom towarzyszy aura mroku, akcja często odbywa się w nocy, zazwyczaj w ponurych miejscach, takich jak nawiedzone domy, zamczyska, lasy czy cmentarze. Wydarzeniom towarzyszy niepokojąca muzyka, a jednym z najbardziej popularnych zabiegów stosowanych przez twórców jest jump scare, czyli element polegający na nagłym przestraszeniu widza zaskoczeniem go donośnym hukiem czy znienacka wyskakującym z szafy potworem. Niestety, reżyserowie często nadużywają tego triku, jednocześnie nie budując napięcia, bez którego horror jest pusty i nieciekawy.

Możemy powiedzieć, że współcześnie do nieodłącznych elementów filmu grozy należy irracjonalne zachowanie bohaterów (zawsze idą tam, dokąd nie powinni; zawsze uciekają do piwnicy i zawsze w pustym, ciemnym domu pytają: kto tam?, jakby myśleli, że morderca da im odpowiedź) oraz często zakończenie, które ma dawać złudzenie happy endu, aż do momentu, gdy zamordowany dziesięć minut wcześniej potwór nie powstanie z martwych, aby dokończyć swego dzieła. Twórcy często darzą zainteresowaniem dzieci; one są zazwyczaj mostem między tym, co realne, a tym, co nadprzyrodzone. Bywają opętane, widzą duchy i rozmawiają ze zjawami.

Tak jest też w Obecności 2 Jamesa Wana, reżysera słynnej Piły, Naznaczonego czy Martwej ciszy. Patrząc na jego dokonania w dziedzinie filmów grozy, trudno nie ulec wrażeniu, że jest to jeden z lepszych twórców współczesnego horroru. Jego produkcje zazwyczaj okazują się sukcesem kasowym i zaskarbiają sobie wielu fanów. Obecność była objawieniem roku 2013. Serwis Rotten Tomatoes (ang. zgniłe pomidory), dzielący filmy na „świeże” i „zgniłe”, przyznał produkcji 86%, wyróżniając horror na tle innych powstałych w tym samym roku. Obecność została uznana przez krytykę i zarobiła ponad trzysta milionów dolarów.
 
Jej kontynuacja jest inna. Choć pod względem kasowym również odniosła sukces, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że reżyser tym razem zwrócił uwagę nie tylko na samo opętanie, ale też na dużo ważniejsze kwestie. Dostajemy od niego film wprowadzający nas w życie badacza zjawisk paranormalnych, a raczej na związane z nim problemy i rozterki.
Tym razem Lorraine i Ed Warren zostają wysłani przez kościół do Londynu, aby zbadać sprawę młodej dziewczynki, którą najprawdopodobniej opętał demon. Jej sprawę uważają za jedną z najtrudniejszych w swojej karierze i jak się okazuje w dalszej części filmu, rzeczywiście taka jest. Lorraine, mimo swoich zdolności, nie jest w stanie wyczuć obecności złych mocy, a jej mąż niczego nie odkrywa. Mimo to przez długi czas są jedynymi osobami, które wierzą uciemiężonej rodzinie w obecność demona, coraz bardziej angażując się w sprawę, którą mieli odpuścić. I tu wkrada się wątek ich prywatności, kto wie, czy nie ważniejszy od reszty fabuły. Lorraine od długiego czasu dręczą ponure wizje, w których widzi śmierć Eda. Traktuje je jako ostrzeżenie, wierząc, że oboje powinni porzucić swoją pracę. Do tego też pragnie przekonać męża.
 
Obecność 2 to zawiły portret rozterek głównych bohaterów, zawieszonych między wzajemną miłością a zawodem, do którego zostali powołani. Widz przez cały film nie wie, co okaże się ważniejsze: wspólne życie w spokoju i harmonii czy pomoc uciemiężonym duszom. Odpowiedź nie jest tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać, jednak poruszony obrazem miłości dwojga ludzi widz za wszelką cenę pragnie ich bezpieczeństwa, często piętnując działanie Eda Warrena, który za bardzo ryzykuje własne życie. Z czasem zaczynamy być przerażeni jego losem tak jak sama Lorraine. Poniekąd stajemy w jej miejscu, obserwując kolejne wizje kobiety i dając im wiarę. Nagle zaczynamy rozumieć niebezpieczeństwo ich pracy, problemy, które rodzi igranie z nieznanymi siłami. To zajęcie, od którego nie ma wakacji. Bo podąża ono za bohaterami wszędzie. 
 
James Wan potrafi doskonale sterować fabułą, powołując się na wykorzystane już motywy. W Obecności 2 przywołuje m.in. wielokrotnie ekranizowaną historię Amityville, o której słyszała większość wielbicieli filmów grozy, a już na pewno każdy pasjonat zjawisk paranormalnych. Reżyser igra z konwencją, dając nam to, czego potrzebujemy, aby czuć się zaspokojeni, czyli przerażająco ucharakteryzowane, wyskakujące znikąd demony, samoistnie poruszające się przedmioty i najbardziej niewinną istotę, jaka może zostać opętana, czyli dziecko. Fabule natomiast nadaje wątki dramatyczne, rodząc w widzu przywiązanie do bohaterów. Jednocześnie czyni z postaci osoby polegające na mocy Bożej, które swe umiejętności wykorzystują w służbie Najwyższemu, co tu nabiera nowego znaczenia, gdyż pokazane jest w odrębny i niejednoznaczny sposób. Warrenowie nie opierają się wyłącznie na sile Boga, ale także na świadomych decyzjach, bez których wszelkie podjęte działania zakończyłyby się porażką. Mimo wiary nie rezygnują z rozumu, a z siłami zła nie rozmawiają wzniosłymi biblijnymi cytatami czy słowami modlitwy, ale zwykłym, ludzkim językiem, któremu nie brak kolokwializmów.
 
Obecność 2 to jeden z tych nieprzewidywalnych horrorów, jednak trudno nie zauważyć, że tym razem klimat ustępuje miejsca realizmowi i wątkowi dramatycznemu. Nie ma w tym nic dziwnego; tu opętanie jest traktowane po ludzku – dla jednych bywa sensacją bądź naukową fascynacją, dla innych wymysłem stworzonym dla popularności. Niektórzy w nie wierzą, inni nie. Co łączy wszystkie te grupy? To, że każda o nim opowiada, tworząc własne, niekoniecznie przydatne spekulacje. Jesteśmy w końcu w realnym świecie, a nie w odosobnionej mrocznej krainie bez ludzi, mediów i organów ścigania. Strach w filmie wywoływany jest głównie wspomnianymi wyżej jump scare’ami, co w tym wypadku nie jest wadą, gdyż zostaje użyte przez twórców bardzo rozmyślnie.
Jeszcze inną sprawą są wykorzystane w filmie nadnaturalne postacie, które tu mają swoje określone znaczenie. Bo o ile w wizjach Lorraine widzimy przerażającego demona w stroju zakonnicy, o tyle nie możemy powiedzieć, aby strachem napawała nas kreskówkowa postać w zgrabnym kapelusiku pochodząca z dziecięcej zabawki. Nie możemy jednak zapomnieć, że straszy ona tylko jedną osobę w domu – najmłodsze dziecko. Gdy to sobie uświadomimy, nasze początkowe zażenowanie kreskówkowym demonem zupełnie znika. Bo w tym właśnie ruchu widać kunszt reżysera, który najpewniej wie, że dla dorosłego widza będzie to moment śmieszny. Ale chwilę potem ten sam widz przypomni sobie, co go przerażało w dzieciństwie. Może był to klaun, może stary pluszak patrzący z wysokiej szafy, a może bajki o duchach. Zastosowany przez Wana zabieg zmusza nas do refleksji nad samym strachem: jak różnorodny może być i jak mnogą może przyjąć formę.
Samą zapowiedź kontynuacji Obecności przyjęłam z dystansem i powiem szczerze – niemałym lękiem. Trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że kontynuacje dobrych horrorów zazwyczaj okazują się niewypałem, czego doskonałym przykładem może być sequel filmu Sinister z 2012 roku. Tutaj jest inaczej. James Wan po raz kolejny stworzył dobry film grozy, choć zupełnie inny od jego poprzednika. Nie powielił chwytów z Obecności, zaprezentował inne, równie ciekawe. Uwypuklił wątek małżeństwa Warrenów, który w części pierwszej nie był szczególnie istotny. W dodatku wykorzystał swoje niebanalne poczucie humoru, które często objawiało się w najbardziej tragicznych momentach, rozładowując towarzyszące zdarzeniom napięcie, ale nie powodując całkowitego rozprężenia. Miłym dodatkiem okazało się wprowadzenie do oprawy muzycznej utworów Elvisa Presleya i uczynienie go ulubionym wykonawcą opętanej dziewczynki oraz jej rodziny. Nawet dodając do całej historii nieco ciepła i uroku, Wan po raz kolejny udowodnił że zna mechanizmy rządzące horrorem i potrafi je wykorzystać na swój własny, autorski sposób. Nawet jeśli okazują się one zaskoczeniem dla widza.

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 12 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia