The Walking Dead #1 – wielkie otwarcie

0
239

Jak doskonale wiemy, prawdą jest stwierdzenie, że kto stoi w miejscu, ten się cofa. Świat idzie do przodu, ludzie ulegają postępowi i tylko głupi do nich nie dołączą. Ja, pragnąc poszerzyć swoje spektrum zainteresowań, postanowiłem napisać jedną z pierwszych dla tej strony recenzji komiksu. To wynik pracy Roberta Kirkmana i Tony’ego Moore’a pt. The Walking Dead #1 z roku 2003.

Tytuł: The Walking Dead #1
Rysownik: Tony Moore
Dialogi: Robert Kirkman

Założeniem komiksu, jako że to jego początek, jest przybliżenie sytuacji rodzenia się epidemii zamieniającej ludzi w istoty wyglądające i zachowujące się jak żywe trupy. To opowieść o przetrwaniu, przyjaźni i okrucieństwie ludzkim. Przewałkowany już motyw tzw. zombie w tym przypadku nie męczy i otwiera dla nich nową kartę. Na przestrzeni lat to właśnie The Walking Dead tchnęło nowe życie w te zgniłe i rozpadające się członki, zyskując rzeszę fanów na całym świecie. Przyjrzyjmy się więc skromnemu debiutowi większego, jak się okaże po latach, projektu.

Na wstępie warto podkreślić, że miałem okazję czytać i podziwiać wersję oryginalną, czyli czarno-białą. Dopiero pięć lat po premierze ukazała się edycja w kolorze. Nie jestem zwolennikiem takiego vintage-making i pierwsza czarno-biała strona nieco mnie odrzuciła. Przywiązuję wagę do koloru w komiksach, który rozpatruję również jako element artyzmu twórcy. Dobranie barw jest tak samo trudne jak pisanie dialogów, gdyż w komiksie to właśnie one składają się na wywierany przez lekturę klimat. Nadają one własnego rysu całej fabule i kontrolują umysł czytelnika w taki sposób, aby ten poprzez nasycenie koloru odczytywał dany panel w konkretnym kontekście. Po kilku stronach przywykłem i polubiłem tę surowość, gdyż zacząłem łapać się na wywierany przez nią melancholijny, kontemplacyjny klimat. Czarno-biały motyw ma ten plus, że nie męczy wzroku, gdyż jest odbierany przez niego jako neutralny.

Komiks rozpoczyna się podczas rutynowego dnia pracy dwójki policjantów. Dowiadujemy się, że mamy do czynienia z próbą zatrzymania zbiegłego więźnia. Rick Grimes, bo tak nazywa się jeden z policjantów i zarazem nasz główny bohater, stara się zajść przestępcę od boku, niestety ten dostrzega go i przeszywa pociskiem. Kiedy Rick budzi się w szpitalu, okazuje się, że przespał początek tajemniczej epidemii, a w całym szpitalu aż roi się od nieumarłych. Tak też zaczyna się jego wielka przygoda. Komiks jest jedynie prologiem, dlatego też nie otwiera zbyt wielu wątków. 

awawswwww

 

Mamy tutaj jedynie wątek aklimatyzacji Grimesa w nowym, nieznanym dla siebie świecie, w którym niektórzy już zdążyli się odnaleźć, ale wielu zdążyło też umrzeć. Wiecie, co najbardziej cenię w The Walking Dead? Surowość przekazu. W tym świecie nie ma ludzi złych ani dobrych. Teraz są tylko ci, którzy chcą przetrwać kosztem innych i ci, którzy nie przetrwają zbyt długo. Każdy musi sobie jakoś radzić, raczkować w praktycznie nowym świecie z nowymi zasadami. Komiks potrafi pokazać naiwną dobroć innych ludzi, ale także brutalną prawdę o nich. Apokalipsa pokazuje nam, jacy naprawdę jesteśmy. Wykalkulowani na przeżycie nasze i naszych bliskich. Egoistyczni i brutalni, jeśli chodzi o nasze przetrwanie. Kodeks moralny, religia – to wszystko idzie w większości w zapomnienie, gdyż adaptujemy się niezwykle szybko do nowych zasad, brutalnych, ale odkrywających nasze nieznane dotąd cechy charakteru. Żywe trupy zawsze świetnie ukazywały to człowieczeństwo w swoich postaciach. To ludzie, tacy jak ja czy wy, którzy to czytacie. Przez to niezwykle łatwo się z nimi utożsamić i odczuwać kierujące nimi emocje. 

awwawawwasdssdw

Niezwykle istotne wydaje się to, w jaki sposób główny bohater przyjmuje do wiadomości fakt o absolutnym wywróceniu świata do góry nogami. Jest załamany, wstrząśnięty i tak dalej, ale wiedząc, że musi być silny dla swojej rodziny, którą pragnie odnaleźć, znajduje w sobie siłę. Dość szybko uspokaja się i próbuje sobie radzić. Tacy właśnie są ludzie, a przynajmniej tacy być powinni. Do tego właśnie przygotowała nas ewolucja.

awawaa

Teraz warto przejść do tego, czym komiksy stoją, czyli jakością rysunku. Moore poszedł w ekwiwalentny do ogólnego nastroju lektury realizm. Jego postaci oraz modele przedmiotów są mocno zbliżone do tych, które widzimy na co dzień. To działa świetnie, gdyż karykaturalne podejście do kreski mogłoby nieco zaburzyć powagę i klimat w odbiorze. Pomimo czarno-białych barw, które i tak zawsze wydawały mi się nieco niechlujne, tutaj mamy do czynienia z dbałością o detal na każdym z występujących w danym panelu planów. Pieprzyki, krótkie włoski na głowie, kawałki odchodzącej skóry – wszystko posiada swoje miejsce i czuć, że nie było wpychane na siłę. Kreska jest surowa, ale niezwykle płynna i schludna, co przyciąga wzrok. Często łapałem się na tym, że miast czytać dialogi, wpatrywałem się w kolejne panele i spokojnie analizowałem każdy z nich. Prawdziwa uczta dla oczu, o ile ktoś lubi realizm i, przepraszam za stwierdzenie, typowo „męską kreskę”. Bardziej praktyczna niż estetyczna, ale robi wrażenie i trzyma klasę oraz klimat, co w komiksie, takim jak ten, jest niezwykle istotne.

Jako wieloletni fan The Walking Dead, który czytał już trochę komiksów tego uniwersum oraz oglądał serial na jego podstawie, mogę rzecz, że również ta pozycja wywarła na mnie niemałe wrażenie. Lektura ma swoje lata, a jednak nadal trzyma poziom i podejściem artystycznym nie odbiega zbyt daleko od dzisiejszych komiksów, poza tym, że nie wyszła oryginalnie w kolorze. Jest mroczna, ciężka i idealnie obrazuje „szok termiczny”, w tym przypadku emocjonalny, człowieka, który musi radzić sobie w nowej rzeczywistości. Otwiera tym samym potężną serię, która zdobywa zwolenników po dziś dzień. Polecam go każdemu miłośnikowi i komiksów, i samej konwencji żywych trupów. Jest on teraz dostępny w wersji cyfrowej na Amazon.com, więc to idealna okazja, aby się z nim zapoznać. Ja chyba jeszcze raz przeanalizuję te panele…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ