Mass Effect: Redemption

0
3076
Są takie uniwersa, które na stałe wwiercają się nam w pamięć i do których czujemy niewyobrażalny sentyment. Pobudzają naszą wyobraźnię i niekiedy pomagają rozwinąć nam zainteresowania, o których nie pomyślelibyśmy, że mogą nam przyjść do głowy. Postanowiłem powrócić do właśnie takiego uniwersum. Wziąłem sobie za cel przeczytanie i zrecenzowanie komiksu pt. Mass Effect: Odkupienie autorstwa Maca Waltersa, Johna Millera i Omara Francii. Jest on, można tak to nazwać, pewnym dopełnieniem luk dla osoby, która grała we wszystkie części Mass Effect, ale nie do końca wie, co działo się pomiędzy akcją pierwszej i drugiej części gry. Ale o tym za chwilę, gdyż najpierw objaśnię wam, o czym ten komiks tak dokładnie jest. Warto nadmienić, że miałem okazję przeczytać wersję elektroniczną, która jest o tyle wygodna, że nie niszczy się, a także trudniej ją zgubić niż egzemplarz papierowy.
 
 
Fabuła: Mac Walters
Scenariusz: John Jackson Miller
Rysunek: Omar Francia
Kolory: Michael Atiyeh
Liczba stron: 105
 
 
Komiks przedstawia przygody bliskiej przyjaciółki głównego bohatera gry, komandora Sheparda, niejakiej Liary T’soni, która poszukuje na stacji kosmicznej Omega odpowiedzi na dręczące ją pytania. Jakie to pytania? Przedstawicielka gatunku asari chce dowiedzieć się, co się stało z jej przyjacielem po ataku tajemniczych napastników, w którym to SSV Normandia została zniszczona, a załoga musiała ewakuować się z pokładu. Jak szybko się okaże – i jak doskonale wiedzą gracze zaznajomieni z tą trylogią gier – komandor nie żyje, a jego ciało jest w opłakanym stanie. Tym bardziej naszą bohaterkę intryguje fakt, że wiele sił we wszechświecie tego ciała pragnie i poszukuje. Ba! Ciało komandora zostało odzyskane i czeka teraz na sprzedaż. Kto planuje je sprzedać i komu? Czy młoda (jak na standardy asari) badaczka, Liara, odnajdzie ciało swojego druha i powstrzyma niecne zamiary przyszłych nabywców jego ciała? O tym wszystkim oraz o dużo istotniejszych kwestiach dowiecie się, czytając ten właśnie komiks. Bo jest on plombą w zębie, który zbyt długo już pozostawał dziurawy. Nie była to duża dziura, nie wywoływała zbyt wielkiego bólu organizmu, jednak przeszkadzała i zbyt często przypominała o sobie, byśmy chcieli ją wreszcie zatkać. Historia ukazuje nam więc taką właśnie plombę dla mass effectowej opowieści, która ten ząb pozostawia nam zdrowy i w całości, odbierając niedosyt i pragnienie jego załatania raz na zawsze.
 
 
W tym komiksie kreska jest, jak tylko da się realistycznie przedstawić kosmitów, zaprzeczeniem konwencji przeczytanego ostatnio, niehiperrealistycznego (chodzi mi o termin w sztuce) Domu ze szkła. Dostrzegamy wyraźne kontury, niezwykłą dbałość o detale – zarówno na pierwszym, jak i na którymś z kolei planie. Nie musimy domyślać się intencji ukrytej w czyimś spojrzeniu czy grymasie ust. Wszystko widzimy i możemy interpretować bez najmniejszego problemu. Przyznam szczerze, że ten styl podobał mi się znacznie bardziej, gdyż mogłem wsiąknąć w fabułę i zająć się rozmyślaniem nad nią, a nie nad zamiarami, jakie miał rysownik, gdy umieszczał mozaikę A w panelu C. Jest zwyczajnie wygodniej, pardon za moje lenistwo, rzecz jasna. Kolory w większości paneli są raczej mało intensywne i nasycone, a przez komiks przemawiają raczej chłodniejsze barwy, takie jak szary, ciemnoniebieski, czarny czy fioletowy, a także różne odmiany ciemnego brązu. Zrozumiałem – jesteśmy w kosmosie, na podejrzanej stacji kosmicznej, dlatego też nie może być superkolorowo i przyjaźnie. To bardzo dobrze oddaje klimat miejsca, w jakim nasza bohaterka się znajduje, i wzbudza w nas raczej negatywne odczucia, które pozwalają lepiej poznać opowieść, która przecież do najweselszych nie należy.
 
 
Klimat jest na tyle ciekawy i (co może być zaletą jak i wadą) nierówny, że poświęcę mu osobną rubryczkę, miast wtłaczać go razem z rysunkiem w jeden akapit. Atmosfera, którą roztacza ten komiks, jest raczej dość ponura. Czujemy zniecierpliwienie i obawę, gdyż naszej bohaterce ciągle ktoś staje na drodze do ciała przyjaciela. Ciągle ktoś coś knuje, a w dodatku oszukuje i zdradza Liarę. Każdy ma tak naprawdę własny interes wobec Sheparda. Te wszystkie czynniki składają się na obudowę, która sprawia, że z niepokojem przechodzimy przez całą opowieść. Wsiąkamy w nią łatwo i czujemy emocjonalne przywiązanie do niektórych postaci, niektórych – co jasne – nienawidzimy. To niezwykle ważne, by czytelnik miał takie odczucia podczas czytania danej książki czy komiksu. O to właśnie chodzi w prawdziwej sztuce: żeby chwycić tę cienką nić emocjonalną łączącą twórcę i odbiorcę i wykorzystać ją do wzbogacenia historii i mocy jej odbioru. Klimat w Mass Effect: Redemption jest przepełniony tajemnicami, które krążą nad opowieścią, ale twórcom udało się wepchnąć kilka zabawnych sytuacji, co w pewien sposób rozluźnia atmosferę. Zręczne balansowanie pomiędzy powagą i humorem to klucz do sukcesu w przypadku tego typu opowieści – i to twórcom się udało, przynajmniej według mnie.
 
 
Mass Effect: Redemption to komiks, który dla mnie samego jest dość ważny z racji, tak jak wspomniałem, wypełniania luk w historii świata Mass Effect. Dla osoby postronnej będzie to kolejny komiks, który przeczyta. Nie jest on przełomowy, w żaden sposób nie robi on żadnych artystycznych zabiegów ani też nie jest wyznacznikiem jakości kolejnych dzieł tego typu. Ale nie musi być. Miał on spełnić rolę promotora Mass Effect 2 oraz dać szerszy obraz opowieści opowiedzianej właśnie w drugiej części tej historii. Oprócz tego okazał się naprawdę wciągający i pełen zaskakujących zwrotów akcji, dlatego też serdecznie polecam przeczytanie go i ocenienie według własnej miary. Jeśli chcecie zapoznać się z pierwszą odsłoną serii, gdzie wyjaśniam na czym opiera się ten świat, zapraszam tutaj.
 
 
 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ