W podróż z Beatą Pawlikowską!

Uczycie się języka angielskiego (albo innego, któregokolwiek), ale macie wrażenie, że gdybyście mieli coś powiedzieć, ograniczylibyście się do najprostszych zwrotów, byle tylko nie musieć używać wielu słówek? Jeśli tak, witajcie w klubie!

Lubię angielski. Uczę się go od wielu lat i gdybym miała tę naukę porzucić… chybabym się rozpłakała. Oczywiście coraz bardziej fascynuje mnie język hiszpański, ale jego biegła znajomość nadal jest tylko moim marzeniem, do którego spełnienia dążę, ale zdaję sobie sprawę, że nie wystarczy nauczyć się pięćdziesięciu słówek i paru gramatycznych zasad, żeby być w tym dobrym. Potrzebna jest praktyka!

Fiszki, które w tej chwili recenzuję, są przeznaczone dla wszystkich, którzy uczą się języka angielskiego, ale tak naprawdę nieważny jest tutaj „zakres”, ale forma. To, jak zostały wydane, zachwyca. Idealny papier (jego zapach również – włącza się mój redaktorski szósty zmysł), bardzo ciekawy pomysł… Nie codziennie na rynku pojawiają się fiszki… podróżnicze. A samo nazwisko osoby, która je stworzyła, przyciąga, więc chyba dyskusje są zbędne. 

Beata Pawlikowska jest polską podróżniczką, która zasłynęła z pisania książek do nauki języków. Choć wielokrotnie widziałam je na półkach księgarń, niestety wciąż żadnej nie przeczytałam. Mimo to jakoś szczególnie nie przekonuje mnie nauka z książek podróżniczych. Owszem, pomysł wydaje się jak najbardziej niekonwencjonalny i z pewnością wielu czytelników zachęci to do sięgnięcia po ten „podręcznik”, jednak ja jestem na nie. Znajdą się tacy, którzy tę postawę zanegują; znajdą się też tacy, którzy pochwalą – prawo rynku. 

Przejdźmy jednak do fiszek, bo o nich mam mówić. Gdy usłyszałam, że coś takiego się pojawiło, natychmiast zapragnęłam je mieć. Dlaczego? Ano dlatego, że uwielbiam podróże. Nie jestem ani drugą Pawlikowską, ani małą Nelą podróżniczką, ale możliwość zwiedzenia kolejnego miejsca, które na co dzień widzę wyłącznie na mapie (w dodatku jako mały punkcik), zawsze budzi we mnie poczucie spełnienia. Czuję się… sobą, czuję się, jakbym była we własnym niebie i jakbym mogła tworzyć to, co chcę. Czuję się wolna. 

Wyobraziłam sobie, że tak też poczuję się, wyciągając z pudełka fiszki i za ich pomocą zgłębiając tajniki zarówno języka, jak i miejsc, które zwiedziła autorka. Niestety. To tak nie podziałało. Spodobało mi się właściwie wszystko. Problem w tym, że zamiast poczuć się spełniona, poczułam się w jakiś sposób rozczarowana. Nie zrozumcie mnie źle, te małe karteczki są doskonałe, jeśli chcecie poćwiczyć to, co już wiecie, lub poznać nowe słówka i konstrukcje. Zdania i wyrażenia, które na nich znajdziemy, są związane z podróżami, ale są to także, a może przede wszystkim „przydatne zwroty i wyrażenia” (wybaczcie, że posłużyłam się hasłem, ale ono chyba najlepiej obrazuje, o co chodzi). Miałam jednak nadzieję, że pojawią się na nich zdjęcia z podróży czy jakieś ciekawostki. Może przesadzam, ale gdyby tak było, można by je nazwać pełnowartościowymi PODRÓŻNICZYMI fiszkami. 

Każdy z nas, chcąc uczyć się języka, zakłada, że fiszki okażą się bardzo dobrym sposobem na naukę słów i podstawowych konstrukcji gramatycznych. Dla przykładu: zdanie „Chciałabym sałatkę z jajkiem” jest jak najbardziej praktyczne, ponieważ jakkolwiek nie zmienialibyśmy treści, formuła zostanie ta sama „chciałabym”, „poproszę”. Takich zdań jest więcej. I w większości są to ciekawe połączenia, które jednocześnie są związane z ciekawymi miejscami czy na przykład daniami i stanowią pretekst do nauki przez zabawę. Ponadto każda fiszka została dopełniona informacją o wymowie, a wszystkie podzielono na odpowiednie kategorie tematyczne, tak żeby łatwo móc się nimi posługiwać.

To, że inaczej wyobrażałam sobie przygodę z fiszkami podróżniczymi, nie zmienia faktu, że nie zajmą one stałego miejsca w mojej biblioteczce. Choć większość pojawiających się tam słów i zdań już znam, to doskonała okazja do poczucia, jakby się dopiero zaczynało. Niewielu docenia pierwsze kroki w nauce języka. Uwierzcie, gdy zna się wszystkie możliwe konstrukcje strony biernej w każdym czasie… można zwariować. Wtedy z pomocą przyjdą te niepozorne karteczki, które pozwolą nam zejść na ziemię i przestać „filozofować”, skoro w komunikacji najważniejsze jest to, żeby się zrozumieć. 

Do książek Pawlikowskiej z pewnością zajrzę. Być może się do nich przekonam. To, że są ciekawe, zakładam w ciemno, co mi to da – to się okaże. Dajcie się porwać białemu nosorożcowi i idźcie zobaczyć Wielki Kanion! Nawet jeśli to tylko fiszki, marzeń i obrazów, które pojawią się w naszej głowie, nikt nam nie zabierze. 

Leave a comment



1998

11 miesięcy ago

Uwielbiam Panią Beatę! ❤

Subskrybuj przez e-mail!

Wprowadź swój adres e-mail, aby zaprenumerować artykuły naszej redakcji i otrzymywać powiadomienia o nowych wpisach przez e-mail.

Dołącz do 11 pozostałych subskrybentów

Jesteśmy na:

ekulturalni.pl
lubimyczytac.pl

Rekomendacje czytelników

© 2017 Redakcja Essentia